Recenzja: Merason Frerot

Brzmienie

     Frerot nie upskaluje, za to skaluje jakość plików. W sekundę rozpoznaje (sam on zapewne prędzej), co mu pod kość podtykają – i nieodmiennie wrzucając cyfrowy wężyk danych w analogowości krynicę, robi to na tyle głęboko, na ile pozwala nagranie. W przypadku tych na 96 czy 192 kHz gęstość natychmiast się zaznacza, i to nie taka, jak ta kombinowana ułamkowo za sprawą upskalerów, tylko źródłowo-podstawowa.  

     Złe by to miało następstwa dla zwykłych 44,1 i 48 kHz, lecz i one brzmią świetnie, a tylko tamte lepiej. Tak dobrze, że prawdziwa muzyka analogowa z winylu albo taśmy się kłania – znaczy, nie w sensie uniżonym, bo przecież nie jest gorsza, ale pozdrawiająco dla pokrewnej. Ta lepszość gęstszych plików nie będzie zasadnicza, ale ich czarne tła czarniejsze, a jedne dźwięki do drugich dokładniej przylegają, tworzące bardziej homogeniczną substancję przepływającej muzyki. Lecz choć to jest widoczne, to jednak nie jaskrawo, to tylko się wyczuwa. To działa też w kierunku lepszego inkorporowania w całościowy obraz sopranów – zmieszane z głębszym i spójniejszym brzmieniem niższych dźwięków i same takie będąc, wciąż pozostają bardzo żywe i naturalnie ostre, ale komponują się lepiej.

     Pomimo znakomitej gładkości nawet u plików o podstawowej gęstości, zaznacza się brzmieniowa chropawość podnosząca zaciekawienie, mocno dochodzi też do głosu ewentualny dramatyzm zawarty w kompozycji, może się nawet stać rozdzierający. A zatem pożenione walory muzyczne czerpane z gładkiej konsystencji brzmieniowego surowca (analogowości) z na roścież rozwartą skalą nie tylko częstotliwościową i dynamiczną, ale też tą emocjonalną oraz bogactwa tekstur. Co zmierza do…? Sami wiecie – zmierza do realizmu. Czemu sprzyja też atak, tempo i w kontrze do nich długo podtrzymywane wybrzmienia. One, rzecz jasna, czerpią też z cech podpiętego wzmacniacza, lecz on nic by nie wskórał, gdyby sam sygnał nie był taki.

    Zarówno tranzystorowy Phasemation, jak hybrydowy SAEC Astreus, atakowały bez pardonu dźwiękami o ekstatycznej żywości i pełnej skali dynamicznej; w razie potrzeby euforycznym i aż eksplozyjnym, co stało w jawnej sprzeczności z wyglądem przetwornika; wyglądem niepozornym i spokojnym. Towarzyszyła temu wyraźność obrazu z akcentem nie tylko na kontur i rozpychanie go w trzeci wymiar, ale także silniejszym niż zazwyczaj separowaniem od tła i niezwykle dokładną lokalizacją sceniczną. Do czego dochodziła brzmieniowa różnorodność, znaczona min. wyraźną obecnością dźwiękowej odpowiedzi deski w stepie, a nie wyłącznie ostrym strzałem podkutego obcasa, jak u uboższych brzmieniowo bywa.

     Dwa przy tym realizmy o różnych intensywnościach. Przy Phasemation EPA-007 większa gładkość oraz zwiększony udział echa i pogłębiania dźwięku, co dawało słuchanie łatwiejsze, mniej bombardujące szczegółem. Przy SAEQ Astreusie natomiast informacyjny ukrop – od skrzenia się sopranów i eksplozyjnej dynamiki, po mikroskopową rozdzielczość tekstur. Zwłaszcza przy nim zupełne przeciwieństwo martwoty i czegoś upraszczania, więc gdyby komuś się zdawało, że dawny styl konwersji D/A to większa gładkość kosztem spadku ilości informacji i brzmieniowej żywości, to jest w głębokim błędzie. Frerot może sobie wyglądać jak niepozorny, mimo iż dwuczęściowy, poprzednik obecnej generacji wielgusów na kościach AKM i Sabre, ale on tylko tak udaje, bynajmniej nie jest mniej zasobny. Słusznie go zatem oferują nie bojąc się nowszej konkurencji, tym bardziej, że do cech wyliczonych dochodzi głęboki oddech, duże ciśnienia, przekonujący autentyzm głosów, jak również ożywianie przestrzeni strzępkami, aurami i echami, też jeszcze i szlachetność dotyku. Jest autentycznie i bogato, więc niemal jak prawdziwie a nie do prawdy z grubsza podobnie; automatycznie się wżywamy i od jakości wzmacniacza będzie w następnym kroku zależało, jak doskonałe to będzie.

   Co trzeba uzupełnić jakością wizji przestrzennej. Już zdążyłem napisać o imponującym porządku poprzez precyzję rozmieszczenia źródeł. Ale to trzeba doprecyzować osiami wzdłuż i w poprzek. Nie powstrzymam się tu od nawiązania do zbiorowości produkującej się komentarzami na stronie „Ton składowy”, dla której cały audiofilizm to walka o szerokość sceny poprzez wymianę kabli. Brać osobników szczycących się bezsensownym dla nie-łowcy godzinami bieganiem (chyba, iż rzeczywiście nadciągną islamscy imigranci, wtedy szybka ucieczka może się bardzo przydać), posiadaniem szybkiego auta (w dobie tłoku i strefowych pomiarów prędkości praktycznie bezużytecznego), konsumpcją tego i owego w gastronomicznych lokalach nastawionych na maksymalne zyski, również fociami zewsząd, dokąd udało się dotrzeć w poszukiwaniu nowych wrażeń, chroniących przed myśleniem o nadciągającym nieuchronnym. No więc dziarska ta grupa ma wyrobiony zwyczaj drwienia z poszukujących szerszej sceny, tak jakby w audiofilizmie rzeczywiście chodziło o nią. Szerokość jest bowiem parametrem, który potrafią zrozumieć, nie przekracza ich wyobraźni. W przeciwieństwie do głębokości, ponieważ imponująca głębokość sceny to coś, czego prawdopodobnie nie doświadczyli, prócz tego pisać o tym trudniej, nie ma takiej skojarzeniowej łatwości z kilkusłownym splunięciem. Napisałem w pewnej recenzji, że ta głębokość to analogia stereofonii rozlokowanej wzdłuż innej osi – wieloplanowość wzdłuż linii wzroku, a nie w poprzek. To przekroczyło, podniósł się rechot: „Jaka stereofonia wzdłużna, he, he?” No taka, mój baranie, że czasem głosy przed tobą się holograficznie nie formują, a kiedy indziej tak, tak samo jak stereofoniczna baza na poprzecznej może być szersza albo węższa i wyraźniejsza albo nie. Przy czym – i to jest najważniejsze odnośnie całej tej dygresji – przyjemność doznawania głębi jest dużo większa od stereofonii na bazie prawo-lewo. Bardzo szeroka scena wcale nie jest przyjemna, inaczej najprzyjemniej byłoby słuchać orkiestry z pierwszego rzędu albo w niej, a w najmniejszym stopniu tak nie jest.

    Magia tkwi w głębokości i wielowarstwowości – szerokość tylko uzupełnia, a za duża przeszkadza. Niemniej dobrze poukładana i z wystarczającym rozsunięciem, tak by źródła się nie zlewały, to także doznaniowa wartość. Świetnym przykładem sławny koncert „Saturday Night in San Francisco”, gdzie trzech gitarzystów trzeba tak posadzić, żeby nie zachodzili na siebie i broń Boże się nie zlewali, ale przy dobrej separacji nie byli za szeroko, dwaj boczni nie wyjeżdżali poza pole wzrokowe. Co nie jest łatwe, ale Frerot bardzo to dobrze organizował, zarazem generowanie holograficznej głębi już tylko nie budziło zastrzeżeń, nie było aż popisem. Wspierała tę głębię smukłość sopranów, potrafiących omiatać ogromne dźwiękowe pole, tak więc i ono w porządku, ale znajdą się przetworniki holograficznie mocniejsze. Trudno natomiast będzie o takie, które przewyższą melodyjnością, będzie to skrajnie trudne i dużo więcej kosztujące.

      Na koniec jedno zdanie o użytych słuchawkach. HiFiMAN Susvara Unveiled najpiękniej obrazowały muzykę (melodykę i przestrzeń), Dan Clark Audio STEALTH najdoskonalej nagrania (poziom szumu, szczegóły, a jednocześnie zniekształcenia i wszelkie inne niedociągnięcia, co dochodziło do skutku głównie za sprawą szaleńczo wręcz aktywnych sopranów), z kolei Ultrasone T7 w równym stopniu były pomiędzy, tego i tego nie żałując. (Przy STEALTH inne środowisko, bardziej dosadne i transparentne, aż przeraźliwie realne z przechodzeniem do nadrealności. Zupełnie inna historia, jakże fascynująca! Pozbawiona najmniejszej nawet kropli obojętności.)

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Merason Frerot”

  1. Sławek pisze:

    Dobry i niedrogi przetwornik nie jest zły.
    Ale – nie ma wejść I2S, BNC, AES-EBU, eARC i nie obsługuje DSD. Szkoda.
    Tak szczerze to mój Audio-gd Master 11 Singularity też nie obsługuje DSD, nie ma AES-EBU ale ma I2S (gdzie transport CD jest podpięty) na HDMI oraz I2S na RJ45 (jedyne wejście do tej pory niewypróbowane, zdaje się Project ma takie transporty CD). I 4 kosteczki BB 1704UK. Oraz wspaniały dźwięk.
    Jak bym miał kupować nowy DAC, to jednak chciałbym I2S i obsługę DSD mieć.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Postawili na analogowość i dobrze im wyszło. Mnie łącze koaksjalne wystarcza, chociaż faktycznie inne czasami wypadają lepiej. (W niektórych urządzeniach, a nie ogólnie.) Nowy DAC prawie na pewno oznacza nowe kości o nieco innym typie brzmienia. (Nie twierdzę, że gorszym.) Albo styl R2R, też bardzo dobry.

  2. Darek pisze:

    Szukam DACa do pary z Audio Wells Audio MILO – czy brzmiący lampowo wzmacniacz i ten analogowo brzmiący DAC mają szansę się dogadać? Czy to będzie już za wiele słodyczy?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie sądzę, by było za dużo słodyczy, ale zawsze lepiej samemu posłuchać. Myślę, że z wypożyczeniem tego Merasona nie powinno być problemu – ode mnie już wybył, jest w dyspozycji dystrybutora.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy