Recenzja: Meze ELITE

Brzmienie: Z odtwarzaczem przenośnym

Znakomicie wymyślonym pałąkiem.

   Skoro poprawiono skuteczność, najpewniej w imię tego, by najpopularniejsze teraz urządzenia przenośne też weszły na użytkową orbitę. Zacznijmy więc od takiego.

Astell & Kern A&futura SE180 ma 150-punktową skalę głośności i zdolność podbijania mocy wbudowanego wzmacniacza. I bez podbicia równe 100 punktów wystarczyło do grania głośnego i pobudzającego. Brzmienie analogowo gładkie, ciemne, nasycone, odpowiednio masywne i jednocześnie napowietrzone. (Ostatnie dwa parametry to razem rzecz nieczęsta.) Ale przede wszystkim przestrzenne i spójne oraz podzielone na plany. Ogólnie znakomite i w tej znakomitości różnorodne.

Rzadko się zdarza, by quasi-analogowa gładkość cyfrowego naśladownictwa prawdziwości analogowej (z natury oferującej więcej energii i wyrafinowania) mogła dorównać, nie skutkując prędkim znudzeniem. Z początku zdaje się być sycąco, ale z upływem czasu zostaje coraz bardziej osamotnione la-la-la-la, jako muzyczna papka – emocjonalnie mdląca. Lecz nie tutaj. Stopień zgęszczenia, pociemnienia, zdobienia pogłosami i przede wszystkim przestrzennej głębi oraz gramofonowy naturalizm dawały skuteczny odpór. Brzmienie po ciepłej stronie (z tym ciepłem jednak umiarkowanie); całkowicie po gładkiej (że mało chropawości); głębokie (ale nieprzesadnie); i przestrzennie wieloplanowe. Sycące, sączące się, falujące i ciekawie opowiadane w rozpisaniu na wiele planów. Czuło się niecodzienność muzycznego przekazu – obcowania ze słuchawkami umiejącymi o wiele więcej od przeciętnych. I czuło to natychmiastowo – zarówno w odniesieniu do analogowości, jak i do kształtu sceny.

Od strony reprodukcji pasma soprany bez reszty wkomponowane w przekaz; bez żadnych własnych akcji, ale też bez poczucia, że je nam odebrano. Bas podobnie wkomponowany, ale akcentujący obecność mocniej – złego słowa o basie. Dużo prócz tego energii, poprawna dynamika, niemało subtelności i poetyckiego, a nie bodźcowo intensyfikującego wyrafinowania. Gramofonowa reprodukcja bez śladu zmarszczek cyfrowych, a wszystko przy magazynku przetwornikowym SEM1 na ośmiokanałowej kości ESS Sabre ES9038PRO, która najbardziej przecież okazała się agresywna i nie-analogowa z trzech niedawno porównanych.

Poprawionym wnętrzem.

Po przejściu na poziom głośności okolic 120-tego stopnia – porażająca potęga, popis rozmachu i mocy. Muzyka filmowa niczym w prawdziwym kinie, i to nastawionym na mocne wrażenia też od strony dźwiękowej. Zarazem jednak poczucie, że te słuchawki są dla doskonalszej aparatury, mogącej lepiej korzystać z ich na papierze gigantycznego pasma i wielkiej mocy akustycznej.

Przy komputerze

Przetwornik PrimaLuny[3] i wzmacniacz słuchawkowy Niimbus Ultimate US 5 wraz z komputerem, okablowaniem i recenzowanymi słuchawkami to budżet przeszło stu tysięcy. To już powinno starczyć …

I rzeczywiście – do poetyckiej spójności w analogowym ujęciu dołączyła agresja. Agresja poprzez przyrost dynamiki i rozbudzenie sopranów. Od strony sceny wzbogacana silniejszym jeszcze ukazaniem planów i dokładności umiejscowienia źródeł. Nie grało przy tym w głowie – ani trochę. Scena daleko na boki i z przodu przed słuchaczem. Z linią horyzontu dokładnie na wysokości oczu i ujęciem perspektywicznym. Sufit średnio wysoki do wysokiego, w zależności od samego nagrania, oraz nieustające czucie dookólności pozbawione wpierania. Co miłe i budzące uznanie, gdyż tak lepiej się słucha, a przecież większość słuchawek pcha właśnie dźwięk do głowy.

Moment zastanowienia, moment porównania z innymi – odnajdujemy większą precyzję dźwięku. Tym ciekawszą, że każdy jako element całości, mimo to znakomicie czytelny. W dodatku doskonale analogowy, a przecież jakże często indywidualizm zostaje osiągnięty nadmiernym forsowaniem sopranów, co zaraz analogowość zmniejsza. W tej mierze Meze Elite to jakby ulepszone AudioQuest NightHawk – trochę mniej gęste i basowe, w zamian z przejrzystszym medium. Identycznie analogowe oraz podobnie traktujące muzykę jako monolit wyrazowy. Własny atut: gęstość, głębia i analogowość nic a nic nie wchodzące w drogę wyraźności konturów i doskonałości form poszczególnych dźwięków.

– Jedne z najlepszych słuchawki, o ile nie najlepsze, tak potrafiące łączyć wyraźność z analogową spójnością wpisaną w holografię sceny. Z pewnością jako następstwo opisanego podziału cewek oraz ulepszonej membrany.

Dwoma kompletami padów.

W tym miejscu zauważę, że jeśli ktoś lubi analityczne podejście, w sensie możliwie najdalej posuniętego wyosobniania czegoś, to te słuchawki nie dla niego. Nie ma szalejących sopranów, tworzących własny teatr (jak przykładowo u K1000), nie ma działającego osobno basu, jako mocnego wyróżnika w otoczeniu najwyższych ciśnień (jak u Ultrasone T7), nie ma też holografii, jako osobnej wizji przykuwającej całą uwagę (co miało miejsce u Sony R10), ani wysubtelnienia tak wysokiego, że same ze zdumienia się rozdziawiają usta (przypadek Sennheisera Orpheusa). Jest muzyka jako zespolona całość od basu po soprany i scena wieloplanowa, otaczająca półkolem głowę, czemu towarzyszy uczucie spełnienia na bazie jednej zespolonej wizji o wielkiej analogowości i dużej holografii. Jest przy tym unikalna zdolność łączenia wyraźności ze spójnością oraz brak wpychania dźwięku do głowy, pomimo czego bardzo mocne, całkowite nawet, doznanie bezpośredniości. Słucha się z fascynacją i ta fascynacja narasta w miarę przemierzania kolejnych utworów bez natrafiania na zniekształcenia. Nie ma zniekształceń, nie ma zlewania, nie ma żadnych uproszczeń. Nie ma także podostrzeń i innych przegięć. Muzyka jest doskonała technicznie i całkowicie sycąca – nie stwarzająca żadnych barier, wolna od dysonansów.

Dokładniej widać to w porównaniach. O tych nie z marszu napiszę, nie w bieżącej relacji, tylko retrospektywnie, po odbytych odsłuchach, by móc je poukładać w sekwencję od najpodobniejszych do podobnych najmniej.

Meze ELITE vs HEDDphone

Super w środku membraną.

Bardzo uczciwe porównanie, z identycznym okablowaniem. Ogólnie spore podobieństwo, choć dalekie od zupełnego. Główna różnica: Meze z bliższym i większym postaciowo pierwszym planem, a mniej widoczną perspektywą i mniejszym skupieniem na dalekich. Te u HEDDphone równie ważne dla ukazania piękna całości, w czym pomagała niezrównana umiejętność operowania pogłosem. Niczym kolumny tubowe, potrafiły wyraźny pogłos wplatać zdobniczo w przekaz bez naruszania bezpośredniości, co się nie zawsze udaje, lecz zawsze z przetwornikiem PrimaLuny. Pięknie pogłosami zdobiły i te pogłosy oraz głębię za pierwszym planem ukazywały HEDDphone lepiej. Przy pierwszym dalej postawionym i mniej potężnie brzmiącym, odnośnie samych dźwięków z minimalnie też niższą temperaturą i słabszym wypełnieniem.

– Gdzie wobec tego podobieństwo? Było, było istotne. Podobieństwo postaci brzmienia, wyjątkowo dobrze obrazowane przez wokal. Jedne i drugie słuchawki posiadły umiejętność dawania w pełni rozwiniętej wyraźności bez rysowania ostrych konturów i skutkiem tego formy spłaszczonej. Trójwymiarowość form brzmieniowych, dla których kontur to nie linia, a coś otwartego lub obłego – to te słuchawki łączyło, to było u nich lepsze na tle pozostałych. Naturalność ludzkiego głosu – u Meze ELITE lokującego się w bezpośredniej bliskości i poprzez to należącego do wyraźnie większej postaci; u HEDDphone dalszego i wstawionego głębiej w perspektywę, ale tak samo naturalnego, otwartego i dającego poczucie całkowitego autentyzmu – to te słuchawki łączyło, a przecież to kluczowy czynnik.

Meze ELITE vs Final D8000 PRO

Teraz okablowanie nietożsame, tyle że też symetryczne i też zakończone 4-pinem. Final od razu objawiły swe podobieństwo do HEDDphone w tym, że plan pierwszy również umiejscowiły dalej i też mocno uwidoczniły perspektywę. Nie tak daleko umiejscowiły i nie tak mocno uwidoczniły, ale od Meze dalej i widoczniej. Zarazem same dźwięki traktowały chłodniej, tak w okolicach neutralności dwudziestu circa stopni. Więcej niż u Meze miały pogłosu, ale już lekko dystansującego przekaz, też mocniej zaznaczające się kontury, a słabiej wyoblenia. Więcej sopranów, lekkie tunelowanie pogłosem, niższa o parę stopni temperatura (tak że już ciepła prawie nie znać), twardszy i bardziej konturowy bas oraz charakterystyczne dla tych słuchawek poczucie całkowitej otwartości.

Łatwym do zmiany okablowaniem.

Dźwięk rozchodzący się bez jakichkolwiek barier, nawiązujący do przekazu kolumnowego. Odnośnie tonacji barwnej czarno-srebrny, potrafiący sypać soprany garściami; w wyrazie uczuciowym obojętniejszy lub smutniejszy; bardziej szumiący, napowietrzony, kruchszy i bardziej kontrastowy. Odnośnie wokali nie tak aż naturalny, odnośnie formy całościowej mocniej uciekający się do efektów pogłosowych. Podobnie jak odtwarzacz Metronome wołający o wzmacniacz ciepły, pełny i aksamitnie analogowy. Porównawczo to te słuchawki spośród wielu mistrzowskich najlepiej wypadły z gramofonem, lecz Meze EELITE tam nie było. Tu były – i pokazały brzmienie, bliższe, cieplejsze, pełniejsze, bardziej miękkie i oszczędniejsze pogłosowo, a jednocześnie pięknie, długo wybrzmiewające z maksymalnym naturalizmem. Porównania gramofonowe zaś przed nami.

Meze ELITE vs Ultrasone Tribute 7

Zgodnie z zapowiedzią na koniec porównanie do najbardziej odmiennych. Zarazem powrót do identycznego okablowania; jedne i drugie z kablem Tonalium zakończonym 4-pinowym Neutrikiem.

Na papierze to Meze mają szersze pasmo, ale w praktyce to Ultrasone operują szerszym. Ich soprany nie są przede wszystkim wkomponowane w całość, są intensywne i przenikliwe. Dźwięczniejsze, bardziej drążące, wyraźniej cyzelujące obrysy i generujące chropawość. Nie pracujące przede wszystkim we wnętrzu analogowej spójności, tylko bardziej „na swoim” i też trochę na rzecz wrażenia niezwykłości. Nie dość że cyzelują, chropawią, posrebrzają i rzeźbią misterne koronki, to jeszcze formowaniem pogłosów budują atmosferę niezwykłości. Nie swojską ani miłą – pryska poczucie swojskości, pewnego też zobojętnienia oraz bazowego spokoju. W ich miejsce zjawia się ekspresja, niecodzienność, wyrwanie ze zwykłości. Wszystko ląduje w perspektywie i ma pogłosową oprawę, ale zarazem – zaskoczenie – brzmienie pojawia się cieplejsze, rodząc kolejny kontrast. Tym mocniejszy, że skraj basowy dokłada od siebie jeszcze więcej. Potęga basu i wysokość akustycznych ciśnień są w tych słuchawkach niezrównane i trzeba im uczciwie oddać, że tak potężny bas, taka towarzysząca mu brzmieniowa głębia i takie towarzyszące mu ciśnienia są bardziej naturalistyczne. Bardziej też naturalistyczne tak intensywne soprany, bo wszak prawdziwa trąbka, saksofon, perkusyjny talerz – to są potężne świdry. Ale, jak wiele razy pisałem, prawdziwe brzmienia sopranowe są bardziej trójwymiarowe i nie generują same z siebie odrealniającego pogłosu, w czym podobniejsze są do Meze.

Ale kablem w komplecie jednym.

Mimo iż te dwa brzmienia były najdalsze na skali podobieństwa, nie odnosiło się wrażenia zasadniczej różności. Łączyła je wysoka jakość i silna chęć słuchania, a w odniesieniu do sposobu przedstawiania, najbardziej dzieliło poczucie wytwornego spokoju u Meze i inspirującej ekscytacji u Ultrasone. Co nie znaczyło, że przy odpowiednim muzycznym materiale nie można z Meze się ekscytować, a z Ultrasone relaksować. Charaktery jednych i drugich miały obszar wspólnoty, niemniej brzmienia od Meze pełniejsze były i gładsze, gdy od Ultrasone rzewniejsze, intensywniejsze na skrajach oraz dużo bardziej chropawe, zaskakująco też cieplejsze. Te od Meze również bliższe i większe, a z Ultrasone bardziej w zwężającej się do horyzontu linii perspektywie.

[3] Na moich, lepszych, lampach.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

3 komentarzy w “Recenzja: Meze ELITE

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Widze ze ten nowy model jak i poprzedni graja podobnie, czyli bezpluciowo,dziwilem sie zawsze tobie ze je chwaliles,bo dla mnie byly strasznie przecietne,piekne dla oka,bardzo wyodne i lekkie,ale tyle tylko i nic wiecej,jak uzywasz slow
    (Nie dla zwolenników analiz.
    Nie dla lubiących mocne kontrasty.
    Nie dla lubiących sztuczne podniety.) czyli bez wyrazu,to juz nie musze ich sluchac,obym sie mylil!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Są zwolennicy muzyki elektronicznej i są klasycznej. Jedni słuchają modern jazzu, inni kameralistyki. Dźwiękowy świat można budować różnie, a Meze ELITE starają się jak najnaturalniej. I bardzo dobrze im to wychodzi. Zarazem postęp jakościowy u nich powoduje taką różnicę, że EMPYREAN mogę sobie odpuścić, a ELITE słucham z dużą przyjemnością. Tylko trzeba się szarpnąć na możliwie najlepszy kabel.

      1. Piotr Ryka pisze:

        I jeszcze taka uwaga, że jak jakieś słuchawki wypadają lepiej od innych przy gramofonie, to z nimi jest dobrze, a z tamtymi niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy