Recenzja: EAR Yoshino V12

Brzmienie

EAR V12 z AKG K1000

Chrom i złoto prawdziwe.

   Zacząłem od słuchawek, ciekawość górę wzięła. W końcu nieczęsto ma się okazję spotkania z autentyczną legendą, którą wzmacniacz EAR V12 napędzający słuchawki AKG K1000 z całą pewnością jest. Czy ktoś te audiofilskie klasyki łączył wcześniej kablem Entreq Atlantis? Zapewne tak, lecz mimo to dodatkowy czynnik atrakcji podnosił oczekiwania. Oczywista, wpierw trzeba było posłuchać dzielonego wzmacniacza własnego, by odświeżyć punkt odniesienia. Potem już w czeluść oczekiwań …

Well-well-well – po angielsku zagwarzę, gramoląc się z tej czeluści po odsłuchowych przejściach. Tyle znowuż do napisania, że znów nie wiem od czego rozpocząć. A kiedy się tego nie wie, to zdaje się, najlepiej od początku? Na początku, zaraz po wejściu, zjawiło się zdumienie, do jakiego stopnia inaczej. Na dodatek cech budujących różnice tyle, że w narracyjnej układance zgrabnie tego nie złożę. To znaczy – dałbym radę, ale mniejsza w tym labiryncie przejrzystość. Dlatego różnice wypunktuję i w każdym punkcie opisowo rozwinę – tak będzie czyściej poznawczo. I już do tego przechodzimy, ale najpierw ogólnie. Słuchanie powyższego zestawienia było jednym z najbardziej ekscytujących przeżyć w mym audiofilskim życiorysie. Nic a nic nie przesadzę pisząc, iż było to coś niesamowitego. Mimo wszystko też niespodziewanego. Na dodatek jednym z największych zaskoczeń okazał się fakt, że to EAR V12, a nie EAR HP4, jest prawdziwie flagowym wzmacniaczem słuchawkowym Tima de Paravicini. Do tego jeszcze dojdziemy, a teraz po szczegółach.

Cechy brzmieniowe EAR V12:

Brak powierzchni na dźwiękach.

A design wyszukany.

Dawno temu, w recenzji słuchawek AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis, rozwodziłem się nad otwartością oferowanego przez nie dźwięku. EAR V12 to w całości podtrzymał, nawet jeszcze pogłębił. Niestety, nie uciekniemy od dygresji, która jest w tym miejscu konieczna, a tyczy kabli zasilania.

EAR, jako gość, otrzymał najlepszy z obecnych – Sulka 9×9. Słuchany wcześniej Croft – Sulka Edia, wielokrotnie tańszego. Ale nie chciało mi się dawać Croftowi 9×9 – wyszedłem z założenia, że różnica nie będzie istotna. Pomyliłem się, i właśnie w odniesieniu do stopnia otwartości. To Sulek 9×9 stał za tym, że EAR w pierwszym podejściu dał brzmienie bardziej otwarte; Croft go dogonił dopiero też mając dwie dziewiątki.

Dajmy na chwilę nura w poezję opisową. Jest taki film o facecie, który (nie mając pozwolenia) przeszedł na linie między wieżami World Trade Center niedługo po ich zbudowaniu. Są tam mrożące krew w żyłach sceny wiszenia nad przepaścią, nago szczerzącą zęby śmierci. W otwartości brzmienia K1000 tej groźby nie ma, bo przepaść jest pozioma – można w nią wejść, nie można spaść. Lecz całkowita nagość rozpostartego przestworu okazuje się identyczna – najcieńsza błonka zaburzająca przeźroczystość i bezpośredniość nie zjawia się między przestrzenią a doznającym. To przepaść nagiej harmonii, będącej kompozycją dźwięków całkowicie odartych z powierzchni. A posiadanie przez dźwięki powierzchni jest cechą wszystkich słuchawek z wyjątkiem AKG K1000. A i K1000 też mogą te powierzchnie przejawić, o ile nie napędzimy ich idealnie. Już okazało się, że trzeba do tego ideału odpowiedniego zasilania. (Nie mam pojęcia, z których kabli zasilających formuje się grupa dająca ideał, namierzyłem na razie Sulka 9×9.) Ale kabel zasilający to niezbywalnie ważna, lecz tylko część układanki. Kolejną wzmacniacz. – EAR V12 nie tylko jest takim wzmacniaczem, on jest takim szczególnie. Kolejne przynależne mu cechy pokażą, dlaczego tak się dzieje.

Głębokie przenikanie w materię harmoniczną

Mahoniowe osłony przednie.

Ten punkt powinien się zaczynać od słowa „zdumiewająco”.  Zdumiewająco głębokie jest przenikanie V12 w materię brzmienia. Nie tylko nie ma na dźwiękach domykających powierzchni, ale też przenikamy głębiej i formujemy lepiej. Jeden przykład: na genialnej płycie „Liszt 10 Hungarian Rapsodies” (EMI) – i przede wszystkim na tej, bo inne z tym samym repertuarem to gorsze wykonania[1] – genialny Cygan, György Cziffra, gra genialną drugą rapsodię Liszta z niezrównaną maestrią. Przejrzystość i złożoność harmoniczna V12 sprawia, że fortepian György᾽ego staje przed nami w jasnej wizji; stajemy się bezpośrednimi świadkami jego bezapelacyjnej obecności, całkowicie spełnionego istnienia. Dosłownie widać każdy klawisz i czuć jego odpowiedź na naciśnięcie – i tą brzmieniową, i mechaniczną. A kiedy pod koniec wściekle trudnego utworu zmęczony György dyszy, to nie tylko słyszymy oddech – widać też jego nozdrza – można wziąć go za nos. To samo dzieje się ze strunami gitary; jakby samemu się grało, albo ktoś grał tuż przy nas, tak bardzo są obecne, tak harmonicznie precyzyjne.

Gigantyczna pojemność brzmienia

Żeby już tak się nie rozwodzić: te pozbawione powierzchni i harmonicznie skomplikowane dźwięki współtworzą nieograniczoną przestrzeń – głęboką, szeroką, wysoką, otwartą i przejrzystą. Mało tego – to, co zazwyczaj się gubi, jako brzmienia pomniejsze, tutaj podniesione zostaje do rangi ważnego uczestnictwa, tworząc bogatszy brzmieniowy obraz. Wszystko co ciche i co na obrzeżach się tuła, staje się głośne i obecne. I to jest fantastyczne.

Wchłonięci przez muzykę

Skutkiem powyższych cech dochodzi do całkowitego zawładnięcia duszą słuchacza. Świat muzyki, nawet na wylot znany, aż po przesyt; tyle już razy słuchany, że iść tą ścieżką po raz kolejny się nie chce, a nawet wręcz nie daje – on znów nas całkowicie pochłania i przymusza do siebie niezwykłościami nowo odkrywanych doznań.

Niespotykane wrażenie autentyczności i naturalizmu

Metalowe osłony wierzchnie.

Albowiem wpadamy w otoczenie niecodziennego, nawet dla kogoś obytego z high-endem, autentyzmu i naturalizmu. Te pozbawione powierzchni i odsłaniające całą harmoniczną złożoność dźwięki swą prawdziwością aż szokują, aż porażając jej miarą.

Niespotykany stopień różnicowania głosów, także odnośnie ich potęgi

Do czego przyczynia się też szczytowy autentyzm ludzkich głosów i powiązany z nim stopień różności między nimi. Można tu wtrącić krytyczną uwagę – te głosy są jednak trochę podkręcone, drapieżniejsze i bardziej rozedrgane niż w zwykłej mowie i zwykłym śpiewie. Ale tym bardziej przeszywające i tym bardziej obecne.

Ani nie ciepło, ani za zimo – idealny strzał w naturalizm

Do autentyzmu dorzuca swoje idealne trafienie z temperaturą. Wyczuleni na kształt i mimikę twarzy ludzcy obserwatorzy są też niezwykle wyczuleni na intonację i temperaturę głosów. Minimalne odchylenie do naturalnej w dół lub górę, momentalnie skutkuje poczuciem odejścia od autentyzmu. (Pomijam aspekt chcenia, bo takie odbieganie, na przykład ku słodycz i ciepłocie, może być czymś oczekiwanym i odbierane pozytywnie, ale nie może jako prawdziwsze.)

Odarcie z piękna

Wszystkie cechy już wymienione, nawet to lekkie podkręcanie nastroju dodatkową wibracją, nie są specjalnie zaskakujące w narracji opisowej – tak system szczytowej klasy powinien przecież brzmieć. Ale jest w brzmieniu EAR V12 coś szokującego czymś innym niż autentyzmem jako pozytyw. Znowu odwołam się do dygresji. Maria Callas uważała swój głos za brzydki. Owszem, potężny i zjawiskowy, rozwarty nad ogromnym pasmem, ale brzmieniowo nieprzyjemny, pozbawiony tego składnika, który czyniłby go powabnym.

Łącznie dwadzieścia dwie lampy

Tej melodycznej nuty i tego tchnienia słodyczy, które miał głos Montserrat Caballé.[2] Słuchając Callas za pośrednictwem AKG K1000 napędzanych EAR V12 możemy dogłębnie poczuć, o co w tym braku piękna chodziło. Głos najsławniejszej primadonny XX wieku jawi się jako okrucieństwo potęgi; jako potężniejszy i wydolniejszy harmonicznie od wszystkich głosów konkurentek, ale będący instrumentem, który nie jedna sobie słuchaczy odrobiną ciepła, czy przejawami łaszenia. Potężny i niepodważalny jak organy, a nie miły i ciepły jak flecik.[3]

To odzieranie z piękna znaczonego ciepłem i melodyką jest dla EAR V12 charakterystyczne; dotyczy każdego instrumentu i każdego repertuaru. Odnajdujemy tu inny realizm, niewątpliwie bardziej brutalny. Ale to właśnie jest fascynujące, tego się słucha z zapartym tchem.

Warto być pentodą

Powyższe dowodem na to, że warto być pentodą. Dotychczas zwykle się zdarzało (końcówka mocy Leben CS-1000P wyjątkiem), że przy wyborze trybów pentodowy-triodowy zawsze wolałem triody. U V12 nie ma wyboru, ale to nawet dobrze. Cechy pentodowego brzmienia ma zmaksymalizowane, i nawet rosyjskie lampy (tak podejrzewam po brzmieniu i kształcie anod[4]) okazują się tym razem nie gorsze od jakościowych EL i ECC z dawnych lat. Trudno oczywiście odgadnąć, jak brzmiałby EAR V12 przy pierwotnych Mullardach, tych z 1954 (zapewne jeszcze lepiej, a na pewno inaczej), ale i teraz daje brzmienia fenomenalne i wielce osobliwe.

Szał sopranowy

Szał sopranowy jest cechą bardziej słuchawek AKG K1000 niż recenzowanego wzmacniacza, ale na jego chwałę umiejętność wyzwalania takiego szału. Śmiem twierdzić, że żadne słuchawki w dziejach nie miały takich sopranowych osiągów – napędzane przez EAR V12 po raz kolejny tego dowodzą. Zarazem nie są te soprany dominantą, ani też nie ma śladu wyostrzenia czy sybilacji. Jest zachwyt – i nic więcej.

Muzyka całkiem jak wicher

Wichrowe brzmienie stwarza się otwartością i miarą przenikania w harmonię, łączy też z pentodowym stylem, budowanym na realizmie aż do bólu prawdziwym; wyjątkowo też szybkim i wyjątkowo potężnym. Muzyka opisywanego toru była jak wicher przemierzający bezmiary, smagała słuchacza i porywała.

Fenomenalne obrazowanie trójwymiarowości

W tym dwanaście lamp mocy.

Kolejnym czynnikiem satysfakcji, trójwymiarowość wszystkiego. Bębny, wokale, lokalizacje, forma przestrzenna fortepianu – to wszystko trójwymiarowe aż po skończoną doskonałość.

Zupełny brak zniekształceń

Najtrudniejsze testy brzmieniowe system przeszedł bez zająknienia. W miejscach wykładania się nawet drogich i reklamowanych jako wyjątkowe głośników, nie pojawił się żaden rezonans.

 

Nasycenie

Żadnych uwag odnośnie nasycenia. Otwartość i przejrzystość ani trochę nie miały wpływu na naturalny poziom masy i brzmieniowego nasycenia. A jednocześnie większa złożoność, większe bogactwo treści.

Takiego czegoś nie słyszeliście

A już na pewno nie w słuchawkach. Dla mnie najlepszą miarą jakości „Rydwany ognia” Vangelisa. Nie dlatego, że wyjątkowy utwór, choć niewątpliwie nietuzinkowy. Ale dlatego, że tak oklepany, a jednocześnie bazujący na złożoności i potędze. Gdy się go wiele razy słuchało, najpierw przestaje fascynować, a potem, gdy ta złożoność kuleje skutkiem nie dość dobrego toru, to ja natychmiast dziękuję, dosłownie po parunastu sekundach. Słuchany z AKG K1000 napędzanych przez EAR V12 przywracał wiarę w muzykę jako coś rzeczywiście nadzwyczajnego. Nie mogłem się oderwać.

[1] Cziffra nagrywał rapsodie węgierskie Liszta wielokrotnie.

[2] Callas nie powoływała się na żadne przykłady, po prostu stwierdzała fakt. Współcześni często przeciwstawiali jej głosowym predyspozycjom melodykę Renaty Tebaldi.

[3] Znawcy głosów powiadają o Callas, że miała tak naprawdę trzy głosy – sopran, mezzosopran i specyficzny baryton. I że największą dla niej trudnością było łączenie ich w jeden. Dodają też, że niezwykłość zawdzięczała nie tylko strunom głosowym, ale też ostrołukowemu sklepieniu podniebienia.

[4] Sygnowane są marką samego EAR, wykonywane na specjalne zamówienie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino V12

  1. Piotr Ryka pisze:

    Trochę to smutne, że najlepszy recenzowany ostatnio sprzęt (pospołu ze słuchawkami T+A) nie doczekał się żadnego komentarza.

  2. Sławek pisze:

    Zawsze najtrudniej o pierwszy komentarz…
    Ale Panie Piotrze – wysoko ustawił Pan poprzeczkę.. Jeśli nawet Sulek 9×9 nie wiadomo czy najlepszy jest do zasilania – choć samo urządzenie jak na audiofilskie standardy ok, 38 tysięcy to do „przełkniecia”…
    Trochę tak jakby użytkownik fiata miałby komentować roll-royca.
    Tak wiem, jest taki samochód. Raz nawet widziałem jak jechał – po ulicach Lublina.
    A sam wzmacniacz śliczny.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myśmy tu, Sławku, zdaje się we dwóch zostali. 🙂

      1. Sławek pisze:

        A wzmacniacz przepiękny, posłuchałbym…
        Tak przy okazji mam całkiem fajny transport CD – Jay’s Audio CDT2 mk II.
        Jakby chciał Pan przetestować – to proszę o kontakt na priv.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Proszę przypomnieć o tym Jays za jakiś czas, bo teraz terminarz bardzo napięty.

          1. Sławek pisze:

            Oczywiście. Bardzo jestem ciekawy Pana zdania o nim.

  3. Marecki pisze:

    Sprzęt wybitnie interesujący.
    Swoją drogą, ciekawe jakby się sprawdził z przystawką od iFi z bardziej czułymi słuchawkami.
    Podejrzewam, że też świetnie.
    Mimo tych 40-tu tysięcy, to i tak, biorąc pod uwagę uniwersalność,(wybitny dla słuchawek i głośników wzmak)
    niezła opłacalność.
    Świetna recenzja.

    Pozdrowienia dla Ciebie Piotrze i wszystkich czytelników 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, to wyjątkowo opłacalna inwestycja dla poszukujących high-endu.

  4. Miltoniusz pisze:

    Czyli rozumiem dużo lepszy od Phasta i warty w związku z tym rozważenia.

    1. Piotr Ryka pisze:

      To inne ligi cenowe, zakresy mocy i style brzmienia. Phast jest miły i muzykalny, V12 dynamiczny, realistycznie brutalny i potężny. Ale przy czysto miedzianych, ciepłych kablach grać mogą dość podobnie. Przy czym V12 nadaje się jedynie do prądożernych albo wysoko omowych słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy