Recenzja: Shure Aonic 50

Odsłuch cd.

Posłuchajmy teraz via kabel.

Czy wykosztowując się na Shure Aonic, zyskujemy coś więcej niż gatunkowe, bardzo wyraźnym dźwiękiem operujące słuchawki bezprzewodowe? Sprawdzimy to ze stacjonarnym wzmacniaczem słuchawkowym i odtwarzaczem przenośnym. Oczywiście po własnym ich kablu, by nie brnąć w duże koszty.

– Użycie przykomputerowego zestawu stacjonarnego (DAC PrimaLuna i wzmacniacz Phasemation spięte Sulkiem, a wcześniej kabel USB Fidaty) od razu wyjaśniło kwestię, czy te słuchawki to kameleon, czy prezentują jednorodny styl. Zdecydowanie to drugie. „To samo, tylko lepiej” –  tak można podsumować. Ale rozmiary lepszości? – Niemałe, z pewnością niemałe. Do tego stopnia, że chwilami zdawało mi się, że słucham którychś za kilkanaście tysięcy. Bo owszem – kiedy się skupiać na jakości brzmieniowej, trzymając w garści wszystkie sznurki jakościowe i wymierzając ich długości, to pewnie, że niektóre parametry tym wybitnym ustępujące. Ale kiedy po prostu słuchać, można o tym zapomnieć, bo grać potrafią Shure ujmująco, a mózg szybko się adaptuje i w czasie rzeczywistym zaczyna korygować braki.

Zacznijmy od tych braków. Ich pula nie uległa zmianie. Tak samo jak w układzie bezprzewodowym, brzmienia pochodzące ze środkowego zakresu pasma nie były mocno dociążone ani gramofonowo gęste, ani gramofonowo gładkie. Ich uroda nie bazowała na koherencji, wypełnieniu, obłościach i biologicznej zwartości funkcyjnej wnętrza, tylko nadal na wyraźności konturów, przejrzystości medium i oswobadzającej przestrzenności. Także na bardzo dużej rozwartości pasma, szybkości i mocnym punchu.

Cienki kabel tylko do muszli lewej, zgodnie z ulicznym standardem.

Na górnym skraju smukłe, nieprzycięte soprany miały dość przestrzenności, aby nigdy nie drażnić, za to się mocno i efektownie zaznaczać. Co silnie wspierał brak sybilacji nawet w najbardziej sybilantnych momentach (rzecz uważnie sprawdziłem). Sprawdziłem i byłem zaskoczony, jak bardzo tej sybilacji nie ma, bo jakiejś przecież się spodziewałem. – A tu nic, ani śladu.

Średnica, poza wyraźnością, porządkiem i swobodą sceniczną oraz transparentnością medium, okazała się bazować na minimalnym, wręcz śladowym, ale obecnym ociepleniu (zapewne za sprawą lamp w przetworniku). O wiele mocniej na jej postać wpływało jednak co innego – wpływało naprężenie. Testy strunowe ujawniły, że wszelkie struny w produkcjach Shure Aonic zostają mocno naciągnięte, co zawsze ma dalekosiężne konsekwencje, jako dźwięk szybszy, dynamiczniejszy, z mocniejszą odpowiedzią na każdy kontakt dotykowy. Również mający z reguły twardsze i często bardziej lśniące powierzchnie.

Ogólnie taki dźwięk jest efektowny i taki dźwięk też lubię, choć wolę jego miękkie, bardziej pozwalające wnikać w głąb, mniej responsywne przeciwieństwo. To bardziej miękkie brzmienie jest generalnie prawdziwsze, ale trudniejsze do wprowadzenia na poziom dający pełną satysfakcję. Dlatego dla słuchawek tanich  – a przecież Shure stosunkowo tanie –  łatwiejszą drogą do sukcesu jest właśnie naprężenie. Toteż naprężają i naprężają – naprężają udanie – ich granie często bywa efektowne. Z wybitnym jakościowo przetwornikiem PrimaLuny, wspartym najwyższej klasy lampami, miewało świetne momenty. Jednakże gęstość i analogowa miękkość to nie jego atuty – akurat te jakościowe miary były u nich najkrótsze. Bynajmniej jednak nie tak krótkie, by słuchającemu od tego krzywda. I analogowość, i wypełnienie, pozwalały nie rozmyślać o sobie, dobrze wkomponowując się w całości. Których nicią przewodnią wyraźność, swoboda poruszania, szybka odpowiedź i mocny punch.

Da się odkładać na płask, co się nieraz przydaje.

Przestrzenność i siła odpowiedzi decydowały też o dobrym basie. Lekki ubytek gęstości nadrabiały niemal zupełnie; przyjemnie było „widzieć” jak naprężone membrany oddają momentalnie energię pałek i jak trójwymiarowo to się dzieje. Rysunek bębnów pierwsza klasa i siła ciosu też wrzucająca w przyjemność. Ogólnie biorąc dobre brzmienie, przy trójwymiarowości zawsze zachowanej, ale więcej mającej do powiedzenia w przypadku niższych rejestrów. (Bardziej trójwymiarowy bas niż sopran.)

– Z dawnym i nowym flagowym DAP-em od  Astell & Kern – modelami AK380 i A&futura SE180 – zagrały Shure analogicznie jak ze sprzętem stacjonarnym, choć oczywiście nieco słabiej. Ale nie głównie za sprawą tego, że słabiej tak w ogóle, tylko ta ich zmasowana wyraźność dość często za daleko szła. Większa analogowość przetwornika lampowego PrimaLuny działała wcześniej kojąco, natomiast idące stylistycznie w tę samą stronę oba Astelle, wzmacniały jeszcze parametry wydatne, bez jednoczesnego kompensowania niedociągnięć. (Flagowy DAP Cayina lepiej by tu pasował.) Skutkowało to incydentalnymi przerostami wyraźności, zbyt daleko wysforowanej przed wypełnienie i obrysową miękkość, zwłaszcza przy bardziej kontrastowym i trójwymiarowo formującym brzmienia flagowcu nowym. (Na pewno wyższym jakościowo od starego, lecz tu akurat mniej pasującym.)

– Ostatni sposób grania, pozostający do sprawdzenia, to podpinanie wprost w komputer przez kabel USB. Tym samym znów wykorzystanie wbudowanego w słuchawki przetwornika, ich samowystarczalności. I właśnie w tej konfiguracji najmocniej dała znać o sobie różnica pomiędzy Shure Aonic a Sennheiser Momentum. Sennheisery operowały brzmieniem głębszym, pełniejszym, plastyczniejszym, gładziej też wykończonym, i przede wszystkim lepiej funkcjonującym jako całość.

I całe w ogóle są ładne.

Ogólnie biorąc tak dobrym, że raczej bym nie odgadł, iż to ich wbudowany DAC. Co nie oznacza, że Shure nie miały nic do powiedzenia. Też grały bardzo dobrze, ale całkiem inaczej. Wspólne było jedynie efektowne ściemnienie na bazie czerni tła, rozjaśnianego u Shure połyskami (ponownie nawiązanie do stylu Sennheiser HD 600), gdy u Momentum tego tła bardziej aksamitnego i gęstego. Sam dźwięk, natomiast, miały Shure rozprowadzany w większej przestrzeni, twardszy, obrysowany wyraźniejszym konturem, połyskliwszy, a mniej treściwy. Szczuplejszy, siłą rzeczy więc też bardziej spłaszczony – nie aż tak również konsystentny. Dysponujący wyraźnie większym obszarem rozchodzenia i mocno już tym razem doprawiany wzbogacającym aspektem echowym. Co z jednej strony powiększało przestrzeń, lecz z drugiej podkreślało szczupłość.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Shure Aonic 50

  1. Marek pisze:

    Crème de la crème, czyli śmietanka śmietanki.. jak mówią Francuzi, spośród których pozdrawiam. 🤭

    1. Piotr Ryka pisze:

      Też pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy