Recenzja: Meze ELITE

Brzmienie: Przy odtwarzaczu SACD

W teście mającym trzy droższe alternatywy.

  To jeszcze droższa maszyneria – co taka może dodać ustaleniom? Wszystko wcześniejsze potwierdziła, zmieniając jeden parametr. Wyraźnie ożywiły się soprany, przestało być gładko i spokojnie. Nie stało się nerwowo, ale już nie przede wszystkim miło i elegancko. Duże źródła i bliski pierwszy plan – to wciąż. Głębokie brzmienie (ale nie jakoś ekstremalnie) – też. Całkowita transparencja wieloplanowej sceny z planem pierwszym tuż przy słuchaczu – to jeszcze bardziej podkreślone. Podobnie jak analogowa naturalność głosów i piękna śpiewność instrumentów. Też wciąż trójwymiarowo modelowane obrysy, bez zaznaczania się rysunku krawędzi. Ale już więcej chropawości, brzmieniowych strzępków odrywanych od powierzchni, mocniejsze chrypki, grasejacje. Przyrost dźwięczności, zadziorności, uczuciowego zaangażowania, głębsze wchodzenie w emocje. Mocniejsze esencje kolorów i więcej światłocienia.

Niemniej to wszystko nie na tyle mocne, by zmienił się ogólny wydźwięk. Ciągle słuchawki przede wszystkim elegancko-spokojne i skoncentrowane na pierwszym planie. Nieustająca inkorporacja skrajów pasma w jądro muzycznego przekazu, mimo sopranów bardziej atakujących i basu potężniejszego, rozleglejszego. Lecz nie spuszczonego spod kontroli – bardzo udanie łączącego moc i przydawanie muzyce filmowej basowych opraw. Żadnego zlewania, bezpostaciowego rozłażenia, przedobrzania, tym bardziej żadnych przesterów. Najniższe zejścia wiolonczeli i kontrabasu jako pokaz umiejętności technicznych, a nie przyczyna płaczu, jak to się nieraz dzieje, zwłaszcza u źle zestrojonych kolumn.

Ogólnie więc to samo, ale odnośnie parametru sopranowego lepiej – przezeń także uczuciowego. A skoro tożsamość uwalnia mnie od powtarzania długich opisów, pozwolę sobie na dwa porównania, oba mocno różnicujące.

Najpierw do Ultrasone T7

I one się nie zmieniły – z tymi mniejszymi źródłami, wyraźną perspektywą i dużo mocniejszym akcentowaniem obu skrajów. Które to akcentowanie, odnośnie sopranowego zwłaszcza, budowało zasadniczą różnicę. Spokojny, wypośrodkowany i elegancki przekaz Meze ELIT był teraz, przy odtwarzaczu, jeszcze od ich własnego dalszy. Same przypominały charta przed wyścigami, całego drżącego z podniety. Muzyka z Meze ELITE płynęła niczym wielka rzeka, dostojnie i spokojnie. Muzyka od Ultrasone T7 była jak górski potok – spieniona, wibrująca. Pieniła się, wibrowała, kotłowała, wściekała, szalała. Sopranowy podszerstek zachodził u niej na całą średnicę, wszystkiemu dodając podniety, drżenia. Masywność wzbogacał wysmukleniem i skrajnie kontrastował z nadzwyczajną głębią brzmieniową i ekstremalną potęgą basu. Nie, to nie było lepsze – było zupełnie inne. Lepsze dla holografii, uwidaczniania dalekich horyzontów i jeszcze bardziej dla sopranowych szałów, ale przesadnie aż nerwowe, podniecające się trochę sztucznie. Dosypujące sopranowej przyprawy dużo i do wszystkiego, a przecież nie tak jest w normalnym życiu i nie wszyscy to lubią. Ten dźwięk był aż przerysowany, a z ELITE może za spokojny – wybór należy do ciebie, odbiorco. Oba najwyższego poziomu.

Całość świetnie się prezentuje.

I najwyższego poziomu też od najdroższych HiFiMAN HE-R10P.

O porównaniu z nimi krótko, bo te słuchawki przed recenzją. Odnotuję jedną różnicę, za to bardzo istotną. Porównywałem ekstremalne testy wiolonczelowe, które jedne i drugie zdały na wysoką notę, ale przy dużej odmienności obrazowej. U Meze ELITE dźwięk był poprawnie wiolonczelowy i dobiegał z precyzyjnie określonej lokalizacji, ale na tym się ich relacja kończyła. U HiFiMAN był tak samo wierny, ale lepiej rysował się obraz całego pomieszczenia – wyobraźnia podpowiadała obraz wiolonczeli stojącej w określonym dokładnie miejscu; i tego obrazu u nich nie można było usunąć. Była to zatem prezentacja łącząca bardziej dźwięki z obrazem. Czy lepsze to, czy gorsze – zależy znów od preferencji. Dla analizy samego dźwięku, pewnie prezentacja od Meze lepsza, ale dla wizualizacji koncertu, ta od HiFiMAN HE-R10P. Które to słuchawki są wielce osobliwe, ale to już przy ich okazji.

Dorzućmy uwagi użytkowe. Sprawdziłem oba rodzaje padów. Zwykle wolę materiałowe i przy Meze Empyrean tak było. Dla ELITE wybrałem jednak skórzane. Te z Alcantary są blisko dwa razy głębsze, czyli duża różnica pokroju. Bez zaskoczenia przyjąć trzeba w takim razie, że odsunięte u nich dalej od uszu przetworniki produkują sceny o dalszym pierwszym planie. Skutkiem czego muzyka mniej atakuje – wciąż pozostaje całkowicie bezpośrednia, ale słabiej napiera. I jest też druga różnica: z padami z Alcantary mocniej się zaznaczają soprany. Dla fortepianowej dźwięczności to korzystne, ale na ludzkie głosy działa denaturalizująco. Mnie w każdym razie od flagowych Meze bardziej podobały się bez sopranowej przymieszki, ponieważ nie była tak udana, jak działo się w Ultrasonach. Zaburzała jedynie spokój i osłabiała naturalizm formy, nie wnosząc wkładu do precyzji rysunku ani giętkości linii melodycznych. Ogólnie nie dodawała sopranowej podniety jako czegoś inspirującego, prędzej psuła. Przynajmniej w moim odbiorze.

Odnośnie kabli – firmowy jest jaki jest – jest przeciętny. Trzy firmowe go przegoniły, ale każdy inaczej. Prima Luny przekierowywał brzmienie Meze ELITE w stronę tego z Ultrasone T7, ale robił to minimalnie. Niemniej, w odróżnieniu od padów z Alcantary udanie, a nie zakłócająco – dodawał sopranowej podniety, stwarzał śladowe oprawy pogłosowe i trochę dokładał trzeciego wymiaru. Muzyka stawała się osobliwsza, korzystnie łącząc szczyptę osobliwości z ogólną elegancją i spokojem. Sulek działał całkiem inaczej, i też dla siebie charakterystycznie. Jeszcze wzmagał analogowość, dokładał trochę ciepła, a dźwiękom nadawał krąglejsze kształty o minimalnie domykanych powierzchniowo, nie całkowicie rozpraszających się i otwartych formach. Najbardziej był analogowy, budował najciemniejsze tła, kładąc na nie najcieplejsze, lekko złote dźwięki. Tonalium – także swoim zwyczajem, bardziej srebrzył niż złocił, dawał największą otwartość i minimalną sopranową podnietę, ale bez śladu dorzucanego pogłosu, nawet minimalnego. I każda z tych stylistyk była lepsza od przeciętności z kablem oryginalnym. Jak grają Meze ze swoimi popisowym, tego nie wiem, dystrybutor nie dysponuje – może tylko zamawiać.

W końcu to dzieło designera.

Z gramofonem

Na koniec test z analogowym źródłem, którego zwykle nie wykonuję. Lecz styl i jakość Meze, a także obecność na miejscu Final D8000 PRO, które swego czasu w szerokim gronie samych naj wypadły przy gramofonie najkorzystniej, skłoniła mnie do dodatkowego wysiłku. Prócz tego gramofon tylko czekał, idealnie wyregulowany na rzecz zbliżającego się testu wkładki. Żadna drożyzna, wraz z przedwzmacniaczem kilkanaście tysięcy, ale czytający tutejsze recenzje wiedzą, że takie gramofony też potrafią zdumiewać. I tym razem brzmienie zaistniało ogniście piękne – buchające muzycznym żarem i tryskające energią. Żadne cyfrowe tak nie umie, cyfr takich nie wynaleziono.[4] W oczywisty sposób najwyższa jakość, zwłaszcza przy popisowo nagranych płytach kręconych na 45 obrotów.

Meze ELITE okazały się przy gramofonie nie gorsze od flagowych Final, chociaż zarazem też nie lepsze. Z kablem Tonalium, który do gramofonowego stylu najlepiej im pasował, dały podobny popis, lecz stylistycznie różny. Swoim zwyczajem pierwszy plan przysunęły bliżej, zwiększając tym samym źródła. Też swym zwyczajem słabiej akcentowały perspektywę, skupiając się na marszu muzyki do słuchacza, a nie marszu od niego. Duże dźwięki, ofensywnie napierające, jako burza gramofonowej energii. Tak wiem, napisałem wcześniej, że brzmienie tych słuchawek okazuje się zwykle spokojne – i rzeczywiście takie jest. Głównie za sprawą sopranów uspokojonych, złożonych w jedność ze średnicą. Już wcześniej te soprany zostały najpierw podkręcone przy komputerze, potem krok dalej przez odtwarzacz SACD. A z gramofonem wybuchły. Nie na zasadzie cyfrowej – pikantniejszej i z pogłosami – tylko analogowej, eksplozyjnej. Muzyka jako burza energii i pośród szalejące soprany.

Nie opiszę tego słowami, ale na pewno całe brzmienie ukazujące się jako doskonalsze, piękniejsze, prawdziwsze – wraz z czym Meze cały swój dostojny spokój przeistoczyły w potęgę, eksplozyjność i bezpośredniość, w razie potrzeby nagraniowej także w namiętny uczuciowy żar. Niemniej wciąż sposób podawania sopranów najbardziej różnił je od Final, które plan pierwszy postawiły trochę dalej, uwyraźniały perspektywę i sopranami smuklejszymi, chłodniejszymi uwyraźniały nie tylko kontury, ale też zależności przestrzenne oraz podkreślały różnicę wypełnienia między dźwiękami a medium.

Lecz konkurencji nie zabraknie.

U Meze przekaz bardziej był koherentny, bardziej skomasowany i swymi większymi dźwiękami bardziej zdążający ku słuchaczowi, a Final, poprzez swe trochę tylko mniejsze i chłodniejsze, lepiej uwidaczniały rzeczy dalsze, mocniej wszystko różnicowały i kontur szlifowały mocniej. Oba obrazowania były fantastyczne i każdy miał coś, czego drugi nie miał. Dlatego nie umiem powiedzieć, który bym koniec końców wybrał, z oboma byłbym zaspokojony.

 

 

[4] Zapewne nie zdajecie sobie sprawy i sam do niedawna nie zdawałem, jaką męką zostało okupione wynalezienie zapisu CD. Zespoły wynalazcze pracowały przez długie lata i kilka razy popadano w takie zwątpienie, że rzucano robotę. Niewiele brakło, byśmy nie mieli.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

3 komentarzy w “Recenzja: Meze ELITE

  1. miroslaw frackowiak pisze:

    Widze ze ten nowy model jak i poprzedni graja podobnie, czyli bezpluciowo,dziwilem sie zawsze tobie ze je chwaliles,bo dla mnie byly strasznie przecietne,piekne dla oka,bardzo wyodne i lekkie,ale tyle tylko i nic wiecej,jak uzywasz slow
    (Nie dla zwolenników analiz.
    Nie dla lubiących mocne kontrasty.
    Nie dla lubiących sztuczne podniety.) czyli bez wyrazu,to juz nie musze ich sluchac,obym sie mylil!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Są zwolennicy muzyki elektronicznej i są klasycznej. Jedni słuchają modern jazzu, inni kameralistyki. Dźwiękowy świat można budować różnie, a Meze ELITE starają się jak najnaturalniej. I bardzo dobrze im to wychodzi. Zarazem postęp jakościowy u nich powoduje taką różnicę, że EMPYREAN mogę sobie odpuścić, a ELITE słucham z dużą przyjemnością. Tylko trzeba się szarpnąć na możliwie najlepszy kabel.

      1. Piotr Ryka pisze:

        I jeszcze taka uwaga, że jak jakieś słuchawki wypadają lepiej od innych przy gramofonie, to z nimi jest dobrze, a z tamtymi niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy