Recenzja: Shure Aonic 50

Co, w czym i z czym

Pudełko jest oryginalne.

   Nabywca Shure Aonic 50 obdarowany zostaje (ale za własne pieniądze) szczególnym podarunkiem w sensie opakowania. Pudło okrywające obiekt marzeń (a co, nie możemy być górnolotni?) przypomina bowiem bardziej takie na kapelusze, niż takie na słuchawki. Wykonane z grubej, pancernie sztywnej tektury w kolorach czerń i burgund, zyskało formę dużego, spłaszczonego walca. Na dużym w następstwie tego i, oczywista, okrągłym wieku, z purpurową otoką bocznego rantu, rozpościera się naturalnej wielkości zdjęciowy portret wsadu, z nie pozostawiającym wątpliwości podpisem, iż jest on WIRELESS.

Nietypowość opakowania mnie samemu przypadła do gustu, aż się pod wąsem uśmiechnąłem, gdy pierwszy raz ujrzałem. Pozytywne wrażenia potęguje zawartość. – Ale nie – to jeszcze nie same słuchawki. Po zdjęciu wieka natykamy się na też siłą rzeczy okrągłe etui z czarnego, sympatycznego wizualnie i dotykowo tworzywa w ozdobie loga firmy. Dopiero po rozpięciu obiegającego zamka, możemy zajrzeć do środka i spotkać się z przedmiotem.

Słuchawki też prezentują się porządnie, choć niczym już nie zaskakują. Pałąk i pady pokryto sztuczną skórą, co do której nie może być wątpliwości, iż jest faktycznie sztuczna. Z pałąka wychodzą aluminiowe chwytaki z obrotnicami w połowie, za którymi esowatym przebiegiem jednopunktowo łapią muszle. Ząbkowana regulacja wysokości w pałąku, ponad 90-stopniowa obrotnica poniżej i kołyskowe wejście trzpieni w muszlę dają wygodę ułożenia, podnoszoną jeszcze przez miękkie wyścielenie pałąka oraz mięsistą miękkość padów. Jak na słuchawki za ten pieniądz, nie jest źle, choć ergonomicznie to jeszcze nie poziom Sennheiser HD 600 – najklasyczniejszego z niedrogich klasyków. Jako następstwo mniejszych muszli oraz braku weluru, które wymusza przenośność.

Jak ono okrągłe też etui.

Słuchawki na ulicę powinny wszak być mniejsze i mieć minimalną chociaż odporność na zawilgocenie. Te rzeczy Shure Aonic 50 mają, poza tym są zamknięte. Niewielkie, ale zdolne swobodnie objąć uszy muszle zostały szczelnie zasklepione płaskimi, czarnymi kołpakami ze srebrnym napisem SHURE. Matowa czerń całości współgra z aluminiowym srebrem prowadnic, chwytaków i napisów, całość ma formę gustowną – jest nieco zawadiacka, ale nie aż ekstrawagancka.

Dobrym zwyczajem nauszników streetowych, Shure Aonic są lekkie, a cieniutki ich kabelek odpinany i doprowadzony tylko do lewej muszli. Kończy się wtykiem 3,5 mm (nie ma zatem  symetryczności), w zestawie przejściówka na wtyk duży. Clou programu na prawej muszli – klasyczny zestaw obsługowy: Wejście do ładowania przez USB, przycisk włączenia, przyciski „Naprzód”, „Wstecz” i „Pauza”, +/- dla głośności, obsługa telefonicznych połączeń i aktywator reduktora szumu.

Wszystko to bez kabla waży 334 g, membrana przetwornika ma ø50 mm, impedancja opiewa na 39 Ω, czułość na 97 dB/mW, a maksymalna moc wejściowa może wynieść 100 mW. W zestawie oprócz słuchawek etui ochronne, kabel słuchawkowy ø3,5mm, kabel do ładowania USB-C, przejściówka na ø6,35mm i instrukcja.

Łączność bezprzewodowa ma gwarantowaną jakość studyjną, z obsługą kodeków Qualcomm® aptX™, aptX™ HD, aptX™ Low Latency audio, Sony LDAC, AAC i SBC. Gwarantowana też kompatybilność z każdym smartfonem, dostępna alternatywna wersja biała. (Podobno też brązowa.)

Wewnątrz czarno-srebrne słuchawki.

Wszystko za wzmiankowane 1369 PLN. Słuchawki debiutowały na początku roku i cieszą się popularnością.

 

 

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Shure Aonic 50

  1. Marek pisze:

    Crème de la crème, czyli śmietanka śmietanki.. jak mówią Francuzi, spośród których pozdrawiam. 🤭

    1. Piotr Ryka pisze:

      Też pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy