Recenzja: dCS Rossini

Budowa i możliwości

Prawdziwy Rossini też był masywny i też błyszczał.

   Przystępność w wydaniu dCS ma sobie właściwy charakter, oznaczając zejście z pułapu czterystu tysięcy do stu, konkretnie do stu czterech. Tyle ten Rossini kosztuje, a bardziej ogólnie się wyrażając: tyle wynosi dziś cena za możliwość chwalenia się posiadaniem nowego odtwarzacza od dCS. Taniej ongiś bywało, poprzedni z tańszych, dCS Puccini, kosztował połowę tego, ale taniość w dzisiejszych czasach nie jest cnotą szczególnie pielęgnowaną po stronie dóbr użytkowych, tak więc cena poszybowała. W zamian Rossini jest większy i więcej może. Bryłę posiadł potężną, ważąc nieskromne 17,4 kg, i ma wbudowany przedwzmacniacz, sygnalizowany gałką potencjometru na froncie i również na pilocie, co jest rzadkością. Który to potencjometr w obu wypadkach chodzi równiutko i gładziuteńko, a przede wszystkim nie oznacza jakościowej redukcji. Ktoś powie: – Też mi sukces! Jednakże sukces jest, jako że większość odtwarzaczy wyposażonych w regulatory głośności ma takie redukujące przy okazji też jakość, czyli praktycznie poza sytuacjami awaryjnymi nie do użycia. (Co w instrukcjach obsługi co uczciwsi producenci sami bez ogródek przyznają.) Tymczasem Rossini ma potencjometr godny rasowego przedwzmacniacza i ma też więcej od starszych konstrukcji wejść cyfrowych, konkretnie 2 x AES/EBU, 3 x SPDIF i 2 x USB 2.0, jak również uzupełniające je sieciowe gniazda IEC oraz RS232. Ma także znacznie bogatsze oprogramowanie i dużo większego tego pilota z potencjometrem, za który płacimy ekstra. (Wielcy państwo, a kutwy.) Sieciowe gniazda w bogatym wyborze sygnalizują kolejną ważną sprawę, iż mamy do czynienia nie tylko z czytnikiem płyt zintegrowanym z przetwornikiem i przedwzmacniaczem, ale także z sieciowym streamerem.

Rossini nie ma wbudowanego dysku, toteż w bank nagrań się nie zamieni, ale może obsłużyć wszelkiego rodzaju dyski zewnętrzne, albo brać pliki wprost z Internetu, i na tę okoliczność gotowy jest do obsługi serwisów TIDAL, Spotify czy Deezer, a także do współpracy z bezprzewodowym Apple Airplay.

W każdym przypadku, zarówno dla płyt jak plików, oferuje przy tym do wyboru dwa upsamplingi: studyjny DXD 24-bit/384kHz, bądź ustawiony jako opcja fabryczna DSD128. Wybór pomiędzy nimi to kwestia kilku kroków dojścia do węzła decyzji, a potem już jednym kliknięciem przemieniamy DXD/DSD, wybierając tryb bardziej pasujący. Aby wybór był ostateczny, musimy wcześniej zdecydować, z którymi filtrami same DXD i DSD najbardziej nam odpowiadają. Dla płyt CD jest tych filtrów po sześć, a dla plików po cztery. Wybieranie będzie tym razem jeszcze prostsze, ograniczone do pojedynczych kliknięć na pilocie lub obudowie.

Siedem przycisków i pokrętło umożliwiają wszelkie regulacje.

Filtry pozsuwają się w konwejerze, ikonka na wyświetlaczu pokazuje kolejno: F1, F2, F3…, a wraz z tym wyczuwalnie zmienia się brzmienie, podobnie jak przy zmianach upsamplingu. Jak chodzi o nie, to DXD jest bardziej wytrawny, a DSD bardziej likierowy, natomiast filtry to dodatkowo wzmacniają bądź łagodzą, więc można sobie wybrać styl i go osłabiać bądź wzmacniać. Filtry opatrzone zostały przez producenta uczenie brzmiącą uwagą o działaniu „poza częstotliwością Nyquista”, co w praktyce sprowadza się do w różny sposób przycinania wyższych częstotliwości. Staje się wraz z tym wyraziściej lub spójniej, bardziej ostro albo łagodniej, i całościowo bardziej swojsko bądź obco. Dla płyt wybierałem filtr F4, jako najbardziej „lampowy”, a dla plików F1, który wydał mi się dość naturalny choć nieco pogłosowy, albo znowu F4, który oficjalnie w odniesieniu do DSD jest tylko awaryjny (tnie górę z wszystkich najmocniej), ale ubytków słuchu nie mam, za to wszelkie nieprawidłowości na górze pasma wyjątkowo mnie drażnią. Nikomu jednak własnych wyborów (ani też żadnych innych) nie będę rekomendował, i to zarówno w odniesieniu do filtrów, jak też samego upsamplingu. Problem wyboru zrelatywizowany jest bowiem do okablowania, zwłaszcza do kabli zasilających, które działają analogicznie jak filtry, decyzja więc może być optymalna wyłącznie dla konkretnych.

Na tym jednakże kwestie wyborów się nie kończą. Musimy jeszcze wybrać poziom wyjścia sygnału (2 albo 6V), włączyć lub nie bufor poprzedzający upsampler (który aktywowany opóźnia dźwięk względem obrazu o jakieś dwie sekundy, ale bardzo wyraźnie poprawia brzmienie), a także przemienić lub nie kanały stereofoniczne i zostawić albo odwrócić fazę. Ostatnie dwie możliwości nie są bynajmniej wydziwianiem. Płyt i plików z odwróconą stereofonią nie brak, co może irytować choćby odwróconą klawiaturą fortepianu, a nagrania o nieprawidłowej fazie także się czasem  zdarzają.

Mamy tym samym do czynienia z urządzeniem wielofunkcyjnym o wielu możliwościach, pozwalającym także na regulację balansu, zmianę jasności wyświetlacza lub jego wygaszenie (i to samo odnośnie podświetlanego logo dCS), przywracanie ustawień fabrycznych, przyłączanie zewnętrznego zegara, pobieranie aktualizacji ze strony producenta, wyświetlanie listy aktualnych ustawień, fiksowanie lub nie dokonanych wyborów (by przypadkowo nie zostały zmienione), a nawet generowanie różowego szumu na potrzeby wygrzewania systemu.

Działają bez zarzutu.

Wszystko to, włącznie z obsługą płyt, możemy osiągnąć bez pilota, używając wyłącznie siedmiu przycisków funkcyjnych z obudowy, tak więc płacony osobno pilot nie jest wcale konieczny; i w sumie nie ma co drzeć łacha o jego brak, bo dCS Rossini podejmie bezprzewodową, zastępującą go i poszerzającą współpracę ze smartfonem albo tabletem – stosowna aplikacja czeka gotowa na pobranie. Sprawną obsługę zasadniczo ułatwi dołączony do instrukcji czytelny schemat drzewa decyzji, a także przejrzysty obraz z małego ale skutecznego w praktyce wyświetlacza OLED.

Zaglądając do wnętrza trafiamy na dwa starannie obudowane transformatory sekcji cyfrowej i analogowej oraz cztery główne kondensatory o dużych pojemnościach. Reszta jak w komputerze, tyle że nie pojedyncza a dwie jedna nad drugą płyty główne i na tej spodniej niewidoczne programowalne procesory, prawdopodobnie od Asahi Kasei, czyli nie żadne gotowe kości. Pośrodku, dokładnie między transformatorami, transport płyt, jak zawsze u dCS szufladowy, ale tym razem inny od poprzednich; nie bowiem czytający zapis SACD „TEAC by Esoteric” VRDS Neo, do którego miłośnicy firmy zdążyli zapewne przywyknąć, tylko produkt austriackiego Stream Unlimited o plastikowej tacce i metalowych prowadnicach z odczytem wyłącznie CD. (Ten sam co w testowanym onegdaj Gryphonie Scorpio.)

Wychodząc na obudowę trafiamy w klimat estetycznej mieszanki. Z jednej strony dużo krzywizn i wypukłości oraz dużych powierzchni, z naczelnym motywem ozdobnego frezu ułożonego fantazyjnie w kaskadę, z drugiej sama bryła i wyświetlacz z ostrymi krawędziami, dzisiaj coraz rzadszymi. Synteza zatem, ale udana, rzecz znakomicie się prezentuje. Łuki i falujący frez przydają wdzięku, a całość jest masywna i substancjalnie ekskluzywna. Czarno bądź srebrno anodyzowane aluminium jest wybornej jakości z półmatową, tonującą fakturą, a umieszczony po lewej wyświetlacz wprawdzie niewielki, ale dobrze czytelny i nie męczący oczu. Przeciwwagą dla niego po prawej potencjometr, a położone między nim a ulokowaną centralnie szufladą przyciski są małe i niezbyt wystające, ale się bez zarzutu sprawują.

Także wyświetlacz jest super.

Przyciski są niewielkie, za to pilot z identycznymi ogromniasty, kanciasty i też aluminiowy. Także sprawujący się bez zarzutu, tyle że przez wielkość niezbyt poręczny. Przyjdzie za niego zapłacić bez mała trzy tysiące, ale jesteśmy w sferze luksusu, gdzie każda rzecz kosztuje.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

22 komentarzy w “Recenzja: dCS Rossini

  1. Mirek pisze:

    Jak zagrały inne słuchawki nighthowki itd..

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myślę, że wszyscy bylibyśmy zadowoleni, gdyby takie przetworniki stanęły obok naszych komputerów. A już szczególnie ci, którym nie zależy na pogłębionym brzmieniu lampowym. Odnośnie zaś słuchawek, to każde zagrały swoim stylem, bo dCS nie generuje transformacji sprzętu towarzyszącego, raczej podkreślając jego naturalne cechy. W kompozycji z nim najbardziej podobały mi się flagowe Sennheisery, ale dopiero po idealnym spasowaniu kabli. Dawały największą synergię, zwłaszcza w odniesieniu do prezentacji przestrzeni. Niemniej wszystkie słuchawki wypadły bardzo dobrze i żadnych specjalnych różnic jakościowych pomiędzy nimi nie było.

      1. CzeslawPadlyna pisze:

        Mam Rossiniaka od paru lat w systemie. Jakość dźwięku z wbudowanego napędu CD oceniam na 50% jego możliwości. Jeszcze gorzej jest po USB.
        Prawdziwy potencjał urządzenia możemy usłyszeć podłączając dobry transport CD po AES/EBU. Wbudowana funkcja streamera nie jest najwyższych lotów i mocno degraduje dźwięk, za to bardzo dobrze gra jako Roon Bridge – w takim przypadku mamy lepszy dźwięk niż z napędu CD.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Czy w takim razie nie lepiej kupić od dCS sam przetwornik?

          1. CzeslawPadlyna pisze:

            Tak, lepiej kupić sam przetwornik. Oczywiście pod warunkiem, że masz dobry transport CD lub serwer Roon.

    2. Michal Pastuszak pisze:

      Tym bardziej mnie intryguje jak by sie sprawdzil dedykowany produkt do gry z sieci, nowy dCS Bartok, ktory wlasnie jest zoptymalizowany pod tym wzgledem, bedac wyposazonym w sensowyny streamer. Wewnetrzna topologia przetwornika bazuje na Rossinim, a cena na dobra sprawe o polowe nizsza i to w wersji z wysokiej klasy modulem sluchawkowym.

  2. Tadeusz pisze:

    Piotrze nie maszerujesz w tym roku po Narodowym biorąc udział w demonstracjach sprzętów słuchawkowych ? 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Maszeruję, jak co roku. W każdym razie planuję.

  3. Miltoniusz pisze:

    Czyli fajny ale nie do końca fajny bo specyficzny, czy tak? Czy sekcji DAC dużo brakuje do CD? Kiedyś testował Pan Meitnera MA-1, z tego co zrozumiałem, nie zachwycił. Czy dcs jest dużo lepszy?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rossini jest fajny do końca, ale na swój sposób, kładący większy nacisk na przenikliwość i dokładność, a mniejszy na żywiołową muzykalność względem flagowego Ayona i mniejszy na poczucie niezwykłości względem Accuphade DP-750.

      Osobna sprawa to Meitner MA-1. To urządzenie o dwóch obliczach. Jak na swój poziom cenowy w sytuacji zwykłego CD i SACD nazbyt powściągliwe i w efekcie nie dość inspirujące, natomiast w odczycie wielokanałowego zapisu SACD, który bodaj jako jedyne umie konwertować do SACD dwukanałowego, niezrównane. Grające lepiej niż jakikolwiek inny odtwarzacz odtwarzający jakąkolwiek płytę. I to wszystko w recenzjach – wydaje mi się – zostało jasno, bez ogródek powiedziane.

      Wreszcie odnośnie Rossiniego jako DAC, to nie sądzę, by był w ogóle słabszy od odczytu CD. W recenzji grał tu przede wszystkim ze słabszym wzmacniaczem napędzającym słuchawki i to chyba główna różnica. Gęste pliki obsługuje znakomicie, w tym swoim specyficznym stylu niezwykłej precyzji obrazowania.

      1. Miltoniusz pisze:

        Dziękuję Panie Piotrze. Przy czym chodziło mi o DAC MA-1 a Pan prawdopodobnie odpowiedział odnośnie odtwarzacza CD/DAC MA-2 co jest o tyle nie dziwne że pytane zadałem w kontekście recenzji odtwarzacza.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie podejmuję się porównywać DAC Meitnera, za mało go pamiętam. Był dobry, ale przymierzyć nie umiem.

  4. Tichy62 (Tomasz) pisze:

    Ciekaw jestem, jak to urządzenie wypadłoby w konfrontacji z Luxmanem D-05u, lub z dziesięciokrotnie tanszym Pioneerem PD-70AE (Oczywiście, ślepy test + obiektywna komisja). Mogłoby się okazać, że różnice są minimalne i na dodatek, nie na korzyść najdroższego urządzenia. Rzecz jasna, takiego testu nie będzie.

    podrawiam

    P.S. W Pańskiej recenzji jakiegoś szczególnego entuzjazmu do tego urządzenia nie wyczułem…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pioneer jest w porządku, ale to nie ta liga. Co zaś do ślepych testów, to na AVS można się było jednemu poddać i jakoś szczęśliwie go zaliczyłem 🙂

      1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

        Szkoda, że nie recenzuje Pan źródeł ze średniej półki. Chociażby wspomnianego Pioneer’a, Marantza 14, czy Creeka 100 cd. Przyznaję, szukam SACD/CD dla siebie i Pańskie uwagi byłyby pomocne.

        pozdrawiam

        P.S. A wracając do porównań sportowych; w ligach całego świata aż się roi od przepłaconych zawodników.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie znam oczywiście całego rynku, ale sobie bym kupił niedostępnego już niestety z pierwszej ręki NAD M5. (Może się jeszcze gdzieś znajdzie.)

          1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

            Dziękuję za radę. Ten NAD to byłoby coś dla mnie. Niestety, na allegro są 2-3 niedobitki w niewiadomym stanie. Szukałem na stronie NAD-a, czy robią jeszcze coś podobnego – gdzie tam! To jakiś spisek, czy co? Wybiorę tego Pioneera lub Creeka. Pioneer czyta SACD, A Creek pasowałby do kompletu (mam już wzmacniacz Creeka). Tylko ten nieszczęsny napęd szczelinowy mnie odrzuca.. Sprzedawca mówi, że działa to dobrze i chyba ma rację. A ja zawracam głowę ludziom.

            pozdrawiam

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słyszałem na AVS jednego i drugiego i wybrałbym Pioneera, chociaż to oczywiście niemiarodajne. Dawniej słyszałem parę razy NAD-a i to było naprawdę mocne źródło.

  5. Pawełek pisze:

    Nie drzyj pan łacha 🙂

  6. rafa pisze:

    Czy ja dobrze widzę? Źródłem jest jakiś laptop? NC…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Bardzo dobrze. A czemu nie miałby być? Na AVS niemal każdy tor, niezależnie od klasy, czerpał ze źródeł plikowych. Rossini to także DAC z licznymi wejściami cyfrowymi. Zdjęcia są może fajne, ale czytać tekst także by należało…

  7. Fon pisze:

    Też jestem bardzo ciekawy tego Pioneera PD70ae, podobno bardzo dobry jest, może się uda go zrecenzować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy