Recenzja: Ultrasone Edition 15

Brzmienie cd.

Elegancki neseser, ale brak miękkiego etui na bardziej „szybkie” okazje.

Przejdźmy na koniec do stacjonarnego toru w jego wydaniu klasycznym – z odtwarzaczem – korzystając z eksponowanego ongiś przez Romana Ingardena (był taki polski filozof) prawa autora do używania wielowarstwowego czasu. Jako że ty, czytelniku, przechodzisz teraz, sam pisząc przeszedłem wcześniej, a jeszcze wcześniej słuchałem. (Z czasem od zawsze są trudności: raz zdaje się absolutny, kiedy indziej znów dyletuje, na ogół go brakuje, bywa, że nie wiadomo co z nim robić, a tak naprawdę nie istnieje, jak utrzymują fizycy.)

Skupmy się na słuchawkach. Tym razem tor już nie na żarty – sama listwa i kable ponad sześćdziesiąt tysięcy. Zdawało się, że taki tor bez problemu Edition 15 otworzy, ale nie. Można powiedzieć, iż znów grały dokładnie, a jednocześnie powściągliwie. I to ostatnie słowo najlepiej oddaje sprawę. Uściślając należy dodać, że albo same starały się kontrolować soprany, nie chcąc popuszczać im cugli, albo ściągało im te lejce nie dosyć dobre zestrojenie impedancyjne ze wzmacniaczem, który bez mała dwie dekady temu konstruowano z myślą o trzystu omach Sennheiser HD 600, najpopularniejszych naonczas audiofilskich słuchawek. Tak czy tak brak pełnej otwartości, zarówno w sensie budowania sceny, jak i przekazu oddającego piękno brzmień podstawowych w oprawie aury otoczenia.

Jest od niedawna także wersja zamknięta, ale o niej w osobnej recenzji.

Ponownie odniosłem wrażenie, że słuchawki w warunkach nie dość pasującego toru nie chcą ożyć – to dla nich nie optimum, i nawet do niego daleko. Zarazem było to bardzo dziwne, ponieważ pochodzące od tego samego producenta, mające niemalże identyczną impedancję i też wyposażone w system S-Logic (nieco starszy) Ultrasone Tribute 7 ożywały szaleńczo; bez przesady szalały – ich piękno i stopień złożoności zniewalały słuchacza. Ale fakt, miały kabel Tonalium, bez niego wcześniej tak nie grały. Więc jeszcze raz zrzucam to bardziej na okablowanie aniżeli na impedancję, zarazem pamiętając, że z swym oryginalnym kablem grały Edition 15 bardzo dobrze, ale tylko ze wzmacniaczem Divaldi i odtwarzaczami przenośnymi, szczególnie tym  mocniejszym.

Odejście od wrażeń ogólnych i skupienie na poszczególnych aspektach też nie wypadło dla Edition 15 najlepiej. Nie tylko głosy wokalistów i ich oprawa przestrzenna okazały się mniej imponujące niż u Tribute 7 i HEDDphone, ale też holografia, operowanie pogłosem, stereofonia, obrona przed zniekształceniami. Zacznijmy od tych ostatnich. Kilka szczególnie trudnych testów wibracji wiolonczeli i kontrabasu na najniższych rejestrach ujawniło pasożytnicze rezonanse, od których dwaj konkurenci byli wolni. Schodziły Edition 7 bardzo nisko, ale nie niżej od Tribute 7. W przypadku bębnów lepiej radziły sobie przy tym z odtwarzaniem ich naturalnej objętości, natomiast gorzej z naturalnie bogatym brzmieniami pałeczek na membranach. Zarazem ta objętość nie przekładała się ani na lepszą holografię ani stereofonię. Podłużne i poprzeczne brzmieniowe relacje przestrzenne zwłaszcza u HEDDphone okazały się lepsze, ale i Tribute 7 dawały lepszą holografię, w układach na dodatek brzmień bardziej wyrafinowanych.

Przy okazji wtrącenie. Wcześniej tak dobrze to do mnie nie dotarło, tym razem rzecz zauważyłem: słuchawki HEDDphone o wiele lepiej od dwóch pozostałych budowały całościowy obraz sceniczny – ową z natury rzeczy ułomną słuchawkową scenę. Pod tym względem dominowały, o wiele bliżej się lokując wybitnych torów głośnikowych. Wrażenie naturalnego zanurzenia w dźwięku, wolne od grania w głowie i rozbijania prawo-lewo, było u nich z innego poziomu. A przecież (dobrze to pamiętam) Ultrasone Edition 5 scenę oferowały fantastyczną – ogromną, zdobną holografią. Z czego by chyba wynikało, że to napylenie złotem membran u Edition 15 trochę też samo z siebie redukuje soprany, ponieważ to soprany budują wielkie sceny i odpowiadają za holografię.

Najlepiej okazał się pasować nieduży ale estetycznie wysmakowany wzmacniacz słuchawkowy Divaldi.

Z wszystkiego tego nie wynika, że Edition 15 grały źle, ale wynika, że poniżej oczekiwań. Najlepiej się broniły przy teście zwykłej mowy, w którym wypadły dobrze, bo bardzo naturalnie. Gdyby za kryterium jakości słuchawek przyjmować podobieństwo do wypowiedzi potoczną mową przez kogoś obdarzonego przeciętnym głosem w słabych warunkach akustycznych niedużego pokoju, wówczas Edition 15 na pierwszym miejscu. Tyle, że to jest nudne, taka muzyka przaśna. Ale, co bardzo pocieszające, te słuchawki potrafią inaczej. Odtwarzacz KANN Cube i wzmacniacz słuchawkowy Divaldi dali dobitne świadectwo, że tak nie musi być. Może być pełna otwartość i imponujące sceny, i nawet będzie to łatwe w przypadku najpopularniejszych teraz urządzeń przenośnych. Mniej łatwe będzie to, by im starczyło prądu. Słuchawki są prądożerne, zatem albo odtwarzacz bardzo mocny, albo wspierany przenośnym wzmacniaczem. Takich wzmacniaczy nie brakuje, nie będzie z tym problemu.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Ultrasone Edition 15

  1. Sławek pisze:

    Żadnych Ultrasone chyba nie słyszałem, no może na AVS, ale nie zakodowały mi się w pamięci. Ale może nie na temat, ale skoro Pan wspomniał DiValdiego…
    Otóż miałem okazję krótko dwukrotnie słuchać go w roli wzmacniacza słuchawkowego (źródłem był CD Pioneer). Duża klasa, ale najdziwniejsze to, że uciągnął on moje HiFiMan HE-6… Ma niecały wat, 3,5 wata w impulsie…
    To przy okazji odbioru kabla Tonalium od Konstruktora.
    Ten Tonalium gra już z miesiąc i jest rewelacyjny, a zwłaszcza w zestawieniu z winylem wspomaganym lampowym preampem gramofonowym.
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pożyczyłem swojego Tonalium do HEDDphone i Meze Empyrean – bardzo się źle bez niego czuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy