Recenzja: EAR Yoshino V12

    Aż nie wiem od czego zacząć, punktów zaczepienia mam kilka. Może od tego, że Herbert von Karajan wyrażał czasem żal, że jego berlińscy filharmonicy nie brzmią tak pięknie, jak silnik V12 jego Ferrari. Ta anegdota przenosi nas na obszar styku męskich fascynacji muzyką i motoryzacją – i dobrze nas przenosi, to dla tej recenzji dobre miejsce. Dobre, jako że rzecz będzie analogiczna, ale w odniesieniu nie do maestro von Karajana i jego bolidu z Maranello, tylko barona Timothy de Paravicini i jego Jaguara. To z fascynacji gangiem i wyglądem potężnego silnika narodził się pomysł wykonania wzmacniacza podobnego pokrojem, w którym rolę skośnie ustawionych cylindrów przejęły lampy EL84. Dwanaście w dwóch rzędach po sześć, od frontu osłoniętych polerowanymi maskownicami z mahoniu, od wierzchu czarnymi, półkolistymi kratownicami z metalu. Pomiędzy rzędami skosów, niczym wielogardzielowe gaźniki, trzy w chromowanych osłonach transformatory, od przodu, poniżej mahoniowych osłon, też chromowany panel, zdobny dwiema złotymi gałkami. Imponująco to wygląda, ale życie jest podłe. W tym wypadku powszechna podłość znalazła wyraz w ochrzczeniu tak pięknego inżynierskiego dzieła przydomkiem „Mickey Mouse”. To Myszek Miki, a nie silnik Jaguara ani Ferrari, skojarzył się publiczności z wyglądem tego cuda; drewniane osłony przypomniały uszy Mikiego, a złote gałki odstawiły oczy. (Używam formy męskiej w nawiązaniu do angielszczyzny.)

Na tej kanwie mała uwaga, od której też mogłem zacząć, że mianowicie po cichutku, politpoprawnym cichaczem, Myszka Miki i Kaczor Donald zostali wymazani, wyparowując niemal doszczętnie z przestrzeni kulturowej. Nawiązuje się do nich od czasu do czasu, jeszcze pozostają rozpoznawalni, ale żeby którąś z dawnych dziesięciominutówek Disneya ktoś puścił – to nie, mowy nie ma. Nastały oto czasy rzekomo bezprzemocowego i bezstresowego wychowywania dzieci pod ochronnymi kloszami miłości i braku agresji, co o tyle jest śmieszne, że zaraz potem świat nastolatków aż pęka od przemocy. Te wszystkie Transformersy, Superbohaterowie i reszta Władców Pierścienia (nie wspominając o krwawych jatkach komputerowych rozgrywek) – to nic, tylko sama przemoc z ozdobnikami seksu i czarów. Hipokryzja więc na całego, że wiktoriańskie czasy mogłyby pozazdrościć. A pośród tej obłudy nasz wzmacniacz „Mickey Mouse”, ciągle oferowany klasyk.

Mogłem zacząć jeszcze inaczej – od losów spalinowego silnika. Wynalazek zapomnianego dziś całkiem Monsieur Philippe Lebona, spopularyzowany sto lat później przez Herr Carla Beza, ma złoty okres prawdopodobnie za sobą, ustępując pomału miejsca silnikom elektrycznym. Jak to z tym ustępowaniem naprawdę będzie – komu i kiedy faktycznie – to jeszcze zobaczymy, ale trend się zarysowuje wyraźny. Niby więc spalinowe V12 to już pewien przeżytek, ale tak bardziej w wizjach ekologią namaszczonych ocieplaczy klimatu niż faktycznie, bo właśnie teraz pod skrzydłami Volkswagena wskrzeszone Bugatti oferuje ośmiolitrowe silniki V16 w modelach Veyron i Chiron – w potężniejszym Chironie osiągające 1500 KM mocy. Za dwa i pół miliona dolarów można sobie sprawić sportowego Chirona, by się rozpędzać do 420 km/h, a po zdjęciu ogranicznika prędkości do 515 km/h. Tu się natomiast ograniczymy do też nieprzeciętnego V12, za to w modniejszej i słuszniejszej ekologicznie wersji elektrycznej, z lampami zamiast tłoków.

O firmie EAR dopiero co pisałem, ale dla nie mających ochoty szukać tamtej recenzji przypomnę, że znany z gwałtowności wyrażania poglądów, niedawno zmarły baron Timothy de Paravicini, uchodził za mistrza techniki lampowej i producenta najlepszych na świecie transformatorów, zarazem za jednego z prekursorów rozpasanego high-endu. Aczkolwiek trzeba zauważyć, że dyktowane przez niego, zdające się kiedyś bardzo wysokimi ceny, mocno się zdewaluowały na tle późniejszych cenowych szaleństw młodszych kontynuatorów high-endu. Dlatego trzydzieści parę tysięcy za wykonany w luksusowych standardach, dwudziestodwu łącznie lampowy wzmacniacz o pięćdziesięciowatowej mocy, nikogo dziś nie zaszokuje, ba – może uchodzić za okazję.

I jeszcze coś na rozpałkę. Wzmacniacz pojawił się w 2011, obchodzi zatem dziesięciolecie. Dla EAR tuzin lamp mocy w jednym urządzeniu to ani nie pierwszyzna, ani też żaden wyczyn; dwanaście lat wcześniej zaoferowali wzmacniacz V20, czerpiący moc z małych triod ECC83. Ale chciałem powiedzieć coś innego. Otóż ten V12 zyskał sławę także jako najlepszy możliwy napęd dla równie jak on sławnych i niezwykłych słuchawek AKG K1000. Niewielu miało okazję takiego zestawienia słuchać, ale ci, którym było dane, byli pod dużym wrażeniem. Marzenia dawnych słuchawkowców rozbiegały się zatem kiedyś pomiędzy Sennheisera Orfeusza, Sony MDR-R10 z EAR HP4 lub Zaną Deux, topowe zestawy Staksa i właśnie tak napędzane AKG K1000.

Budowa lampowego silnika

EAR V12

   Zacznijmy od wyglądu. To głęboko niesprawiedliwe, że wzmacniacz zyskał przydomek trochę go jednak postponujący, gdyż wygląda zachwycająco.  Nie miałem jeszcze u siebie równie świetnie się prezentującego i nie wiem, czy w ogóle taki jest. Pokrojem nie przypomina wprawdzie rzeczywistego V12 – nie ma niczego analogicznego do miski olejowej czy korbowodu, co bardzo wysokość redukując całość czyni obszerną a płaską. Ale lampy faktycznie zamontowano skośnie w dwóch przeciwskośnych rzędach – a jest tych lamp łącznie aż dwadzieścia dwie: dwanaście odpowiedzialnych za moc EL84 wysterowuje dziesięć ECC83 (12AX7). Te także zainstalowano skośnie, w blokach po pięć za lampami mocy; każdy z tych długich, jedenastolampowych rzędów osłania czarna, łukowata kratownica z drewnianą zaślepką przednią. Pomiędzy trzy sygnalizowane już transformatory, nieznacznie chromowanymi kołpakami osłon wystające nad blok „silnika” – podobnie jak kratownice czarnego i tworzącego z nimi jedną całość. Za ostatnim transformatorem też pięknie chromowany uchwyt, mający ułatwiać przemieszczanie, który mnie się akurat nie przydał, brałem wzmacniacz pod boki. Za uchwytem sześć nietypowo, bo ku górze, skierowanych odczepów głośnikowych, dopasowanych do oporności 4 i 8 Ω. (Można obstalować z wyjściami dla impedancji wyższych – 12 i 16 Ω.) Na tylnym panelu gniazdo zasilania i sześć par gniazd RCA: od lewej licząc: dwa wyjścia – na magnetofon i na inny wzmacniacz, oraz kolejno wejścia dla magnetofonu, tunera, CD i gramofonu. Na froncie tradycyjny u EAR chromowany panel z dwoma złotymi (prawdziwe złoto) pokrętłami – lewym selektora przyłączy, prawym potencjometru. Pomiędzy logo firmy, a dwie, mające podkreślać skośność konstrukcyjną kreski w tle, przecinają ukośnie obie gałki. Start następuje nie przekręceniem potencjometru (jak było u HP4), tylko przez naciśnięcie bursztynowego indykatora włączenia, który wraz z tym się łagodnie rozświeca. Uzupełnieniem mały pilot, pozwalający jedynie ściszać/zgłaśniać. O nim do powiedzenia tyle, że go w pierwotnej wersji nie było (na co powszechne narzekania), czyli dobrze, że jest.

Albo inaczej Myszka Miki.

Słowami nie opiszę, jak świetnie całość wygląda. Ekstrawagancja i pomysłowość formy, wykwintność materiałów i doskonałość wykonania budzą najlepsze odczucia.

Wzmacniacz ma moc 50 W i architekturę push-pull. Na stronie firmowej piszą o nim, iż autorskiego projektu zrównoważony obwód mostkowy, równo rozdzielający zasilanie transformatora wyjściowego między obwody anodowe i katodowe, daje pojemnościowe sprzężenie krzyżowe i w rezultacie zwiększa przepustowość. Z kolei sam obwód push-pull, zrealizowany w klasie A i trybie pentodowym, redukuje i zmiękcza zniekształcenia drugiej harmonicznej, generując wzrost liniowości.

Wychodzi na to, iż mieć będziemy do czynienia z wyjątkowo małymi zniekształceniami i jednocześnie nadwymiarową mocą, większą od spodziewanej po dwunastu EL84 (am. 6BQ5) i nominalnych 50 W.

Same lampy to klasyczne pentody, opracowane przez Mullarda (zachowującego autonomię, ale pozostającego częścią Philipsa) i zaprezentowane po raz pierwszy w 1954, jako element specjalnie na tę okazję skonstruowanego wzmacniacza. Z samego założenia miały już oferować to, czym chwali się wyżej nasz EAR V12, to znaczy dużą moc, małe zniekształcenia i przede wszystkim piękno brzmienia, łączące zalety triod (elegancja frazy) i pentod (szybkość, precyzja, dynamika). Co w praktyce się potwierdziło i przyjęte zostało z uznaniem; lampy EL84 stały się bardzo popularne.

Tak czy tak – super wzmacniacz.

Od strony technicznych danych, poza wzmiankowanymi dwudziestoma dwiema lampami w architekturze push-pull, mamy do czynienia z pasmem przenoszenia 12 Hz – 60 kHz, zniekształceniami harmonicznymi THD poniżej 0,03%, stosunkiem szumu do sygnału z odstępem 93 dB, czułością 0,4 V i impedancją wejściową 47 kΩ. Rozmiary to 440 x 420 x 135 mm, waga 22 kg. W komplecie oprócz wzmacniacza i pilota kabel zasilający i instrukcja. Wszystko za 38 200 PLN, bo niestety funt zdrożał. (Waluta brytyjska miała ulec załamaniu po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, lecz zamiast tego się umocniła, na złość niemiecko-francuskiej propagandzie.)

 

Brzmienie

EAR V12 z AKG K1000

Chrom i złoto prawdziwe.

   Zacząłem od słuchawek, ciekawość górę wzięła. W końcu nieczęsto ma się okazję spotkania z autentyczną legendą, którą wzmacniacz EAR V12 napędzający słuchawki AKG K1000 z całą pewnością jest. Czy ktoś te audiofilskie klasyki łączył wcześniej kablem Entreq Atlantis? Zapewne tak, lecz mimo to dodatkowy czynnik atrakcji podnosił oczekiwania. Oczywista, wpierw trzeba było posłuchać dzielonego wzmacniacza własnego, by odświeżyć punkt odniesienia. Potem już w czeluść oczekiwań …

Well-well-well – po angielsku zagwarzę, gramoląc się z tej czeluści po odsłuchowych przejściach. Tyle znowuż do napisania, że znów nie wiem od czego rozpocząć. A kiedy się tego nie wie, to zdaje się, najlepiej od początku? Na początku, zaraz po wejściu, zjawiło się zdumienie, do jakiego stopnia inaczej. Na dodatek cech budujących różnice tyle, że w narracyjnej układance zgrabnie tego nie złożę. To znaczy – dałbym radę, ale mniejsza w tym labiryncie przejrzystość. Dlatego różnice wypunktuję i w każdym punkcie opisowo rozwinę – tak będzie czyściej poznawczo. I już do tego przechodzimy, ale najpierw ogólnie. Słuchanie powyższego zestawienia było jednym z najbardziej ekscytujących przeżyć w mym audiofilskim życiorysie. Nic a nic nie przesadzę pisząc, iż było to coś niesamowitego. Mimo wszystko też niespodziewanego. Na dodatek jednym z największych zaskoczeń okazał się fakt, że to EAR V12, a nie EAR HP4, jest prawdziwie flagowym wzmacniaczem słuchawkowym Tima de Paravicini. Do tego jeszcze dojdziemy, a teraz po szczegółach.

Cechy brzmieniowe EAR V12:

Brak powierzchni na dźwiękach.

A design wyszukany.

Dawno temu, w recenzji słuchawek AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis, rozwodziłem się nad otwartością oferowanego przez nie dźwięku. EAR V12 to w całości podtrzymał, nawet jeszcze pogłębił. Niestety, nie uciekniemy od dygresji, która jest w tym miejscu konieczna, a tyczy kabli zasilania.

EAR, jako gość, otrzymał najlepszy z obecnych – Sulka 9×9. Słuchany wcześniej Croft – Sulka Edia, wielokrotnie tańszego. Ale nie chciało mi się dawać Croftowi 9×9 – wyszedłem z założenia, że różnica nie będzie istotna. Pomyliłem się, i właśnie w odniesieniu do stopnia otwartości. To Sulek 9×9 stał za tym, że EAR w pierwszym podejściu dał brzmienie bardziej otwarte; Croft go dogonił dopiero też mając dwie dziewiątki.

Dajmy na chwilę nura w poezję opisową. Jest taki film o facecie, który (nie mając pozwolenia) przeszedł na linie między wieżami World Trade Center niedługo po ich zbudowaniu. Są tam mrożące krew w żyłach sceny wiszenia nad przepaścią, nago szczerzącą zęby śmierci. W otwartości brzmienia K1000 tej groźby nie ma, bo przepaść jest pozioma – można w nią wejść, nie można spaść. Lecz całkowita nagość rozpostartego przestworu okazuje się identyczna – najcieńsza błonka zaburzająca przeźroczystość i bezpośredniość nie zjawia się między przestrzenią a doznającym. To przepaść nagiej harmonii, będącej kompozycją dźwięków całkowicie odartych z powierzchni. A posiadanie przez dźwięki powierzchni jest cechą wszystkich słuchawek z wyjątkiem AKG K1000. A i K1000 też mogą te powierzchnie przejawić, o ile nie napędzimy ich idealnie. Już okazało się, że trzeba do tego ideału odpowiedniego zasilania. (Nie mam pojęcia, z których kabli zasilających formuje się grupa dająca ideał, namierzyłem na razie Sulka 9×9.) Ale kabel zasilający to niezbywalnie ważna, lecz tylko część układanki. Kolejną wzmacniacz. – EAR V12 nie tylko jest takim wzmacniaczem, on jest takim szczególnie. Kolejne przynależne mu cechy pokażą, dlaczego tak się dzieje.

Głębokie przenikanie w materię harmoniczną

Mahoniowe osłony przednie.

Ten punkt powinien się zaczynać od słowa „zdumiewająco”.  Zdumiewająco głębokie jest przenikanie V12 w materię brzmienia. Nie tylko nie ma na dźwiękach domykających powierzchni, ale też przenikamy głębiej i formujemy lepiej. Jeden przykład: na genialnej płycie „Liszt 10 Hungarian Rapsodies” (EMI) – i przede wszystkim na tej, bo inne z tym samym repertuarem to gorsze wykonania[1] – genialny Cygan, György Cziffra, gra genialną drugą rapsodię Liszta z niezrównaną maestrią. Przejrzystość i złożoność harmoniczna V12 sprawia, że fortepian György᾽ego staje przed nami w jasnej wizji; stajemy się bezpośrednimi świadkami jego bezapelacyjnej obecności, całkowicie spełnionego istnienia. Dosłownie widać każdy klawisz i czuć jego odpowiedź na naciśnięcie – i tą brzmieniową, i mechaniczną. A kiedy pod koniec wściekle trudnego utworu zmęczony György dyszy, to nie tylko słyszymy oddech – widać też jego nozdrza – można wziąć go za nos. To samo dzieje się ze strunami gitary; jakby samemu się grało, albo ktoś grał tuż przy nas, tak bardzo są obecne, tak harmonicznie precyzyjne.

Gigantyczna pojemność brzmienia

Żeby już tak się nie rozwodzić: te pozbawione powierzchni i harmonicznie skomplikowane dźwięki współtworzą nieograniczoną przestrzeń – głęboką, szeroką, wysoką, otwartą i przejrzystą. Mało tego – to, co zazwyczaj się gubi, jako brzmienia pomniejsze, tutaj podniesione zostaje do rangi ważnego uczestnictwa, tworząc bogatszy brzmieniowy obraz. Wszystko co ciche i co na obrzeżach się tuła, staje się głośne i obecne. I to jest fantastyczne.

Wchłonięci przez muzykę

Skutkiem powyższych cech dochodzi do całkowitego zawładnięcia duszą słuchacza. Świat muzyki, nawet na wylot znany, aż po przesyt; tyle już razy słuchany, że iść tą ścieżką po raz kolejny się nie chce, a nawet wręcz nie daje – on znów nas całkowicie pochłania i przymusza do siebie niezwykłościami nowo odkrywanych doznań.

Niespotykane wrażenie autentyczności i naturalizmu

Metalowe osłony wierzchnie.

Albowiem wpadamy w otoczenie niecodziennego, nawet dla kogoś obytego z high-endem, autentyzmu i naturalizmu. Te pozbawione powierzchni i odsłaniające całą harmoniczną złożoność dźwięki swą prawdziwością aż szokują, aż porażając jej miarą.

Niespotykany stopień różnicowania głosów, także odnośnie ich potęgi

Do czego przyczynia się też szczytowy autentyzm ludzkich głosów i powiązany z nim stopień różności między nimi. Można tu wtrącić krytyczną uwagę – te głosy są jednak trochę podkręcone, drapieżniejsze i bardziej rozedrgane niż w zwykłej mowie i zwykłym śpiewie. Ale tym bardziej przeszywające i tym bardziej obecne.

Ani nie ciepło, ani za zimo – idealny strzał w naturalizm

Do autentyzmu dorzuca swoje idealne trafienie z temperaturą. Wyczuleni na kształt i mimikę twarzy ludzcy obserwatorzy są też niezwykle wyczuleni na intonację i temperaturę głosów. Minimalne odchylenie do naturalnej w dół lub górę, momentalnie skutkuje poczuciem odejścia od autentyzmu. (Pomijam aspekt chcenia, bo takie odbieganie, na przykład ku słodycz i ciepłocie, może być czymś oczekiwanym i odbierane pozytywnie, ale nie może jako prawdziwsze.)

Odarcie z piękna

Wszystkie cechy już wymienione, nawet to lekkie podkręcanie nastroju dodatkową wibracją, nie są specjalnie zaskakujące w narracji opisowej – tak system szczytowej klasy powinien przecież brzmieć. Ale jest w brzmieniu EAR V12 coś szokującego czymś innym niż autentyzmem jako pozytyw. Znowu odwołam się do dygresji. Maria Callas uważała swój głos za brzydki. Owszem, potężny i zjawiskowy, rozwarty nad ogromnym pasmem, ale brzmieniowo nieprzyjemny, pozbawiony tego składnika, który czyniłby go powabnym.

Łącznie dwadzieścia dwie lampy

Tej melodycznej nuty i tego tchnienia słodyczy, które miał głos Montserrat Caballé.[2] Słuchając Callas za pośrednictwem AKG K1000 napędzanych EAR V12 możemy dogłębnie poczuć, o co w tym braku piękna chodziło. Głos najsławniejszej primadonny XX wieku jawi się jako okrucieństwo potęgi; jako potężniejszy i wydolniejszy harmonicznie od wszystkich głosów konkurentek, ale będący instrumentem, który nie jedna sobie słuchaczy odrobiną ciepła, czy przejawami łaszenia. Potężny i niepodważalny jak organy, a nie miły i ciepły jak flecik.[3]

To odzieranie z piękna znaczonego ciepłem i melodyką jest dla EAR V12 charakterystyczne; dotyczy każdego instrumentu i każdego repertuaru. Odnajdujemy tu inny realizm, niewątpliwie bardziej brutalny. Ale to właśnie jest fascynujące, tego się słucha z zapartym tchem.

Warto być pentodą

Powyższe dowodem na to, że warto być pentodą. Dotychczas zwykle się zdarzało (końcówka mocy Leben CS-1000P wyjątkiem), że przy wyborze trybów pentodowy-triodowy zawsze wolałem triody. U V12 nie ma wyboru, ale to nawet dobrze. Cechy pentodowego brzmienia ma zmaksymalizowane, i nawet rosyjskie lampy (tak podejrzewam po brzmieniu i kształcie anod[4]) okazują się tym razem nie gorsze od jakościowych EL i ECC z dawnych lat. Trudno oczywiście odgadnąć, jak brzmiałby EAR V12 przy pierwotnych Mullardach, tych z 1954 (zapewne jeszcze lepiej, a na pewno inaczej), ale i teraz daje brzmienia fenomenalne i wielce osobliwe.

Szał sopranowy

Szał sopranowy jest cechą bardziej słuchawek AKG K1000 niż recenzowanego wzmacniacza, ale na jego chwałę umiejętność wyzwalania takiego szału. Śmiem twierdzić, że żadne słuchawki w dziejach nie miały takich sopranowych osiągów – napędzane przez EAR V12 po raz kolejny tego dowodzą. Zarazem nie są te soprany dominantą, ani też nie ma śladu wyostrzenia czy sybilacji. Jest zachwyt – i nic więcej.

Muzyka całkiem jak wicher

Wichrowe brzmienie stwarza się otwartością i miarą przenikania w harmonię, łączy też z pentodowym stylem, budowanym na realizmie aż do bólu prawdziwym; wyjątkowo też szybkim i wyjątkowo potężnym. Muzyka opisywanego toru była jak wicher przemierzający bezmiary, smagała słuchacza i porywała.

Fenomenalne obrazowanie trójwymiarowości

W tym dwanaście lamp mocy.

Kolejnym czynnikiem satysfakcji, trójwymiarowość wszystkiego. Bębny, wokale, lokalizacje, forma przestrzenna fortepianu – to wszystko trójwymiarowe aż po skończoną doskonałość.

Zupełny brak zniekształceń

Najtrudniejsze testy brzmieniowe system przeszedł bez zająknienia. W miejscach wykładania się nawet drogich i reklamowanych jako wyjątkowe głośników, nie pojawił się żaden rezonans.

 

Nasycenie

Żadnych uwag odnośnie nasycenia. Otwartość i przejrzystość ani trochę nie miały wpływu na naturalny poziom masy i brzmieniowego nasycenia. A jednocześnie większa złożoność, większe bogactwo treści.

Takiego czegoś nie słyszeliście

A już na pewno nie w słuchawkach. Dla mnie najlepszą miarą jakości „Rydwany ognia” Vangelisa. Nie dlatego, że wyjątkowy utwór, choć niewątpliwie nietuzinkowy. Ale dlatego, że tak oklepany, a jednocześnie bazujący na złożoności i potędze. Gdy się go wiele razy słuchało, najpierw przestaje fascynować, a potem, gdy ta złożoność kuleje skutkiem nie dość dobrego toru, to ja natychmiast dziękuję, dosłownie po parunastu sekundach. Słuchany z AKG K1000 napędzanych przez EAR V12 przywracał wiarę w muzykę jako coś rzeczywiście nadzwyczajnego. Nie mogłem się oderwać.

[1] Cziffra nagrywał rapsodie węgierskie Liszta wielokrotnie.

[2] Callas nie powoływała się na żadne przykłady, po prostu stwierdzała fakt. Współcześni często przeciwstawiali jej głosowym predyspozycjom melodykę Renaty Tebaldi.

[3] Znawcy głosów powiadają o Callas, że miała tak naprawdę trzy głosy – sopran, mezzosopran i specyficzny baryton. I że największą dla niej trudnością było łączenie ich w jeden. Dodają też, że niezwykłość zawdzięczała nie tylko strunom głosowym, ale też ostrołukowemu sklepieniu podniebienia.

[4] Sygnowane są marką samego EAR, wykonywane na specjalne zamówienie.

Brzmienie cd.

Paleta wejść i wyjść.

   Dwie jeszcze rzeczy na tym etapie – porównanie do Twin-Head z Croftem i bycie słuchawkowym wzmacniaczem. Zacznijmy od tego drugiego.

Poza wymienionymi powyżej, jedna rzecz jeszcze w pierwszych chwilach mnie zadziwiła, mianowicie zupełna cisza przy skręconym potencjometrze. Wprawdzie K1000 są nisko skuteczne i przy Crofcie też cisza, ale tu absolutna, a mocy 50 W. Od razu mnie to skłoniło do użycia HEDDphone – i rezultaty brzmieniowe fantastyczne, a cisza taka sama. Przeszedłem zatem na Sennheiser HD800; tak na Sennheiser HD 800 grające z odczepów głośnikowych pięćdziesięciowatowego wzmacniacza! Powiem krótko – najlepszy wzmacniacz dla tych słuchawek jaki słyszałem w życiu. A słyszałem niejeden. Nie mogę wprawdzie z czystym sumieniem polecać, bo odkręcony daleko potencjometr słuchawki te by zniszczył, ale ten potencjometr chodzi z dużym oporem, a za pośrednictwem pilota też kręci się pomału. Jakbym miał słuchać HD 800 celem wzniecania muzycznych szałów, wybrałbym EAR V12; nawet słuchany na AVS Eternal Arts by dr Burkharda Schwäbe nie dawał im tyle jakości. To samo jeśli ktoś chce napędzać HiFiMAN Susvara, T+A Solitaire P i resztę trudnych do napędzenia – nie znajduję lepszego wyboru. Genialny słuchawkowy wzmacniacz, sam naturalizm, moc, potęga. A wyciszony do tego stopnia, że nawet wysokoczułych Ultrasone Tribute 7 dało się słuchać z przyjemnością, choć z nimi życie wewnętrzne wzmacniacza było już dobrze słyszalne, a pasowanie tylko średnie.

Odnośnie porównania z Twin-Head i Croftem. Była już mowa o zależności pomiędzy kablem zasilania a stopniem otwartości dźwięku. To niedobra wiadomość, bo kabel dający zupełną otwartość okazał się bardzo drogi. (25 tys. PLN) Pozostaje żywić nadzieję, że są gdzieś takie tańsze. Co do cech pozostałych. Duże triody w moim wzmacniaczu dawały nieco więcej ciepła i melodycznej układności. Czuć było falowanie brzmienia, nie samo harmoniczne wypiętrzanie. Poryw, wigor, dynamika i potęga na identycznym poziomie, ale wybrzmienia dłuższe, bardziej nawiązujące do poezji. Z kolei mniej sopranowego podkręcania, dzięki czemu normalne wypowiedzi słowne bardziej niczym wzięte wprost z życia; pozbawione addytywnej wibracji zatrącającej grasejacją. Tej samej miary, identyczna nawet harmoniczna złożoność, ale soprany już tak bardzo nie odarte z piękna; nie skupione wyłącznie na budowaniu figur i harmonicznych konstelacji. Bardziej dbające równolegle o linię melodyczną i falowanie w głosach. Efektem inne odczucia – ani nie lepsze, ani nie gorsze. Drapieżność i brutalna szczerość V12 fascynowały mnie nowością, ale głosy Piotra Skrzyneckiego i Quentina Tarantino w melodyjniejszej i mniej znaczonej podnietą akustyczną reprodukcji Twin-Head z Croftem były bardziej realne w powszednim rozumieniu realności, a niepowszedniość brzmienia instrumentów towarzyszyła im taka sama.

Czy styl EAR V12 by mi z czasem się przejadł? A może wręcz przeciwnie? O znudzenie bym się raczej nie martwił, przy tej miary niesamowitości całkiem nie wchodzi w rachubę. Martwi jedynie to, że prawie żadne słuchawki nie dają tyle satysfakcji, co te użyte tutaj. Ale są jeszcze RAAL i T+A Solitaire P – jedne i drugie nasycone mocą też potrafią szokować. Potrafią także nakarmione odpowiednią dawką energii słuchawki elektrostatyczne, a przy szczytowej klasy, już niekoniecznie bardzo mocnym wzmacniaczu, porywają brzmieniowo Sony MDR-R10 i Audio-Technica ATH-L5000.

 

EAR V12 z kolumnami

Dwa typy odsprzęgnięć głośnikowych.

   Teraz opowieść będzie inna. Prawdopodobnie z dwóch powodów. Pierwszy to fakt, że kabel głośnikowy Sulek 6×9 ma żyłę plusową z miedzi a nie srebra, czym odznacza się Entreq Atlantis. (Który plusową ma srebrną, a minusową miedzianą.) Drugim powodem kolumny Audioform 304, a nie słuchawki K1000; kolumny zdiagnozowane kiedyś jako dające ciepłe i melodyjne brzmienie – nie tak studyjne i obiektywne, a za to wyjątkowo miłe. W tym różnym od poprzedniego otoczeniu EAR V12 podtrzymał swój pentodowy naturalizm, ale nie był on już tak stanowczy, wyraźnie przesuwając się w stronę triodowego stylu. Co na pewno zostało, to szybkość odpowiedzi sygnałowej i nieprzeciągane podtrzymanie, a przede wszystkim obiektywizujące nastawienie, możliwe też do określania jako „trzeźwość”. Mamy już zatem dwa określania, tą „trzeźwość” i ten „obiektywizm”, ale przy ich pomocy raczej nie odtworzycie sobie w wyobraźni postaci tego dźwięku. Z kolei mnie bardzo trudno znaleźć słowa, które by to umożliwiały, ponieważ to jest specyficzne, chociaż nie całkiem wyjątkowe. Trzeba wysilić wyobraźnię i skonstruować takie brzmienie, które jest odrobinę ciepłe i melodyjnie dopieszczone, ale ciepłocie i dopieszczeniu nie oddaje wszystkiego, tylko w swym jądrze zachowuje trzeźwy, obiektywizujący realizm. Nie omdlewa więc melodyką i nie owiewa ciepłem, tylko przy temperaturze troszeczkę powyżej dwudziestu stopni i melodyjności już ciągnącej swe falujące frazy uderza nas trzeźwością podstawowej artykulacji, braną bardziej z bachowskiej formy matematycznej niż ludowego zawodzenia. Przy AKG K1000 ta harmoniczna złożoność była bardziej naga i bardziej się spiętrzała, a przy kolumnach Audioforma miała już melodyczne ozdobniki i ciepłościowe dopalanie. Niemniej wciąż ludzkie głosy czy brzmienia fortepianu miały więcej twardej naturalności aniżeli upiększających ozdób. Do czego dołączał czynnik nowy – wzmożona akustyka budowana pogłosem. Wybrzmienia wprawdzie nieprzeciągane, choć dłuższe niż przy AKG, natomiast dużo obfitsze pogłosy, lecz całkowicie pozbawione sztuczności. I, rzecz ciekawa, tak samo jak dźwięki podstawowe mające charakter złożony – to było coś więcej niż samo echo obmacujące ściany, obrazowanie dając dużo lepsze od przeciętnego, czy nawet bardzo już dobrego. Przestrzeń nie tylko żyła sobą, ale potęgowała się pogłosami; potęgowała w takim stopniu, że na tle kiedyś słyszanych, te okazywały się bogatsze i przede wszystkim ciekawsze. Może nie aż tak piękne, jak przy głośnikach tubowych Avantgarde Duo Grosso czy Destination Audio, ale to już bardziej kwestia głośników, niż obsługującego je wzmacniacza.

Od tyłu przypomina bolid i ma też taki odjazd.

A propos właśnie głośników. Obsługiwane Sulkiem podłogowe Audioform różniły się od nagłownych monitorów AKG głównie pod względem sopranowym. Pomijając, rzecz jasna, ogólną formę prezentacji, w tym miarę ciśnień i bardziej dosłowny niż wyobrażeniowy sposób widzenia sceny. Te z AKG były, jak ich kabel, bardziej srebrne, natarczywe i bez pardonu, choć równocześnie zjawiskowe. Te z Audioformów bardziej ciepłe i układniejsze w sensie miłe, niemniej w wymagających tego momentach także strzelające oszałamiająco wysoko, całkowicie trójwymiarowe i w trzaskach aż piorunujące, natomiast ogólnie mniej brutalne. Głos Marii Callas już się nie składał samej niemal architektury – miał nieco ciepła i wyraźną, choć nie dominującą melodykę.

Ogólnie biorąc brzmienie było o wiele podobniejsze do uzyskiwanego z mojego wzmacniacza – do tego stopnia, że mógłbym mieć czasami trudność z odróżnieniem. Niemniej wiedząc, na czym może polegać różnica, łatwiej było mi wyłapywać chwile, w których różność dochodziła do głosu – dochodziła realizmem trzeźwiejszym; o mniejszej zapamiętałości melodycznej, a większej narracyjnej. Proza w miejsce poezji i sport w miejsce baletu – to nie są dobre porównania, nawet całkiem niedobre, niemniej pozwalające przybliżyć wyobraźnię do zachodzących tu różnic. Różnic tak małych, że często aż śladowych, ale w innych momentach dających przejaw. Natomiast wcześniej, przy AKG, różnica nieustająco trwała.

Podsumowanie

   Z obydwu przygód odsłuchowych wychodziłem bardzo zadowolony, jako że gdyby – nie daj Boże – mój wzmacniacz uległ anihilacji, mógłbym go natychmiast zastąpić EAR V12, słuchając z porównywalną przyjemnością. Nie równą – brzmienia inne, czasami inne wyraźnie, ale tak samo frapujące i tak samo szczytowego poziomu. Na dodatek i odpowiednie dla kolumn, i odpowiednie dla słuchawek, choć te o niskiej impedancji albo wysoko czułe wymagałyby pożegnania. Ale jeśli ktoś ma, tak jak ja, kultowe AKG, albo Susvary, T+A, HEDDphone, czy inne takie, ten niewątpliwie zazna szczęścia w audiofilskich niebiosach. Co nie oznacza, że wzmacniacz jest bez wad. Ma je, jak wszystko na tym świecie; no, może poza żoną, pozbawioną wad z automatu.  Wzmacniacz EAR V12 nie jest niczyją żoną, toteż bez skrępowania mogę pisać, że grzeje i trochę buczy. Nic nie buczy w torze sygnału – tam absolutna cisza, natomiast nieznacznie buczy na zewnątrz; tych ponad dwadzieścia lamp oddaje sporo ciepła i okrasza je lekkim mrukiem. Dwa metry od wzmacniacza tego zupełnie nie słychać, więc nie przeszkadza to odsłuchom, ale fakt pozostaje faktem. Dużą natomiast pociechą, że lampy nie są drogie. Cały set niżej tysiąca złotych, tak więc ewentualna po wielu latach wymiana nie straszy dużym kosztem. Aż mnie to rozzłościło, bo sam musiałem tyle wydać dla podobnego rezultatu.

Czymże jednak owo mruczenie i owo ciepło w aurze światła, wobec takiego pęku zalet? Nawet te skierowane ku górze odczepy głośnikowe w praktyce oznaczają wzrost wygody, bo dostęp jest łatwiejszy. Z tym, że najlepiej mieć przewody zakończone bananem lub rurką Bfa, bo grubsze widły z trudem wchodzą w wąskie szczeliny zacisków. Lecz najważniejsze to, że wygląd, wygoda obsługowa i przede wszystkim samo brzmienie, to kwintesencja audiofilizmu jako czegoś posiadającego spełnienie. Spełnienie całkowite i oznaczające przygodę, bo trudno inaczej niż przygodą, także ekspedycją poznawczą, określić tak zrealizowaną muzykę.

 

W punktach:

Zalety

  • Oto prawdziwy klasyk.
  • Z brzmieniowym maksymalizmem.
  • Najlepsza intega jaką słyszałem.
  • Niezwykła miara naturalizmu.
  • Bardzo podatny na strojenie doborem otoczenia.
  • Absolutna otwartość brzmienia.
  • Wraz z nią także przejrzystość.
  • Ogromne kompetencje harmoniczne.
  • Kompletny brak zniekształceń.
  • Stajemy wobec muzycznej prawdy.
  • Różnicowanie ludzkich głosów poziomu referencji.
  • Szybkość.
  • Dynamika.
  • Skomasowana energia.
  • Muzyczny wicher.
  • Świetna głębia sceniczna, rozdzielczość i stereofonia.
  • Przy na to nastawionym torze może odzierać z wszelkich upiększeń.
  • Może także podkręcać przekaz, a może nie podkręcać.
  • Zjawiskowe pogłosy.
  • Niesamowite soprany.
  • Bezdyskusyjny – trójwymiarowy i potężny bas.
  • Muzyka jako żywioł.
  • Nadaje się do kolumn (co oczywiste) i do słuchawek (zaskakujące).
  • Całkowity brak szumu własnego w przekazie, pomimo obecności aż dwudziestu dwóch lamp.
  • Nominalne 50 W w praktyce oznacza więcej.
  • Oryginalna technologia w ramach schematu push-pull.
  • Rewelacyjny design.
  • Same szlachetne surowce.
  • Perfekcja wykonawcza.
  • Tanie lampy.
  • Dużo przyłączy.
  • Funkcja przedwzmacniacza.
  • Praktyczny pilot.
  • Legendarny konstruktor, legendarny producent.
  • Made in England.
  • Polska dystrybucja. (HiFi Ja i Ty)
  • Bardzo dobry stosunek jakości do ceny.
  • Ryka strongly approved.
  • Gwarantowane nagrody.
  • Gwarancja satysfakcji.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Solidnie grzeje.
  • Trochę mruczy. (Na zewnątrz, nie w sygnale.)
  • Brak symetryzacji. (Ale kogo to może obchodzić?)
  • Samemu trzeba zadbać o jak najlepsze podkładki.
  • Wrażliwy na kabel zasilania.
  • Osłony lamp zabezpieczone śrubowo.
  • Na chromowanym frontonie i złotych gałkach będzie widać paluszki.

 

Dane techniczne:

  • Moc wyjściowa: 50 W
  • Lampy: 12 x EL84 (6BQ5); 10 x ECC83 (12AX7)
  • Pasmo przenoszenia: 12 Hz – 60 kHz
  • THD: <0,03%
  • S/N: 93 dB
  • Czułość:  0,4 V.
  • Impedancja wejściowa: 47 kΩ
  • Współczynnik tłumienia wyjściowego: 10
  • Wejścia: 5 x RCA plus gramofonowe.
  • Impedancja głośników: 4 – 8 Ω (opcjonalnie 8 – 16 Ω)
  • Wymiary: 440 x 420 x 135 mm
  • Waga: 22 kg
  • Pobór mocy: 200 W
  • Cena: 38 200 PLN

 

System:

  • Źródło: Ayon CD-35 II.
  • Wzmacniacz zintegrowany i słuchawkowy: EAR Yoshino V12.
  • Przedwzmacniacz/wzmacniacz słuchawkowy: ASL Twin-Head Mark III.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), HEDDphone (kabel Luna Cables), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab) .
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Audioform 304.
  • Interkonekty: Sulek Edia & Sulek 6×9, Tara Labs Air 1.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Harmonix Spike Base-X, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

10 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino V12

  1. Piotr Ryka pisze:

    Trochę to smutne, że najlepszy recenzowany ostatnio sprzęt (pospołu ze słuchawkami T+A) nie doczekał się żadnego komentarza.

  2. Sławek pisze:

    Zawsze najtrudniej o pierwszy komentarz…
    Ale Panie Piotrze – wysoko ustawił Pan poprzeczkę.. Jeśli nawet Sulek 9×9 nie wiadomo czy najlepszy jest do zasilania – choć samo urządzenie jak na audiofilskie standardy ok, 38 tysięcy to do „przełkniecia”…
    Trochę tak jakby użytkownik fiata miałby komentować roll-royca.
    Tak wiem, jest taki samochód. Raz nawet widziałem jak jechał – po ulicach Lublina.
    A sam wzmacniacz śliczny.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myśmy tu, Sławku, zdaje się we dwóch zostali. 🙂

      1. Sławek pisze:

        A wzmacniacz przepiękny, posłuchałbym…
        Tak przy okazji mam całkiem fajny transport CD – Jay’s Audio CDT2 mk II.
        Jakby chciał Pan przetestować – to proszę o kontakt na priv.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Proszę przypomnieć o tym Jays za jakiś czas, bo teraz terminarz bardzo napięty.

          1. Sławek pisze:

            Oczywiście. Bardzo jestem ciekawy Pana zdania o nim.

  3. Marecki pisze:

    Sprzęt wybitnie interesujący.
    Swoją drogą, ciekawe jakby się sprawdził z przystawką od iFi z bardziej czułymi słuchawkami.
    Podejrzewam, że też świetnie.
    Mimo tych 40-tu tysięcy, to i tak, biorąc pod uwagę uniwersalność,(wybitny dla słuchawek i głośników wzmak)
    niezła opłacalność.
    Świetna recenzja.

    Pozdrowienia dla Ciebie Piotrze i wszystkich czytelników 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, to wyjątkowo opłacalna inwestycja dla poszukujących high-endu.

  4. Miltoniusz pisze:

    Czyli rozumiem dużo lepszy od Phasta i warty w związku z tym rozważenia.

    1. Piotr Ryka pisze:

      To inne ligi cenowe, zakresy mocy i style brzmienia. Phast jest miły i muzykalny, V12 dynamiczny, realistycznie brutalny i potężny. Ale przy czysto miedzianych, ciepłych kablach grać mogą dość podobnie. Przy czym V12 nadaje się jedynie do prądożernych albo wysoko omowych słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy