Recenzja: Shure Aonic 50

Odsłuch

Ładnie wyglądające na białym stojaku.

   Zacznijmy od Szczura spuszczonego za smyczy, ponieważ tak powinien biegać. Słuchawki anonsują się jako „Wireless”, zgodnie z modą ogólną i powszechną tendencją wzrostową. Młodzi chcą mieć je jako odbiornik radiowy w złączeniu ze smartfonem, jako bezprzewodowym odbiornikiem i nadajnikiem zarazem; by też na ulicy, w parku, pod fontanną i pod pomnikiem – gdziekolwiek, gdzie zaniesie, cieszyć się natychmiastowym dostępem do wielkiej bazy muzycznych nagrań.

– Dlaczego wolą to, od lepszej jakościowo muzyki po kablu, z tak samo przenośnego DAP-a?

– Nie wiem, trzeba zapytać.

A może napiszą sami? Na pewno min. dlatego, że tak jest mniej noszenia i mniej pilnowania, a kabel nie przeszkadza. (Choć z DAP-a też bezprzewodowo można.)

Porzućmy dywagacje ogólne i przejdźmy do konkretu. – Nie będziemy przecież kopać się z modą; jeżeli ogół woli gorszą jakość, jego sprawa – ogół ma zawsze rację. (Tylko Przyroda może to lekceważyć, z nią nawet ogół nie wygra.)

Do rzeczy:

Smartfon od Motoroli, poprzez niego pliki z TIDAL-a i dwie pary słuchawek bezprzewodowych. Żadnego przy tym bezprzewodowego grania ze wsparciem zewnętrznego modułu Bluetooth – to by było za łatwe. Jak harcerze – działamy w terenie, nawet nie mamy namiotu.

 

 

 

 

Dystrybutor okazał się mieć sporo racji, chwaląc Shure Aonic 50; jako słuchawki bezprzewodowe, działające w warunkach ulicznych, sprawują się bardzo dobrze. Ale – uwaga! – na bazie innego stylu, niż zaanonsowane wcześniej własności brzmieniowe charakterystyczne dla marki Shure. To nie do końca brzmienie eleganckie przez neutralność, spokój i wyrafinowaną powściągliwość. Nawet przeciwnie – Shure Aonic stawiają na dobitność; skądinąd słusznie wychodząc z założenia, że w takimi ulicznym graniu brakować będzie wyraźności. Bo mogą sobie pisać spece od łączności bezprzewodowej, że nowsze wersje Bluetooth dostarczają szybkiej transmisji (do 2 MB/s) o bardzo dużym zasięgu (do 120 m)[1], ale praktyka to weryfikuje gorszą jakością niż po kablu. A już zwłaszcza w warunkach rzeczywiście ulicznych, bo w pomieszczeniu – przy komputerze lub laptopie zaopatrzonym w zewnętrzy moduł Bluetooth (najlepiej ten od Sennheisera, ten jest naprawdę świetny) – to faktycznie, gra na wysokim poziomie nawet jak na kablowe standardy. Gra niejednokrotnie tak dobrze, że zdaje się, iż po kablu; ale my teraz nie o tym, o takim graniu będzie z kablem.

Srebro ładnie z czernią się łączy.

Teraz po wielu stopniach schodzimy w dół jakości, by znaleźć się na samym dnie muzyki branej bezprzewodowo za pośrednictwem smartfona.

Jak na tym dnie radzą sobie Shure Aonic? Wg mnie – bardzo dobrze.

Oferują przekaz właśnie wyraźny, na bazie mocno nakreślonych konturów w otoczeniu transparentnego medium. I by te kontury jeszcze wzmocnić, oprawiają je lekkim pogłosem; na tyle lekkim, że nie staje się jeszcze dziwnie, za to staje jeszcze wyraźniej. I więcej – też efektownie. Przejrzyste medium, bardzo wyraźne obrysy dźwięków, duża szybkość i żadnego zlewania. Jest przede wszystkim drajw i świeża, czysta wyraźność, za nimi niezła melodyjność i średnie do dobrego wypełnienie.

Mnie takie wypełnienie zupełnie wystarczało do przyjemnego słuchania, Karol był natomiast poglądu, że jest ono nieco za szczupłe. Rzeczywiście, jego Sennheiser Momentum to wypełnienie lepsze dają i są melodyjniejsze. Działają w stylu bardziej gramofonowym, a w warunkach ulicznych (na tym jakościowym padole) operują mniej od Shure wyraźnym rysunkiem, trochę zlewając przekaz. W efekcie różnica stylu okazuje się zasadnicza; z niej zaskakuje najbardziej, że to Sennheiser Momentum w większym stopniu nawiązują do klasycznego stylu marki Shure. Żeby jeszcze to spiętrzyć, Aonic z kolei nawiązują do stylu Sennheiser HD 600: ten ich wyraźny kontur, oprawiany uwyraźniającym pogłosem, nasuwa podejrzenie, że konstruujący to brzmienie inżynier dźwięku używał i lubił Sennheisery HD 600.

Ten przechwycony przez Shure styl jest efektowny podwójnie: zarówno samą wyraźnością (i przy okazji nośnością dźwięków), jak i porządkiem scenicznym, na bazie obszaru i przejrzystości.

Źródła nie tylko są wyraźne, ale też ich położenie czytelne i poskładane w dużą scenę. We wnętrzu muzycznej scenerii, nakreślonej Shure Aonic 50, czujemy się swobodnie i nie musimy się męczyć. Swobodę daje duży i uporządkowany obszar, a brak zmęczenia wyraźność i brak poczucia natłoku. Niczego nie trzeba się domyślać, nic nie jest niewyraźne, nic także przysłonięte. Muzyka jawi się jako czysta, natleniona, wyraźna i uporządkowana. Nie ma gramofonowej obłości ani zgęszczonej spójności dźwięku – same te dźwięki i spajające je medium nie przejawiają intensywnej biologiczności; brak cytoplazmy muzycznej. Za to jest czysto, połyskliwie i nośnie, a przestrzeń nie jest ciasna, ani nie jest zgęszczona.

Bardzo zgrabnie opracowano pałąk i wychodzące z niego zawieszenie.

– To się może podobać – i mnie się podobało.

Na przeciwległym cyplu stylistycznym Sennheisery Momentum dawały brzmienia bardziej nasycone, bardziej ze sobą współpracujące i bardziej biologiczne. Pozbawione podkreślonych konturów, ani trochę nie oprawione pogłosem, słabiej też natlenione. Za to ważące więcej, lepiej ze sobą w całość związane, uformowane plastyczniej. I w razie dużej jednoczesnej dawki dźwięków (orkiestra, inne duże składy) lepiej, bo bardziej jednolicie, radzące sobie wyrazowo.

[1] Lecz rybka albo pipka – albo ten gęsty transfer, albo ten duży zasięg.

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Shure Aonic 50

  1. Marek pisze:

    Crème de la crème, czyli śmietanka śmietanki.. jak mówią Francuzi, spośród których pozdrawiam. 🤭

    1. Piotr Ryka pisze:

      Też pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy