Recenzja: dCS Bartók

 Bela Bartók to obok Ferenca Lista największa duma muzycznych Węgier. Nie lubię jego debiutanckiego poematu symfonicznego Kossuth, nazbyt jak na mój gust ilustracyjnego, w sam raz na sceny batalistyczne w muzyce filmowej, ale w późniejszej twórczości patrzył już Bartók przede wszystkim w głąb siebie, co zdecydowanie bardziej mi odpowiada. O trzydzieści lat starsza Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę to dzieło nie podlegające negowaniu. Zresztą wszystko późniejsze. Dobrze zatem, że audiofilsko-techniczne dCS do sławnego BB nawiązało.

Ale do niego nazwą, a technicznie do swego poprzedniego wyrobu z linii popularniejszych – jednoczęściowego odtwarzacza dCS Rossini. Pisałem w jego recenzji, że popularność i schodzenie z ceny to w odniesieniu do marki dCS czynności przebiegające w innym wymiarze niż to ma miejsce zazwyczaj; w przypadku Rossiniego zjazd na sto cztery tysiące względem kosztującego cztery razy tyle i rozdzielonego na cztery składowe odtwarzacza dCS Vivaldi. Bartok idzie krok dalej, za potanienie jeszcze o połowę pozbywa się sekcji płytowej; niekoniecznie dlatego, że płyty są już przeszłością, ale na pewno z powodu, że można teraz obywać się bez nich. Można wprawdzie także bez Internetu, plików, streamingu itp., ale to one wyznaczają obecny kierunek rozwoju. W którym zmierza też Bartok; i pewnie też dlatego to imię zostało mu dane – zmarły w 1945 roku Bela Bartók wciąż pozostaje awangardą.

Ta awangarda to w pierwszych dekadach XXI wieku przetworniki stawiane przy komputerach – komputerach w dowolnej formie: PC, laptopa, tabletu, nawet smartfonu. Także komputera sieciowego, nazywanego serwerem. To również przetwornik połączony z serwerem nie wirtualnie poprzez sieć a fizycznie – z dyskiem bądź macierzą dyskową. Ewentualnie mający taki dysk już w sobie; wariantów jest tu trochę, ale rzecz zawsze sprowadza się do jednego – do odczytu cyfrowych plików i ich przeróbki na postać analogową. Tak, aby analogowy wzmacniacz mógł to łyknąć, wzmocnić i wypluć – najczęściej teraz w słuchawki, chociaż głośniki nie wymarły i na pewno nie wymrą.

Ogólnie zatem zmiana planu z płytowego na plikowy; i jeśli ktoś na to psioczył, to mamy teraz świetny przykład korzyści z takiej zmiany w wydaniu dCS. Płytowy Rossini kosztował (wiąż kosztuje) te sto cztery tysiące, plikowy Bartok pół z tego. Za dodatkowe dziesięć tysięcy może być doposażony w wewnętrzny słuchawkowy wzmacniacz symetryczny w klasie A, gdzie odnotować należy, że najwyższej klasy słuchawki to dziesięć razy mniej niż najwyższej klasy kolumny i nie potrzebują piekielnie drogich kabli głośnikowych. Na okablowaniu i reszcie sprzętu w przypadku takiego wbudowanego wzmacniacza można zaoszczędzić fortunę, wystarczy skumulować ceny interkonektu, zewnętrznego wzmacniacza, do niego kabla zasilania, kolumn i dla nich kabli. Dla wyrobów szczytowych wyjdą ze dwa Mercedesy i jeszcze motorówka.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: dCS Bartók

  1. Marek S. pisze:

    Witam Pana. Martwi mnie: „Minimalna impedancja słuchawek wynosi 33 Ω”. Czy próbował Pan czegoś o niskiej impedencji? Bo Lcd4z pewnie już pojechały. Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      LCD-4z faktycznie już odjechały, ale nominalnie za niskie impedancyjnie Ultrasone T7 i Meze Empyrean grały bez zarzutu. Niemniej słuchawek o impedancji poniżej 20 Ohm nie próbowałem, trzeba będzie sprawdzić samemu.

      1. Marek S. pisze:

        Ultrasone i Meze prawie mieszczą się w normie podanej przez Producenta. Ciekaw jestem jak z tymi poniżej 20 Ohm. Ale dziękuję.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Niestety, LCD-4z były nieobecne. Final X też nie było.

  2. Piotr Ryka pisze:

    Dzięki koleżeńskiej wizycie z Anglii, Bartok zdążył się spotkać z jeszcze jednymi słuchawkami referencyjnymi, z Audio-Technicą ATH-L5000.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy