Recenzja: Merason Frerot

    Przetworniki – cóż o nich można ponad to, że stały się poszukiwane? Oczywiście nie bardziej niż słuchawki, głośniki i wzmacniacze, ale słuchawek i głośników nie wtykamy do ściany, więc zdają się łatwiejsze, od startu zdane na coś innego, poza tym wzmacniacze z przetwornikami nierzadko występują razem, co wcale nie dotyczy jedynie słuchawkowych. W związku z czym przetworników rozterki tyczą częściej – od nich się przecież wszystko zaczyna i potem zależy. Dalej zdaje się być już łatwiej: słuchawki i głośniki, a nawet i wzmacniacze – jakoś prościej zadecydować które, gdy przetworniki w swoich cyfrowych pierwocinach są tajemnicze, nieodgadnione. Od słuchawek do szacowania trudniejsze – wymaga to więcej czasu i skąd brać? Są wystawy słuchawek, gdzie można porównywać, a wystaw przetworników nie ma. Więc z mrowia istniejących, które z dnia na dzień jeszcze rośnie, wybrać ten najwłaściwszy dla uszu i budżetu… heh, niełatwe zadanie. Od teraz – mam nadzieję – będzie trochę  łatwiejsze, ponieważ brany teraz pod lupę wybija się jakością i ma w miarę przyjazną cenę. Jednocześnie jest tajemniczy, w każdym razie był dla mnie. Niespodziewanie wyrósł jak spod ziemi, w ogóle o istnieniu nie wiedziałem. Ściślej wypakował się z paczki, poprzedzony telefonicznymi wynurzeniami dystrybutora, który mnóstwa przetworników kosztował, a o tym się wyraził, że mimo niewygórowanej ceny całkowicie znosi potrzebę posiadania droższego.

    Merason? Jaki znowu Merason? O Chryste, ileż ich jest… Niczym diabły z pudełek co rusz wyskakują jakieś nieznane przetwornik, a taki z nimi był spokój w czasach zintegrowania z CD. Znało się garstkę przodujących – wiadomo: Accuphase, Denon, Sony, Marantz, Naim, Krell… (tak było na początku), a potem przyszedł podział na sekcje i się rozlało po markach, obecnie to już w ogóle… Efektem też MERASON ze Szwajcarii, krainy wyrafinowanego sprzętu technicznego różnych dziedzin, z czasomierzami i magnetofonami NAGRA na czele.

     W zatytułowanej „Nareszcie muzyka!” zakładce strony domowej MERASON’a czytamy: „Świadomość, że możemy oddać się muzyce – zrelaksować i porwać – to jest właśnie Merason. Właśnie to motywuje nas do dawania z siebie wszystkiego – tworzenie czegoś niezwykłego.”

     Nazwy rozszyfrować się nie udało, ale w indi „mera” oznacza „mój”, więc może… Tak, czy inaczej i niezależnie od tego, czy cokolwiek to znaczy, jest Merason dzieckiem Daniela Frauchigera, który wspólnie z niewymienionym z nazwiska inżynierem z Hong Kongu opracowywał po 2010 roku obwód przetwornika opartego na kości Burr-Brown PCM1794A (rok powstania 1999, sign-magnitude R2R); przetwornika mającego bezpośrednio i w maksymalnym stopniu nawiązywać do brzmienia gramofonowego.

    Marka Merason finalnie zaistniała w 2015, jako zależna od powstałej w 2013 Dafraud GmbH, oferującej usługi inżynieryjne i tej też będącej własnością Daniela Kurta Frauchigera, od początkowych liter jego imienia i nazwiska biorącej nazwę.

     Wróćmy do snucia cudzej opowieści: „Zgodnie z mottem Mniej znaczy więcej, produkty Merason są projektowane i tworzone z myślą o jednym celu: najczystszej możliwej reprodukcji muzyki bez przedzierania się przez skomplikowane menu i rozszyfrowywania technicznego żargonu, sama czysta muzyka. Właśnie do tego służą produkty Merasona.” Jeszcze o samym twórcy; „Już jako nastolatek Daniel fascynował się technologią reprodukcji dźwięku, w kolejnych latach w wolnym czasie zajmował się budową głośników i wkrótce po ukończeniu nauki kupił swój pierwszy „prawdziwy” system. Znacznie później, w wieku 45 lat, zwrócił się znów ku inżynierii dźwięku, albowiem doskwierało mu, dlaczego cyfrowa reprodukcja wciąż nie dorównuje analogowej pod względem muzykalności i emocji. Postanowił odszukać kogoś, kto by zaprojektował układ konwersji cyfrowo-analogowej mogący dać te same wrażenia, wspólnie z tym kimś go rozwijał, aż przyszło zadowolenie z rezultatu, można było się cieszyć cyfrową muzyką o jakości podobnej do tej z płyt winylowych i kaset audio. Tak narodził się pierwszy produkt, przetwornik Purson, obecnie znany pod nazwą Merason – DAC1, który w dalszym ciągu jest rozwijany, i z dużym powodzeniem. Drugi w kolejności zaistniał Merason frerot z opcjonalnym zewnętrznym zasilaczem, oferując podobne doznania w bardziej przystępnej cenie.”

Budowa 

     Moje dotychczasowe doświadczenia odnośnie przetworników sprowadzały się między innymi do tezy: „Im więcej kości DAC w kanale, tym lepiej.” Prym wiedzie tu Accuphase, potrafiące dawać po osiem w różnicowym układzie, a przetworniki z jedną kością… Hmm, jakby to grzecznie ująć? – Takie, to niekoniecznie. A właśnie MERASON frerot ma pojedynczą, co go radykalnie potania względem Merason DAC1 MkII (36 990 PLN), który pod tym względem również nie błyszczy, raptem ma dwie. Ale u przetworników jest jeszcze jeden kruczek, który potrafi się głośno rozkrakać o poprawie jakości, tym czymś jest sekcja zasilania. I chodzi nie tylko o nią w sensie centralnej elektrowni, ale także rozsyłu poprzez miejscowe zasilanie. Tym zabłysną recenzowany ongiś przetwornik Metronome i tym też błyszczą Merasony – recenzowany frerot (co po francusku znaczy młodszy brat) ma takich zasilaczy dziesięć, co od razu go stawia w zupełnie innym świetle, każe patrzyć inaczej.

   Producencki opis urządzenia jest zwięzły i klarowny, wystarczy zacytować (wytłuszczenia moje):

Frerot posiada jedno wejście USB, dwa wejścia RCA (Coaxial) i dwa wejścia Toslink (optyczne). Wejście USB oparte jest na technologii Amanero (dwa tej firmy oscylatory) i zapewnia sygnał muzyczny o niskim poziomie jittera dzięki tym precyzyjnym zegarom, które są dodatkowo izolowane galwanicznie za pomocą izolatorów pojemnościowych. Sygnały docierające do pozostałych wejść są również izolowane galwanicznie i pozbawione jittera za pomocą transformatorów. Gwarantuje to, że żadne zewnętrzne zakłócenia nie wpłyną na czuły sygnał.

Za konwersję cyfrowo-analogową odpowiada moduł przetwornika – układ scalony 1794A firmy Burr Brown [1]. Analogowy sygnał prądowy jest precyzyjnie konwertowany na sygnał napięciowy w układzie dyskretnym, buforowanym w technologii klasy A i kierowanym do wyjścia. Frerot jest w pełni symetryczny, co oznacza, że ​​na wyjściu zaimplementowano łącznie cztery niezależne kanały. (Dual-mono)

Podobnie jak w przypadku DAC1, każda jednostka funkcjonalna ma własne zasilanie, a jest tych zasilaczy dziesięć. Natomiast w przeciwieństwie do DAC1 wszystkie cztery kanały wyjściowe są zasilane z jednego źródła przez impulsowy stabilizator napięcia.

Szczególną uwagę poświęcono układowi i doborowi komponentów, aby zagwarantować dobre brzmienie, co zostało potwierdzone podczas wielu sesji odsłuchów i przez wielu słuchaczy.

Podobnie jak w przypadku DAC1, wszystkie istotne czynności twórcze są wykonywane w Szwajcarii.

     W uzupełnieniu dodam, że wyjścia analogowe są zrealizowane przez pary gniazd XLR i RCA, a dodatkowe gniazdo wielopinowe pozwala na łączenie z zewnętrznym zasilaczem POW1.

     Rzućmy na całość okiem.

   Przedmiocik jest niewielki: 225 x 50 x 180 mm przy wadze kilograma – cóż to jest w porównaniu do dużych? W sukurs może przyjść (w innym razie zasilacz nagniazdkowy) osobno kupowany moduł zasilania POW1 (3690 PLN), który ma identyczne gabaryty oraz dopasowaną powierzchowność, a przy tym pokaźniejszą wagę, bowiem w środku sporawy (około 100 VA) toroid od fińskiego Trafox. O tej zasilającej sekcji producent się nie rozwodzi, dowiadujemy się jedynie, że jest idealnie dostosowana do potrzeb freota: dwa zasilacze liniowe (12V) obsługują – każdy swój – kanały audio, a trzeci (9V) stanowi źródło mocy dla lokalnych zasilaczy cyfrowych. Całość zaopatruje prądem ze ściany przez gniazdo trójbolcowe ten bazowy toroid, spełniający wysokie standardy.

     Sekcje łączy 60-centymetrowy, pięciopalczasty przewód kończony wtykami Neutrika, różnica między członami to aluminiowy fronton frerot vs również aluminiowy, ale w innym odcieniu wykończenia u POW1. Poza tym sekcja zasilania jest z przodu niewzruszenie gładka, podczas gdy frerot ma centralnie umieszczony obrotowy przełącznik wyboru wejściowego gniazda i dwa zielone oczka aktywności (ogólne i aktywacji źródła). Przełącznik jest nieduży i o pięciu pozycjach; oczka mu dano z lewej, z prawej napis MERASON. Zasilacz lepiej iżby nie był stawiany na przetworniku ani pod (to już sugestia moja) – toroid sieje zakłóceniami magnetycznego pola, szczególnie mocno w górę. 

     Całość zgrabniutka w jasnych barwach i na elastycznych podkładkach, nawet gdy sekcje nie na sobie, nie zajmą wiele miejsca.

    Techniczne dane informują o paśmie przenoszenia 20 Hz do 20 kHz i zniekształceniach THD poniżej 0,006%, poza tym szumie tła izolowanym o 120 dB. Maksymalna wejściowa gęstość bitowa to 192 kHz/24-bit, przetwornik nie upskaluje, gęściej z tego nie zrobi. (Żadna strata, upskalowanie najczęściej nic nie daje, nie na nim polega sztuka, gdy chodzi o siłę przeżyć.)

    Obsługa jest tak banalna, że nie ma o czym mówić. Żadnych ekranów dotykowych z konarami drzewa decyzji, żadnego wybierania filtrów, zabaw w equalizację, nadpróbkowanie czy podłączanie zewnętrznych zegarów. Zapewniamy źródło cyfrowe, włączamy urządzenie, dbamy o to, by sekcje nie stały w miarę możności na sobie (ostateczność), natomiast cały czas stały one pod prądem [2]. Zegary mogą być zewnętrzne, lecz tylko w konwerterze, dalej już via XLR lub RCA do jakiegoś wzmacniacza… 

     – I cóż tego wynika?

 

[1] Ten sam co w Phasemation, gdzie ich dublet wspierany jest przez też podwojone procesory Analog Devices AD9852 w opatentowanym schemacie współpracy. 

[2] Z uwagi na zajmującą aż 48 godzin stabilizację zegarów (oscylatorów kwarcowych, rubidowych itp.) oszczędnościowe odcinanie od prądu z punktu widzenia jakości dźwięku nie ma sensu.

Brzmienie

     Frerot nie upskaluje, za to skaluje jakość plików. W sekundę rozpoznaje (sam on zapewne prędzej), co mu pod kość podtykają – i nieodmiennie wrzucając cyfrowy wężyk danych w analogowości krynicę, robi to na tyle głęboko, na ile pozwala nagranie. W przypadku tych na 96 czy 192 kHz gęstość natychmiast się zaznacza, i to nie taka, jak ta kombinowana ułamkowo za sprawą upskalerów, tylko źródłowo-podstawowa.  

     Złe by to miało następstwa dla zwykłych 44,1 i 48 kHz, lecz i one brzmią świetnie, a tylko tamte lepiej. Tak dobrze, że prawdziwa muzyka analogowa z winylu albo taśmy się kłania – znaczy, nie w sensie uniżonym, bo przecież nie jest gorsza, ale pozdrawiająco dla pokrewnej. Ta lepszość gęstszych plików nie będzie zasadnicza, ale ich czarne tła czarniejsze, a jedne dźwięki do drugich dokładniej przylegają, tworzące bardziej homogeniczną substancję przepływającej muzyki. Lecz choć to jest widoczne, to jednak nie jaskrawo, to tylko się wyczuwa. To działa też w kierunku lepszego inkorporowania w całościowy obraz sopranów – zmieszane z głębszym i spójniejszym brzmieniem niższych dźwięków i same takie będąc, wciąż pozostają bardzo żywe i naturalnie ostre, ale komponują się lepiej.

     Pomimo znakomitej gładkości nawet u plików o podstawowej gęstości, zaznacza się brzmieniowa chropawość podnosząca zaciekawienie, mocno dochodzi też do głosu ewentualny dramatyzm zawarty w kompozycji, może się nawet stać rozdzierający. A zatem pożenione walory muzyczne czerpane z gładkiej konsystencji brzmieniowego surowca (analogowości) z na roścież rozwartą skalą nie tylko częstotliwościową i dynamiczną, ale też tą emocjonalną oraz bogactwa tekstur. Co zmierza do…? Sami wiecie – zmierza do realizmu. Czemu sprzyja też atak, tempo i w kontrze do nich długo podtrzymywane wybrzmienia. One, rzecz jasna, czerpią też z cech podpiętego wzmacniacza, lecz on nic by nie wskórał, gdyby sam sygnał nie był taki.

    Zarówno tranzystorowy Phasemation, jak hybrydowy SAEC Astreus, atakowały bez pardonu dźwiękami o ekstatycznej żywości i pełnej skali dynamicznej; w razie potrzeby euforycznym i aż eksplozyjnym, co stało w jawnej sprzeczności z wyglądem przetwornika; wyglądem niepozornym i spokojnym. Towarzyszyła temu wyraźność obrazu z akcentem nie tylko na kontur i rozpychanie go w trzeci wymiar, ale także silniejszym niż zazwyczaj separowaniem od tła i niezwykle dokładną lokalizacją sceniczną. Do czego dochodziła brzmieniowa różnorodność, znaczona min. wyraźną obecnością dźwiękowej odpowiedzi deski w stepie, a nie wyłącznie ostrym strzałem podkutego obcasa, jak u uboższych brzmieniowo bywa.

     Dwa przy tym realizmy o różnych intensywnościach. Przy Phasemation EPA-007 większa gładkość oraz zwiększony udział echa i pogłębiania dźwięku, co dawało słuchanie łatwiejsze, mniej bombardujące szczegółem. Przy SAEQ Astreusie natomiast informacyjny ukrop – od skrzenia się sopranów i eksplozyjnej dynamiki, po mikroskopową rozdzielczość tekstur. Zwłaszcza przy nim zupełne przeciwieństwo martwoty i czegoś upraszczania, więc gdyby komuś się zdawało, że dawny styl konwersji D/A to większa gładkość kosztem spadku ilości informacji i brzmieniowej żywości, to jest w głębokim błędzie. Frerot może sobie wyglądać jak niepozorny, mimo iż dwuczęściowy, poprzednik obecnej generacji wielgusów na kościach AKM i Sabre, ale on tylko tak udaje, bynajmniej nie jest mniej zasobny. Słusznie go zatem oferują nie bojąc się nowszej konkurencji, tym bardziej, że do cech wyliczonych dochodzi głęboki oddech, duże ciśnienia, przekonujący autentyzm głosów, jak również ożywianie przestrzeni strzępkami, aurami i echami, też jeszcze i szlachetność dotyku. Jest autentycznie i bogato, więc niemal jak prawdziwie a nie do prawdy z grubsza podobnie; automatycznie się wżywamy i od jakości wzmacniacza będzie w następnym kroku zależało, jak doskonałe to będzie.

   Co trzeba uzupełnić jakością wizji przestrzennej. Już zdążyłem napisać o imponującym porządku poprzez precyzję rozmieszczenia źródeł. Ale to trzeba doprecyzować osiami wzdłuż i w poprzek. Nie powstrzymam się tu od nawiązania do zbiorowości produkującej się komentarzami na stronie „Ton składowy”, dla której cały audiofilizm to walka o szerokość sceny poprzez wymianę kabli. Brać osobników szczycących się bezsensownym dla nie-łowcy godzinami bieganiem (chyba, iż rzeczywiście nadciągną islamscy imigranci, wtedy szybka ucieczka może się bardzo przydać), posiadaniem szybkiego auta (w dobie tłoku i strefowych pomiarów prędkości praktycznie bezużytecznego), konsumpcją tego i owego w gastronomicznych lokalach nastawionych na maksymalne zyski, również fociami zewsząd, dokąd udało się dotrzeć w poszukiwaniu nowych wrażeń, chroniących przed myśleniem o nadciągającym nieuchronnym. No więc dziarska ta grupa ma wyrobiony zwyczaj drwienia z poszukujących szerszej sceny, tak jakby w audiofilizmie rzeczywiście chodziło o nią. Szerokość jest bowiem parametrem, który potrafią zrozumieć, nie przekracza ich wyobraźni. W przeciwieństwie do głębokości, ponieważ imponująca głębokość sceny to coś, czego prawdopodobnie nie doświadczyli, prócz tego pisać o tym trudniej, nie ma takiej skojarzeniowej łatwości z kilkusłownym splunięciem. Napisałem w pewnej recenzji, że ta głębokość to analogia stereofonii rozlokowanej wzdłuż innej osi – wieloplanowość wzdłuż linii wzroku, a nie w poprzek. To przekroczyło, podniósł się rechot: „Jaka stereofonia wzdłużna, he, he?” No taka, mój baranie, że czasem głosy przed tobą się holograficznie nie formują, a kiedy indziej tak, tak samo jak stereofoniczna baza na poprzecznej może być szersza albo węższa i wyraźniejsza albo nie. Przy czym – i to jest najważniejsze odnośnie całej tej dygresji – przyjemność doznawania głębi jest dużo większa od stereofonii na bazie prawo-lewo. Bardzo szeroka scena wcale nie jest przyjemna, inaczej najprzyjemniej byłoby słuchać orkiestry z pierwszego rzędu albo w niej, a w najmniejszym stopniu tak nie jest.

    Magia tkwi w głębokości i wielowarstwowości – szerokość tylko uzupełnia, a za duża przeszkadza. Niemniej dobrze poukładana i z wystarczającym rozsunięciem, tak by źródła się nie zlewały, to także doznaniowa wartość. Świetnym przykładem sławny koncert „Saturday Night in San Francisco”, gdzie trzech gitarzystów trzeba tak posadzić, żeby nie zachodzili na siebie i broń Boże się nie zlewali, ale przy dobrej separacji nie byli za szeroko, dwaj boczni nie wyjeżdżali poza pole wzrokowe. Co nie jest łatwe, ale Frerot bardzo to dobrze organizował, zarazem generowanie holograficznej głębi już tylko nie budziło zastrzeżeń, nie było aż popisem. Wspierała tę głębię smukłość sopranów, potrafiących omiatać ogromne dźwiękowe pole, tak więc i ono w porządku, ale znajdą się przetworniki holograficznie mocniejsze. Trudno natomiast będzie o takie, które przewyższą melodyjnością, będzie to skrajnie trudne i dużo więcej kosztujące.

      Na koniec jedno zdanie o użytych słuchawkach. HiFiMAN Susvara Unveiled najpiękniej obrazowały muzykę (melodykę i przestrzeń), Dan Clark Audio STEALTH najdoskonalej nagrania (poziom szumu, szczegóły, a jednocześnie zniekształcenia i wszelkie inne niedociągnięcia, co dochodziło do skutku głównie za sprawą szaleńczo wręcz aktywnych sopranów), z kolei Ultrasone T7 w równym stopniu były pomiędzy, tego i tego nie żałując. (Przy STEALTH inne środowisko, bardziej dosadne i transparentne, aż przeraźliwie realne z przechodzeniem do nadrealności. Zupełnie inna historia, jakże fascynująca! Pozbawiona najmniejszej nawet kropli obojętności.)

Podsumowanie

     Jedyna rzecz tycząca tego przetwornika, która mi się nie podobała, to aluminium frontonu zasilacza w innym odcieniu niż jednostki bazowej. Coś zatem z brzmieniem w ogóle nie związanego oraz łatwego do przełknięcia, poza tym trzeba mieć na względzie, że obudowy to wbrew pozorom niełatwa dla producentów sprawa, mimo iż niezorientowanym wyda się banalna. Wykonawcy obudów chcą zamówień w tysiącach, mniejsze partie to dla nich problem. Poza tym może Merason umyślnie zlecił różne odcienie, chcąc urozmaicenia, co mnie niespecjalnie leżało, a innym może leżeć. 

     Zauważmy, że już sam fakt takiej tylko krytycznej uwagi wystawia przetwornikowi jak najlepszą opinię, do czego można dorzucić uwagę, że dwa razy droższy Phasemation – na dwóch a nie jednej identycznych kościach, dwóch a nie jednym procesorach i dodatkowym układzie poprawy analogowości, słynnym, pamiętnym JVC K2 – okazał się nieznacznie tylko bardziej wyrazisty i precyzyjny scenicznie, pomimo zaangażowania dwukrotności mocy technologicznej i trzech transformatorów R-Core. Inaczej mówiąc, frerot został dobrze zrobiony – dobrano odpowiednie komponenty i wyciśnięto możliwości do końca. One i dobrze zaprojektowany obwód robią dobrą robotę, zewnętrzny zasilacz to pomnaża. Dwa małe dranie w małych pudełkach naprawdę dużo potrafią, a choć nie brakuje dziś przetworników małych jak pchły czy karaluchy, to ten, wielkości wyrośniętego jeża, tamto robactwo zjada. Niemalże dorównuje dużo większym o wiele droższym, samą przyjemnością słuchania w ogóle nie ustępuje, więc jak ktoś chce przetwornikową historię domknąć poniżej dziesięciu tysięcy, to ten będzie jak znalazł.



W punktach

Zalety 

  • Z małego duże.
  • Duże brzmienie na bazie szlachetności muzycznej substancji i uczuciowej ekspresji.
  • Jedna kość i jeden procesor prawie że dorównują układom opartym na multiplikacjach.
  • Kultowy, zapisany w historii, wielobitowy układ konwersji Burr-Brown™ 1794A.
  • Wyjątkowo starannie opracowane zasilanie – trzy osobne obwody i dziesięć zasilaczy lokalnych, wyosobniona jednostka główna z dużym transformatorem.
  • Symetria.
  • Dual-mono.
  • Class A.
  • Staranne omijanie wszystkiego, co mogłoby zakłócić sygnał – puryzm, zero zbędnych bajerów.
  • Efektem wysoki poziom tego, o co najbardziej chodzi – analogowa postać dźwięku.
  • Do tego stopnia, że odnośnie samej niej niektórzy dużo drożsi mogą zazdrościć.
  • Ale się na tym nie kończy, dostajemy szeroko rozwarte pasmo od głębi basu po strzelistą górę.
  • Soprany aż niesamowite, sięgające najwyższych wyżyn.
  • Bas nie zamierza być gorszy – jest rozdzielczy, ma smak i jest mocny.
  • Między skrajami ludzkie głosy przekonują autentycznością.
  • Wszystko to nie jest zaburzane nadmierną ekspozycją szczegółów.
  • Nie ma odciągania od muzyczności, to ona dominuje.
  • Szczegóły oczywiście są, jest ich mnóstwo, ale nie na nich się skupiamy.
  • Poza esencją muzyczną imponuje stereofonia.
  • Jako precyzyjna lokacja źródeł na osi prawo-lewo.
  • Poprawna odnośnie holografii na osi głębi scenicznych planów.
  • Niewielkie gabaryty i mała waga ułatwiają użycie.
  • Szczytowa prostota obsługowa.
  • A jednocześnie wystarczający zasób wyjść i przyłączy.
  • Konwersja D/A w dawnym stylu, skupiona na muzyce.
  • Made in Swiss 
  • Sprawdzona polska dystrybucja.
  • Wyróżnienie „Ryka Approved!”

 

Wady i zastrzeżenia

  • Kusi, żeby segmenty postawić na sobie, ale lepiej tego nie robić.
  • Najlepiej cały czas trzymać pod prądem.
  • Ogromna konkurencja ze strony innych małych, opartych na współczesnych kościach.
  • Ładniej by wyglądało, gdyby obydwie sekcje miały takie same frontony.
  • Nie dla zwolenników zabawy z cyfrowymi filtrami, nadpróbkowaniem, łącznością bezprzewodową i equalizacją.
  • Wsparcie ze strony lepszych zegarów jedynie poprzez zewnętrzny konwerter.

 

Dane techniczne:

  • Wyjście: maks. 4 V RMS (symetryczne), max. 2 V RMS (niesymetryczne)
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz do 20 kHz +/- 0,2 dB
  • THD+N: < 0,006%
  • SNR: > 120 dB
  • DAC: Burr-Brown 1794A, dyskretny stopień I/V
  • Zasilanie: 9 V DC, 12 W poprzez dołączony zewnętrzny zasilacz. Dołączony zewnętrzny zasilacz 100 V do 240 V AC / 50 do 60 Hz, 40 W.

Formaty akceptowane

  • 44,1 kHz przy 16 bitach, 44,1 kHz przy 24 bitach
  • 48 kHz przy 16 bitach, 48 kHz przy 24 bitach
  • 88,2 kHz przy 24 bitach
  • 96 kHz przy 24 bitach
  • 176,4 kHz przy 24 bitach
  • 192 kHz przy 24 bitach

Wymiary: 225 x 50 x 180 mm

Waga: 1008 g DAC frerot i 200 g zasilacz nagniazdkowy; waga POV1: 1760 g 

Warunki pracy

  • Zakres temperatury otoczenia: 10°C do 30°C, 
  • Wilgotność maks. 80% (bez kondensacji).
  • Podczas pracy temp. urządzenia jest ok. 15°C  wyższa od temp. otoczenia.

Cena: MERASON frerot – 6190 PLN; MERASON POW1 – 3690 PLN (Razem: 9880 PLN)

Pokaż artykuł z podziałem na strony

4 komentarzy w “Recenzja: Merason Frerot”

  1. Sławek pisze:

    Dobry i niedrogi przetwornik nie jest zły.
    Ale – nie ma wejść I2S, BNC, AES-EBU, eARC i nie obsługuje DSD. Szkoda.
    Tak szczerze to mój Audio-gd Master 11 Singularity też nie obsługuje DSD, nie ma AES-EBU ale ma I2S (gdzie transport CD jest podpięty) na HDMI oraz I2S na RJ45 (jedyne wejście do tej pory niewypróbowane, zdaje się Project ma takie transporty CD). I 4 kosteczki BB 1704UK. Oraz wspaniały dźwięk.
    Jak bym miał kupować nowy DAC, to jednak chciałbym I2S i obsługę DSD mieć.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Postawili na analogowość i dobrze im wyszło. Mnie łącze koaksjalne wystarcza, chociaż faktycznie inne czasami wypadają lepiej. (W niektórych urządzeniach, a nie ogólnie.) Nowy DAC prawie na pewno oznacza nowe kości o nieco innym typie brzmienia. (Nie twierdzę, że gorszym.) Albo styl R2R, też bardzo dobry.

  2. Darek pisze:

    Szukam DACa do pary z Audio Wells Audio MILO – czy brzmiący lampowo wzmacniacz i ten analogowo brzmiący DAC mają szansę się dogadać? Czy to będzie już za wiele słodyczy?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nie sądzę, by było za dużo słodyczy, ale zawsze lepiej samemu posłuchać. Myślę, że z wypożyczeniem tego Merasona nie powinno być problemu – ode mnie już wybył, jest w dyspozycji dystrybutora.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy