Recenzja: EAR Yoshino V12

    Aż nie wiem od czego zacząć, punktów zaczepienia mam kilka. Może od tego, że Herbert von Karajan wyrażał czasem żal, że jego berlińscy filharmonicy nie brzmią tak pięknie, jak silnik V12 jego Ferrari. Ta anegdota przenosi nas na obszar styku męskich fascynacji muzyką i motoryzacją – i dobrze nas przenosi, to dla tej recenzji dobre miejsce. Dobre, jako że rzecz będzie analogiczna, ale w odniesieniu nie do maestro von Karajana i jego bolidu z Maranello, tylko barona Timothy de Paravicini i jego Jaguara. To z fascynacji gangiem i wyglądem potężnego silnika narodził się pomysł wykonania wzmacniacza podobnego pokrojem, w którym rolę skośnie ustawionych cylindrów przejęły lampy EL84. Dwanaście w dwóch rzędach po sześć, od frontu osłoniętych polerowanymi maskownicami z mahoniu, od wierzchu czarnymi, półkolistymi kratownicami z metalu. Pomiędzy rzędami skosów, niczym wielogardzielowe gaźniki, trzy w chromowanych osłonach transformatory, od przodu, poniżej mahoniowych osłon, też chromowany panel, zdobny dwiema złotymi gałkami. Imponująco to wygląda, ale życie jest podłe. W tym wypadku powszechna podłość znalazła wyraz w ochrzczeniu tak pięknego inżynierskiego dzieła przydomkiem „Mickey Mouse”. To Myszek Miki, a nie silnik Jaguara ani Ferrari, skojarzył się publiczności z wyglądem tego cuda; drewniane osłony przypomniały uszy Mikiego, a złote gałki odstawiły oczy. (Używam formy męskiej w nawiązaniu do angielszczyzny.)

Na tej kanwie mała uwaga, od której też mogłem zacząć, że mianowicie po cichutku, politpoprawnym cichaczem, Myszka Miki i Kaczor Donald zostali wymazani, wyparowując niemal doszczętnie z przestrzeni kulturowej. Nawiązuje się do nich od czasu do czasu, jeszcze pozostają rozpoznawalni, ale żeby którąś z dawnych dziesięciominutówek Disneya ktoś puścił – to nie, mowy nie ma. Nastały oto czasy rzekomo bezprzemocowego i bezstresowego wychowywania dzieci pod ochronnymi kloszami miłości i braku agresji, co o tyle jest śmieszne, że zaraz potem świat nastolatków aż pęka od przemocy. Te wszystkie Transformersy, Superbohaterowie i reszta Władców Pierścienia (nie wspominając o krwawych jatkach komputerowych rozgrywek) – to nic, tylko sama przemoc z ozdobnikami seksu i czarów. Hipokryzja więc na całego, że wiktoriańskie czasy mogłyby pozazdrościć. A pośród tej obłudy nasz wzmacniacz „Mickey Mouse”, ciągle oferowany klasyk.

Mogłem zacząć jeszcze inaczej – od losów spalinowego silnika. Wynalazek zapomnianego dziś całkiem Monsieur Philippe Lebona, spopularyzowany sto lat później przez Herr Carla Beza, ma złoty okres prawdopodobnie za sobą, ustępując pomału miejsca silnikom elektrycznym. Jak to z tym ustępowaniem naprawdę będzie – komu i kiedy faktycznie – to jeszcze zobaczymy, ale trend się zarysowuje wyraźny. Niby więc spalinowe V12 to już pewien przeżytek, ale tak bardziej w wizjach ekologią namaszczonych ocieplaczy klimatu niż faktycznie, bo właśnie teraz pod skrzydłami Volkswagena wskrzeszone Bugatti oferuje ośmiolitrowe silniki V16 w modelach Veyron i Chiron – w potężniejszym Chironie osiągające 1500 KM mocy. Za dwa i pół miliona dolarów można sobie sprawić sportowego Chirona, by się rozpędzać do 420 km/h, a po zdjęciu ogranicznika prędkości do 515 km/h. Tu się natomiast ograniczymy do też nieprzeciętnego V12, za to w modniejszej i słuszniejszej ekologicznie wersji elektrycznej, z lampami zamiast tłoków.

O firmie EAR dopiero co pisałem, ale dla nie mających ochoty szukać tamtej recenzji przypomnę, że znany z gwałtowności wyrażania poglądów, niedawno zmarły baron Timothy de Paravicini, uchodził za mistrza techniki lampowej i producenta najlepszych na świecie transformatorów, zarazem za jednego z prekursorów rozpasanego high-endu. Aczkolwiek trzeba zauważyć, że dyktowane przez niego, zdające się kiedyś bardzo wysokimi ceny, mocno się zdewaluowały na tle późniejszych cenowych szaleństw młodszych kontynuatorów high-endu. Dlatego trzydzieści parę tysięcy za wykonany w luksusowych standardach, dwudziestodwu łącznie lampowy wzmacniacz o pięćdziesięciowatowej mocy, nikogo dziś nie zaszokuje, ba – może uchodzić za okazję.

I jeszcze coś na rozpałkę. Wzmacniacz pojawił się w 2011, obchodzi zatem dziesięciolecie. Dla EAR tuzin lamp mocy w jednym urządzeniu to ani nie pierwszyzna, ani też żaden wyczyn; dwanaście lat wcześniej zaoferowali wzmacniacz V20, czerpiący moc z małych triod ECC83. Ale chciałem powiedzieć coś innego. Otóż ten V12 zyskał sławę także jako najlepszy możliwy napęd dla równie jak on sławnych i niezwykłych słuchawek AKG K1000. Niewielu miało okazję takiego zestawienia słuchać, ale ci, którym było dane, byli pod dużym wrażeniem. Marzenia dawnych słuchawkowców rozbiegały się zatem kiedyś pomiędzy Sennheisera Orfeusza, Sony MDR-R10 z EAR HP4 lub Zaną Deux, topowe zestawy Staksa i właśnie tak napędzane AKG K1000.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino V12

  1. Piotr Ryka pisze:

    Trochę to smutne, że najlepszy recenzowany ostatnio sprzęt (pospołu ze słuchawkami T+A) nie doczekał się żadnego komentarza.

  2. Sławek pisze:

    Zawsze najtrudniej o pierwszy komentarz…
    Ale Panie Piotrze – wysoko ustawił Pan poprzeczkę.. Jeśli nawet Sulek 9×9 nie wiadomo czy najlepszy jest do zasilania – choć samo urządzenie jak na audiofilskie standardy ok, 38 tysięcy to do „przełkniecia”…
    Trochę tak jakby użytkownik fiata miałby komentować roll-royca.
    Tak wiem, jest taki samochód. Raz nawet widziałem jak jechał – po ulicach Lublina.
    A sam wzmacniacz śliczny.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myśmy tu, Sławku, zdaje się we dwóch zostali. 🙂

      1. Sławek pisze:

        A wzmacniacz przepiękny, posłuchałbym…
        Tak przy okazji mam całkiem fajny transport CD – Jay’s Audio CDT2 mk II.
        Jakby chciał Pan przetestować – to proszę o kontakt na priv.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Proszę przypomnieć o tym Jays za jakiś czas, bo teraz terminarz bardzo napięty.

          1. Sławek pisze:

            Oczywiście. Bardzo jestem ciekawy Pana zdania o nim.

  3. Marecki pisze:

    Sprzęt wybitnie interesujący.
    Swoją drogą, ciekawe jakby się sprawdził z przystawką od iFi z bardziej czułymi słuchawkami.
    Podejrzewam, że też świetnie.
    Mimo tych 40-tu tysięcy, to i tak, biorąc pod uwagę uniwersalność,(wybitny dla słuchawek i głośników wzmak)
    niezła opłacalność.
    Świetna recenzja.

    Pozdrowienia dla Ciebie Piotrze i wszystkich czytelników 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, to wyjątkowo opłacalna inwestycja dla poszukujących high-endu.

  4. Miltoniusz pisze:

    Czyli rozumiem dużo lepszy od Phasta i warty w związku z tym rozważenia.

    1. Piotr Ryka pisze:

      To inne ligi cenowe, zakresy mocy i style brzmienia. Phast jest miły i muzykalny, V12 dynamiczny, realistycznie brutalny i potężny. Ale przy czysto miedzianych, ciepłych kablach grać mogą dość podobnie. Przy czym V12 nadaje się jedynie do prądożernych albo wysoko omowych słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy