Recenzja: Meze ELITE

    Jeżeli komuś się zdawało, jak mnie na przykład, że słuchawkowa drożyzna dostała zadyszki, to się gruntownie mylił. Albowiem znów sypnęło. Kilka modeli HiFiMAN-a, nowe flagowe Abyss z piekielnie drogim kablem, zaskakujące ZMF, też nowy gracz T+A, flagowy popis Dana Clarka, Audeze LCD-5, w ubiegłym roku limitowana Audio-Technica, cała w skórach Connolly Leather, nowy po latach flagowiec Staksa, poprawiony od Beyerdynamic, i wreszcie tytułowe Meze ELITE – istny walec flagowców przetacza się przez rynek. A jeśli tego jeszcze mało, to na dokładkę Sendy Audio Peacock, choć już nie takie drogie. Dam głowę, że to i tak nie wszystko, ale już nie chce mi się szukać. Warto jednak napomknąć o zrecenzowanych Rosson Audio i Grado GS3000, które nad Wisłę nie mogą trafić.

Trzy lata temu, w listopadzie 2018, publikowałem recenzję Meze Empyrean, które bombastycznie i z zaskoczenia prześcignęły dziesięć razy cenowo Meze 99 Classics z 2015 – najważniejsze wcześniejsze, jako następca debiutanckich Meze Classic z 2011. To było naprawdę mocne i oznaczało nawiązanie współpracy między Antonio Meze a konstruktorem Pawlo Szymanowiczem i jego firmą RINARO PARUS®, wyspecjalizowaną w produkcji magnesów. Rumuńsko-ukraińska kooperacja zaowocowała słuchawkami nie tylko high-endowymi, ale równocześnie jednymi z najpopularniejszych, co dziwić nie powinno: Antonio to światowej klasy designer, zwycięzca międzynarodowych konkursów, a ukraińskie Rinaro cieszy się patronatem państwowym i też ma światowy zasięg – opracowało min. przetworniki do słuchawek planarnych OPPO[1].

Rok obecny, rok 2021, to zatem rok dziesięciolecia – i z tej okazji, jak sądziłem, zjawiły się Meze EMPYREAN PHOENIX za godne rocznicowości $3999. To była jednak zmyłka – słuchawki wprawdzie luksusowe, ale w wymiarze wyłącznie designerskim, jako wzornicza wariacja na temat zwykłych Meze Empyrean. Napisał wprawdzie sam Antonio Meze, iż te są właśnie rocznicowe – dające widomy dowód wspaniałej estetyki i wybitnego rzemiosła – ale jeżeli ktoś w to uwierzył, został zrobiony w balona. Prawdziwe rocznicowe są bowiem tytułowe ELITE, jako nie popis designerski, tylko popis dźwiękowy. Co komu bowiem po najładniejszych, skoro to produkt do słuchania, pokłócony na dodatek z widzeniem w sensie wykluczającym. Pomijając ulokowanie przed lustrem, słuchać i widzieć jednocześnie się nie da, toteż dźwięk u słuchawek najważniejszy, ważniejszy zasadniczo. Na drugim miejscu wygoda, wygląd dopiero na trzecim. A i to pod warunkiem, że komuś nieważna cena, co rzadko kogo tyczy.

Nawiążmy zatem do tej ceny. Meze ELITE kosztują tyle samo co Meze EMPYREAN PHOENIX, ale nie poprzez ekskluzywny wygląd, a ekskluzywny przetwornik. Nie mają „ognistoczerwonego i czarnego” wykończenia aluminiowej obudowy, „w nieregularne wzory tworzącego kontrasty i grę świateł”, tylko nowe membrany, nowe magnesy i nowy dzięki temu dźwięk. Za 18 400 PLN w polskim sklepie możemy nabyć nowe wcielenie brzmieniowego luksusu ze stajni Meze & Szymanowicza w kolorze srebrno-czarnym.

– Czy warto?

– Teraz o tym.

[1] Wycofanych z rynku, a szkoda, ale OPPO skoncentrowało się na najrentowniejszej produkcji smartfonów.

Wygląd, wygoda i technika

Aluminiowy kejs.

   Podobnie jak Meze Empyrean, te też dostajemy w walizce. Walizce identycznego kształtu i tak samo aluminiowej, lecz srebrnej a nie czarnej. Walizce dzięki temu bardziej inspirującej – to aluminium lśni kusząco i wygląda, że hej. We wnętrzu profil z pianki do wymoszczenia słuchawek, wraz z którymi nabywca wchodzi w posiadanie pojedynczego kabla. Do wyboru symetrycznego lub nie, tak czy tak podpinanego do obu muszli pinami mini-XLR. To dla lubiących podmianę kabli dobry znak, bo takie złącza popularne; posługują się nimi min. Audeze i HEDDphone. Sam posiadam trzy kable znanych marek z takimi przyłączami, będzie się można pobawić. Ale Meze także ma swe popisowe, już za osobny pieniądz. Ze słuchawkami dostajemy dwu i pół metrowy symetryczny lub niesymetryczny, który gdy go nabywać oddzielnie (bo się na przykład pierwszy zużył), są po $149. Natomiast popisowych dwa rodzaje:

  • Droższy, za $499 – ośmiożyłowy SILVER PLATED PCUHD, tzn. z posrebrzanej miedzi od Furukawa Electric; miedzi nowego, udoskonalonego typu o nazwie Pure Copper Ultra High Drawability.
  • Tańszy, za $349 – dokładnie taki sam, ale nieposrebrzony.

Kabel w komplecie tylko jeden, na dodatek najtańszy – i to wiadomość zła. Są za to dwa komplety padów – skórzany i z Alcantary. Tak było już u Empyrean, i dobrze, że jest nadal. Każde pady to trochę inne brzmienie i trochę inny dotyk; że wybór, to się chwali. Oprócz jednych słuchawek i pojedynczego kabla oraz dokładki drugich padów w zestawie też książeczka – małego formatu, ładnie wydana, zapoznawcza. Dużo w niej informacji – zdjęć rysunków, wyjaśnień – można się sporo dowiedzieć i poznać Antonia Meze. O kablu firmowym dodam tyle, że jest wygodny w użyciu, bowiem giętki i długi, lecz jakościowo niespecjalny. Lepiej od razu wziąć najlepszy, bo ten za $349 to też nie rewelacja, przynajmniej nie z Empyrean.

Przez te kable utyskiwania, ale z krytyką koniec. Same słuchawki to krok naprzód, i to w siedmiomilowych butach.

Wewnątrz elitarne słuchawki.

Rozpocznijmy od zmian technicznych, przez nie dojdziemy do brzmieniowych. Technicznych z zewnątrz prawie nie znać; tyle różnicy względem Empyrean, że metalowa oprawa muszli o płynnym przejściu w uchwyt pałąka stała się srebrna w miejsce czarnej, a prowadnice regulacji wysokości miedziany połysk przeistoczyły w oksydowaną czerń. Na identycznej jak u wcześniejszych flagowych skórzanej opasce pod karbonowym zwieńczeniem zamaszysty napis ogłasza „Elite”, żeby nie było wątpliwości, a wygrawerowany napis MEZE zniknął z plakietek nad muszlami, zostały same firmowe herby.

Wszystko to estetyka – nie lepsza ani gorsza; czegoś o większym znaczeniu możemy zacząć się domyślać zaglądając od wnętrza muszli. Konstrukcja osłony nad przetwornikiem i topologia magnesów nad diafragmą też nic nie uległy zmianie – poza i tu kolorów. W tym miejscu świadczących o surowcach, a nie o estetyce. Najbliższa ochronnej siateczki (we wzorek plastra miodu) polimerowa osłona przetwornika z pionowych, lekko łukowych wręg, została mocniej usztywniona, by jeszcze lepiej wytrzymywać obciążenie 12,7 N, generowane przez „hybrydową macierz magnesów”. Wzmocnienie nie zostało uściślone w surowcowym znaczeniu, natomiast kolorystycznie oznacza zamianę czerni w Empyrean na biel u sztywniejszych Elite. Pod osłonami clou zagadnienia – przetworniki. W odróżnieniu od innych planarnych, nie jako takie samo na całej powierzchni sieciowe czy serpentynowe uzwojenie cewek, tylko dwusektorowo podzielone. Na obszarze powyżej wlotu kanału słuchowego jako łukowo uginająca się serpentyna, na wprost niego jako dwa współśrodkowe pierścienie. Podział taki, obecny już u Empyrean, ma istotne uzasadnienie – dzięki niemu fala dźwiękowa lepiej wnika w głąb ucha i jednocześnie lepiej rozprasza się na małżowinach. A co jeszcze ważniejsze, zredukowane zostają opóźnienia wynikające z tych rozproszeń; w którym to celu serpentynowa cewka górna, zwana SWITCHBACK, została wyspecjalizowana w odtwarzaniu niskich częstotliwości, a pierścieniowa dolna, zwana SPIRAL COIL, w odtwarzaniu wysokich. U Empyrean efekt takiego podziału ról nie był jeszcze uderzający, u Elite tak się dzieje.

Srebrno-czarne.

Cewki wtopiono w nowego typu membranę, opisywaną jako mająca wagę 0,11 g i powierzchnię roboczą 4650 mm². A przede wszystkim powstałą z ultracienkiej, dwuosiowo zorientowanej, półkrystalicznej folii polimerowej.  W połączeniu z Hybrid Array Driver, czyli tą dwusektorowością cewki i odpowiadającemu jej dwusektorowemu ułożeniu neodymowych magnesów po obu stronach, ma to skutkować lepszą definicją i większą szybkością dźwięku w całym zakresie pasma. (Co rzeczywiście ma miejsce.) Oprócz tego Rinaro opracowało działający z aż 95% skutecznością system powstrzymujący przenikanie pola magnetycznego w obręb głowy słuchacza, poprawiający jednocześnie o 12% skuteczność.

Estetycznie słuchawki są  bez zarzutu i luksusowe, zwłaszcza że sercowate muszle to coś rzadziej spotykanego, a lepiej pasującego do ucha. Do dobrego efektu wizualnego i wygody przyczynia się oryginalnego kształtu pałąk, rozpoznawalność jeszcze wzmaga unikalny deseń maskownic i sposób łapania muszli.

Rys zasadniczy pozostał identyczny jak u Meze Empyrean, ale kolorystyka jest chłodniejsza i bardziej kontrastowa. Cieplej natomiast się robi, gdy zaglądamy w techniczne dane. Pasmo przenoszenia rozszerzono do 3 Hz – 112 kHz i stało się porównywalne z rekordowym od Sony Qualia 010-MDR1 (5 Hz – 120 kHz). Zniekształcenia harmoniczne zredukowano do 0.05%, a waga jak na konstrukcję planarną [2] okazuje się niska – to 420 g. Równocześnie skuteczność 101 dB należy do wysokich, a głośność maksymalna 130 dB przebija startujące odrzutowce. Na korzystny dodatek kable z muszlami łączą się kątowo, a sama firma stała tak sławna, że z ewentualną odsprzedażą nie będzie żadnych problemów.

Wygoda? Wygoda w pełni zadowala. Siły generowane przez pałąk dobrano z dużą starannością, pady obszerne i głębokie, a ich wymiana łatwa. Kabel w złączach trzyma się pewnie i się go łatwo odpina po naciśnięciu zwalniających zapadek, a płynna regulacja wysokości oraz wysoka skrętność należą do najlepszych. Ta skrętność taka duża, że da się kłaść na płask, co zawsze jest korzystne, chroni przed zarysowaniami.

Ze skórzaną opaską.

Poprzedni flagowiec Meze zdobył sławę i jeszcze korzystniejszą dla producenta furorę zakupową. A jak będzie tym razem? Teraz płacimy więcej, a zatem będzie trudniej. Cena skoczyła z 12 900 do 18 400 PLN, co trzeba uzasadnić dźwiękiem, skoro poziomy wygody i ładności nie zostały zmienione. O włos poprawiła się tylko użyteczność – o jedną decybelę wzrosła skuteczność i o 10 gramów spadł ciężar. Tym się nie można obronić. Temu potrzebny wielki dźwięk!

 

 

 [2] Meze posługuje się określeniem „izodynamiczna”.

Brzmienie: Z odtwarzaczem przenośnym

Znakomicie wymyślonym pałąkiem.

   Skoro poprawiono skuteczność, najpewniej w imię tego, by najpopularniejsze teraz urządzenia przenośne też weszły na użytkową orbitę. Zacznijmy więc od takiego.

Astell & Kern A&futura SE180 ma 150-punktową skalę głośności i zdolność podbijania mocy wbudowanego wzmacniacza. I bez podbicia równe 100 punktów wystarczyło do grania głośnego i pobudzającego. Brzmienie analogowo gładkie, ciemne, nasycone, odpowiednio masywne i jednocześnie napowietrzone. (Ostatnie dwa parametry to razem rzecz nieczęsta.) Ale przede wszystkim przestrzenne i spójne oraz podzielone na plany. Ogólnie znakomite i w tej znakomitości różnorodne.

Rzadko się zdarza, by quasi-analogowa gładkość cyfrowego naśladownictwa prawdziwości analogowej (z natury oferującej więcej energii i wyrafinowania) mogła dorównać, nie skutkując prędkim znudzeniem. Z początku zdaje się być sycąco, ale z upływem czasu zostaje coraz bardziej osamotnione la-la-la-la, jako muzyczna papka – emocjonalnie mdląca. Lecz nie tutaj. Stopień zgęszczenia, pociemnienia, zdobienia pogłosami i przede wszystkim przestrzennej głębi oraz gramofonowy naturalizm dawały skuteczny odpór. Brzmienie po ciepłej stronie (z tym ciepłem jednak umiarkowanie); całkowicie po gładkiej (że mało chropawości); głębokie (ale nieprzesadnie); i przestrzennie wieloplanowe. Sycące, sączące się, falujące i ciekawie opowiadane w rozpisaniu na wiele planów. Czuło się niecodzienność muzycznego przekazu – obcowania ze słuchawkami umiejącymi o wiele więcej od przeciętnych. I czuło to natychmiastowo – zarówno w odniesieniu do analogowości, jak i do kształtu sceny.

Od strony reprodukcji pasma soprany bez reszty wkomponowane w przekaz; bez żadnych własnych akcji, ale też bez poczucia, że je nam odebrano. Bas podobnie wkomponowany, ale akcentujący obecność mocniej – złego słowa o basie. Dużo prócz tego energii, poprawna dynamika, niemało subtelności i poetyckiego, a nie bodźcowo intensyfikującego wyrafinowania. Gramofonowa reprodukcja bez śladu zmarszczek cyfrowych, a wszystko przy magazynku przetwornikowym SEM1 na ośmiokanałowej kości ESS Sabre ES9038PRO, która najbardziej przecież okazała się agresywna i nie-analogowa z trzech niedawno porównanych.

Poprawionym wnętrzem.

Po przejściu na poziom głośności okolic 120-tego stopnia – porażająca potęga, popis rozmachu i mocy. Muzyka filmowa niczym w prawdziwym kinie, i to nastawionym na mocne wrażenia też od strony dźwiękowej. Zarazem jednak poczucie, że te słuchawki są dla doskonalszej aparatury, mogącej lepiej korzystać z ich na papierze gigantycznego pasma i wielkiej mocy akustycznej.

Przy komputerze

Przetwornik PrimaLuny[3] i wzmacniacz słuchawkowy Niimbus Ultimate US 5 wraz z komputerem, okablowaniem i recenzowanymi słuchawkami to budżet przeszło stu tysięcy. To już powinno starczyć …

I rzeczywiście – do poetyckiej spójności w analogowym ujęciu dołączyła agresja. Agresja poprzez przyrost dynamiki i rozbudzenie sopranów. Od strony sceny wzbogacana silniejszym jeszcze ukazaniem planów i dokładności umiejscowienia źródeł. Nie grało przy tym w głowie – ani trochę. Scena daleko na boki i z przodu przed słuchaczem. Z linią horyzontu dokładnie na wysokości oczu i ujęciem perspektywicznym. Sufit średnio wysoki do wysokiego, w zależności od samego nagrania, oraz nieustające czucie dookólności pozbawione wpierania. Co miłe i budzące uznanie, gdyż tak lepiej się słucha, a przecież większość słuchawek pcha właśnie dźwięk do głowy.

Moment zastanowienia, moment porównania z innymi – odnajdujemy większą precyzję dźwięku. Tym ciekawszą, że każdy jako element całości, mimo to znakomicie czytelny. W dodatku doskonale analogowy, a przecież jakże często indywidualizm zostaje osiągnięty nadmiernym forsowaniem sopranów, co zaraz analogowość zmniejsza. W tej mierze Meze Elite to jakby ulepszone AudioQuest NightHawk – trochę mniej gęste i basowe, w zamian z przejrzystszym medium. Identycznie analogowe oraz podobnie traktujące muzykę jako monolit wyrazowy. Własny atut: gęstość, głębia i analogowość nic a nic nie wchodzące w drogę wyraźności konturów i doskonałości form poszczególnych dźwięków.

– Jedne z najlepszych słuchawki, o ile nie najlepsze, tak potrafiące łączyć wyraźność z analogową spójnością wpisaną w holografię sceny. Z pewnością jako następstwo opisanego podziału cewek oraz ulepszonej membrany.

Dwoma kompletami padów.

W tym miejscu zauważę, że jeśli ktoś lubi analityczne podejście, w sensie możliwie najdalej posuniętego wyosobniania czegoś, to te słuchawki nie dla niego. Nie ma szalejących sopranów, tworzących własny teatr (jak przykładowo u K1000), nie ma działającego osobno basu, jako mocnego wyróżnika w otoczeniu najwyższych ciśnień (jak u Ultrasone T7), nie ma też holografii, jako osobnej wizji przykuwającej całą uwagę (co miało miejsce u Sony R10), ani wysubtelnienia tak wysokiego, że same ze zdumienia się rozdziawiają usta (przypadek Sennheisera Orpheusa). Jest muzyka jako zespolona całość od basu po soprany i scena wieloplanowa, otaczająca półkolem głowę, czemu towarzyszy uczucie spełnienia na bazie jednej zespolonej wizji o wielkiej analogowości i dużej holografii. Jest przy tym unikalna zdolność łączenia wyraźności ze spójnością oraz brak wpychania dźwięku do głowy, pomimo czego bardzo mocne, całkowite nawet, doznanie bezpośredniości. Słucha się z fascynacją i ta fascynacja narasta w miarę przemierzania kolejnych utworów bez natrafiania na zniekształcenia. Nie ma zniekształceń, nie ma zlewania, nie ma żadnych uproszczeń. Nie ma także podostrzeń i innych przegięć. Muzyka jest doskonała technicznie i całkowicie sycąca – nie stwarzająca żadnych barier, wolna od dysonansów.

Dokładniej widać to w porównaniach. O tych nie z marszu napiszę, nie w bieżącej relacji, tylko retrospektywnie, po odbytych odsłuchach, by móc je poukładać w sekwencję od najpodobniejszych do podobnych najmniej.

Meze ELITE vs HEDDphone

Super w środku membraną.

Bardzo uczciwe porównanie, z identycznym okablowaniem. Ogólnie spore podobieństwo, choć dalekie od zupełnego. Główna różnica: Meze z bliższym i większym postaciowo pierwszym planem, a mniej widoczną perspektywą i mniejszym skupieniem na dalekich. Te u HEDDphone równie ważne dla ukazania piękna całości, w czym pomagała niezrównana umiejętność operowania pogłosem. Niczym kolumny tubowe, potrafiły wyraźny pogłos wplatać zdobniczo w przekaz bez naruszania bezpośredniości, co się nie zawsze udaje, lecz zawsze z przetwornikiem PrimaLuny. Pięknie pogłosami zdobiły i te pogłosy oraz głębię za pierwszym planem ukazywały HEDDphone lepiej. Przy pierwszym dalej postawionym i mniej potężnie brzmiącym, odnośnie samych dźwięków z minimalnie też niższą temperaturą i słabszym wypełnieniem.

– Gdzie wobec tego podobieństwo? Było, było istotne. Podobieństwo postaci brzmienia, wyjątkowo dobrze obrazowane przez wokal. Jedne i drugie słuchawki posiadły umiejętność dawania w pełni rozwiniętej wyraźności bez rysowania ostrych konturów i skutkiem tego formy spłaszczonej. Trójwymiarowość form brzmieniowych, dla których kontur to nie linia, a coś otwartego lub obłego – to te słuchawki łączyło, to było u nich lepsze na tle pozostałych. Naturalność ludzkiego głosu – u Meze ELITE lokującego się w bezpośredniej bliskości i poprzez to należącego do wyraźnie większej postaci; u HEDDphone dalszego i wstawionego głębiej w perspektywę, ale tak samo naturalnego, otwartego i dającego poczucie całkowitego autentyzmu – to te słuchawki łączyło, a przecież to kluczowy czynnik.

Meze ELITE vs Final D8000 PRO

Teraz okablowanie nietożsame, tyle że też symetryczne i też zakończone 4-pinem. Final od razu objawiły swe podobieństwo do HEDDphone w tym, że plan pierwszy również umiejscowiły dalej i też mocno uwidoczniły perspektywę. Nie tak daleko umiejscowiły i nie tak mocno uwidoczniły, ale od Meze dalej i widoczniej. Zarazem same dźwięki traktowały chłodniej, tak w okolicach neutralności dwudziestu circa stopni. Więcej niż u Meze miały pogłosu, ale już lekko dystansującego przekaz, też mocniej zaznaczające się kontury, a słabiej wyoblenia. Więcej sopranów, lekkie tunelowanie pogłosem, niższa o parę stopni temperatura (tak że już ciepła prawie nie znać), twardszy i bardziej konturowy bas oraz charakterystyczne dla tych słuchawek poczucie całkowitej otwartości.

Łatwym do zmiany okablowaniem.

Dźwięk rozchodzący się bez jakichkolwiek barier, nawiązujący do przekazu kolumnowego. Odnośnie tonacji barwnej czarno-srebrny, potrafiący sypać soprany garściami; w wyrazie uczuciowym obojętniejszy lub smutniejszy; bardziej szumiący, napowietrzony, kruchszy i bardziej kontrastowy. Odnośnie wokali nie tak aż naturalny, odnośnie formy całościowej mocniej uciekający się do efektów pogłosowych. Podobnie jak odtwarzacz Metronome wołający o wzmacniacz ciepły, pełny i aksamitnie analogowy. Porównawczo to te słuchawki spośród wielu mistrzowskich najlepiej wypadły z gramofonem, lecz Meze EELITE tam nie było. Tu były – i pokazały brzmienie, bliższe, cieplejsze, pełniejsze, bardziej miękkie i oszczędniejsze pogłosowo, a jednocześnie pięknie, długo wybrzmiewające z maksymalnym naturalizmem. Porównania gramofonowe zaś przed nami.

Meze ELITE vs Ultrasone Tribute 7

Zgodnie z zapowiedzią na koniec porównanie do najbardziej odmiennych. Zarazem powrót do identycznego okablowania; jedne i drugie z kablem Tonalium zakończonym 4-pinowym Neutrikiem.

Na papierze to Meze mają szersze pasmo, ale w praktyce to Ultrasone operują szerszym. Ich soprany nie są przede wszystkim wkomponowane w całość, są intensywne i przenikliwe. Dźwięczniejsze, bardziej drążące, wyraźniej cyzelujące obrysy i generujące chropawość. Nie pracujące przede wszystkim we wnętrzu analogowej spójności, tylko bardziej „na swoim” i też trochę na rzecz wrażenia niezwykłości. Nie dość że cyzelują, chropawią, posrebrzają i rzeźbią misterne koronki, to jeszcze formowaniem pogłosów budują atmosferę niezwykłości. Nie swojską ani miłą – pryska poczucie swojskości, pewnego też zobojętnienia oraz bazowego spokoju. W ich miejsce zjawia się ekspresja, niecodzienność, wyrwanie ze zwykłości. Wszystko ląduje w perspektywie i ma pogłosową oprawę, ale zarazem – zaskoczenie – brzmienie pojawia się cieplejsze, rodząc kolejny kontrast. Tym mocniejszy, że skraj basowy dokłada od siebie jeszcze więcej. Potęga basu i wysokość akustycznych ciśnień są w tych słuchawkach niezrównane i trzeba im uczciwie oddać, że tak potężny bas, taka towarzysząca mu brzmieniowa głębia i takie towarzyszące mu ciśnienia są bardziej naturalistyczne. Bardziej też naturalistyczne tak intensywne soprany, bo wszak prawdziwa trąbka, saksofon, perkusyjny talerz – to są potężne świdry. Ale, jak wiele razy pisałem, prawdziwe brzmienia sopranowe są bardziej trójwymiarowe i nie generują same z siebie odrealniającego pogłosu, w czym podobniejsze są do Meze.

Ale kablem w komplecie jednym.

Mimo iż te dwa brzmienia były najdalsze na skali podobieństwa, nie odnosiło się wrażenia zasadniczej różności. Łączyła je wysoka jakość i silna chęć słuchania, a w odniesieniu do sposobu przedstawiania, najbardziej dzieliło poczucie wytwornego spokoju u Meze i inspirującej ekscytacji u Ultrasone. Co nie znaczyło, że przy odpowiednim muzycznym materiale nie można z Meze się ekscytować, a z Ultrasone relaksować. Charaktery jednych i drugich miały obszar wspólnoty, niemniej brzmienia od Meze pełniejsze były i gładsze, gdy od Ultrasone rzewniejsze, intensywniejsze na skrajach oraz dużo bardziej chropawe, zaskakująco też cieplejsze. Te od Meze również bliższe i większe, a z Ultrasone bardziej w zwężającej się do horyzontu linii perspektywie.

[3] Na moich, lepszych, lampach.

Brzmienie: Przy odtwarzaczu SACD

W teście mającym trzy droższe alternatywy.

  To jeszcze droższa maszyneria – co taka może dodać ustaleniom? Wszystko wcześniejsze potwierdziła, zmieniając jeden parametr. Wyraźnie ożywiły się soprany, przestało być gładko i spokojnie. Nie stało się nerwowo, ale już nie przede wszystkim miło i elegancko. Duże źródła i bliski pierwszy plan – to wciąż. Głębokie brzmienie (ale nie jakoś ekstremalnie) – też. Całkowita transparencja wieloplanowej sceny z planem pierwszym tuż przy słuchaczu – to jeszcze bardziej podkreślone. Podobnie jak analogowa naturalność głosów i piękna śpiewność instrumentów. Też wciąż trójwymiarowo modelowane obrysy, bez zaznaczania się rysunku krawędzi. Ale już więcej chropawości, brzmieniowych strzępków odrywanych od powierzchni, mocniejsze chrypki, grasejacje. Przyrost dźwięczności, zadziorności, uczuciowego zaangażowania, głębsze wchodzenie w emocje. Mocniejsze esencje kolorów i więcej światłocienia.

Niemniej to wszystko nie na tyle mocne, by zmienił się ogólny wydźwięk. Ciągle słuchawki przede wszystkim elegancko-spokojne i skoncentrowane na pierwszym planie. Nieustająca inkorporacja skrajów pasma w jądro muzycznego przekazu, mimo sopranów bardziej atakujących i basu potężniejszego, rozleglejszego. Lecz nie spuszczonego spod kontroli – bardzo udanie łączącego moc i przydawanie muzyce filmowej basowych opraw. Żadnego zlewania, bezpostaciowego rozłażenia, przedobrzania, tym bardziej żadnych przesterów. Najniższe zejścia wiolonczeli i kontrabasu jako pokaz umiejętności technicznych, a nie przyczyna płaczu, jak to się nieraz dzieje, zwłaszcza u źle zestrojonych kolumn.

Ogólnie więc to samo, ale odnośnie parametru sopranowego lepiej – przezeń także uczuciowego. A skoro tożsamość uwalnia mnie od powtarzania długich opisów, pozwolę sobie na dwa porównania, oba mocno różnicujące.

Najpierw do Ultrasone T7

I one się nie zmieniły – z tymi mniejszymi źródłami, wyraźną perspektywą i dużo mocniejszym akcentowaniem obu skrajów. Które to akcentowanie, odnośnie sopranowego zwłaszcza, budowało zasadniczą różnicę. Spokojny, wypośrodkowany i elegancki przekaz Meze ELIT był teraz, przy odtwarzaczu, jeszcze od ich własnego dalszy. Same przypominały charta przed wyścigami, całego drżącego z podniety. Muzyka z Meze ELITE płynęła niczym wielka rzeka, dostojnie i spokojnie. Muzyka od Ultrasone T7 była jak górski potok – spieniona, wibrująca. Pieniła się, wibrowała, kotłowała, wściekała, szalała. Sopranowy podszerstek zachodził u niej na całą średnicę, wszystkiemu dodając podniety, drżenia. Masywność wzbogacał wysmukleniem i skrajnie kontrastował z nadzwyczajną głębią brzmieniową i ekstremalną potęgą basu. Nie, to nie było lepsze – było zupełnie inne. Lepsze dla holografii, uwidaczniania dalekich horyzontów i jeszcze bardziej dla sopranowych szałów, ale przesadnie aż nerwowe, podniecające się trochę sztucznie. Dosypujące sopranowej przyprawy dużo i do wszystkiego, a przecież nie tak jest w normalnym życiu i nie wszyscy to lubią. Ten dźwięk był aż przerysowany, a z ELITE może za spokojny – wybór należy do ciebie, odbiorco. Oba najwyższego poziomu.

Całość świetnie się prezentuje.

I najwyższego poziomu też od najdroższych HiFiMAN HE-R10P.

O porównaniu z nimi krótko, bo te słuchawki przed recenzją. Odnotuję jedną różnicę, za to bardzo istotną. Porównywałem ekstremalne testy wiolonczelowe, które jedne i drugie zdały na wysoką notę, ale przy dużej odmienności obrazowej. U Meze ELITE dźwięk był poprawnie wiolonczelowy i dobiegał z precyzyjnie określonej lokalizacji, ale na tym się ich relacja kończyła. U HiFiMAN był tak samo wierny, ale lepiej rysował się obraz całego pomieszczenia – wyobraźnia podpowiadała obraz wiolonczeli stojącej w określonym dokładnie miejscu; i tego obrazu u nich nie można było usunąć. Była to zatem prezentacja łącząca bardziej dźwięki z obrazem. Czy lepsze to, czy gorsze – zależy znów od preferencji. Dla analizy samego dźwięku, pewnie prezentacja od Meze lepsza, ale dla wizualizacji koncertu, ta od HiFiMAN HE-R10P. Które to słuchawki są wielce osobliwe, ale to już przy ich okazji.

Dorzućmy uwagi użytkowe. Sprawdziłem oba rodzaje padów. Zwykle wolę materiałowe i przy Meze Empyrean tak było. Dla ELITE wybrałem jednak skórzane. Te z Alcantary są blisko dwa razy głębsze, czyli duża różnica pokroju. Bez zaskoczenia przyjąć trzeba w takim razie, że odsunięte u nich dalej od uszu przetworniki produkują sceny o dalszym pierwszym planie. Skutkiem czego muzyka mniej atakuje – wciąż pozostaje całkowicie bezpośrednia, ale słabiej napiera. I jest też druga różnica: z padami z Alcantary mocniej się zaznaczają soprany. Dla fortepianowej dźwięczności to korzystne, ale na ludzkie głosy działa denaturalizująco. Mnie w każdym razie od flagowych Meze bardziej podobały się bez sopranowej przymieszki, ponieważ nie była tak udana, jak działo się w Ultrasonach. Zaburzała jedynie spokój i osłabiała naturalizm formy, nie wnosząc wkładu do precyzji rysunku ani giętkości linii melodycznych. Ogólnie nie dodawała sopranowej podniety jako czegoś inspirującego, prędzej psuła. Przynajmniej w moim odbiorze.

Odnośnie kabli – firmowy jest jaki jest – jest przeciętny. Trzy firmowe go przegoniły, ale każdy inaczej. Prima Luny przekierowywał brzmienie Meze ELITE w stronę tego z Ultrasone T7, ale robił to minimalnie. Niemniej, w odróżnieniu od padów z Alcantary udanie, a nie zakłócająco – dodawał sopranowej podniety, stwarzał śladowe oprawy pogłosowe i trochę dokładał trzeciego wymiaru. Muzyka stawała się osobliwsza, korzystnie łącząc szczyptę osobliwości z ogólną elegancją i spokojem. Sulek działał całkiem inaczej, i też dla siebie charakterystycznie. Jeszcze wzmagał analogowość, dokładał trochę ciepła, a dźwiękom nadawał krąglejsze kształty o minimalnie domykanych powierzchniowo, nie całkowicie rozpraszających się i otwartych formach. Najbardziej był analogowy, budował najciemniejsze tła, kładąc na nie najcieplejsze, lekko złote dźwięki. Tonalium – także swoim zwyczajem, bardziej srebrzył niż złocił, dawał największą otwartość i minimalną sopranową podnietę, ale bez śladu dorzucanego pogłosu, nawet minimalnego. I każda z tych stylistyk była lepsza od przeciętności z kablem oryginalnym. Jak grają Meze ze swoimi popisowym, tego nie wiem, dystrybutor nie dysponuje – może tylko zamawiać.

W końcu to dzieło designera.

Z gramofonem

Na koniec test z analogowym źródłem, którego zwykle nie wykonuję. Lecz styl i jakość Meze, a także obecność na miejscu Final D8000 PRO, które swego czasu w szerokim gronie samych naj wypadły przy gramofonie najkorzystniej, skłoniła mnie do dodatkowego wysiłku. Prócz tego gramofon tylko czekał, idealnie wyregulowany na rzecz zbliżającego się testu wkładki. Żadna drożyzna, wraz z przedwzmacniaczem kilkanaście tysięcy, ale czytający tutejsze recenzje wiedzą, że takie gramofony też potrafią zdumiewać. I tym razem brzmienie zaistniało ogniście piękne – buchające muzycznym żarem i tryskające energią. Żadne cyfrowe tak nie umie, cyfr takich nie wynaleziono.[4] W oczywisty sposób najwyższa jakość, zwłaszcza przy popisowo nagranych płytach kręconych na 45 obrotów.

Meze ELITE okazały się przy gramofonie nie gorsze od flagowych Final, chociaż zarazem też nie lepsze. Z kablem Tonalium, który do gramofonowego stylu najlepiej im pasował, dały podobny popis, lecz stylistycznie różny. Swoim zwyczajem pierwszy plan przysunęły bliżej, zwiększając tym samym źródła. Też swym zwyczajem słabiej akcentowały perspektywę, skupiając się na marszu muzyki do słuchacza, a nie marszu od niego. Duże dźwięki, ofensywnie napierające, jako burza gramofonowej energii. Tak wiem, napisałem wcześniej, że brzmienie tych słuchawek okazuje się zwykle spokojne – i rzeczywiście takie jest. Głównie za sprawą sopranów uspokojonych, złożonych w jedność ze średnicą. Już wcześniej te soprany zostały najpierw podkręcone przy komputerze, potem krok dalej przez odtwarzacz SACD. A z gramofonem wybuchły. Nie na zasadzie cyfrowej – pikantniejszej i z pogłosami – tylko analogowej, eksplozyjnej. Muzyka jako burza energii i pośród szalejące soprany.

Nie opiszę tego słowami, ale na pewno całe brzmienie ukazujące się jako doskonalsze, piękniejsze, prawdziwsze – wraz z czym Meze cały swój dostojny spokój przeistoczyły w potęgę, eksplozyjność i bezpośredniość, w razie potrzeby nagraniowej także w namiętny uczuciowy żar. Niemniej wciąż sposób podawania sopranów najbardziej różnił je od Final, które plan pierwszy postawiły trochę dalej, uwyraźniały perspektywę i sopranami smuklejszymi, chłodniejszymi uwyraźniały nie tylko kontury, ale też zależności przestrzenne oraz podkreślały różnicę wypełnienia między dźwiękami a medium.

Lecz konkurencji nie zabraknie.

U Meze przekaz bardziej był koherentny, bardziej skomasowany i swymi większymi dźwiękami bardziej zdążający ku słuchaczowi, a Final, poprzez swe trochę tylko mniejsze i chłodniejsze, lepiej uwidaczniały rzeczy dalsze, mocniej wszystko różnicowały i kontur szlifowały mocniej. Oba obrazowania były fantastyczne i każdy miał coś, czego drugi nie miał. Dlatego nie umiem powiedzieć, który bym koniec końców wybrał, z oboma byłbym zaspokojony.

 

 

[4] Zapewne nie zdajecie sobie sprawy i sam do niedawna nie zdawałem, jaką męką zostało okupione wynalezienie zapisu CD. Zespoły wynalazcze pracowały przez długie lata i kilka razy popadano w takie zwątpienie, że rzucano robotę. Niewiele brakło, byśmy nie mieli.

Podsumowanie

   Powiecie: „– Tyle gadania, a zapomniałeś o najważniejszym – o porównaniu do Meze EMPYREAN.”

Rzeczywiście, tego porównania jeszcze nie było, za sprawą faktu, że owe nieobecne. Ale sięgając do pamięci powiem, że Meze ELITE to większa bezpośredniość i lepsza personalizacja brzmień w sensie potęgi obecności. Też lepsza transparentność, pomimo komasującego stylu. Elegantsze soprany i bas mocniej uderzający, z wyraźniejszym obrazem i lepszym zestrojeniem z całością. A ponad wszystko mocniejsze czucie niezwykłości w sensie poziomu wyrafinowania i jednocześnie dają Meze ELITE (chociaż w nie tak aż dojmujący sposób) to, co charakteryzowało Sennheisera Orpheusa: poczucie wyjątkowego otwarcia na muzykę. U nich to nie jest aż tak mocne, ale muzyczny przestwór i u nich szeroko otwiera się przed słuchaczem, mającym silne poczucie dostępowania niezwykłości. Karol tylko przez moment ich słuchał przy okazji robienia zdjęć, i to mi właśnie powiedział: że poczuł tę niezwykłość.

Już wcześniej napisałem, że nie są to słuchawki dla lubiących analizy i maksymalizm zróżnicowań. Działają na rzecz ujednolicenia wyrazu i prędzej spokoju niż podniety. Dopiero z gramofonem osiągają poziom ekspresji bliski doskonałości, dopiero z winylami pod igłą muzyka zaczyna im wrzeć.

Poza tym są generalnie łatwe do napędzenia oraz dużo wybaczające, mimo że nie umilają. To nie Audeze LCD-3, gorące i gładkie tak bardzo, że słabości się same łatają. To także nie słuchawki w stylu Ultrasone Edition 5, generujące własną przestrzeń. W ogóle przestrzeń nie jest u nich na celowniku, na celowniku są brzmienia. Przestrzeń jest tylko miejscem akcji, chociaż nie można jej nic zarzucić. Najważniejsze jednak docieranie muzyki do słuchacza – obcowanie z jej pięknem w oprawie niezwykłości. Niezwykłości bezpośredniego kontaktu, analogowego ujęcia i uczuciowego zaangażowania większego niż u Meze EMPYREAN.

Ile to wszystko warte w wymiarze brzęku monet, będą sobie rozstrzygać ci, którzy są na etapie kupna szczytowej klasy słuchawek i mają odpowiedni budżet. Najgroźniejszy konkurent w sensie stylistycznego podobieństwa to kosztujące analogicznie Focal Utopie, ale nie miałem okazji bezpośrednio porównać. To też słuchawki szczególne, ale trudniejsze do optymalnego ustawienia w torze. Niemniej zdarza się im brzmieć wyjątkowo, tylko się trzeba bardziej naszukać. Do gramofonów jednak prędzej Meze ELITE albo flagowe Final. Dosyć podobne do ELITE są też HiFiMAN Susvara, ale przy całkiem innych wymogach odnośnie napędu i budżetu. Te dają większą scenę, większą swobodę przepływu dźwięku oraz więcej zwiewność, a tą samą analogowość i czucie obecności, jednak dopiero z bardzo mocnym wzmacniaczem.

 

W punktach

Zalety

  • Wyjątkowo silne poczucie bliskości w obcowaniu z muzyką.
  • Za sprawą bliskiego pierwszego planu i dużych źródeł.
  • Czucia brzmieniowej potęgi.
  • Perfekcji tonalnej i obrazowej.
  • High-endowego wyrafinowania.
  • Wysoce ponadprzeciętnej analogowości.
  • Doskonałego scalenia w jedno muzycznego przekazu.
  • Naturalnego ciepła.
  • Braku obcych pogłosów.
  • Miąższości.
  • Umiejętnego różnicowania siły i delikatności.
  • W przypadku dobrych źródeł muzycznego zapamiętania.
  • Elegancko wtopionych w przekaz i całkowicie dźwięcznych sopranów.
  • Dojmująco prawdziwych ludzkich głosów.
  • Mocnego i dobrze technicznie oddanego basu.
  • Całościowego poczucia niezwykłości w sensie jakości odtwórczej.
  • Krok naprzód względem pierwowzoru.
  • Unikalne rozwiązania techniczne.
  • Ulepszona membrana.
  • Ogromne pasmo przenoszenia.
  • Efektowny wygląd.
  • Wygodne w noszeniu i używaniu.
  • Dwa komplety padów.
  • Łatwe do napędzenia.
  • Nadają się do sprzętu przenośnego i małych zestawów nabiurkowych.
  • Znakomicie pasują do brzmień gramofonowych.
  • Wyjątkowo eleganckie opakowanie.
  • Można obstalowywać lepsze kable.
  • Znany i ceniony producent.
  • Poprzednik na pozycji flagowca cieszył się dużą popularnością.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

Wady i zastrzeżenia

  • Nie dla zwolenników analiz.
  • Nie dla lubiących mocne kontrasty.
  • Nie dla lubiących sztuczne podniety.
  • Jakościowe okablowanie za osobne pieniądze.
  • Tor musi być dobrej jakości, bo one mu niewiele pomogą.
  • Duży wzrost ceny względem poprzednika, a poprawiono samą membranę.

 

Dane techniczne Meze ELITE:

OGÓLNE

  • Typ przetwornika: Rinaro Isodynamic Hybrid Array®
  • Zasada działania: otwarte
  • Pasmo przenoszenia: 3 Hz -112 kHz
  • Impedancja: 32 Ω
  • Nominalny SPL: 101 dB (1 mW/1 kHz)
  • Maksymalny SPL: > 130 dB
  • Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): <0,05%
  • Waga: 430 g

 

SPECYFIKACJA PRZETWORNIKA MZ3

  • Kształt geometryczny: Owoidalny
  • Rozmiary: 102 x 73 mm
  • Waga przetwornika: 75 gramów
  • Obudowa: Polimer wzmocniony włóknem szklanym
  • Typ membrany: Rinaro Parus ® [MZ3SE]
  • Aktywny obszar: 4650 mm 2
  • Masa membrany: 0,11 g
  • Masa akustyczna: 7,5 kg/m 4
  • Dolna granica częstotliwości: 3 Hz
  • Limit górnej częstotliwości: 112 000 Hz

 

Cena Meze ELITE: 18 400 PLN

 

System

  • Źródła: PC, Astell & Kern A&futura SE180, Metronome AQWO SACD/CD, Avid Ingenium.
  • Przetwornik: PrimaLuna EVO 100.
  • Kable USB: iFi Gemini, Fidata HFU2 Series USB.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iFi iOne.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Niimbus Ultimate HPA US 5.
  • Słuchawki: Dan Clark STEALTH, Final D8000 PRO, HEDDphone, HiFiMAN HE-R10P, Ultrasone Tribute 7 (Kabel Tonalium – Metrum Lab).
  • Interkonekty: Sulek Edia, Sulek 6×9, Tara Labs Air 1.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: Meze ELITE

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Widze ze ten nowy model jak i poprzedni graja podobnie, czyli bezpluciowo,dziwilem sie zawsze tobie ze je chwaliles,bo dla mnie byly strasznie przecietne,piekne dla oka,bardzo wyodne i lekkie,ale tyle tylko i nic wiecej,jak uzywasz slow
    (Nie dla zwolenników analiz.
    Nie dla lubiących mocne kontrasty.
    Nie dla lubiących sztuczne podniety.) czyli bez wyrazu,to juz nie musze ich sluchac,obym sie mylil!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Są zwolennicy muzyki elektronicznej i są klasycznej. Jedni słuchają modern jazzu, inni kameralistyki. Dźwiękowy świat można budować różnie, a Meze ELITE starają się jak najnaturalniej. I bardzo dobrze im to wychodzi. Zarazem postęp jakościowy u nich powoduje taką różnicę, że EMPYREAN mogę sobie odpuścić, a ELITE słucham z dużą przyjemnością. Tylko trzeba się szarpnąć na możliwie najlepszy kabel.

      1. Piotr Ryka pisze:

        I jeszcze taka uwaga, że jak jakieś słuchawki wypadają lepiej od innych przy gramofonie, to z nimi jest dobrze, a z tamtymi niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy