Recenzja: EAR Yoshino V12

Brzmienie cd.

Paleta wejść i wyjść.

   Dwie jeszcze rzeczy na tym etapie – porównanie do Twin-Head z Croftem i bycie słuchawkowym wzmacniaczem. Zacznijmy od tego drugiego.

Poza wymienionymi powyżej, jedna rzecz jeszcze w pierwszych chwilach mnie zadziwiła, mianowicie zupełna cisza przy skręconym potencjometrze. Wprawdzie K1000 są nisko skuteczne i przy Crofcie też cisza, ale tu absolutna, a mocy 50 W. Od razu mnie to skłoniło do użycia HEDDphone – i rezultaty brzmieniowe fantastyczne, a cisza taka sama. Przeszedłem zatem na Sennheiser HD800; tak na Sennheiser HD 800 grające z odczepów głośnikowych pięćdziesięciowatowego wzmacniacza! Powiem krótko – najlepszy wzmacniacz dla tych słuchawek jaki słyszałem w życiu. A słyszałem niejeden. Nie mogę wprawdzie z czystym sumieniem polecać, bo odkręcony daleko potencjometr słuchawki te by zniszczył, ale ten potencjometr chodzi z dużym oporem, a za pośrednictwem pilota też kręci się pomału. Jakbym miał słuchać HD 800 celem wzniecania muzycznych szałów, wybrałbym EAR V12; nawet słuchany na AVS Eternal Arts by dr Burkharda Schwäbe nie dawał im tyle jakości. To samo jeśli ktoś chce napędzać HiFiMAN Susvara, T+A Solitaire P i resztę trudnych do napędzenia – nie znajduję lepszego wyboru. Genialny słuchawkowy wzmacniacz, sam naturalizm, moc, potęga. A wyciszony do tego stopnia, że nawet wysokoczułych Ultrasone Tribute 7 dało się słuchać z przyjemnością, choć z nimi życie wewnętrzne wzmacniacza było już dobrze słyszalne, a pasowanie tylko średnie.

Odnośnie porównania z Twin-Head i Croftem. Była już mowa o zależności pomiędzy kablem zasilania a stopniem otwartości dźwięku. To niedobra wiadomość, bo kabel dający zupełną otwartość okazał się bardzo drogi. (25 tys. PLN) Pozostaje żywić nadzieję, że są gdzieś takie tańsze. Co do cech pozostałych. Duże triody w moim wzmacniaczu dawały nieco więcej ciepła i melodycznej układności. Czuć było falowanie brzmienia, nie samo harmoniczne wypiętrzanie. Poryw, wigor, dynamika i potęga na identycznym poziomie, ale wybrzmienia dłuższe, bardziej nawiązujące do poezji. Z kolei mniej sopranowego podkręcania, dzięki czemu normalne wypowiedzi słowne bardziej niczym wzięte wprost z życia; pozbawione addytywnej wibracji zatrącającej grasejacją. Tej samej miary, identyczna nawet harmoniczna złożoność, ale soprany już tak bardzo nie odarte z piękna; nie skupione wyłącznie na budowaniu figur i harmonicznych konstelacji. Bardziej dbające równolegle o linię melodyczną i falowanie w głosach. Efektem inne odczucia – ani nie lepsze, ani nie gorsze. Drapieżność i brutalna szczerość V12 fascynowały mnie nowością, ale głosy Piotra Skrzyneckiego i Quentina Tarantino w melodyjniejszej i mniej znaczonej podnietą akustyczną reprodukcji Twin-Head z Croftem były bardziej realne w powszednim rozumieniu realności, a niepowszedniość brzmienia instrumentów towarzyszyła im taka sama.

Czy styl EAR V12 by mi z czasem się przejadł? A może wręcz przeciwnie? O znudzenie bym się raczej nie martwił, przy tej miary niesamowitości całkiem nie wchodzi w rachubę. Martwi jedynie to, że prawie żadne słuchawki nie dają tyle satysfakcji, co te użyte tutaj. Ale są jeszcze RAAL i T+A Solitaire P – jedne i drugie nasycone mocą też potrafią szokować. Potrafią także nakarmione odpowiednią dawką energii słuchawki elektrostatyczne, a przy szczytowej klasy, już niekoniecznie bardzo mocnym wzmacniaczu, porywają brzmieniowo Sony MDR-R10 i Audio-Technica ATH-L5000.

 

EAR V12 z kolumnami

Dwa typy odsprzęgnięć głośnikowych.

   Teraz opowieść będzie inna. Prawdopodobnie z dwóch powodów. Pierwszy to fakt, że kabel głośnikowy Sulek 6×9 ma żyłę plusową z miedzi a nie srebra, czym odznacza się Entreq Atlantis. (Który plusową ma srebrną, a minusową miedzianą.) Drugim powodem kolumny Audioform 304, a nie słuchawki K1000; kolumny zdiagnozowane kiedyś jako dające ciepłe i melodyjne brzmienie – nie tak studyjne i obiektywne, a za to wyjątkowo miłe. W tym różnym od poprzedniego otoczeniu EAR V12 podtrzymał swój pentodowy naturalizm, ale nie był on już tak stanowczy, wyraźnie przesuwając się w stronę triodowego stylu. Co na pewno zostało, to szybkość odpowiedzi sygnałowej i nieprzeciągane podtrzymanie, a przede wszystkim obiektywizujące nastawienie, możliwe też do określania jako „trzeźwość”. Mamy już zatem dwa określania, tą „trzeźwość” i ten „obiektywizm”, ale przy ich pomocy raczej nie odtworzycie sobie w wyobraźni postaci tego dźwięku. Z kolei mnie bardzo trudno znaleźć słowa, które by to umożliwiały, ponieważ to jest specyficzne, chociaż nie całkiem wyjątkowe. Trzeba wysilić wyobraźnię i skonstruować takie brzmienie, które jest odrobinę ciepłe i melodyjnie dopieszczone, ale ciepłocie i dopieszczeniu nie oddaje wszystkiego, tylko w swym jądrze zachowuje trzeźwy, obiektywizujący realizm. Nie omdlewa więc melodyką i nie owiewa ciepłem, tylko przy temperaturze troszeczkę powyżej dwudziestu stopni i melodyjności już ciągnącej swe falujące frazy uderza nas trzeźwością podstawowej artykulacji, braną bardziej z bachowskiej formy matematycznej niż ludowego zawodzenia. Przy AKG K1000 ta harmoniczna złożoność była bardziej naga i bardziej się spiętrzała, a przy kolumnach Audioforma miała już melodyczne ozdobniki i ciepłościowe dopalanie. Niemniej wciąż ludzkie głosy czy brzmienia fortepianu miały więcej twardej naturalności aniżeli upiększających ozdób. Do czego dołączał czynnik nowy – wzmożona akustyka budowana pogłosem. Wybrzmienia wprawdzie nieprzeciągane, choć dłuższe niż przy AKG, natomiast dużo obfitsze pogłosy, lecz całkowicie pozbawione sztuczności. I, rzecz ciekawa, tak samo jak dźwięki podstawowe mające charakter złożony – to było coś więcej niż samo echo obmacujące ściany, obrazowanie dając dużo lepsze od przeciętnego, czy nawet bardzo już dobrego. Przestrzeń nie tylko żyła sobą, ale potęgowała się pogłosami; potęgowała w takim stopniu, że na tle kiedyś słyszanych, te okazywały się bogatsze i przede wszystkim ciekawsze. Może nie aż tak piękne, jak przy głośnikach tubowych Avantgarde Duo Grosso czy Destination Audio, ale to już bardziej kwestia głośników, niż obsługującego je wzmacniacza.

Od tyłu przypomina bolid i ma też taki odjazd.

A propos właśnie głośników. Obsługiwane Sulkiem podłogowe Audioform różniły się od nagłownych monitorów AKG głównie pod względem sopranowym. Pomijając, rzecz jasna, ogólną formę prezentacji, w tym miarę ciśnień i bardziej dosłowny niż wyobrażeniowy sposób widzenia sceny. Te z AKG były, jak ich kabel, bardziej srebrne, natarczywe i bez pardonu, choć równocześnie zjawiskowe. Te z Audioformów bardziej ciepłe i układniejsze w sensie miłe, niemniej w wymagających tego momentach także strzelające oszałamiająco wysoko, całkowicie trójwymiarowe i w trzaskach aż piorunujące, natomiast ogólnie mniej brutalne. Głos Marii Callas już się nie składał samej niemal architektury – miał nieco ciepła i wyraźną, choć nie dominującą melodykę.

Ogólnie biorąc brzmienie było o wiele podobniejsze do uzyskiwanego z mojego wzmacniacza – do tego stopnia, że mógłbym mieć czasami trudność z odróżnieniem. Niemniej wiedząc, na czym może polegać różnica, łatwiej było mi wyłapywać chwile, w których różność dochodziła do głosu – dochodziła realizmem trzeźwiejszym; o mniejszej zapamiętałości melodycznej, a większej narracyjnej. Proza w miejsce poezji i sport w miejsce baletu – to nie są dobre porównania, nawet całkiem niedobre, niemniej pozwalające przybliżyć wyobraźnię do zachodzących tu różnic. Różnic tak małych, że często aż śladowych, ale w innych momentach dających przejaw. Natomiast wcześniej, przy AKG, różnica nieustająco trwała.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino V12

  1. Piotr Ryka pisze:

    Trochę to smutne, że najlepszy recenzowany ostatnio sprzęt (pospołu ze słuchawkami T+A) nie doczekał się żadnego komentarza.

  2. Sławek pisze:

    Zawsze najtrudniej o pierwszy komentarz…
    Ale Panie Piotrze – wysoko ustawił Pan poprzeczkę.. Jeśli nawet Sulek 9×9 nie wiadomo czy najlepszy jest do zasilania – choć samo urządzenie jak na audiofilskie standardy ok, 38 tysięcy to do „przełkniecia”…
    Trochę tak jakby użytkownik fiata miałby komentować roll-royca.
    Tak wiem, jest taki samochód. Raz nawet widziałem jak jechał – po ulicach Lublina.
    A sam wzmacniacz śliczny.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myśmy tu, Sławku, zdaje się we dwóch zostali. 🙂

      1. Sławek pisze:

        A wzmacniacz przepiękny, posłuchałbym…
        Tak przy okazji mam całkiem fajny transport CD – Jay’s Audio CDT2 mk II.
        Jakby chciał Pan przetestować – to proszę o kontakt na priv.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Proszę przypomnieć o tym Jays za jakiś czas, bo teraz terminarz bardzo napięty.

          1. Sławek pisze:

            Oczywiście. Bardzo jestem ciekawy Pana zdania o nim.

  3. Marecki pisze:

    Sprzęt wybitnie interesujący.
    Swoją drogą, ciekawe jakby się sprawdził z przystawką od iFi z bardziej czułymi słuchawkami.
    Podejrzewam, że też świetnie.
    Mimo tych 40-tu tysięcy, to i tak, biorąc pod uwagę uniwersalność,(wybitny dla słuchawek i głośników wzmak)
    niezła opłacalność.
    Świetna recenzja.

    Pozdrowienia dla Ciebie Piotrze i wszystkich czytelników 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, to wyjątkowo opłacalna inwestycja dla poszukujących high-endu.

  4. Miltoniusz pisze:

    Czyli rozumiem dużo lepszy od Phasta i warty w związku z tym rozważenia.

    1. Piotr Ryka pisze:

      To inne ligi cenowe, zakresy mocy i style brzmienia. Phast jest miły i muzykalny, V12 dynamiczny, realistycznie brutalny i potężny. Ale przy czysto miedzianych, ciepłych kablach grać mogą dość podobnie. Przy czym V12 nadaje się jedynie do prądożernych albo wysoko omowych słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy