Recenzja: dCS Rossini

   Gioacchino Rossini skomponował swe najsławniejsze dzieło – operę „Cyrulik sewilski” – podobno w tydzień, choć on sam wspominał raczej o dwóch, a historycy mówią o trzech. Tak czy tak w mig skomponował, zwłaszcza jeżeli zważyć, że partytura liczy 600 stron zapisu nutowego. Jest w tej operze aria tytułowego bohatera Largo al factotum, którą na pewno znacie, choć może nie z nazwy. Wystarczy jednak gdy zacytuję:

Figaro qua, Figaro là,
Figaro su, Figaro giù.

byście ją rozpoznali. Sam Rossini nie cenił wszakże swojej twórczości, odnosząc wrażenie zaprzepaszczenie talentu, natomiast według mnie ta aria to jedno z największych dokonań w całych dziejach muzyki; podobnie jak jedenasta sonata Mozarta, dwudziesta trzecia Beethovena czy Ritt der Walküren Wagnera stanowi signum genialnego twórcy, coś nie do powtórzenia. Z tego względu nazwanie przez angielską Data Conversion Systems LTD (cóż za niemuzykalna nazwa!) jej odtwarzacza CD imieniem Rossiniego rodzi obawy, czy rzeczywiście właściwy człowiek znalazł się na właściwym miejscu upamiętnienia. Bo niby odtwarzacz faktycznie muzyczny, ale czy tej aż miary? No nic – jeszcze obaczym – jak rzekł pan Zagłoba przy całkiem innej okazji. Lecz zanim oceniać przyjdzie muzyczne talenty badanego, już teraz zauważę, że nazwa firmy produkującej upamiętniający genialnego Włocha odtwarzacz w ujęciu wszystkim znanym trzyliterowego skrótu brzmi zdecydowanie bardziej melodyjnie, a sama firma jest sławna i wielce poważana.

Dobrze pamiętam czas debiutu jej flagowego zestawu: Verdi SACD transport, Purcell D/D converter, Elgar Plus D/A converter – jakie mu towarzyszyły emocje, jak recenzenci się prześcigali w ochach i achach pod adresem, ile było wynurzeń o przełomie, nowej jakości i elektronice dwudziestego pierwszego wieku. (Choć był już rok 2002, więc każda musiała być taką). W wymiarze audiofilskich standardów rzec można, iż był to czas ustępowania dawnego króla, odtwarzacza Krell KPS-20, zastępowanego przez dzieło nowej marki z nowymi możliwościami, o których jedni pisali z bezkrytycznym entuzjazmem, a inni pośród entuzjastycznych wynurzeń zwracali nieśmiało uwagę na pewną przewagę technicznej perfekcji obrazowania nad muzyką w stanie dzikim – nieprzetworzonym,  rozwichrzonym, pierwotnym. Nikt tego dzikością wprawdzie nie nazywał, bo wiadomo, muzyka do kultury teraz należy, choć tak naprawdę z dzikości się wzięła, jak zresztą i my wszyscy, więc jak nam wszystkim do dzikości jej bliziuteńko. Grał zatem ten dCS, jak zgodnie okrzyknięto, na nowym pułapie czystości dźwięku i tego dźwięku wydobywania z tła, wywołując audiofilskie skurcze i spazmy, zwłaszcza że drogi był jak walizka pieniędzy, normalnie nie do ugryzienia. Przeciętny audiofil lizał go więc przez szybę, a niezbyt liczni recenzenci chełpili się brakiem szyby, pokazując innym języki usmarowane dCS-em in persona sua. (In carne ed ossa, jakby powiedział Rossini.)

Lat od tamtych czasów przeleciało już kilkanaście; społeczeństwo się wzbogaciło i niejednego stać dziś choćby i na topową kwadrygę od dCS, ale sami będziemy skromniejsi i zapoznanie z marką napoczniemy od samotnego Rossiniego, nie wspieranego nawet przez dedykowany mu zewnętrzny zegar. Nie żebym tego zegara przyswajać nie pragnął, ale akurat się sprzedał i dystrybutor chwilowo nie dysponował. A mnie się czekać nie chciało; mając świeżo w pamięci brzmienie zrecenzowanego dopiero co Accuphase DP-750 oraz pod ręką goszczonego Ayona CD-35 HF Edition pragnąłem z tego skorzystać, urządzając pośrednio i bezpośrednio konfrontację z urządzeniami stanowiącymi nie tylko bezpośrednią konkurencję, ale na dodatek szczególnie mocną. Wobec czego nie samo słuchanie, ale też bitwa na dwóch frontach, jako uzupełnienie tej wcześniejszej, którą Accuphase z Ayonem w recenzji tego pierwszego stoczyli. I jeszcze wstępna uwaga techniczna: Dystrybutor okazał się być zdania (z którym musiałem się później zgodzić), że elektronika dCS szczególnie dobrze wypada, gdy nasycać ją prądem poprzez przewody zasilające Synergistic Research, tak więc jeden z takich też przybył. Bez wątpienia urządzenia angielskiej marki z kalifornijskimi kablami zyskują, a chociaż zasilający Harmonix X- DC350M2R także doskonale się spisał, oferując inne niebagatelne przewagi, to jednak z Synergistic Rossini bardziej się popisywał, dając spektakl mocniej się słuchaczowi poprzez niezwykłość narzucający, choć może niekoniecznie bliższy prawdziwej muzyce. Sprawę dyskusji pomiędzy kablami odłóżmy jednak na bok. Rossini grał w teście z kablem zasilającym Synergistic Research Level 3 High Current, ponieważ dobrze mu on służył.

I jeszcze, jako uzupełnienie wstępu, słóweczko o samym dCS. Firma przedstawia siebie jako grupę specjalistów szczytowego poziomu o specjalizacji elektronicznej i jednocześnie miłośników muzyki. Zespół badawczo-rozwojowy sięgający korzeniami sławnego uniwersytetu w Cambridge, na którym jego członkowie studiowali, by działać potem w branży militarnej i telekomunikacyjnej. Początkowo jako założona w 1987 przez Mikeʼa Story grupa niezależnych ekspertów, pracujących między innymi dla British Aerospace, Royal Navy i Ferrari, by od 1989 stopniowo skręcać w muzykę, poczynając od przeznaczonego do sesji nagraniowych konwertera analogowo-cyfrowego dCS 900. Nieco potem, w 1993, powstał pierwszy konwerter odwrotny, cyfrowo-analogowy dCS 950, a więc coś już bardziej na użytek masowy, przekształcony dwa lata później w dCS 952 DAC ze zdolnością konwersji do 24-bit/96kHz – pierwszy taki na świecie. Od tego momentu sprawy zaczęły nabierać tempa i już rok później (1996) zjawił się sławny dCS Elgar 24/96 Ring DAC, a firma przeniosła do Great Chesterford manufacturing site, z głównie programistycznej i konsultanckiej zmieniając w produkcyjną. Szesnaście lat później, w 2012, zjawiło się to, co dzisiaj stanowi szczyt dokonań – czteroczęściowy zestaw dCS Vivaldi System – w 2015 uzupełniony przez coś bardziej przystępnego, naszego tytułowego dCS Rossini.

Budowa i możliwości

Prawdziwy Rossini też był masywny i też błyszczał.

   Przystępność w wydaniu dCS ma sobie właściwy charakter, oznaczając zejście z pułapu czterystu tysięcy do stu, konkretnie do stu czterech. Tyle ten Rossini kosztuje, a bardziej ogólnie się wyrażając: tyle wynosi dziś cena za możliwość chwalenia się posiadaniem nowego odtwarzacza od dCS. Taniej ongiś bywało, poprzedni z tańszych, dCS Puccini, kosztował połowę tego, ale taniość w dzisiejszych czasach nie jest cnotą szczególnie pielęgnowaną po stronie dóbr użytkowych, tak więc cena poszybowała. W zamian Rossini jest większy i więcej może. Bryłę posiadł potężną, ważąc nieskromne 17,4 kg, i ma wbudowany przedwzmacniacz, sygnalizowany gałką potencjometru na froncie i również na pilocie, co jest rzadkością. Który to potencjometr w obu wypadkach chodzi równiutko i gładziuteńko, a przede wszystkim nie oznacza jakościowej redukcji. Ktoś powie: – Też mi sukces! Jednakże sukces jest, jako że większość odtwarzaczy wyposażonych w regulatory głośności ma takie redukujące przy okazji też jakość, czyli praktycznie poza sytuacjami awaryjnymi nie do użycia. (Co w instrukcjach obsługi co uczciwsi producenci sami bez ogródek przyznają.) Tymczasem Rossini ma potencjometr godny rasowego przedwzmacniacza i ma też więcej od starszych konstrukcji wejść cyfrowych, konkretnie 2 x AES/EBU, 3 x SPDIF i 2 x USB 2.0, jak również uzupełniające je sieciowe gniazda IEC oraz RS232. Ma także znacznie bogatsze oprogramowanie i dużo większego tego pilota z potencjometrem, za który płacimy ekstra. (Wielcy państwo, a kutwy.) Sieciowe gniazda w bogatym wyborze sygnalizują kolejną ważną sprawę, iż mamy do czynienia nie tylko z czytnikiem płyt zintegrowanym z przetwornikiem i przedwzmacniaczem, ale także z sieciowym streamerem.

Rossini nie ma wbudowanego dysku, toteż w bank nagrań się nie zamieni, ale może obsłużyć wszelkiego rodzaju dyski zewnętrzne, albo brać pliki wprost z Internetu, i na tę okoliczność gotowy jest do obsługi serwisów TIDAL, Spotify czy Deezer, a także do współpracy z bezprzewodowym Apple Airplay.

W każdym przypadku, zarówno dla płyt jak plików, oferuje przy tym do wyboru dwa upsamplingi: studyjny DXD 24-bit/384kHz, bądź ustawiony jako opcja fabryczna DSD128. Wybór pomiędzy nimi to kwestia kilku kroków dojścia do węzła decyzji, a potem już jednym kliknięciem przemieniamy DXD/DSD, wybierając tryb bardziej pasujący. Aby wybór był ostateczny, musimy wcześniej zdecydować, z którymi filtrami same DXD i DSD najbardziej nam odpowiadają. Dla płyt CD jest tych filtrów po sześć, a dla plików po cztery. Wybieranie będzie tym razem jeszcze prostsze, ograniczone do pojedynczych kliknięć na pilocie lub obudowie.

Siedem przycisków i pokrętło umożliwiają wszelkie regulacje.

Filtry pozsuwają się w konwejerze, ikonka na wyświetlaczu pokazuje kolejno: F1, F2, F3…, a wraz z tym wyczuwalnie zmienia się brzmienie, podobnie jak przy zmianach upsamplingu. Jak chodzi o nie, to DXD jest bardziej wytrawny, a DSD bardziej likierowy, natomiast filtry to dodatkowo wzmacniają bądź łagodzą, więc można sobie wybrać styl i go osłabiać bądź wzmacniać. Filtry opatrzone zostały przez producenta uczenie brzmiącą uwagą o działaniu „poza częstotliwością Nyquista”, co w praktyce sprowadza się do w różny sposób przycinania wyższych częstotliwości. Staje się wraz z tym wyraziściej lub spójniej, bardziej ostro albo łagodniej, i całościowo bardziej swojsko bądź obco. Dla płyt wybierałem filtr F4, jako najbardziej „lampowy”, a dla plików F1, który wydał mi się dość naturalny choć nieco pogłosowy, albo znowu F4, który oficjalnie w odniesieniu do DSD jest tylko awaryjny (tnie górę z wszystkich najmocniej), ale ubytków słuchu nie mam, za to wszelkie nieprawidłowości na górze pasma wyjątkowo mnie drażnią. Nikomu jednak własnych wyborów (ani też żadnych innych) nie będę rekomendował, i to zarówno w odniesieniu do filtrów, jak też samego upsamplingu. Problem wyboru zrelatywizowany jest bowiem do okablowania, zwłaszcza do kabli zasilających, które działają analogicznie jak filtry, decyzja więc może być optymalna wyłącznie dla konkretnych.

Na tym jednakże kwestie wyborów się nie kończą. Musimy jeszcze wybrać poziom wyjścia sygnału (2 albo 6V), włączyć lub nie bufor poprzedzający upsampler (który aktywowany opóźnia dźwięk względem obrazu o jakieś dwie sekundy, ale bardzo wyraźnie poprawia brzmienie), a także przemienić lub nie kanały stereofoniczne i zostawić albo odwrócić fazę. Ostatnie dwie możliwości nie są bynajmniej wydziwianiem. Płyt i plików z odwróconą stereofonią nie brak, co może irytować choćby odwróconą klawiaturą fortepianu, a nagrania o nieprawidłowej fazie także się czasem  zdarzają.

Mamy tym samym do czynienia z urządzeniem wielofunkcyjnym o wielu możliwościach, pozwalającym także na regulację balansu, zmianę jasności wyświetlacza lub jego wygaszenie (i to samo odnośnie podświetlanego logo dCS), przywracanie ustawień fabrycznych, przyłączanie zewnętrznego zegara, pobieranie aktualizacji ze strony producenta, wyświetlanie listy aktualnych ustawień, fiksowanie lub nie dokonanych wyborów (by przypadkowo nie zostały zmienione), a nawet generowanie różowego szumu na potrzeby wygrzewania systemu.

Działają bez zarzutu.

Wszystko to, włącznie z obsługą płyt, możemy osiągnąć bez pilota, używając wyłącznie siedmiu przycisków funkcyjnych z obudowy, tak więc płacony osobno pilot nie jest wcale konieczny; i w sumie nie ma co drzeć łacha o jego brak, bo dCS Rossini podejmie bezprzewodową, zastępującą go i poszerzającą współpracę ze smartfonem albo tabletem – stosowna aplikacja czeka gotowa na pobranie. Sprawną obsługę zasadniczo ułatwi dołączony do instrukcji czytelny schemat drzewa decyzji, a także przejrzysty obraz z małego ale skutecznego w praktyce wyświetlacza OLED.

Zaglądając do wnętrza trafiamy na dwa starannie obudowane transformatory sekcji cyfrowej i analogowej oraz cztery główne kondensatory o dużych pojemnościach. Reszta jak w komputerze, tyle że nie pojedyncza a dwie jedna nad drugą płyty główne i na tej spodniej niewidoczne programowalne procesory, prawdopodobnie od Asahi Kasei, czyli nie żadne gotowe kości. Pośrodku, dokładnie między transformatorami, transport płyt, jak zawsze u dCS szufladowy, ale tym razem inny od poprzednich; nie bowiem czytający zapis SACD „TEAC by Esoteric” VRDS Neo, do którego miłośnicy firmy zdążyli zapewne przywyknąć, tylko produkt austriackiego Stream Unlimited o plastikowej tacce i metalowych prowadnicach z odczytem wyłącznie CD. (Ten sam co w testowanym onegdaj Gryphonie Scorpio.)

Wychodząc na obudowę trafiamy w klimat estetycznej mieszanki. Z jednej strony dużo krzywizn i wypukłości oraz dużych powierzchni, z naczelnym motywem ozdobnego frezu ułożonego fantazyjnie w kaskadę, z drugiej sama bryła i wyświetlacz z ostrymi krawędziami, dzisiaj coraz rzadszymi. Synteza zatem, ale udana, rzecz znakomicie się prezentuje. Łuki i falujący frez przydają wdzięku, a całość jest masywna i substancjalnie ekskluzywna. Czarno bądź srebrno anodyzowane aluminium jest wybornej jakości z półmatową, tonującą fakturą, a umieszczony po lewej wyświetlacz wprawdzie niewielki, ale dobrze czytelny i nie męczący oczu. Przeciwwagą dla niego po prawej potencjometr, a położone między nim a ulokowaną centralnie szufladą przyciski są małe i niezbyt wystające, ale się bez zarzutu sprawują.

Także wyświetlacz jest super.

Przyciski są niewielkie, za to pilot z identycznymi ogromniasty, kanciasty i też aluminiowy. Także sprawujący się bez zarzutu, tyle że przez wielkość niezbyt poręczny. Przyjdzie za niego zapłacić bez mała trzy tysiące, ale jesteśmy w sferze luksusu, gdzie każda rzecz kosztuje.

Odsłuch

Z tyłu zaś po nowemu – obfitość cyfrowych wejść.

   Na początku powiem rzecz ważną, przynajmniej moim zdaniem. Otóż Rossini to czuła aparatura, bardzo wrażliwa na każdą zmianę. Wraz z tym wrażliwa na pewną cechę, na którą zwracałem uwagę zarówno w recenzji interkonektu KBL Sound Himalaya PRO, jak i kabla zasilającego Acrolink MEXCEL 7N-PC9700. Chodzi o otwieranie bądź domykanie dźwięków. Okablowanie, nawet z najwyższych półek, może przejawiać każdą z tych cech, nie zależą więc od jakości. Jedne kable najwyższej klasy należą do dźwięki domykających, inne czynią je otwartymi. Można to prosto zilustrować przywołując widok substancji wpuszczanych do wody. Oleiste stworzą domknięte kółka, podczas gdy mleko się w cudzysłowie rozwieje. Analogicznie dźwięki – od jednych kabli nuty fortepianowe będą jak oleiste krople, od innych będą się rozwiewały. I powiem bez ogródek: dCS Rossini z obecnymi w systemie kablami domykającymi mi się nie podobał. O tyle to nic dziwnego, że ogólnie wolę rozwiewające, są jednak urządzenia i całe tory, które z domykającymi grają pociągająco. Rossini do nich nie należy, w takich układach mnie męczył. Tworzyła się nieprzyjemna mieszanka chcenia i niemożności. Dźwięk nie miał swobody bycia i jednocześnie tak dobrego wypełnienia, by mogło ją zastąpić. Domykał się, ale nie dość ładnie, nie dosyć substancjalnie. Czuć było, że to nie jego pole popisu, że chce czegoś innego. A przy tym okablowania życzy sobie naprawdę ekstra, nawet średnie nie starcza. Co nie znaczy, że musi być zaraz po kilkadziesiąt tysięcy za kabel. Wzmiankowany Harmonix, Sulek czy Acoustic Zen Gargantua się znakomicie jako uzupełnienie Synergistic Research sprawdziły. Nie sprawdziły natomiast żadne kable „domykające” ani z niższych przedziałów, nawet takie chwalone. Rossini jest wybredny i na chytrą taniość się nie nabiera. Trzeba być na to gotowym, by nie było rozczarowania, albowiem – co trzeba mocno wybić – grać potrafi naprawdę różnie w zależności od towarzystwa, przy czym nawet jeden nie taki kabel (choćby i bardzo drogi) położy całą sprawę. Tyle tytułem ostrzeżenia, a teraz do komputera.

W roli przetwornika/streamera

 Tak duża i tak droga bestia jeszcze przy moim komputerze nie stała, ale to w sumie bardzo miłe mieć obok takiego towarzysza. Raz, że świetnie się prezentuje; dwa, że usłużny niesłychanie. Płytę można odtworzyć bez angażowania katastrofalnego komputerowego napędu, jednym kliknięciem przełączając sygnał źródłowy na nią, a wszystkie pliki skądkolwiek, także MQS od TIDAL-a, wyrafinowaną technologią obsłuży. I teraz, co ta technologia? Nie pomylili się ci, którzy kładli w opisach szczególny nacisk na detaliczność, porządek i precyzję, z tym że właściwsze będzie chyba słowo „przenikliwość”. Swój przekaz dCS Rossini opiera na dwóch filarach, a przenikliwość jest jednym z nich. Względem innych, choćby i drogich przetworników, potrafi wejść w muzykę głębiej i – rzecz znamienna – robi to bez wysiłku. Nie ciśnie na szczegóły, tylko jak gdyby nigdy nic je daje, tyle że daje więcej. Nie wybija i nie podkreśla – same się bez żadnej towarzyszącej podniety zjawiają. Nie można tego jednak nazwać samą szczegółowością – to ewidentnie coś więcej. Z naturalną swobodą nie tylko oferował więcej szczegółów, ale przenikał także w dalsze plany i tam, gdzie inni dawali już za wygraną, przekaz zmieniając w jednolitą masę, on penetrował głębiej. Więc, jak to mawiają audiofile, w nowym świetle nagrania, widzenie rzeczy nowych. A przy tym, raz jeszcze to podkreślę, bez żadnego wysiłku, ot tak. Naturalnie, jakby rzecz była wszystkim dana, i w ogóle o co chodzi? Chodzi jednakże o to, że innym dana nie jest, i to robi różnicę. Z Rossinim więcej widać i równocześnie w jego przekazie panuje większy porządek – to jego główne zalety. Dla jednych będą większe, dla innych mniej znaczące; muzyczny świat się wraz z tymi różnicami nie przeistoczy, niemniej trudno mieć inne zdanie, niż że daje to satysfakcję. I oprócz satysfakcji coś jeszcze – daje spokój. To podświadome, ale kiedy się potem do słabszej aparatury wraca, pojawia się bałagan, dźwięki wpadają na siebie jak pijane, słuchacz popada w irytację. Dłuższy czas trzeba przywykać i to nic przyjemnego.

Napęd ten sam co u Gryphona Scorpio, jako efekt kłopotów z napędami.

Satysfakcja byłaby mimo to względna, gdyby nie drugi filar. Ten także jest całościowy, lecz bardziej wieloskładnikowy. Składa się na kooperatyw dokładający zasadnicze wartości do muzycznego obrazu. Bo z jednej strony ta przenikliwość i nieprzeciętna precyzja w ramach całościowego porządku, że wszystko czyste, staranne i z głębokim widzeniem. Ale to w odniesieniu do głównego szkicu, do obrazowania zarysów figur. Natomiast z jakiego ciała te figury i w jaki wpuszczone kontredans na bazie jakiej przestrzeni, to zagadnienia odrębne. Zwłaszcza, że to te a nie tamte własności są zależne od wspomnianych komplikacji z kablami, czyli są bardziej chwiejne.

Rossini zawsze będzie przenikliwy, ale nie zawsze dobrze zestrojony. Tak się dzieje dlatego, że nie gra bardzo masywnie. Gra szybko, dynamicznie, nadzwyczaj spójnie i przestrzennie, natomiast nie stawia na wypełnienie. Ma je, nie będzie chudo, ale to trzeba umieć wydobyć. Sięgnąć właśnie po kable otwierające, żeby wspomóc zalety, a nie pozamykać dźwięki, utrudniając powstanie czegoś bardziej całościowego. Rossini chce być rzeką a nie stawem, czerpie radość z przepływu. To nie akwarium ze złotymi rybkami, tylko natura potoku. Kiedy zaszumi, kiedy ruszy, wówczas będzie przepięknie, a kiedy go powstrzymywać, nie udowodni klasy. Chyba nigdy nie miałem tak silnego wrażenia podczas wymiany kabli, że raz jest źle, a raz dobrze. To urządzenie nie toleruje wędzideł, musi pogalopować. Albo, inaczej się wyrażając: to nie odtwarzacz pod muzyczny relaks – taki masywny, przede wszystkim z melodyką, kapiący od złocistości i z gęstym światłocieniem. Rossini chce być jak najbliżej natury – chce być szumiący, przestrzenny, spójny, wartki. W należytych warunkach to mu świetnie wychodzi, bo wszystkie te cechy ma świetne. Muzyka jako forma się w nim scala, ale na bazie dynamiki i rozbudowanej przestrzenności wewnętrznej i zewnętrznej. Soprany nawet przy filtrze F4 strzelają niczym race, jednocześnie mając przestrzeń własną i holograficzną zewnętrzną. Stale wracam do tego, lecz tylko wówczas mogą być pierwszorzędne, przy czym nie posiadanie takich sopranów to najczęstsza przyczyna wadliwości w ogóle, rozpostartej na skali od nieakceptowalności po brak high-endowego sznytu. Ten sznyt Rossini ma, soprany ma popisowe. Także kolejną własność, obecną w każdym dobrym sprzęcie – wyważenie bas-sopran.

Więc znowu tradycyjna w takich razach śpiewka o nie starzeniu basem i nie odmładzaniu sopranami; test zwykłej mowy na piątkę zdany. Ale takie ujęcie tematu to na pewno za mało. Angielski grajek z włoską nazwą potrafi jeszcze więcej, i nie tylko poprzez zwartość, porządek, przenikliwość i przestrzeń. Potrafi wyjątkowo dobrze oddać całą formę muzyczną z wibracją i w przepływie. Dochodzi do poziomu, na którym nie ma pytań, czy muzyka jest spójna, bo to zbyt oczywiste. Tyle się dzieje, z tak obfitym i różnorodnym mamy do czynienia bogactwem, że przestaje to być tematem; choć fakt – w to trzeba umieć trafić, to nie zrobi się samo. O kable i sprzęt zadbać – czegoś poszukać, coś odrzucić. Ale kiedy się zadba, odtwarzacz się odwdzięczy. Zerwie zastoju tamę, muzyka z werwą ruszy. Całą sobą od góry aż do dołu, bo bas też jest zjawiskowo przestrzenny, więc nasycane nim Sennheiser HD 800 przywołały perkusję jak żywą. A nie mają tego w zwyczaju, tak u nich niemal nie bywa. W ogóle pierwszy raz się zdarzyło, że sparowane z Ayonem HA-3 taką muzykę dały. I wówczas się okazało, że to referencyjny dla nich wzmacniacz, a nigdy bym nie pomyślał. Rzecz jako swoisty paradoks: bo ani sam Rossini masywnością nie imponuje, ani ten Ayon HA-3, ani same HD 800. Gdyby tak grało z Grado PS2000e, albo z Ultrasone Edition9, to by było normalne, ale z HD 800? Tej miary jednocześnie energia, masa i przestrzeń bębna? Takie obrazowanie membran i taka siła wibracji? Zadziwiające. A jednocześnie z kablami domykającymi (czyli pozornie oferującymi większą masywność), tego właśnie nie było i na dodatek cały dźwięk się rozpadał. – To sobie, tamto sobie, słuchać się tego nie chciało. A tu, proszę, audiofilska poezja dla smakoszy naturalnego brzmienia. I bezproblemowo z każdej jakości plikami, bo na to Rossini nie jest wrażliwy.

Ale działa poprawnie, pracuje bezszelestnie i szybko wczytuje płyty.

Kiedy już jest w swym żywiole, to wsysa każdą jakość i zamienia w muzykę. Wyjątkowo dokładną i na wskroś przenikniętą, a jednocześnie skonsolidowaną, przestrzenną i energiczną. Całościowym bogactwem i jakością organizacji prawdziwą, że można nie popadając w przesadę powiedzieć, iż rewelacyjną (zwłaszcza w świetle porównań) pod każdym jednym względem. Przy czym nie robi by to osiągnąć żadnych mecyi: jak już wspominałem nie ma śladu wysiłku w dochodzeniu do szczegółowości (tych głupich sopranowych podbić), cienia też jakiejś dziwności, osobliwego nastroju, wyobcowania, ospałej masywności. Wyłącznie nieco naturalnego ciepła, wielki obszar działania i na nim przestrzennego dźwięku, a muzyka jako koherentna i wyjątkowo starannie artykułowana całość w bardzo szybkim przepływie. Bez teatralizacji pogłosem, sztucznego czegoś podbijania, nasączania ponad potrzebę, ani przeciwnie – suszenia. Też bez podkręcania kolorów, podpierania się mrokiem, dokładania nad miarę substancji. Muzyka tak po prostu, tyle że inni nie potrafią. Przynajmniej nie przy komputerze. I na koniec uwaga, że granie przez kabel USB podobało mi się bardziej aniżeli przez koaksjalny. Ciut bardziej było chropawe, w zamian bardziej swoiste, takie ze swoim smakiem.

Brzmienie: Jako odtwarzacz CD

Pilot w rozmiarze XXL.

 Jeżeli ktoś wyobraża sobie, że odtwarzacze dCS to tylko precyzyjne, bezduszne maszynki do odtwarzania w cyfry przemienionej muzyki, to bardzo niewiele ma racji. Rację ma jedynie odnośnie słowa „precyzyjne”, Reszta się już nie zgadza. Niemniej ta precyzja jest ważna, ponieważ recenzowany odtwarzacz mógłby się reklamować pod hasłem: „dCS precyzyjny jak prawdziwy Rossini”. Nie brzmiałoby to zbyt chwytliwie, lecz w sensie informacyjnym wieszczyło prawdę. Bowiem muzyka Rossiniego, jak zaświadczają niezbicie choćby przesławne uwertury, jest co do natury żywa i wyjątkowo ekspresyjna, a co do stylu wzorcem precyzji. Szybkie tempa, mistrzowskie przejścia, fenomenalne koncepcje brzmieniowe – oto Gioacchino Rossini. A brytyjski odtwarzacz go upamiętniający te tempa i tą precyzję umie oddać też z wyjątkową precyzją.

Ale zacznijmy od początku, od tego, co się przy dużym wzmacniaczu i kolumnach zmieniło. Poczynając od faktu, że zmienił się wybór filtra. Przeszedłem z F4 na F5, ponieważ ten pierwszy oferował za mało dźwięczności. Tonując górę dawał wprawdzie najbardziej swojsko (a najmniej efekciarsko) brzmiącą i zaakcentowaną średnicę, ale trochę za suchą i nazbyt przaśną. Odnośnie ludzkich głosów brzmienie wywołujące poczucie normalności, ale odnośnie instrumentów zgaszone i nosowe. Ogólnie zaś biorąc zabawę z filtrami odebrałem jako irytującą. Bo na przykład F1 jest zawsze pogłosowy i nadaje się tylko do DSD. Można to wprawdzie lubić – smakosze są na wszystko – ale niech sobie taki smakosz kupi komputerową kartę dźwiękową, dopiero będzie miał używanie. Sam natomiast od odtwarzacza za sto cztery tysiące oczekiwałbym raczej, że ktoś o wybitnym wyczuciu muzycznym nastroi go jeszcze w fabryce i wypuści w stanie optymalnym. Ale może za dużo chcę, a poza tym sam napisałem, że w zależności od okablowania filtry mogą pasować różne. Ostatecznie F5 wydał mi się najbliższy optimum, niemniej w kontekście pozostałych pozostawił pewien niedosyt; nie wszystko z nim było najlepsze i bardziej chciałoby się jakiejś mieszanki.

Dużo prostsze od wybierania filtrów jest wybieranie upsamplera. Muzyka potraktowana DSD daje wrażenie fryzury potraktowanej brylantyną, a z DXD normalnej, więc sprawa zasadniczo jasna.

Odnośnie natomiast wrażeń ogólnych. Zagrało ciepło, i tym mnie zaskoczyło. Zapamiętałem bowiem, jakim kosmicznym chłodem raczył szczytowy zestaw Vivaldi na ostatnim AVS, a tu zjawiło się przeciwieństwo. Brzmienie ciepłe i wraz z tym ciepłem przyjazne, w całości przy tym melodyjne. Przy filtrze F5 bardzo też dobrze wiążące podstawowe dźwięki z pogłosem, przy całkowitym braku jakiegoś odrealnienia. Bardzo rzeczowy realizm, ale realizm muzyczny a nie inżynieryjny, że właśnie muzyka i jej podziwianie, a nie czegoś innego, na przykład własnych na bazie surrealizmu fantazji. Surrealizm więc nie, realizm jak najbardziej. Drugi raz tak grający odtwarzacz od dCS słyszałem, ale po raz pierwszy jako kompletne źródło. Za pierwszym razem był to Puccini, ale wyłącznie jako transport wspierany przetwornikiem Jeffa Rowlanda. Zjawiskowo grał w tej konfiguracji system z kolumnami Raidho i gdzieś to w annałach relacji z AVS zostało odnotowane. Teraz też grało nieprzeciętnie, z kolumnami podłogowymi Audioforma i podstawkowymi Divaldi, czekającymi na własną recenzję.

Pliki z laptopa to jedna z dedykowanych opcji.

Wróćmy do tej precyzji i zaanonsowanego ciepła. To ostatnie było takie w sam raz, natomiast precyzja nadzwyczajna. To trzeba dziełu dCS oddać – rzeźbi brzmienia z niespotykaną starannością. Każde spod fortepianowego klawisza jawiło się jako złożone i widać dosłownie było pracę skomplikowanej mechaniki stojącej za jego powstaniem. Podobnie dzwonki. Przy innych źródłach robią „dzyń” i owo dzyń ma brzmieniowe etapy, ale jest w miarę jednorodne. Dopiero przy dCS pokazała się w całej krasie rozwijana czasowo brzmieniowa złożoność formy i nakładanie się modulacji pochodzących od różnych dzwoneczków. Inne wysokiej klasy odtwarzacze, do których obiecałem nawiązywać, wolały się bardziej skupić na wybrzmieniu jako dużej dawce dźwięczności, natomiast dCS się za dźwięczność nie chował, ujmując przez to coś z dynamiki i dramaturgii, ale w zamian oferując lepsze widzenie dźwięku. (Bo dźwięki to też obrazy, jeżeli ktoś nie zauważył.) Dobrym tego przykładem może być muzyka rockowa. Przy rozpędzonym hard metalu, gdy wszystko szło na full, obraz od Rossiniego (brzmi głupio, ale co poradzę) okazał się fantastycznie czytelny. Żadnego zlewanie, maskowania, nakładania – każdy instrument i wykonawca wyodrębnieni i dokładni. Żadnych także upiększeń. Bez pogłębiania dźwięku, nadmiaru światłocienia, addycji masy basem. Wyjątkowo klarowny obraz i zjawiskowo szybkie tempo. Idealne wyważenie bas-sopran, wszystko z wewnętrzną przestrzenią, wszystko z punchem i drajwem. Ogólnie zatem jazda i żadnych powodów do narzekań, bo także moc i wypełnienie, a jednocześnie owa niespotykana wyraźność i nadzwyczajne tempo. Bardzo mi się ten rock podobał; nie taki mroczny i nasączony, ale klarowny i szybkościowy. Z filtrem F4 był za suchy, ale z F5 nie.

Do naturalnego ciepła, niespotykanej wyraźności, szybkiego tempa i dźwięczności (za sprawą filtra F5) musimy dodać holografię. Nie aż jak wyraźność zjawiskową, ale na dobrym poziomie. I musimy na koniec dodać coś jeszcze – stosunek do jakości płyt. Przy komputerze stało się jasne, że Rossini zaakceptuje każdą i z każdej zrobi muzykę. W torze głośnikowym nie działo się inaczej, ale doszło coś jeszcze. Gdy bowiem zaaplikowałem płytę Verdi Choruses, która sama o sobie powiada, że jako materiał szczególnie jest trudna, ale też wyjątkowej jakości, wówczas dopiero usłyszałem, jaki tam drzemie potencjał. Spektakl najwyższej rangi, słuchałem jak urzeczony. Ta przenikliwa precyzja – widzenie na głębię i dokładność – przy takich okazjach są bezcenne. To nie jest plejer zaawansowany muzycznie na miarę aż gramofonu, przynajmniej nie takiego z wyższej półki. I w ogóle takich CD/SACD nie ma, a najbliżej do tego chyba flagowcowi Ayona. Jednak pomimo braku tej miary żywiołowości, energii i gładkości dźwięku, potrafił z cyfr wyczarować Rossini obrazy tchnące perfekcją. Szkoda, że tych chórów w jego wydaniu nie ma jak przenieść do Internetu, bo dobrze byłoby móc je upowszechnić.

Podsumowanie

   Obiecałem na dwóch frontach bitwę i trzeba się tego trzymać. Accuphase DP-750 i Ayon CD-35 HF Edition to adekwatna konkurencja, podobnie jak dCS Rossini szczytowe jednopudełkowce. Każdy jednak z odmienną zawartością. O Accuphase i Ayonie już pisałem, że pierwszy idzie w stronę nadrealistycznych klimatów, a drugiemu najbliżej do gramofonowego stylu. Stylu, dla którego muzyka, jako także niezwykła ale jednak część życia, jest najważniejsza. Muzyka buchająca, muzyczny wir, zapamiętanie. Pod tym względem Rossini austriackiej maszynie nie dorówna. Zgodnie z panującą o nim opinią jest przede wszystkim precyzyjny, albo – jak sam to ująłem – przenikliwy. Mniej szaleństwa, mniej dynamiki, wibracji i żywiołu, a w zamian więcej cyzelacji, separacji i dokładności obrazowania. Żadnego przy tym maskowania emocjami – podkręcania klimatu mrokiem albo nadrealnością. Nie ma kosmicznych wizji ani popadania w emocjonalne szały; nie doszukasz się atmosfery snu, nie znajdziesz dzikiego zapamiętania. Jest sam trzeźwy ogląd i emocjonalna normalność, ale na takim poziomie, że trudno się temu oprzeć. Trzy style, trzy muzyki, każda z kuszącą propozycją. Kosmos i jego tajemniczość, życie i jego romans, inżynieria i jej perfekcja.

Jak ma się do tego Gioacchino Rossini? Gioacchino  ogarnia i przekracza. Wierzy głęboko w Boga i wraz z tym w niepojętość świata, oddaje się zachłannie życiu (był wielkim łakomczuchem), a jako kompozytor jest fenomenem i perfekcją. Nigdy zapewne nie powstanie aparatura godna jego miary, ale upamiętniać go warto, nawet jeżeli, tak jak tutaj, dzieje się to mimochodem. Ale może źle myślę? Może wśród inżynierów dCS faktycznie są miłośnicy Rossiniego?

PS
Za parę dni, 13 listopada, przypada 150-ta rocznica śmierci wielkiego kompozytora.

 

W punktach:

Zalety

  • Niespotykana precyzja obrazowania.
  • A także wielka przenikliwość.
  • Wraz z tym muzyka widziana dokładniej i głębiej.
  • Przyjemne, naturalne ciepło.
  • Bardzo dobry poziom muzykalności.
  • Idealne wyważenie bas-sopran.
  • W efekcie wiarygodność ludzkich głosów.
  • Wyjątkowa staranność obrazowania nadaje wszystkim dźwiękom szczególnie bogatego charakteru.
  • A że nie brak także potęgi, to fortepiany, chóry, orkiestry, także rockowe zespoły, jawią się jako oddane szczególnie trafnie.
  • Naturalne, w sensie że nieprzesadne, operowanie kolorem i masą.
  • Ogromna szybkość dźwięku, ale bez przycinania wybrzmień.
  • Znakomita stereofonia.
  • Dobra głębia sceny i holografia.
  • Brak powiększania źródeł.
  • Żadnego wysiłku w dochodzeniu do zjawiskowej szczegółowości. (Brak sopranowej addycji.)
  • Przestrzenny i różnorodny bas.
  • Należyta chropawość tekstur.
  • Medium przejrzyste, żywe, ale bez nacisku na plankton. (To sam co ze szczegółowością – brak podkręcania sopranów.)
  • Przy filtrze F5 DXD bardzo dobre operowanie pogłosem.
  • Dźwięk bez osuszania i nawilżania.
  • Także bez przesadnego natleniania.
  • Pełna akceptacja dla słabych nagrań i nieograniczona zdolność do ukazywania jakości najlepszych.
  • Wielofunkcyjność.
  • Znakomity pod każdym względem wygląd.
  • Nie ujmujący jakości i bardzo wygodny potencjometr.
  • Wszystkich ustawień można dokonać bez pilota.
  • Oprogramowanie dla funkcji streamera i łączność bezprzewodowa.
  • Dwa rodzaje upsamplingu i wielość filtrów cyfrowych.
  • Rewelacyjnie sprawdzający się bufor.
  • Obfitość innych regulacji.
  • Wielka renoma marki.
  • Coś bez wątpienia luksusowego.
  • Polska dystrybucja.

Wady i zastrzeżenia

  • Sto procent możliwości dopiero z zewnętrznym zegarem.
  • Wyższa niż u konkurentów cena.
  • Brak odczytu SACD.
  • Stosunkowo skromny czytnik płyt. (Ale z czytnikami ogromny kłopot, nie do końca więc wina po stronie dCS.)
  • Pilot za srogą dopłatą.
  • Bardzo wybredny dla okablowania.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: AudioFast

Dane techniczne dCS Rossini:

  • Sieciowy odtwarzacz CD z opcją upsamplingu.
  • Napęd: Stream Unlimited JPL-2800 SilverStrike.
  • Sygnał z płyt CD lub z plik można upsamplować do DXD (24/384) lub DSD
  • Sześć filtrów cyfrowych DXD; 4 filtry cyfrowe DSD.
  • Dwusekundowy bufor sygnału cyfrowego on/off.
  • Przetwornik dCS Ring DAC™.
  • Wyjścia analogowe: 1 x XLR; 1 x RCA – napięcia wyjściowe: 2V lub 6V ustawiane w menu.
  • Wejścia cyfrowe: interfejs sieciowy na złączu RJ45 – Działa jak renderer UPnPTM w trybie asynchronicznym, przesyłając pliki cyfrowe z serwera NAS lub komputera osobistego, przy wykorzystaniu standardowej sieci Ethernet, dekodując wszystkie główne formaty bezstratne, włącznie z FLAC, WAV i AIFF w rozdzielczości natywnej do 24 bit 384kS/s, plus DSD/64 i DSD/128 w formacie DFF/DSF. Pozostałe wspierane formaty, to WMA, ALAC, MP3, AAC i OGG. Niektóre formaty są ograniczone do niższych częstotliwości próbkowania. Akceptuje dane przesyłane z iPod’a, iPhone’a lub iPad’a, przez Apple AirPlay, 44.1 lub 48kS/s. Złącze sieciowe Loop Out na drugim połączeniu RJ45.
  • Interfejs USB 2.0 na złączu typu B, działający w trybie asynchronicznym, akceptuje sygnał do wartości 24 bit PCM 384kS/s plus DSD/64 i DSD/128 w formacie DoP.
  • Interfejs USB-on-the-go na złączu typu A działający w trybie asynchronicznym, streaminguje pliki cyfrowe z pamięci flash, w rozdzielczości 24 bit 384kS/s plus DSD/64.
  • 2x AES/EBU na żeńskich złączach XLR 3-pin. Każde akceptuje PCM w rozdzielczości do 24 bit 192kS/s lub DSD/64 w formacie DoP. Wykorzystane jako podwójna para AES, akceptują PCM w rozdzielczości 384kS/s, DSD/64 i DSD/128 w formacie DoP lub dCS-encrypted DSD.
  • 2x SPDIF na 1 złączu RCA Phono i 1x złącze BNC. Każde akceptuje sygnał PCM w rozdzielczości do24 bit 192kS/s lub DSD/64 w formacie DoP.
  • Wyjście optyczne 1x SPDIF na złączu Toslink akceptuje sygnał PCM w rozdzielczości do 24 bit 96kS/s.
  • Mechanizm     Stream Unlimited JPL-2800 SilverStrike, z aluminiową tacą napędu.
  • We/wy sygnału zegara           Wejścia zegara 2x na złączach 2x BNC, akceptują standardowy sygnał zegara przy 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4 lub 192kHz. Częstotliwość danych może być taka sama jak częstotliwość zegara lub stanowić dokładną wielokrotność częstotliwości zegara. Wrażliwe na poziomy TTL.
  • Wyjście zegara Word Clock na złączu 1x BNC. W trybie Master mode, ukazuje się zegar world clock kompatybilny z TTL.
  • Szum resztkowy         Dane 16-bit: Lepiej niż -96dB0, 20Hz-20kHz. Dane 24-bit: Lepiej niż -113dB0, 20Hz-20kHz nieważone. (ustawienie 6V).
  • Przesłuch L-R Lepiej niż -115dB0, 20Hz-20kHz.
  • Filtry   Tryb PCM: do 6 filtrów zapewniających różne odcięcia pomiędzy tłumieniem obrazu Nyquista a przenoszeniem fazy.
  • Tryb DSD: 4 filtry progresywnie redukujące poziom szumu poza pasmem audio.
  • Aktualizacja oprogramowania           Wgrywana z CD-R poprzez cyfrowe wejścia PCM lub PC przez wejście USB. Funkcja ściągania i aktualizacji oprogramowania dostępna poprzez aplikację Rossini App.
  • Sterowanie: aplikacja dCS Rossini App dla konfiguracji urządzenia i odtwarzania muzyki.
  • Interfejs RS232 (sterowany przez urządzenia firm trzecich).
  • Pilot IR – nadajnik dCS premium dostępny jako opcja.
  • Zasilacz: ustawiony fabrycznie na 100, 115/120, 220 lub 230/240V AC, 49-62Hz.
  • Pobór mocy: 26 W typowo /35 W maximum.
  • Wymiary: 444 x 435 x 151 mm.
  • Waga   17.4 kg.
  • Kolor   Srebrny / Czarny
  • Cena:
  • Rossini CD Player/Streamer: 104 230 PLN
  • Rossini Clock: 28 760 PLN

System:

  • Źródła: PC, laptop MSI PS42, Accuphase DP-750, Ayon CD-35 HF Edition, dCS Rossini.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Wzmacniacze słuchawkowy: Ayon HA-3.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk, Beyerdynamic T1, Sennheiser HD 800.
  • Kolumny: Audioform 304, Divaldi.
  • Interkonekty: Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Kabel USB: iFi iUSB3.0 z kablem Gemini i iDefender.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iFi iOne.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Synergistic Research Level 3 High current, Sulek Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stopki antywibracyjne: Avatar Audio Nr1.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010, Solid Texh „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

22 komentarzy w “Recenzja: dCS Rossini

  1. Mirek pisze:

    Jak zagrały inne słuchawki nighthowki itd..

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myślę, że wszyscy bylibyśmy zadowoleni, gdyby takie przetworniki stanęły obok naszych komputerów. A już szczególnie ci, którym nie zależy na pogłębionym brzmieniu lampowym. Odnośnie zaś słuchawek, to każde zagrały swoim stylem, bo dCS nie generuje transformacji sprzętu towarzyszącego, raczej podkreślając jego naturalne cechy. W kompozycji z nim najbardziej podobały mi się flagowe Sennheisery, ale dopiero po idealnym spasowaniu kabli. Dawały największą synergię, zwłaszcza w odniesieniu do prezentacji przestrzeni. Niemniej wszystkie słuchawki wypadły bardzo dobrze i żadnych specjalnych różnic jakościowych pomiędzy nimi nie było.

      1. CzeslawPadlyna pisze:

        Mam Rossiniaka od paru lat w systemie. Jakość dźwięku z wbudowanego napędu CD oceniam na 50% jego możliwości. Jeszcze gorzej jest po USB.
        Prawdziwy potencjał urządzenia możemy usłyszeć podłączając dobry transport CD po AES/EBU. Wbudowana funkcja streamera nie jest najwyższych lotów i mocno degraduje dźwięk, za to bardzo dobrze gra jako Roon Bridge – w takim przypadku mamy lepszy dźwięk niż z napędu CD.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Czy w takim razie nie lepiej kupić od dCS sam przetwornik?

          1. CzeslawPadlyna pisze:

            Tak, lepiej kupić sam przetwornik. Oczywiście pod warunkiem, że masz dobry transport CD lub serwer Roon.

    2. Michal Pastuszak pisze:

      Tym bardziej mnie intryguje jak by sie sprawdzil dedykowany produkt do gry z sieci, nowy dCS Bartok, ktory wlasnie jest zoptymalizowany pod tym wzgledem, bedac wyposazonym w sensowyny streamer. Wewnetrzna topologia przetwornika bazuje na Rossinim, a cena na dobra sprawe o polowe nizsza i to w wersji z wysokiej klasy modulem sluchawkowym.

  2. Tadeusz pisze:

    Piotrze nie maszerujesz w tym roku po Narodowym biorąc udział w demonstracjach sprzętów słuchawkowych ? 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Maszeruję, jak co roku. W każdym razie planuję.

  3. Miltoniusz pisze:

    Czyli fajny ale nie do końca fajny bo specyficzny, czy tak? Czy sekcji DAC dużo brakuje do CD? Kiedyś testował Pan Meitnera MA-1, z tego co zrozumiałem, nie zachwycił. Czy dcs jest dużo lepszy?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rossini jest fajny do końca, ale na swój sposób, kładący większy nacisk na przenikliwość i dokładność, a mniejszy na żywiołową muzykalność względem flagowego Ayona i mniejszy na poczucie niezwykłości względem Accuphade DP-750.

      Osobna sprawa to Meitner MA-1. To urządzenie o dwóch obliczach. Jak na swój poziom cenowy w sytuacji zwykłego CD i SACD nazbyt powściągliwe i w efekcie nie dość inspirujące, natomiast w odczycie wielokanałowego zapisu SACD, który bodaj jako jedyne umie konwertować do SACD dwukanałowego, niezrównane. Grające lepiej niż jakikolwiek inny odtwarzacz odtwarzający jakąkolwiek płytę. I to wszystko w recenzjach – wydaje mi się – zostało jasno, bez ogródek powiedziane.

      Wreszcie odnośnie Rossiniego jako DAC, to nie sądzę, by był w ogóle słabszy od odczytu CD. W recenzji grał tu przede wszystkim ze słabszym wzmacniaczem napędzającym słuchawki i to chyba główna różnica. Gęste pliki obsługuje znakomicie, w tym swoim specyficznym stylu niezwykłej precyzji obrazowania.

      1. Miltoniusz pisze:

        Dziękuję Panie Piotrze. Przy czym chodziło mi o DAC MA-1 a Pan prawdopodobnie odpowiedział odnośnie odtwarzacza CD/DAC MA-2 co jest o tyle nie dziwne że pytane zadałem w kontekście recenzji odtwarzacza.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie podejmuję się porównywać DAC Meitnera, za mało go pamiętam. Był dobry, ale przymierzyć nie umiem.

  4. Tichy62 (Tomasz) pisze:

    Ciekaw jestem, jak to urządzenie wypadłoby w konfrontacji z Luxmanem D-05u, lub z dziesięciokrotnie tanszym Pioneerem PD-70AE (Oczywiście, ślepy test + obiektywna komisja). Mogłoby się okazać, że różnice są minimalne i na dodatek, nie na korzyść najdroższego urządzenia. Rzecz jasna, takiego testu nie będzie.

    podrawiam

    P.S. W Pańskiej recenzji jakiegoś szczególnego entuzjazmu do tego urządzenia nie wyczułem…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pioneer jest w porządku, ale to nie ta liga. Co zaś do ślepych testów, to na AVS można się było jednemu poddać i jakoś szczęśliwie go zaliczyłem 🙂

      1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

        Szkoda, że nie recenzuje Pan źródeł ze średniej półki. Chociażby wspomnianego Pioneer’a, Marantza 14, czy Creeka 100 cd. Przyznaję, szukam SACD/CD dla siebie i Pańskie uwagi byłyby pomocne.

        pozdrawiam

        P.S. A wracając do porównań sportowych; w ligach całego świata aż się roi od przepłaconych zawodników.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie znam oczywiście całego rynku, ale sobie bym kupił niedostępnego już niestety z pierwszej ręki NAD M5. (Może się jeszcze gdzieś znajdzie.)

          1. Tichy62 (Tomasz) pisze:

            Dziękuję za radę. Ten NAD to byłoby coś dla mnie. Niestety, na allegro są 2-3 niedobitki w niewiadomym stanie. Szukałem na stronie NAD-a, czy robią jeszcze coś podobnego – gdzie tam! To jakiś spisek, czy co? Wybiorę tego Pioneera lub Creeka. Pioneer czyta SACD, A Creek pasowałby do kompletu (mam już wzmacniacz Creeka). Tylko ten nieszczęsny napęd szczelinowy mnie odrzuca.. Sprzedawca mówi, że działa to dobrze i chyba ma rację. A ja zawracam głowę ludziom.

            pozdrawiam

          2. Piotr Ryka pisze:

            Słyszałem na AVS jednego i drugiego i wybrałbym Pioneera, chociaż to oczywiście niemiarodajne. Dawniej słyszałem parę razy NAD-a i to było naprawdę mocne źródło.

  5. Pawełek pisze:

    Nie drzyj pan łacha 🙂

  6. rafa pisze:

    Czy ja dobrze widzę? Źródłem jest jakiś laptop? NC…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Bardzo dobrze. A czemu nie miałby być? Na AVS niemal każdy tor, niezależnie od klasy, czerpał ze źródeł plikowych. Rossini to także DAC z licznymi wejściami cyfrowymi. Zdjęcia są może fajne, ale czytać tekst także by należało…

  7. Fon pisze:

    Też jestem bardzo ciekawy tego Pioneera PD70ae, podobno bardzo dobry jest, może się uda go zrecenzować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy