Recenzja: dCS Rossini

Odsłuch

Z tyłu zaś po nowemu – obfitość cyfrowych wejść.

   Na początku powiem rzecz ważną, przynajmniej moim zdaniem. Otóż Rossini to czuła aparatura, bardzo wrażliwa na każdą zmianę. Wraz z tym wrażliwa na pewną cechę, na którą zwracałem uwagę zarówno w recenzji interkonektu KBL Sound Himalaya PRO, jak i kabla zasilającego Acrolink MEXCEL 7N-PC9700. Chodzi o otwieranie bądź domykanie dźwięków. Okablowanie, nawet z najwyższych półek, może przejawiać każdą z tych cech, nie zależą więc od jakości. Jedne kable najwyższej klasy należą do dźwięki domykających, inne czynią je otwartymi. Można to prosto zilustrować przywołując widok substancji wpuszczanych do wody. Oleiste stworzą domknięte kółka, podczas gdy mleko się w cudzysłowie rozwieje. Analogicznie dźwięki – od jednych kabli nuty fortepianowe będą jak oleiste krople, od innych będą się rozwiewały. I powiem bez ogródek: dCS Rossini z obecnymi w systemie kablami domykającymi mi się nie podobał. O tyle to nic dziwnego, że ogólnie wolę rozwiewające, są jednak urządzenia i całe tory, które z domykającymi grają pociągająco. Rossini do nich nie należy, w takich układach mnie męczył. Tworzyła się nieprzyjemna mieszanka chcenia i niemożności. Dźwięk nie miał swobody bycia i jednocześnie tak dobrego wypełnienia, by mogło ją zastąpić. Domykał się, ale nie dość ładnie, nie dosyć substancjalnie. Czuć było, że to nie jego pole popisu, że chce czegoś innego. A przy tym okablowania życzy sobie naprawdę ekstra, nawet średnie nie starcza. Co nie znaczy, że musi być zaraz po kilkadziesiąt tysięcy za kabel. Wzmiankowany Harmonix, Sulek czy Acoustic Zen Gargantua się znakomicie jako uzupełnienie Synergistic Research sprawdziły. Nie sprawdziły natomiast żadne kable „domykające” ani z niższych przedziałów, nawet takie chwalone. Rossini jest wybredny i na chytrą taniość się nie nabiera. Trzeba być na to gotowym, by nie było rozczarowania, albowiem – co trzeba mocno wybić – grać potrafi naprawdę różnie w zależności od towarzystwa, przy czym nawet jeden nie taki kabel (choćby i bardzo drogi) położy całą sprawę. Tyle tytułem ostrzeżenia, a teraz do komputera.

W roli przetwornika/streamera

 Tak duża i tak droga bestia jeszcze przy moim komputerze nie stała, ale to w sumie bardzo miłe mieć obok takiego towarzysza. Raz, że świetnie się prezentuje; dwa, że usłużny niesłychanie. Płytę można odtworzyć bez angażowania katastrofalnego komputerowego napędu, jednym kliknięciem przełączając sygnał źródłowy na nią, a wszystkie pliki skądkolwiek, także MQS od TIDAL-a, wyrafinowaną technologią obsłuży. I teraz, co ta technologia? Nie pomylili się ci, którzy kładli w opisach szczególny nacisk na detaliczność, porządek i precyzję, z tym że właściwsze będzie chyba słowo „przenikliwość”. Swój przekaz dCS Rossini opiera na dwóch filarach, a przenikliwość jest jednym z nich. Względem innych, choćby i drogich przetworników, potrafi wejść w muzykę głębiej i – rzecz znamienna – robi to bez wysiłku. Nie ciśnie na szczegóły, tylko jak gdyby nigdy nic je daje, tyle że daje więcej. Nie wybija i nie podkreśla – same się bez żadnej towarzyszącej podniety zjawiają. Nie można tego jednak nazwać samą szczegółowością – to ewidentnie coś więcej. Z naturalną swobodą nie tylko oferował więcej szczegółów, ale przenikał także w dalsze plany i tam, gdzie inni dawali już za wygraną, przekaz zmieniając w jednolitą masę, on penetrował głębiej. Więc, jak to mawiają audiofile, w nowym świetle nagrania, widzenie rzeczy nowych. A przy tym, raz jeszcze to podkreślę, bez żadnego wysiłku, ot tak. Naturalnie, jakby rzecz była wszystkim dana, i w ogóle o co chodzi? Chodzi jednakże o to, że innym dana nie jest, i to robi różnicę. Z Rossinim więcej widać i równocześnie w jego przekazie panuje większy porządek – to jego główne zalety. Dla jednych będą większe, dla innych mniej znaczące; muzyczny świat się wraz z tymi różnicami nie przeistoczy, niemniej trudno mieć inne zdanie, niż że daje to satysfakcję. I oprócz satysfakcji coś jeszcze – daje spokój. To podświadome, ale kiedy się potem do słabszej aparatury wraca, pojawia się bałagan, dźwięki wpadają na siebie jak pijane, słuchacz popada w irytację. Dłuższy czas trzeba przywykać i to nic przyjemnego.

Napęd ten sam co u Gryphona Scorpio, jako efekt kłopotów z napędami.

Satysfakcja byłaby mimo to względna, gdyby nie drugi filar. Ten także jest całościowy, lecz bardziej wieloskładnikowy. Składa się na kooperatyw dokładający zasadnicze wartości do muzycznego obrazu. Bo z jednej strony ta przenikliwość i nieprzeciętna precyzja w ramach całościowego porządku, że wszystko czyste, staranne i z głębokim widzeniem. Ale to w odniesieniu do głównego szkicu, do obrazowania zarysów figur. Natomiast z jakiego ciała te figury i w jaki wpuszczone kontredans na bazie jakiej przestrzeni, to zagadnienia odrębne. Zwłaszcza, że to te a nie tamte własności są zależne od wspomnianych komplikacji z kablami, czyli są bardziej chwiejne.

Rossini zawsze będzie przenikliwy, ale nie zawsze dobrze zestrojony. Tak się dzieje dlatego, że nie gra bardzo masywnie. Gra szybko, dynamicznie, nadzwyczaj spójnie i przestrzennie, natomiast nie stawia na wypełnienie. Ma je, nie będzie chudo, ale to trzeba umieć wydobyć. Sięgnąć właśnie po kable otwierające, żeby wspomóc zalety, a nie pozamykać dźwięki, utrudniając powstanie czegoś bardziej całościowego. Rossini chce być rzeką a nie stawem, czerpie radość z przepływu. To nie akwarium ze złotymi rybkami, tylko natura potoku. Kiedy zaszumi, kiedy ruszy, wówczas będzie przepięknie, a kiedy go powstrzymywać, nie udowodni klasy. Chyba nigdy nie miałem tak silnego wrażenia podczas wymiany kabli, że raz jest źle, a raz dobrze. To urządzenie nie toleruje wędzideł, musi pogalopować. Albo, inaczej się wyrażając: to nie odtwarzacz pod muzyczny relaks – taki masywny, przede wszystkim z melodyką, kapiący od złocistości i z gęstym światłocieniem. Rossini chce być jak najbliżej natury – chce być szumiący, przestrzenny, spójny, wartki. W należytych warunkach to mu świetnie wychodzi, bo wszystkie te cechy ma świetne. Muzyka jako forma się w nim scala, ale na bazie dynamiki i rozbudowanej przestrzenności wewnętrznej i zewnętrznej. Soprany nawet przy filtrze F4 strzelają niczym race, jednocześnie mając przestrzeń własną i holograficzną zewnętrzną. Stale wracam do tego, lecz tylko wówczas mogą być pierwszorzędne, przy czym nie posiadanie takich sopranów to najczęstsza przyczyna wadliwości w ogóle, rozpostartej na skali od nieakceptowalności po brak high-endowego sznytu. Ten sznyt Rossini ma, soprany ma popisowe. Także kolejną własność, obecną w każdym dobrym sprzęcie – wyważenie bas-sopran.

Więc znowu tradycyjna w takich razach śpiewka o nie starzeniu basem i nie odmładzaniu sopranami; test zwykłej mowy na piątkę zdany. Ale takie ujęcie tematu to na pewno za mało. Angielski grajek z włoską nazwą potrafi jeszcze więcej, i nie tylko poprzez zwartość, porządek, przenikliwość i przestrzeń. Potrafi wyjątkowo dobrze oddać całą formę muzyczną z wibracją i w przepływie. Dochodzi do poziomu, na którym nie ma pytań, czy muzyka jest spójna, bo to zbyt oczywiste. Tyle się dzieje, z tak obfitym i różnorodnym mamy do czynienia bogactwem, że przestaje to być tematem; choć fakt – w to trzeba umieć trafić, to nie zrobi się samo. O kable i sprzęt zadbać – czegoś poszukać, coś odrzucić. Ale kiedy się zadba, odtwarzacz się odwdzięczy. Zerwie zastoju tamę, muzyka z werwą ruszy. Całą sobą od góry aż do dołu, bo bas też jest zjawiskowo przestrzenny, więc nasycane nim Sennheiser HD 800 przywołały perkusję jak żywą. A nie mają tego w zwyczaju, tak u nich niemal nie bywa. W ogóle pierwszy raz się zdarzyło, że sparowane z Ayonem HA-3 taką muzykę dały. I wówczas się okazało, że to referencyjny dla nich wzmacniacz, a nigdy bym nie pomyślał. Rzecz jako swoisty paradoks: bo ani sam Rossini masywnością nie imponuje, ani ten Ayon HA-3, ani same HD 800. Gdyby tak grało z Grado PS2000e, albo z Ultrasone Edition9, to by było normalne, ale z HD 800? Tej miary jednocześnie energia, masa i przestrzeń bębna? Takie obrazowanie membran i taka siła wibracji? Zadziwiające. A jednocześnie z kablami domykającymi (czyli pozornie oferującymi większą masywność), tego właśnie nie było i na dodatek cały dźwięk się rozpadał. – To sobie, tamto sobie, słuchać się tego nie chciało. A tu, proszę, audiofilska poezja dla smakoszy naturalnego brzmienia. I bezproblemowo z każdej jakości plikami, bo na to Rossini nie jest wrażliwy.

Ale działa poprawnie, pracuje bezszelestnie i szybko wczytuje płyty.

Kiedy już jest w swym żywiole, to wsysa każdą jakość i zamienia w muzykę. Wyjątkowo dokładną i na wskroś przenikniętą, a jednocześnie skonsolidowaną, przestrzenną i energiczną. Całościowym bogactwem i jakością organizacji prawdziwą, że można nie popadając w przesadę powiedzieć, iż rewelacyjną (zwłaszcza w świetle porównań) pod każdym jednym względem. Przy czym nie robi by to osiągnąć żadnych mecyi: jak już wspominałem nie ma śladu wysiłku w dochodzeniu do szczegółowości (tych głupich sopranowych podbić), cienia też jakiejś dziwności, osobliwego nastroju, wyobcowania, ospałej masywności. Wyłącznie nieco naturalnego ciepła, wielki obszar działania i na nim przestrzennego dźwięku, a muzyka jako koherentna i wyjątkowo starannie artykułowana całość w bardzo szybkim przepływie. Bez teatralizacji pogłosem, sztucznego czegoś podbijania, nasączania ponad potrzebę, ani przeciwnie – suszenia. Też bez podkręcania kolorów, podpierania się mrokiem, dokładania nad miarę substancji. Muzyka tak po prostu, tyle że inni nie potrafią. Przynajmniej nie przy komputerze. I na koniec uwaga, że granie przez kabel USB podobało mi się bardziej aniżeli przez koaksjalny. Ciut bardziej było chropawe, w zamian bardziej swoiste, takie ze swoim smakiem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

22 komentarzy w “Recenzja: dCS Rossini

  1. Mirek pisze:

    Jak zagrały inne słuchawki nighthowki itd..

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myślę, że wszyscy bylibyśmy zadowoleni, gdyby takie przetworniki stanęły obok naszych komputerów. A już szczególnie ci, którym nie zależy na pogłębionym brzmieniu lampowym. Odnośnie zaś słuchawek, to każde zagrały swoim stylem, bo dCS nie generuje transformacji sprzętu towarzyszącego, raczej podkreślając jego naturalne cechy. W kompozycji z nim najbardziej podobały mi się flagowe Sennheisery, ale dopiero po idealnym spasowaniu kabli. Dawały największą synergię, zwłaszcza w odniesieniu do prezentacji przestrzeni. Niemniej wszystkie słuchawki wypadły bardzo dobrze i żadnych specjalnych różnic jakościowych pomiędzy nimi nie było.

      1. CzeslawPadlyna pisze:

        Mam Rossiniaka od paru lat w systemie. Jakość dźwięku z wbudowanego napędu CD oceniam na 50% jego możliwości. Jeszcze gorzej jest po USB.
        Prawdziwy potencjał urządzenia możemy usłyszeć podłączając dobry transport CD po AES/EBU. Wbudowana funkcja streamera nie jest najwyższych lotów i mocno degraduje dźwięk, za to bardzo dobrze gra jako Roon Bridge – w takim przypadku mamy lepszy dźwięk niż z napędu CD.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Czy w takim razie nie lepiej kupić od dCS sam przetwornik?

          1. CzeslawPadlyna pisze:

            Tak, lepiej kupić sam przetwornik. Oczywiście pod warunkiem, że masz dobry transport CD lub serwer Roon.

    2. Michal Pastuszak pisze:

      Tym bardziej mnie intryguje jak by sie sprawdzil dedykowany produkt do gry z sieci, nowy dCS Bartok, ktory wlasnie jest zoptymalizowany pod tym wzgledem, bedac wyposazonym w sensowyny streamer. Wewnetrzna topologia przetwornika bazuje na Rossinim, a cena na dobra sprawe o polowe nizsza i to w wersji z wysokiej klasy modulem sluchawkowym.

  2. Tadeusz pisze:

    Piotrze nie maszerujesz w tym roku po Narodowym biorąc udział w demonstracjach sprzętów słuchawkowych ? 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Maszeruję, jak co roku. W każdym razie planuję.

  3. Miltoniusz pisze:

    Czyli fajny ale nie do końca fajny bo specyficzny, czy tak? Czy sekcji DAC dużo brakuje do CD? Kiedyś testował Pan Meitnera MA-1, z tego co zrozumiałem, nie zachwycił. Czy dcs jest dużo lepszy?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rossini jest fajny do końca, ale na swój sposób, kładący większy nacisk na przenikliwość i dokładność, a mniejszy na żywiołową muzykalność względem flagowego Ayona i mniejszy na poczucie niezwykłości względem Accuphade DP-750.

      Osobna sprawa to Meitner MA-1. To urządzenie o dwóch obliczach. Jak na swój poziom cenowy w sytuacji zwykłego CD i SACD nazbyt powściągliwe i w efekcie nie dość inspirujące, natomiast w odczycie wielokanałowego zapisu SACD, który bodaj jako jedyne umie konwertować do SACD dwukanałowego, niezrównane. Grające lepiej niż jakikolwiek inny odtwarzacz odtwarzający jakąkolwiek płytę. I to wszystko w recenzjach – wydaje mi się – zostało jasno, bez ogródek powiedziane.

      Wreszcie odnośnie Rossiniego jako DAC, to nie sądzę, by był w ogóle słabszy od odczytu CD. W recenzji grał tu przede wszystkim ze słabszym wzmacniaczem napędzającym słuchawki i to chyba główna różnica. Gęste pliki obsługuje znakomicie, w tym swoim specyficznym stylu niezwykłej precyzji obrazowania.

      1. Miltoniusz pisze:

        Dziękuję Panie Piotrze. Przy czym chodziło mi o DAC MA-1 a Pan prawdopodobnie odpowiedział odnośnie odtwarzacza CD/DAC MA-2 co jest o tyle nie dziwne że pytane zadałem w kontekście recenzji odtwarzacza.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie podejmuję się porównywać DAC Meitnera, za mało go pamiętam. Był dobry, ale przymierzyć nie umiem.

  4. Tichy62 (Tomasz) pisze:

    Ciekaw jestem, jak to urządzenie wypadłoby w konfrontacji z Luxmanem D-05u, lub z dziesięciokrotnie tanszym Pioneerem PD-70AE (Oczywiście, ślepy test + obiektywna komisja). Mogłoby się okazać, że różnice są minimalne i na dodatek, nie na korzyść najdroższego urządzenia. Rzecz jasna, takiego testu nie będzie.

    podrawiam

    P.S. W Pańskiej recenzji jakiegoś szczególnego entuzjazmu do tego urządzenia nie wyczułem…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pioneer jest w porządku, ale to nie ta liga. Co zaś do ślepych testów, to na AVS można się było jednemu poddać i jakoś szczęśliwie go zaliczyłem 🙂

      1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

        Szkoda, że nie recenzuje Pan źródeł ze średniej półki. Chociażby wspomnianego Pioneer’a, Marantza 14, czy Creeka 100 cd. Przyznaję, szukam SACD/CD dla siebie i Pańskie uwagi byłyby pomocne.

        pozdrawiam

        P.S. A wracając do porównań sportowych; w ligach całego świata aż się roi od przepłaconych zawodników.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie znam oczywiście całego rynku, ale sobie bym kupił niedostępnego już niestety z pierwszej ręki NAD M5. (Może się jeszcze gdzieś znajdzie.)

          1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

            Dziękuję za radę. Ten NAD to byłoby coś dla mnie. Niestety, na allegro są 2-3 niedobitki w niewiadomym stanie. Szukałem na stronie NAD-a, czy robią jeszcze coś podobnego – gdzie tam! To jakiś spisek, czy co? Wybiorę tego Pioneera lub Creeka. Pioneer czyta SACD, A Creek pasowałby do kompletu (mam już wzmacniacz Creeka). Tylko ten nieszczęsny napęd szczelinowy mnie odrzuca.. Sprzedawca mówi, że działa to dobrze i chyba ma rację. A ja zawracam głowę ludziom.

            pozdrawiam

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słyszałem na AVS jednego i drugiego i wybrałbym Pioneera, chociaż to oczywiście niemiarodajne. Dawniej słyszałem parę razy NAD-a i to było naprawdę mocne źródło.

  5. Pawełek pisze:

    Nie drzyj pan łacha 🙂

  6. rafa pisze:

    Czy ja dobrze widzę? Źródłem jest jakiś laptop? NC…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Bardzo dobrze. A czemu nie miałby być? Na AVS niemal każdy tor, niezależnie od klasy, czerpał ze źródeł plikowych. Rossini to także DAC z licznymi wejściami cyfrowymi. Zdjęcia są może fajne, ale czytać tekst także by należało…

  7. Fon pisze:

    Też jestem bardzo ciekawy tego Pioneera PD70ae, podobno bardzo dobry jest, może się uda go zrecenzować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy