Recenzja: Monoprice Monolith M1570

Odsłuch cd.

I odpinanym kablem

Z gramofonem

Gramofony na topie, akurat świetny pod ręką; przejściowo, ale warto to wykorzystać. Najpierw krótko o porównaniach, potem o obiecanych cechach recenzowanych.

Zacząłem od porównania do Ultrasone Tribute 7. Monoprice Monolith nie wytworzyły aż takiego ciśnienia, ale nie pozostały daleko w tyle. Ich prezentacja dynamicznych utworów i perkusyjnych solówek też niosła w sobie dużą energię, też generowała wysokie ciśnienia. Co więcej, w najbardziej energetycznych momentach energię rozprowadzały równiej – przy wysokich poziomach głośności na dawno nagrywanych, słabszej jakości płytach, nie pojawiały się żadne zniekształcenia. Perkusja w ich wydaniu nie była tak dobitna, aż tak mocno bijąca, ale bardziej promieniująca dźwiękiem na przestrzeń i właśnie wolna od zniekształceń przy nagraniowych niedociągnięciach. Odnośnie pozostałych aspektów, to poza innym podejściem do formowania przestrzeni (o czym całościowo za chwilę) właściwie niczym nie odstawały, słuchało się równie dobrze. I to z oryginalnym ich kablem, a nie zewnętrznym droższym od nich samych.

Odnośnie porównania do Takstar, to przy najlepszym źródle dystans uległ zwiększeniu. Większa naturalność droższych amerykańskich planarów nie ulegała w bezpośredniej konfrontacji wątpliwości i odnosiła się do wszystkich parametrów brzmieniowych poza wielkością sceny. Trochę cieplejsze, trochę bardziej analogowe, większym i bliższym dźwiękiem grające Monoprice, dawały prawdziwy popis naturalizmu na tle bardzo przecież dobrej – wybitnej nawet – chińskiej konkurencji. Poczucie „gra prawdziwie” było z nimi na pewno większe.

Monoprice Monolith

Odnośnie natomiast porównania do HEDDphone z ich drogimi kablami, to ponownie prezentowały swe większe wyrafinowanie – budowanie dźwięków w oparciu o bardziej różnorodny materiał. Dźwięk od słuchawek AMT był przy tym nie tylko bardziej wyrafinowany odnośnie złożoności, ale też lepiej uwidaczniał różnice na skalach delikatności i dynamiki. Mocne i delikatne dźwięki leżały od siebie dalej, podobnie ciche i głośne. Lecz znów – to brzmienie od HEDDphone, poprzez swą większą złożoność, wymagało większej uwagi, bardziej uwidaczniając wszelkie niuanse i ewentualne słabości nagrań; ogólnie biorąc, cały czas bardziej podnosiło kwestie jakości. Natomiast Monoprice się po prostu słuchało. Utwór za utworem, płyta za płytą – bardziej do siebie jakościowo zbliżone, ale za to radośnie muzyczne – łatwe w odbiorze i cały czas z mocnym poczuciem, że brzmi to naturalnie. Także z uwagi na sposób prezentacji przestrzeni – i teraz o tej rzeczy.

Z wszystkich porównywanych Monoprice Monolith operowały największym i najbliższym dźwiękiem. Tu chyba tylko Audeze LCD-3 mogłyby być jeszcze bliższe, a może nie? To często powodowało granie w obrębie głowy, chociaż nie zawsze – to zależało od nagrania. Nie tak dobrze, jak Ultrasone i HEDDphone, potrafiły recenzowane ukazywać dystanse między źródłami na scenie, różnicować plany i zbierać wszystko w perspektywę, ale też dzięki temu, po uproszczeniu tej przestrzeni, tryumfowała u nich muzyka. Bliska, naturalna i bezpośrednia, dawała masę radości i ani trochę nie powodowała chęci poszukiwania swej prezentacji jeszcze lepszej. W każdym razie nie w odniesieniu do słuchawek obejmujących uszy, bo że AKG K1000 wszystko potrafią lepiej, taką świadomość miałem. Cóż z tego jednak, gdy one to głośniki, tyle że do zakładania na głowę. Ich słuchawkowy wzmacniacz nie pogoni, w każdym razie żaden typowy. Można też czynić inne porównania do najbardziej renomowanych – i zauważać na przykład, że przejrzystość i detaliczność Stax SR-009 stoi na wyraźnie wyższym poziomie. Tyle tylko, że znowu – aby te Staksy dawały energię na poziomie zbliżonym do prawdziwej muzyki, potrzeba głośnikowego toru bardzo wysokiej jakości z dopasowującym transformatorem. Przykomputerowe granie w takim razie odpada, elektrostaty przy komputerach się kompromitują. Chyba, że koło komputera postawimy stolik ze sprzętem, albo wszystko na wielkim biurku. Nie dotyczy to wprawdzie elektrostatów MrSpeakers i innych nowo projektowanych, ale klasyczne Staksa ze swoim firmowym wzmacniaczem nie są smaczne z internetowymi plikami o jakości przeciętnej.

Żeby scharakteryzować grę Monoprice Monolith, dobrze będzie je odnieść do innych amerykańskich słuchawek – do wypadłych już niestety z rynku dynamicznych AudioQuest NightHawk. To jest ta sama szkoła, to znaczy wielka satysfakcja i jednocześnie wielka łatwość. Muzyka tak po prostu, sama ona na pierwszym miejscu. Z tym, że są pewne różnice. Bas i ciśnienia u NightHawk potężniejsze, a także większa znacznie gęstość medium. Dużo bardziej zaznaczają się też u nich pogłosy, a temperatura jest nico niższa (zwłaszcza z oryginalnym kablem) – i mniej są też transparentne; do pozyskania od nich transparentności potrzebny będzie dobrze dopasowany pod ich wymogi wzmacniacz. Monoprice Monolith bas mają natomiast zwyklejszy (aczkolwiek więcej niż w porządku), troszkę bardziej eksponowaną, ale też złagodzoną górę, a przejrzystość za free.

Analogia do poprzedniego amerykańskiego przeboju nasuwa się przy nich sama

U jednych i drugich dominuje przede wszystkim przyjemność – tego się z marszu słucha, jako naturalną postać muzyki – miło i z zaangażowaniem. Żadnych gierek, żadnego popisywania się czymś w zamian za coś – sama czysta muzyka i czysty „fun”.  Przy czym u Monoprice Monolith duża jest w tym zasługa tej wyjątkowej naturalności pogłosu. Komory rezonansowe mają najwyraźniej bardzo dobrze zaprojektowane gdy chodzi o wewnętrzne odbicia, nie zjawia się nigdy i ani trochę poczucie obcości czy dziwności skutkiem dodatku echa. Sama niezaburzona analogowa płynność o stopniu wyrafinowania dającym pełne zadowolenie. Nie szczytowym, ale całkowicie wystarczającym dla pełni satysfakcji. I najlepsze w tym wszystkim, że tak jest z oryginalnym kablem, który wraz z nimi dają. Bo nie sztuka (sztuka, ale tak się powiada) być dobrym z kablem za trzy tysiące ekstra; sztuka być dobrym ze swoim. I kosztować przytomnie.

Na koniec słowo o wymianie padów. Jest dla cierpliwych. Niczego nie trzeba odkręcać ani potem przykręcać, ale wkładanie zamiennika wymaga cierpliwości. Ostrzega o tym już ściąganie, które idzie opornie. Ale rzecz daje się zrobić, a potem, zgodnie z oczekiwaniami jest inaczej. Poczynając od tego, że z welurowymi jest wygodniej, bo słuchawki wydają się lżejsze. Dźwięk natomiast staje się jeszcze bliższy i jeszcze bardziej analogowy. „Gramofonowe” brzmienie, a przy tym teraz bardziej detaliczne, bo dużo bliższe ustawienie przetworników względem uszu ułatwia odczyt szczegółów. Tak więc z welurowymi podobały mi się jeszcze bardziej i tym mocniejsza rekomendacja.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: Monoprice Monolith M1570

  1. Compton pisze:

    Hymm, jako były posiadacz killerów LCD-2, czyli M1060 liczyłem, że M1570 to „poziom” LCD-3 lub Ether Flow, a tu tym czasem skromnie, na poziomie AQNH. Szkoda, bo nie ukrywam, liczyłem na więcej.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Gdzieś tam, już nie pamiętam dokładnie gdzie, napisałem, że AudioQuest NightHawk to słuchawki nie ustępujące takim do dziesięciu tysięcy włącznie, pod warunkiem wymiany kabla na zdecydowanie lepszy od z nimi dostarczanego. I z całą stanowczością to podtrzymuję. Tak więc M1570 to są rzeczywiście słuchawki mogące konkurować z LCD-3.

      1. Compton pisze:

        W takim razie nie omieszkam ich odsłuchać przy najbliższej nadającej się okazji.
        Na marginesie, przyznać się muszę, że jako były posiadacz AQNH nie wyznaję ich kultu, w przeciwieństwie do LCD-3 🙂
        Pozdrowienia

        1. Piotr Ryka pisze:

          LCD-3 są bardzo smakowite, o ile trafić na udany egzemplarz. Gorące i namiętne. Ale NH też tak działają na emocje, kiedy dostają lepszy kabel. Z dobrze dobranym wzmacniaczem stanowią pełnowymiarowy High-End.

  2. Paweł pisze:

    Panie Piotrze, ciekaw jestem porównania do wychwalanych przez Pana fostex t60rp w relacji jakość/cena. Interesuje mnie porównanie do wyżej recenzowanych M1570.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Fosteksy są tańsze prawie o połowę, co bardzo trudno przebić jakością. Tak więc stosunek jakości do ceny mają lepszy, natomiast pewnym osłabieniem jest ich firmowy kabel. Dużo zyskują z lepszym, a Monoprice swój mają bardzo dobry – aczkolwiek jest on niesymetryczny, co dla posiadaczy symetrycznych wzmacniaczy będzie wadą. Jedne i drugie słuchawki są świetne, jednych i drugich słuchałem z radością, natomiast bezpośredniego porównania nie było, tak więc ostateczny werdykt pozostaje w zawieszeniu. Tym bardziej ciekawe byłoby takie porównanie, że style bardzo podobne, ale na dystansie wielu miesięcy nie podejmuję się miarodajnie porównywać. Prawie na pewno Monoprice są trochę technicznie lepsze – tyle mogę powiedzieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy