Recenzja: dCS Rossini

   Gioacchino Rossini skomponował swe najsławniejsze dzieło – operę „Cyrulik sewilski” – podobno w tydzień, choć on sam wspominał raczej o dwóch, a historycy mówią o trzech. Tak czy tak w mig skomponował, zwłaszcza jeżeli zważyć, że partytura liczy 600 stron zapisu nutowego. Jest w tej operze aria tytułowego bohatera Largo al factotum, którą na pewno znacie, choć może nie z nazwy. Wystarczy jednak gdy zacytuję:

Figaro qua, Figaro là,
Figaro su, Figaro giù.

byście ją rozpoznali. Sam Rossini nie cenił wszakże swojej twórczości, odnosząc wrażenie zaprzepaszczenie talentu, natomiast według mnie ta aria to jedno z największych dokonań w całych dziejach muzyki; podobnie jak jedenasta sonata Mozarta, dwudziesta trzecia Beethovena czy Ritt der Walküren Wagnera stanowi signum genialnego twórcy, coś nie do powtórzenia. Z tego względu nazwanie przez angielską Data Conversion Systems LTD (cóż za niemuzykalna nazwa!) jej odtwarzacza CD imieniem Rossiniego rodzi obawy, czy rzeczywiście właściwy człowiek znalazł się na właściwym miejscu upamiętnienia. Bo niby odtwarzacz faktycznie muzyczny, ale czy tej aż miary? No nic – jeszcze obaczym – jak rzekł pan Zagłoba przy całkiem innej okazji. Lecz zanim oceniać przyjdzie muzyczne talenty badanego, już teraz zauważę, że nazwa firmy produkującej upamiętniający genialnego Włocha odtwarzacz w ujęciu wszystkim znanym trzyliterowego skrótu brzmi zdecydowanie bardziej melodyjnie, a sama firma jest sławna i wielce poważana.

Dobrze pamiętam czas debiutu jej flagowego zestawu: Verdi SACD transport, Purcell D/D converter, Elgar Plus D/A converter – jakie mu towarzyszyły emocje, jak recenzenci się prześcigali w ochach i achach pod adresem, ile było wynurzeń o przełomie, nowej jakości i elektronice dwudziestego pierwszego wieku. (Choć był już rok 2002, więc każda musiała być taką). W wymiarze audiofilskich standardów rzec można, iż był to czas ustępowania dawnego króla, odtwarzacza Krell KPS-20, zastępowanego przez dzieło nowej marki z nowymi możliwościami, o których jedni pisali z bezkrytycznym entuzjazmem, a inni pośród entuzjastycznych wynurzeń zwracali nieśmiało uwagę na pewną przewagę technicznej perfekcji obrazowania nad muzyką w stanie dzikim – nieprzetworzonym,  rozwichrzonym, pierwotnym. Nikt tego dzikością wprawdzie nie nazywał, bo wiadomo, muzyka do kultury teraz należy, choć tak naprawdę z dzikości się wzięła, jak zresztą i my wszyscy, więc jak nam wszystkim do dzikości jej bliziuteńko. Grał zatem ten dCS, jak zgodnie okrzyknięto, na nowym pułapie czystości dźwięku i tego dźwięku wydobywania z tła, wywołując audiofilskie skurcze i spazmy, zwłaszcza że drogi był jak walizka pieniędzy, normalnie nie do ugryzienia. Przeciętny audiofil lizał go więc przez szybę, a niezbyt liczni recenzenci chełpili się brakiem szyby, pokazując innym języki usmarowane dCS-em in persona sua. (In carne ed ossa, jakby powiedział Rossini.)

Lat od tamtych czasów przeleciało już kilkanaście; społeczeństwo się wzbogaciło i niejednego stać dziś choćby i na topową kwadrygę od dCS, ale sami będziemy skromniejsi i zapoznanie z marką napoczniemy od samotnego Rossiniego, nie wspieranego nawet przez dedykowany mu zewnętrzny zegar. Nie żebym tego zegara przyswajać nie pragnął, ale akurat się sprzedał i dystrybutor chwilowo nie dysponował. A mnie się czekać nie chciało; mając świeżo w pamięci brzmienie zrecenzowanego dopiero co Accuphase DP-750 oraz pod ręką goszczonego Ayona CD-35 HF Edition pragnąłem z tego skorzystać, urządzając pośrednio i bezpośrednio konfrontację z urządzeniami stanowiącymi nie tylko bezpośrednią konkurencję, ale na dodatek szczególnie mocną. Wobec czego nie samo słuchanie, ale też bitwa na dwóch frontach, jako uzupełnienie tej wcześniejszej, którą Accuphase z Ayonem w recenzji tego pierwszego stoczyli. I jeszcze wstępna uwaga techniczna: Dystrybutor okazał się być zdania (z którym musiałem się później zgodzić), że elektronika dCS szczególnie dobrze wypada, gdy nasycać ją prądem poprzez przewody zasilające Synergistic Research, tak więc jeden z takich też przybył. Bez wątpienia urządzenia angielskiej marki z kalifornijskimi kablami zyskują, a chociaż zasilający Harmonix X- DC350M2R także doskonale się spisał, oferując inne niebagatelne przewagi, to jednak z Synergistic Rossini bardziej się popisywał, dając spektakl mocniej się słuchaczowi poprzez niezwykłość narzucający, choć może niekoniecznie bliższy prawdziwej muzyce. Sprawę dyskusji pomiędzy kablami odłóżmy jednak na bok. Rossini grał w teście z kablem zasilającym Synergistic Research Level 3 High Current, ponieważ dobrze mu on służył.

I jeszcze, jako uzupełnienie wstępu, słóweczko o samym dCS. Firma przedstawia siebie jako grupę specjalistów szczytowego poziomu o specjalizacji elektronicznej i jednocześnie miłośników muzyki. Zespół badawczo-rozwojowy sięgający korzeniami sławnego uniwersytetu w Cambridge, na którym jego członkowie studiowali, by działać potem w branży militarnej i telekomunikacyjnej. Początkowo jako założona w 1987 przez Mikeʼa Story grupa niezależnych ekspertów, pracujących między innymi dla British Aerospace, Royal Navy i Ferrari, by od 1989 stopniowo skręcać w muzykę, poczynając od przeznaczonego do sesji nagraniowych konwertera analogowo-cyfrowego dCS 900. Nieco potem, w 1993, powstał pierwszy konwerter odwrotny, cyfrowo-analogowy dCS 950, a więc coś już bardziej na użytek masowy, przekształcony dwa lata później w dCS 952 DAC ze zdolnością konwersji do 24-bit/96kHz – pierwszy taki na świecie. Od tego momentu sprawy zaczęły nabierać tempa i już rok później (1996) zjawił się sławny dCS Elgar 24/96 Ring DAC, a firma przeniosła do Great Chesterford manufacturing site, z głównie programistycznej i konsultanckiej zmieniając w produkcyjną. Szesnaście lat później, w 2012, zjawiło się to, co dzisiaj stanowi szczyt dokonań – czteroczęściowy zestaw dCS Vivaldi System – w 2015 uzupełniony przez coś bardziej przystępnego, naszego tytułowego dCS Rossini.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

11 komentarzy w “Recenzja: dCS Rossini

  1. Mirek napisał(a):

    Jak zagrały inne słuchawki nighthowki itd..

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Myślę, że wszyscy bylibyśmy zadowoleni, gdyby takie przetworniki stanęły obok naszych komputerów. A już szczególnie ci, którym nie zależy na pogłębionym brzmieniu lampowym. Odnośnie zaś słuchawek, to każde zagrały swoim stylem, bo dCS nie generuje transformacji sprzętu towarzyszącego, raczej podkreślając jego naturalne cechy. W kompozycji z nim najbardziej podobały mi się flagowe Sennheisery, ale dopiero po idealnym spasowaniu kabli. Dawały największą synergię, zwłaszcza w odniesieniu do prezentacji przestrzeni. Niemniej wszystkie słuchawki wypadły bardzo dobrze i żadnych specjalnych różnic jakościowych pomiędzy nimi nie było.

      1. CzeslawPadlyna napisał(a):

        Mam Rossiniaka od paru lat w systemie. Jakość dźwięku z wbudowanego napędu CD oceniam na 50% jego możliwości. Jeszcze gorzej jest po USB.
        Prawdziwy potencjał urządzenia możemy usłyszeć podłączając dobry transport CD po AES/EBU. Wbudowana funkcja streamera nie jest najwyższych lotów i mocno degraduje dźwięk, za to bardzo dobrze gra jako Roon Bridge – w takim przypadku mamy lepszy dźwięk niż z napędu CD.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Czy w takim razie nie lepiej kupić od dCS sam przetwornik?

    2. Michal Pastuszak napisał(a):

      Tym bardziej mnie intryguje jak by sie sprawdzil dedykowany produkt do gry z sieci, nowy dCS Bartok, ktory wlasnie jest zoptymalizowany pod tym wzgledem, bedac wyposazonym w sensowyny streamer. Wewnetrzna topologia przetwornika bazuje na Rossinim, a cena na dobra sprawe o polowe nizsza i to w wersji z wysokiej klasy modulem sluchawkowym.

  2. Tadeusz napisał(a):

    Piotrze nie maszerujesz w tym roku po Narodowym biorąc udział w demonstracjach sprzętów słuchawkowych ? 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Maszeruję, jak co roku. W każdym razie planuję.

  3. Miltoniusz napisał(a):

    Czyli fajny ale nie do końca fajny bo specyficzny, czy tak? Czy sekcji DAC dużo brakuje do CD? Kiedyś testował Pan Meitnera MA-1, z tego co zrozumiałem, nie zachwycił. Czy dcs jest dużo lepszy?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Rossini jest fajny do końca, ale na swój sposób, kładący większy nacisk na przenikliwość i dokładność, a mniejszy na żywiołową muzykalność względem flagowego Ayona i mniejszy na poczucie niezwykłości względem Accuphade DP-750.

      Osobna sprawa to Meitner MA-1. To urządzenie o dwóch obliczach. Jak na swój poziom cenowy w sytuacji zwykłego CD i SACD nazbyt powściągliwe i w efekcie nie dość inspirujące, natomiast w odczycie wielokanałowego zapisu SACD, który bodaj jako jedyne umie konwertować do SACD dwukanałowego, niezrównane. Grające lepiej niż jakikolwiek inny odtwarzacz odtwarzający jakąkolwiek płytę. I to wszystko w recenzjach – wydaje mi się – zostało jasno, bez ogródek powiedziane.

      Wreszcie odnośnie Rossiniego jako DAC, to nie sądzę, by był w ogóle słabszy od odczytu CD. W recenzji grał tu przede wszystkim ze słabszym wzmacniaczem napędzającym słuchawki i to chyba główna różnica. Gęste pliki obsługuje znakomicie, w tym swoim specyficznym stylu niezwykłej precyzji obrazowania.

      1. Miltoniusz napisał(a):

        Dziękuję Panie Piotrze. Przy czym chodziło mi o DAC MA-1 a Pan prawdopodobnie odpowiedział odnośnie odtwarzacza CD/DAC MA-2 co jest o tyle nie dziwne że pytane zadałem w kontekście recenzji odtwarzacza.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Nie podejmuję się porównywać DAC Meitnera, za mało go pamiętam. Był dobry, ale przymierzyć nie umiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy