Recenzja: Shure Aonic 50

–  Ty, zrecenzowałbyś w końcu te Szczury – ładnie poprosił Pan Dystrybutor, z którym od lat się znamy.
–  Ale Karol ich słuchał – mówi, że są za ostre.
–  Też słuchałem i są bardzo fajne, o wiele lepsze niż te…, no wiesz, jak im tam. Porównywałem.

Fakt, „Szczury” są u mnie od dawna i nieładnie, że wciąż bez recenzji. Poza tym to słuchawki bezprzewodowe, uliczne, szczyt mody. W porównaniu z takimi reszta to sprzedażowo parę procent – nicość. A spośród takich Aonic stosunkowo arystokratyczne, co w tym przedziale wyznacza przekroczenie tysiąca złotych. W tym wypadku wyraźne, o ponad trzy stówy.

Dwa przeszło tysiące za bezprzewodowe, to już najwierzchniejsza śmietana (krem kremu, jak mawiają Francuzi), a ponad tysiąc też na wierzchu. Bo niżej – pomiędzy tysiąc a sto złotych – cała plejada rozmaitych od marek znanych i nieznanych w przedziale kablowego high-endu. – Od Apple i Bang & Olufsen. – Od Sony, Sennheisera i Audio-Techniki. – Od Bose, Klipsch, AKG i Jabry. – Od Beats, JBL, Technicsa, Samsunga, Monoprice – i cholera wie jeszcze kogo. Całe to bractwo obywa się bez przewodów, które ma tylko na wszelki wypadek; obywa dzięki Niebieskim Zębom, często też ma redukcję szumu. Poza tym jest w dwóch wzorcach – nausznym i dousznym.

Shure Aonic 50 są nauszne, a nawet wokółuszne. Wyposażone w najnowszą łączność bezprzewodową Bluetooth® 5 i redukcję szumu, zdolne podtrzymać łączność bezprzewodową przez aż 20 godzin. Szczycą się rodowodem profesjonalnym, kosztują 1369 złotych.

Produkty firmy Shure nieładnie nazywać „Szczurami”, ale samo się to narzuca i weszło w krwioobieg branżowy. (Któż się nie lubi przezywać? – nie udawajmy niewiniątek.)

W zamierzchłych czasach 2013-tego roku, kiedy słuchawki bezprzewodowe już istniały, ale jeszcze nie w tej ilości, popełniłem recenzję przewodowego modelu Shure SRH1840 (za wówczas 2300 PLN), o samej firmie pisząc:

A.D. 1925 Sidney N. Shure założył w Chicago „The Shure Radio Company”, zwane dziś Shure Incorporated. Firma początkowo zajmowała się sprzedażą podzespołów radiowych do samodzielnego montażu, z czasem  oferta rozrosła się o mikrofony, wkładki gramofonowe, sprzęt medyczny, taśmy i głowice magnetofonowe, miksery dźwięku, procesory DSP, kolumny głośnikowe, na koniec również słuchawki. Najpierw, od 1997 poczynając – douszne; od roku 2009 też nauszne.

Jeszcze wcześniej, aż w 2006-tym, sporządziłem recenzję dokanałowych Shure E2 – najbardziej reprezentatywnych dla firmy, oferowanych za śmieszną ilość złotych.

– Oba zrecenzowane modele cechował spokojny, elegancki styl o dużej tzw. neutralności – atrybuty charakterystyczne dla marki.

Co, w czym i z czym

Pudełko jest oryginalne.

   Nabywca Shure Aonic 50 obdarowany zostaje (ale za własne pieniądze) szczególnym podarunkiem w sensie opakowania. Pudło okrywające obiekt marzeń (a co, nie możemy być górnolotni?) przypomina bowiem bardziej takie na kapelusze, niż takie na słuchawki. Wykonane z grubej, pancernie sztywnej tektury w kolorach czerń i burgund, zyskało formę dużego, spłaszczonego walca. Na dużym w następstwie tego i, oczywista, okrągłym wieku, z purpurową otoką bocznego rantu, rozpościera się naturalnej wielkości zdjęciowy portret wsadu, z nie pozostawiającym wątpliwości podpisem, iż jest on WIRELESS.

Nietypowość opakowania mnie samemu przypadła do gustu, aż się pod wąsem uśmiechnąłem, gdy pierwszy raz ujrzałem. Pozytywne wrażenia potęguje zawartość. – Ale nie – to jeszcze nie same słuchawki. Po zdjęciu wieka natykamy się na też siłą rzeczy okrągłe etui z czarnego, sympatycznego wizualnie i dotykowo tworzywa w ozdobie loga firmy. Dopiero po rozpięciu obiegającego zamka, możemy zajrzeć do środka i spotkać się z przedmiotem.

Słuchawki też prezentują się porządnie, choć niczym już nie zaskakują. Pałąk i pady pokryto sztuczną skórą, co do której nie może być wątpliwości, iż jest faktycznie sztuczna. Z pałąka wychodzą aluminiowe chwytaki z obrotnicami w połowie, za którymi esowatym przebiegiem jednopunktowo łapią muszle. Ząbkowana regulacja wysokości w pałąku, ponad 90-stopniowa obrotnica poniżej i kołyskowe wejście trzpieni w muszlę dają wygodę ułożenia, podnoszoną jeszcze przez miękkie wyścielenie pałąka oraz mięsistą miękkość padów. Jak na słuchawki za ten pieniądz, nie jest źle, choć ergonomicznie to jeszcze nie poziom Sennheiser HD 600 – najklasyczniejszego z niedrogich klasyków. Jako następstwo mniejszych muszli oraz braku weluru, które wymusza przenośność.

Jak ono okrągłe też etui.

Słuchawki na ulicę powinny wszak być mniejsze i mieć minimalną chociaż odporność na zawilgocenie. Te rzeczy Shure Aonic 50 mają, poza tym są zamknięte. Niewielkie, ale zdolne swobodnie objąć uszy muszle zostały szczelnie zasklepione płaskimi, czarnymi kołpakami ze srebrnym napisem SHURE. Matowa czerń całości współgra z aluminiowym srebrem prowadnic, chwytaków i napisów, całość ma formę gustowną – jest nieco zawadiacka, ale nie aż ekstrawagancka.

Dobrym zwyczajem nauszników streetowych, Shure Aonic są lekkie, a cieniutki ich kabelek odpinany i doprowadzony tylko do lewej muszli. Kończy się wtykiem 3,5 mm (nie ma zatem  symetryczności), w zestawie przejściówka na wtyk duży. Clou programu na prawej muszli – klasyczny zestaw obsługowy: Wejście do ładowania przez USB, przycisk włączenia, przyciski „Naprzód”, „Wstecz” i „Pauza”, +/- dla głośności, obsługa telefonicznych połączeń i aktywator reduktora szumu.

Wszystko to bez kabla waży 334 g, membrana przetwornika ma ø50 mm, impedancja opiewa na 39 Ω, czułość na 97 dB/mW, a maksymalna moc wejściowa może wynieść 100 mW. W zestawie oprócz słuchawek etui ochronne, kabel słuchawkowy ø3,5mm, kabel do ładowania USB-C, przejściówka na ø6,35mm i instrukcja.

Łączność bezprzewodowa ma gwarantowaną jakość studyjną, z obsługą kodeków Qualcomm® aptX™, aptX™ HD, aptX™ Low Latency audio, Sony LDAC, AAC i SBC. Gwarantowana też kompatybilność z każdym smartfonem, dostępna alternatywna wersja biała. (Podobno też brązowa.)

Wewnątrz czarno-srebrne słuchawki.

Wszystko za wzmiankowane 1369 PLN. Słuchawki debiutowały na początku roku i cieszą się popularnością.

 

 

 

 

 

Odsłuch

Ładnie wyglądające na białym stojaku.

   Zacznijmy od Szczura spuszczonego za smyczy, ponieważ tak powinien biegać. Słuchawki anonsują się jako „Wireless”, zgodnie z modą ogólną i powszechną tendencją wzrostową. Młodzi chcą mieć je jako odbiornik radiowy w złączeniu ze smartfonem, jako bezprzewodowym odbiornikiem i nadajnikiem zarazem; by też na ulicy, w parku, pod fontanną i pod pomnikiem – gdziekolwiek, gdzie zaniesie, cieszyć się natychmiastowym dostępem do wielkiej bazy muzycznych nagrań.

– Dlaczego wolą to, od lepszej jakościowo muzyki po kablu, z tak samo przenośnego DAP-a?

– Nie wiem, trzeba zapytać.

A może napiszą sami? Na pewno min. dlatego, że tak jest mniej noszenia i mniej pilnowania, a kabel nie przeszkadza. (Choć z DAP-a też bezprzewodowo można.)

Porzućmy dywagacje ogólne i przejdźmy do konkretu. – Nie będziemy przecież kopać się z modą; jeżeli ogół woli gorszą jakość, jego sprawa – ogół ma zawsze rację. (Tylko Przyroda może to lekceważyć, z nią nawet ogół nie wygra.)

Do rzeczy:

Smartfon od Motoroli, poprzez niego pliki z TIDAL-a i dwie pary słuchawek bezprzewodowych. Żadnego przy tym bezprzewodowego grania ze wsparciem zewnętrznego modułu Bluetooth – to by było za łatwe. Jak harcerze – działamy w terenie, nawet nie mamy namiotu.

 

 

 

 

Dystrybutor okazał się mieć sporo racji, chwaląc Shure Aonic 50; jako słuchawki bezprzewodowe, działające w warunkach ulicznych, sprawują się bardzo dobrze. Ale – uwaga! – na bazie innego stylu, niż zaanonsowane wcześniej własności brzmieniowe charakterystyczne dla marki Shure. To nie do końca brzmienie eleganckie przez neutralność, spokój i wyrafinowaną powściągliwość. Nawet przeciwnie – Shure Aonic stawiają na dobitność; skądinąd słusznie wychodząc z założenia, że w takimi ulicznym graniu brakować będzie wyraźności. Bo mogą sobie pisać spece od łączności bezprzewodowej, że nowsze wersje Bluetooth dostarczają szybkiej transmisji (do 2 MB/s) o bardzo dużym zasięgu (do 120 m)[1], ale praktyka to weryfikuje gorszą jakością niż po kablu. A już zwłaszcza w warunkach rzeczywiście ulicznych, bo w pomieszczeniu – przy komputerze lub laptopie zaopatrzonym w zewnętrzy moduł Bluetooth (najlepiej ten od Sennheisera, ten jest naprawdę świetny) – to faktycznie, gra na wysokim poziomie nawet jak na kablowe standardy. Gra niejednokrotnie tak dobrze, że zdaje się, iż po kablu; ale my teraz nie o tym, o takim graniu będzie z kablem.

Srebro ładnie z czernią się łączy.

Teraz po wielu stopniach schodzimy w dół jakości, by znaleźć się na samym dnie muzyki branej bezprzewodowo za pośrednictwem smartfona.

Jak na tym dnie radzą sobie Shure Aonic? Wg mnie – bardzo dobrze.

Oferują przekaz właśnie wyraźny, na bazie mocno nakreślonych konturów w otoczeniu transparentnego medium. I by te kontury jeszcze wzmocnić, oprawiają je lekkim pogłosem; na tyle lekkim, że nie staje się jeszcze dziwnie, za to staje jeszcze wyraźniej. I więcej – też efektownie. Przejrzyste medium, bardzo wyraźne obrysy dźwięków, duża szybkość i żadnego zlewania. Jest przede wszystkim drajw i świeża, czysta wyraźność, za nimi niezła melodyjność i średnie do dobrego wypełnienie.

Mnie takie wypełnienie zupełnie wystarczało do przyjemnego słuchania, Karol był natomiast poglądu, że jest ono nieco za szczupłe. Rzeczywiście, jego Sennheiser Momentum to wypełnienie lepsze dają i są melodyjniejsze. Działają w stylu bardziej gramofonowym, a w warunkach ulicznych (na tym jakościowym padole) operują mniej od Shure wyraźnym rysunkiem, trochę zlewając przekaz. W efekcie różnica stylu okazuje się zasadnicza; z niej zaskakuje najbardziej, że to Sennheiser Momentum w większym stopniu nawiązują do klasycznego stylu marki Shure. Żeby jeszcze to spiętrzyć, Aonic z kolei nawiązują do stylu Sennheiser HD 600: ten ich wyraźny kontur, oprawiany uwyraźniającym pogłosem, nasuwa podejrzenie, że konstruujący to brzmienie inżynier dźwięku używał i lubił Sennheisery HD 600.

Ten przechwycony przez Shure styl jest efektowny podwójnie: zarówno samą wyraźnością (i przy okazji nośnością dźwięków), jak i porządkiem scenicznym, na bazie obszaru i przejrzystości.

Źródła nie tylko są wyraźne, ale też ich położenie czytelne i poskładane w dużą scenę. We wnętrzu muzycznej scenerii, nakreślonej Shure Aonic 50, czujemy się swobodnie i nie musimy się męczyć. Swobodę daje duży i uporządkowany obszar, a brak zmęczenia wyraźność i brak poczucia natłoku. Niczego nie trzeba się domyślać, nic nie jest niewyraźne, nic także przysłonięte. Muzyka jawi się jako czysta, natleniona, wyraźna i uporządkowana. Nie ma gramofonowej obłości ani zgęszczonej spójności dźwięku – same te dźwięki i spajające je medium nie przejawiają intensywnej biologiczności; brak cytoplazmy muzycznej. Za to jest czysto, połyskliwie i nośnie, a przestrzeń nie jest ciasna, ani nie jest zgęszczona.

Bardzo zgrabnie opracowano pałąk i wychodzące z niego zawieszenie.

– To się może podobać – i mnie się podobało.

Na przeciwległym cyplu stylistycznym Sennheisery Momentum dawały brzmienia bardziej nasycone, bardziej ze sobą współpracujące i bardziej biologiczne. Pozbawione podkreślonych konturów, ani trochę nie oprawione pogłosem, słabiej też natlenione. Za to ważące więcej, lepiej ze sobą w całość związane, uformowane plastyczniej. I w razie dużej jednoczesnej dawki dźwięków (orkiestra, inne duże składy) lepiej, bo bardziej jednolicie, radzące sobie wyrazowo.

[1] Lecz rybka albo pipka – albo ten gęsty transfer, albo ten duży zasięg.

 

 

 

Odsłuch cd.

Posłuchajmy teraz via kabel.

Czy wykosztowując się na Shure Aonic, zyskujemy coś więcej niż gatunkowe, bardzo wyraźnym dźwiękiem operujące słuchawki bezprzewodowe? Sprawdzimy to ze stacjonarnym wzmacniaczem słuchawkowym i odtwarzaczem przenośnym. Oczywiście po własnym ich kablu, by nie brnąć w duże koszty.

– Użycie przykomputerowego zestawu stacjonarnego (DAC PrimaLuna i wzmacniacz Phasemation spięte Sulkiem, a wcześniej kabel USB Fidaty) od razu wyjaśniło kwestię, czy te słuchawki to kameleon, czy prezentują jednorodny styl. Zdecydowanie to drugie. „To samo, tylko lepiej” –  tak można podsumować. Ale rozmiary lepszości? – Niemałe, z pewnością niemałe. Do tego stopnia, że chwilami zdawało mi się, że słucham którychś za kilkanaście tysięcy. Bo owszem – kiedy się skupiać na jakości brzmieniowej, trzymając w garści wszystkie sznurki jakościowe i wymierzając ich długości, to pewnie, że niektóre parametry tym wybitnym ustępujące. Ale kiedy po prostu słuchać, można o tym zapomnieć, bo grać potrafią Shure ujmująco, a mózg szybko się adaptuje i w czasie rzeczywistym zaczyna korygować braki.

Zacznijmy od tych braków. Ich pula nie uległa zmianie. Tak samo jak w układzie bezprzewodowym, brzmienia pochodzące ze środkowego zakresu pasma nie były mocno dociążone ani gramofonowo gęste, ani gramofonowo gładkie. Ich uroda nie bazowała na koherencji, wypełnieniu, obłościach i biologicznej zwartości funkcyjnej wnętrza, tylko nadal na wyraźności konturów, przejrzystości medium i oswobadzającej przestrzenności. Także na bardzo dużej rozwartości pasma, szybkości i mocnym punchu.

Cienki kabel tylko do muszli lewej, zgodnie z ulicznym standardem.

Na górnym skraju smukłe, nieprzycięte soprany miały dość przestrzenności, aby nigdy nie drażnić, za to się mocno i efektownie zaznaczać. Co silnie wspierał brak sybilacji nawet w najbardziej sybilantnych momentach (rzecz uważnie sprawdziłem). Sprawdziłem i byłem zaskoczony, jak bardzo tej sybilacji nie ma, bo jakiejś przecież się spodziewałem. – A tu nic, ani śladu.

Średnica, poza wyraźnością, porządkiem i swobodą sceniczną oraz transparentnością medium, okazała się bazować na minimalnym, wręcz śladowym, ale obecnym ociepleniu (zapewne za sprawą lamp w przetworniku). O wiele mocniej na jej postać wpływało jednak co innego – wpływało naprężenie. Testy strunowe ujawniły, że wszelkie struny w produkcjach Shure Aonic zostają mocno naciągnięte, co zawsze ma dalekosiężne konsekwencje, jako dźwięk szybszy, dynamiczniejszy, z mocniejszą odpowiedzią na każdy kontakt dotykowy. Również mający z reguły twardsze i często bardziej lśniące powierzchnie.

Ogólnie taki dźwięk jest efektowny i taki dźwięk też lubię, choć wolę jego miękkie, bardziej pozwalające wnikać w głąb, mniej responsywne przeciwieństwo. To bardziej miękkie brzmienie jest generalnie prawdziwsze, ale trudniejsze do wprowadzenia na poziom dający pełną satysfakcję. Dlatego dla słuchawek tanich  – a przecież Shure stosunkowo tanie –  łatwiejszą drogą do sukcesu jest właśnie naprężenie. Toteż naprężają i naprężają – naprężają udanie – ich granie często bywa efektowne. Z wybitnym jakościowo przetwornikiem PrimaLuny, wspartym najwyższej klasy lampami, miewało świetne momenty. Jednakże gęstość i analogowa miękkość to nie jego atuty – akurat te jakościowe miary były u nich najkrótsze. Bynajmniej jednak nie tak krótkie, by słuchającemu od tego krzywda. I analogowość, i wypełnienie, pozwalały nie rozmyślać o sobie, dobrze wkomponowując się w całości. Których nicią przewodnią wyraźność, swoboda poruszania, szybka odpowiedź i mocny punch.

Da się odkładać na płask, co się nieraz przydaje.

Przestrzenność i siła odpowiedzi decydowały też o dobrym basie. Lekki ubytek gęstości nadrabiały niemal zupełnie; przyjemnie było „widzieć” jak naprężone membrany oddają momentalnie energię pałek i jak trójwymiarowo to się dzieje. Rysunek bębnów pierwsza klasa i siła ciosu też wrzucająca w przyjemność. Ogólnie biorąc dobre brzmienie, przy trójwymiarowości zawsze zachowanej, ale więcej mającej do powiedzenia w przypadku niższych rejestrów. (Bardziej trójwymiarowy bas niż sopran.)

– Z dawnym i nowym flagowym DAP-em od  Astell & Kern – modelami AK380 i A&futura SE180 – zagrały Shure analogicznie jak ze sprzętem stacjonarnym, choć oczywiście nieco słabiej. Ale nie głównie za sprawą tego, że słabiej tak w ogóle, tylko ta ich zmasowana wyraźność dość często za daleko szła. Większa analogowość przetwornika lampowego PrimaLuny działała wcześniej kojąco, natomiast idące stylistycznie w tę samą stronę oba Astelle, wzmacniały jeszcze parametry wydatne, bez jednoczesnego kompensowania niedociągnięć. (Flagowy DAP Cayina lepiej by tu pasował.) Skutkowało to incydentalnymi przerostami wyraźności, zbyt daleko wysforowanej przed wypełnienie i obrysową miękkość, zwłaszcza przy bardziej kontrastowym i trójwymiarowo formującym brzmienia flagowcu nowym. (Na pewno wyższym jakościowo od starego, lecz tu akurat mniej pasującym.)

– Ostatni sposób grania, pozostający do sprawdzenia, to podpinanie wprost w komputer przez kabel USB. Tym samym znów wykorzystanie wbudowanego w słuchawki przetwornika, ich samowystarczalności. I właśnie w tej konfiguracji najmocniej dała znać o sobie różnica pomiędzy Shure Aonic a Sennheiser Momentum. Sennheisery operowały brzmieniem głębszym, pełniejszym, plastyczniejszym, gładziej też wykończonym, i przede wszystkim lepiej funkcjonującym jako całość.

I całe w ogóle są ładne.

Ogólnie biorąc tak dobrym, że raczej bym nie odgadł, iż to ich wbudowany DAC. Co nie oznacza, że Shure nie miały nic do powiedzenia. Też grały bardzo dobrze, ale całkiem inaczej. Wspólne było jedynie efektowne ściemnienie na bazie czerni tła, rozjaśnianego u Shure połyskami (ponownie nawiązanie do stylu Sennheiser HD 600), gdy u Momentum tego tła bardziej aksamitnego i gęstego. Sam dźwięk, natomiast, miały Shure rozprowadzany w większej przestrzeni, twardszy, obrysowany wyraźniejszym konturem, połyskliwszy, a mniej treściwy. Szczuplejszy, siłą rzeczy więc też bardziej spłaszczony – nie aż tak również konsystentny. Dysponujący wyraźnie większym obszarem rozchodzenia i mocno już tym razem doprawiany wzbogacającym aspektem echowym. Co z jednej strony powiększało przestrzeń, lecz z drugiej podkreślało szczupłość.

Podsumowanie

Zawartość zgodna z obietnicą.

   Shure Aonic 50 to faktycznie słuchawki bezprzewodowe. Nie w takim sensie, że tak  umieją, co byłoby jedynie banalnym potwierdzeniem zapowiedzi, a w tym, że to im relatywnie najlepiej wychodzi. – Brzmienie ich jest najlepsze na tle konkurencyjnego właśnie w konfiguracji bezprzewodowej.

Nie może być przy tym wątpliwości, że dana im przez twórców wyraźność, właśnie bezprzewodowej transmisji miała się dobrze przysłużyć, i faktycznie się przysłużyła. Spleciona z transparentnością i swobodą brzmieniowego rozchodzenia, pozwala tworzyć efektowną scenerię z udziałem nieskrępowanych aktorów. Efektem nieskrępowanie też słuchacza, który zostaje uwolniony od przebywania w ciasnym, niejednokrotnie aż po dwuwymiarowość pomieszczeniu. Nawet w najtrudniejszych warunkach ulicznych bezprzewodowe granie Shure wkłada słuchającego w otwartą przestrzeń, analogiczną do tej, która go faktycznie otacza. Na tej efektownej scenie swój uwyraźniony teatr odstawiają szybkie, prężne i też efektowne dźwięki. Nierozjaśnione i wystarczająco analogowe, a przede wszystkim dość wyrafinowane, by działo się ciekawie, nigdy nie zatrącało nudą. Kiedy się jednak woli wypełnienie i analogową miękkość od konturowości i prężności, wówczas, jak w przypadku Karola, konkurencyjne Sennheiser Momentum okażą się lepszym wyborem. Nie ma też wątpliwości, że do grania stacjonarnego za podobne pieniądze mamy liczne słuchawki lepsze. Nawet pomijając odeszłe przedwcześnie w niebyt AudioQuest NightHawk i NightOwl, mamy Fostex T60RP, różne modele Sennheiserów, liczne modele Beyerdynamic, także Takstary, Monoprice – i całą masą innych. Ale bezprzewodowość rządzi, a na tej niwie Shure Aonic się okazują skuteczne.

 

W punktach

Zalety

  • Zgodnie z przeznaczeniem – najlepsze w konfiguracji bezprzewodowej.
  • Wyróżniające się wyraźnością i precyzją artykulacji.
  • W nie mniejszym stopniu otwartością i swobodą przestrzenną.
  • Wszystkie brzmienia trójwymiarowe.
  • Co najmniej niezłe analogowo.
  • Wystarczająco wypełnione.
  • Realistyczne.
  • W przypadku dobrego materiału i dobrej aparatury mocno przywołujące obecność wykonawców.
  • Wysoki poziom szczegółowości.
  • Efektowne i zarazem subtelne pogłosowe oprawy.
  • Strzeliste i nigdy nie drażniące soprany.
  • Całkowity brak sybilacji.
  • Bliska, nie wycofana średnica.
  • Potężny bas w oparciu o kontur i trzeci wymiar.
  • Efektowna prężność dźwięków.
  • Szybkość.
  • Dynamika.
  • Znaczna całościowa potęga.
  • Duża scena.
  • I uporządkowana.
  • Pomimo konstrukcji zamkniętej, zupełny brak uczucia zamknięcia i przytłoczenia.
  • Całkiem wygodne.
  • Całkiem ładne.
  • Niezłe surowce.
  • Efektowne, przez swą nietypowość, opakowanie.
  • Praktyczne etui.
  • Wszystkie właściwości funkcyjne przynależne słuchawkom przenośnym.
  • Bluetooth 5.
  • Korektor szumu.
  • W dobrym towarzystwie sprawdzają się w torze stacjonarnym.
  • Znany producent.
  • Modny wyrób.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Brzmieniowo nietypowe dla szkoły swojej marki.
  • Do sprzętu stacjonarnego w tej cenie można wybrać lepsze. (Ale przecież nie o takie konkurowanie producentowi chodziło.)
  • Z  odtwarzaczy przenośnych lepiej pasować będą stawiające na analogowość.
  • Nie dla miłośników płynności, gęstości i masywności.

 

Dane techniczne

  • Bezprzewodowa, studyjna jakość dźwięku premium jest efektem dekad doświadczenia zawodowego. Bez kabli. Czysta radość słuchania wszędzie tam, gdzie jesteś.
  • Regulowana redukcja szumu umożliwia wyeliminowanie rozpraszających dźwięków i całkowite zanurzenie się w muzyce.
  • Tryb środowiska umożliwia słuchanie dźwięków zewnętrznego świata dzięki jednemu przełącznikowi.
  • Do 20 godzin pracy na baterii zapewnia nieprzerwane działanie gdziekolwiek jesteś – w pociągu, w samolocie, w pracy czy w domu.
  • Komfort podczas długiego noszenie i trwała konstrukcja, która wytrzyma trudy podróży. Składane dla łatwego przenoszenia z etui ochronnym.
  • Szybkie odbieranie połączeń, regulacji głośności lub zatrzymywania muzyki za pomocą przycisków.
  • Technologia bezprzewodowa Bluetooth® 5 zapewnia stabilność połączenia i zasięg do 10 metrów (30 stóp). Można sparować z telefonami, tabletami laptopami.
  • Wzmacniacz słuchawkowy klasy premium oraz obsługa wielu kodeków w tym Qualcomm® aptX™, aptX™ HD, aptX™ Low Latency audio, Sony LDAC, AAC i SBC.
  • Podłącz do źródła dźwięku za pomocą analogowego wejścia audio 3,5mm, aby korzystać z niemal dowolnego urządzenia, w tym systemów rozrywki w samolocie lub wykorzystaj cyfrowe wejście USB-C do ładowania i dźwięku High-Resolution do 32-bit/384 kHz
  • Aplikacja ShurePlus™ PLAY pozwala na dostosowanie redukcji szumów i poziomów trybu środowiska. Do bezpłatnego pobrania na systemy iOS i Android.
  • Objęte dwuletnią gwarancją, słuchawki bezprzewodowe AONIC 50, etui ochronne, kabel audio 3,5mm oraz kabel do ładowania USB-C.
  • Dostępne w kolorach czarnym i białym.
  • Waga: 334 g
  • Sterownik: 50 mm
  • Impedancja: 39 Ω
  •  Czułość: 97 dB/mW
  • Maks. Moc wejściowa: 100 mW
  • Muszle obracane o 90 stopni: Tak
  • Wtyczka: Niklowane złącze jack 3,5 mm

Cena: 1369 PLN

 

System

  • Źródła: PC, Astell & Kern AK 380, Astell & Kern A&futura SE180, Motorola One
  • Przetwornik: PrimaLuna EVO 100
  • Kable USB: iFi Gemini, Fidata HFU2 Series USB
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond
  • Konwerter: iFi iOne
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Phasemation EPA-007
  • Słuchawki: Sennheiser Momentum 3, Sennheiser HD 600, Shure Aonic 50, Ultrasone Tribute 7
  • Interkonekt: Sulek Edia
  • Listwa: Sulek Edia
Pokaż artykuł z podziałem na strony

2 komentarzy w “Recenzja: Shure Aonic 50

  1. Marek pisze:

    Crème de la crème, czyli śmietanka śmietanki.. jak mówią Francuzi, spośród których pozdrawiam. 🤭

    1. Piotr Ryka pisze:

      Też pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy