Recenzja: Ultrasone Tribute 7

Brzmienie cd.

Odnośnie sedna

Skromny rozmiar jest mylący.

Ale komputer tym razem na bok, bo jak porównywać, to rozstrzygająco. Rozsiadłem się więc przy dzielonym odtwarzaczu spiętym z Twin-Head i rozstrzygałem. Notki porównawcze opublikuję osobno, bo mogą się komuś przydać, a recenzji nimi nie chcę zachwaszczać. Skupimy się na cechach samych Ultrasone Tribute 7 – kontekstowo, ale skupimy.

Zaczynając od sceny. Producent bardzo podkreśla zalety pracującego na jej rzecz systemu S-Logic® Plus, prosząc przy tym, by słuchawki trzymać prosto na uszach, bez w tę czy tę przekrzywiania. Odnośnie tej technologii pamiętam dawne dyskusje i jej zażartą obronę ze strony niektórych; na mnie jednak ani wtedy, ani teraz, nie zrobiła specjalnego wrażenia. Sceny budowane przez pozbawione jej słuchawki nigdy nie wydawały mi się gorsze, a te od Sennheisera Orpheusa, Sony MDR-R10 czy Staksa SR-Omegi zdecydowanie efektowniejsze. Także tym razem nie odnotowałem żadnej przewagi recenzowanych na tle licznego towarzystwa  słuchawek normalnych – był to pojedynek równych z równymi, każdy miał swoje plusy dodatnie i ujemne, że przywołam klasyka pokrętności. Sennheiser HD 800 i Fostex TH900 za pomocą pogłosów roztaczały większe obszary; Final D8000 miały tę swoją niezrównaną otwartość; a Final Sonorous X i Beyerdynamic T1 V2 same brzmienia, ale i sceny, dawały najbardziej trójwymiarowe. W tym miejscu mała korekta odnośnie spostrzeżeń dawniejszych: dopiero teraz zauważyłem, że wyróżnikiem flagowych Beyerdynamic jest zjawiskowa sferyczność samych dźwięków, co przedtem myliłem z holografią. Dopiero obecność w porównaniach Sonorous X, które tę sferyczność mają najlepszą, pozwoliła zauważyć, że T1 V2 są pod jej względem na drugim miejscu.

Wracajmy do recenzowanych. Ich scena okazała się na tle porównywanych duża i nieograniczona. Nie budowana przez pogłosy (o wiele u nich słabsze) – duża poprzez brak ograniczeń a nie odległe echa. Mniej się w związku z tym tą wielkością narzucająca, niemniej poczytywana za dużą i otwartą. Ze średnio bliskim pierwszym planem i dużymi źródłami o mniejszej trójwymiarowości niż u Sonorous X i T1; takimi bardziej przeciętnymi, cokolwiek porównawczo względem nich spłaszczonymi. Ale za to tymi źródłami o wyjątkowo starannie opisywanych cechach indywidualnych brzmienia, bez najmniejszej tendencji do ich ujednolicania. Przeciwnie – właśnie wektor odwrotny – mocny nacisk na zróżnicowanie i indywidualizm. Co okazuje się bardzo dobre, ponieważ wzmaga autentyczność, szczególnie że jest wspierane głębią brzmienia i wyjątkową mocą. Bogactwo brzmieniowych treści na dużej, pozbawionej barier i odbić scenie, to signum tych Tribute 7 na pamiątkę Edition7. To właśnie ten opisany wyżej strumień o cechach przykuwających uwagę, dających radość obcowania. Dźwięk z Tribute 7 jest mocny i różnorodny. Chcesz go.

Bo dźwięk wewnątrz gigantyczny.

Czym na tle pozostałych się wyróżniał? Był najniższy, to poza sporem. Inny niski, od NightHawk, był bardziej brzmieniowo jednolity, a na kolejnym szczeblu ten od  D8000 bardziej otwarty, taki już całkowicie bez odbić – pozbawiony słuchawkowej komory. Pozostałe w różnym stopniu wyższe, zdecydowanie bardziej sopranowe. Pomruki najniższego basu, strój strun instrumentów strunowych, dzwonki, kastaniety, stepowanie i ludzkie głosy – to wszystko u  Tribute 7 było niższe, często też (ale nie zawsze) bardziej masywne – całościowo wyraźnie inne. Basowe zejście względem przeciętnych słuchawek high-endowych głębsze o całą oktawę, zupełnie inny wymiar basu. Zarazem Tribute 7 nie dają żadnych powodów do narzekań na przeciwległym biegunie; soprany nie są przycięte w najmniejszym nawet stopniu. Potrafią być wręcz przenikliwe, świergotać i się srebrzyć, ale przy obniżonej, wolnej od nich średnicy i monstrualnym basie. A mimo nie tak dobrego rozpostarcia na trzeci wymiar przestrzeni, jak u Sonorous X i Beyerdynamic T1, źródła dźwięku objętościowe, wyraźne i masywne – generalnie najmasywniejsze. Z Tonalium chwilami wręcz za masywne w przypadku delikatnych kobiecych głosów, ale nie chciałem tego ruszać, bo muzyka orkiestrowa w takim wydaniu była bezdyskusyjnie najlepsza, zdecydowanie najpotężniejsza. Potężna prawie aż po potęgę kolumn z wielkimi głośnikami, stwarzających duże, odczuwalne na całym ciele ciśnienie. Bo to ciśnienie czuć było w komorach Tribute 7 i czuć tak mocno tylko u nich. A że jednocześnie jako jedyne chronią słuch przed uszkodzeniami, można było poszaleć.

Inna ich specyficzna cecha, to ekspozycja szczegółów. W tak doborowym towarzystwie okazała się ze wszystkich najlepsza – i to dość nawet wyraźnie, przy jednoczesnym (to już zupełny ewenement) braku podbicia sopranowego. To zatem, a nie jakaś zjawiskowa scena, brać się musi z ich ekskluzywnego układu S-Logic® Plus. Przy czym, co mnie nieco zmartwiło, okazały się zarazem słabsze w wypowiadaniu do końca fraz względem siebie samych – oryginalnych Edition9. Mam kilka zapamiętanych utworów obrazujących stan rzeczy i dawne potrafiły jeszcze więcej. Być może to tylko kwestia dalszego ogrania, ale raczej wrażliwości membrany; z czasem rzecz się wyjaśni. Bo na pewno nie toru, który mogłem dokładnie powtórzyć.

 

 

 

 

Many już zatem zdiagnozowaną scenę, o stosunkowo mało widocznych odbiciach i średnio dalekim planie pierwszym oraz dość dużych i masywnych źródłach; mamy najniższy z wszystkich dźwięk bez jednoczesnego ograniczenia góry – z jedynym tak potężnym dołem; i mamy też super szczegółowość – także najlepszą ze wszystkich, mimo iż nie podbijaną sopranami. Cóż więcej? Poza tym brzmienie dość ciemne, nastrojowe – i przy kablu Tonalium bardzo już melodyjne, wręcz wytworne. Raczej gładkie, choć nie aż jak u D8000, a wraz z tym super basem oczywiście szczególnie nasycone – masywne aż po potęgę – i na dodatek swobodne, nośne. Szybkie też i długo, najdłużej nawet, wybrzmiewające; pozbawione naprężenia i jedyne aż tak wysokociśnieniowe. Nastrojowo otwarte, chociaż wraz z tymi długimi wybrzmieniami lekko nostalgiczne i zamyślone. Z oryginalnym kablem temperaturowo neutralne, z Tonalium nie tylko ciemniejsze, ale też trochę cieplejsze, „miedziane”, choć nie aż ciepłe. Doskonale zarazem potrafiące oddawać słodycz głosów w koloraturach i unikać podostrzeń. Na tle całej konkurencji odznaczające się wyraźnymi konturami, mocnym kontrastem dół-góra i silną ekspresją – zwłaszcza dzięki potędze niskich tonów, ale także tej szczegółowości i nie powściąganiu sopranów. Wyraźnie bardziej zaangażowane emocjonalnie niż u NightHawk czy Beyerdynamic T1; pozbawione tego czegoś, co można równie dobrze nazywać nutą poetyckiej rezygnacji, jak i pewnym ustępstwem na rzecz spokojnego słuchania. Różnorodność, kontrasty, mocny rysunek i ekstremalny bas niszczą u T7 muzyczny spokój; każą słuchać z uwagą i tym basem wręcz przytłaczają. (Więc trzeba na niego uważać, bo może zeżreć resztę.)

 Wątpliwości się rozstrzygają

Zamknięta konkurencja najwyższego dzisiejszego poziomu.

Wróćmy teraz do początkowej potęgi i nasycenia. Czy znów nimi przytłoczyły? Nie odniosłem takiego wrażenia. Tak, bas mają najpotężniejszy, ale wszystkie pozostałe też umiały przywoływać potęgę i nasycać. Jedyne, czego nie umiały, to dawać aż takiego ciśnienia. Mimo to głębia barw i ciśnieniowa wibracja skrzypcowych strun oraz moc operowych głosów na tle potęgi orkiestry wszystkim się dobrze udały. Nic to, że Beyerdynamic T1, Sennheiser HD 800 i Final Sonorous X grały wyższymi dźwiękami – i tak nasycały i brzmiały potężnie. Niemniej bębny i elektroniczny bas w wydaniu Tribute 7 i AudioQuest NightHawk należał do innego wymiaru. Można to nadganiać rozwinięciem przestrzennym i ładnie to wychodzi, ale sub to sub – ma ten swój niski wdzięk, że tak ujmę. Nie ma zatem potrzeby kupowania akurat tych Tribute 7, ale gdy to zrobimy, pewne rzeczy będziemy mili najlepsze. Nie jednak otwartość brzmienia, którą wentylowane Final D8000 dają spośród słuchawek przylegających do głowy bezkonkurencyjną, a otwarte Sennheiser HD 800 też lepszą; ani trójwymiarowość sceny i samego brzmienia, gdzie Sonorous X pozostają poza konkurencją, a Beyerdynamic T1 też okazują się lepsze. Gdy jednak przychodzi do bębnów (a im większych, tym bardziej), albo do orkiestrowych tutti – wówczas Tribute 7 dają przeżycia niezrównane, jedynie sobie właściwie. Niespotykanych rozmiarów subwooferowy bas doznaje wsparcia od sopranów, co pozwala zarówno rozwijać jego obraz przestrzenny, jak i wyostrzać kontury. A więc nie sama potęga grzmotu, ale też czysty, trójwymiarowy obraz bębnów, kotłów, kontrabasów, wiolonczel.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

20 komentarzy w “Recenzja: Ultrasone Tribute 7

  1. Marek S. pisze:

    Witam Panie Piotrze,

    1. Rozumiem, że recenzowane słuchawki lepiej łączyć ze sprzętem, który będzie uwypuklał średnicę, aniżeli pozostałe dwa pasma. Prędzej lampa, jak potęgujący te pasma tranzsytor?

    2. Jak wypadają w stosunku do Ed5?

    Z Ultrasonów miałem pro900, SigPro, Ed7, Ed12, mam Ed5. Najmilej wspominam SigPro, najgorzej Ed7, oczywiście uwielbiam Ed5, ale uważam że sprzęt do nich musi być taki wyrafinowany, bez pogłębiania basu i góry tylko skupiony mocniej na średnicy, wtedy jest magia. Z kolei SigPro grały najrówniej i chyba najfajniej ze wszystkich. Problemem był ścisk głowy, które powodowały.

    1. Marek S. pisze:

      Wdał się błąd. Najgorzej wspominam Ed8.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tak, E8 nie były zbyt udane, zwłaszcza na tle pozostałych. Edition 5 dają od Edition i Tribute 7 zdecydowanie większą, holograficzną scenę, a dźwięk mają wyższy, delikatniejszy. Z basem, ale na środku kruchszy, mniej dociążony. Ale zarazem melodyjny, żadnego odchudzania, ostrzenia. Odnośnie Tribute 7 z tranzystorem, to słuchałem ich tylko z Phasemation i grało naprawdę ekstra. Bez odchudzonej średnicy i bez nadmiernej ekspozycji skrajów. Ale oczywiście nie każdy tranzystor to Phasemation, Trilogy 933 czy Sugden. Ani tym bardziej Headtrip. Odnośnie zaś Signature Pro, to Tribute 7 są ich bardziej wyrafinowanym wcieleniem, któremu koniecznie należy poszukać lepszego kabla.

        1. Marek S. pisze:

          Dziękuję za odpowiedź.

          Troszkę strach łączyć Ed7 z Violectric v281, który mają mocny, wręcz spektakularny bas.

          Pamiętam jak sprzedawałem Audio Technica w5000, przyjechał po nie kupiec i przy okazji posłuchał SigPro. Stwierdził że grają lepiej, sam mu to przyznałem. Ostatecznie wyjechał z w5000, ale chyba nie do końca przekonany.

          Z przedziału cenowego SigPro występuje jeszcze jeden prawie identyczny model tj. Signature DJ. Czy miał Pan do czynienia z tymi słuchawkami, na tle SigPro?

          1. Piotr Ryka pisze:

            Signature DJ nie słyszałem. W5000 są znakomite, ale jak napisałem – szalenie trudne. Cały tor trzeba im podporządkować i musi być ten tor więcej niż dobry. Wówczas grają wręcz zjawiskowo. Scena, barwa, nasycenie, bas nawet. Ale w bezpośrednim porównaniu z R10 i tak poległy.

  2. Alucard pisze:

    Świetne słuchawki, świetna recka. A więc słuch mnie nie pomylił, Ty rownież uważasz że są genialne. Pozostaje życzyć wielu szczęśliwych chwil z T7. Dla mnie te słuchawki zajmują zaszczytne trzecie miejsce spośród wszystkich których słuchałem. Potęga w czystej postaci. I widzę że ich ogólny przekaz odbieramy tak samo, jak para kolumn. Tak sie czułem słuchając ich, trochę jak nie słuchawki. Myślę że jeśli chodzi o bas to można to załatwić ze strony źródła czymś ze stajni Chorda spokojnie, z Hugo2 grały okej. Od strony wzmacniacza budżetowo napędzi spokojnie Headonic kolegi Michała. Gra bez faworyzowania niczego, gładko i analogowo, na pewno sobie poradzi. Dobrego słuchania Piotr 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzięki.

  3. Piotr Ryka pisze:

    Ponieważ były zapytania, uprzejmie informuję, że właśnie dotarły Audeze LCD-4Z i Audio-Technica ATH-ADX5000.

    1. Marek S. pisze:

      Super wiadomość. Czekam na spostrzeżenia, chociaż 4Z zamówiłem w ciemno i czekam na ich dostawę do Polski.

      1. Alucard pisze:

        Słuchawki za tyle kasy w ciemno? Ostry zawodnik 😉

        1. Piotr Ryka pisze:

          Okazało się, że te 4Z przyjechały do mnie nieograne tak samo flagowa Audio-Technica. Trochę się już ograły i są to na pewno rasowe, high-endowe słuchawki. Z marnym kablem. Plamy na pewno nie dadzą.

          1. Marek S. pisze:

            My tu w Świnoujściu kupujemy tylko w ciemno :).

            Na Headfi użytkownicy 4Z piszą, że słuchawki muszą się wygrzewać min. ok tygodnia, najlepiej więcej, zmiana na plus duża.

  4. Alucard pisze:

    Ostro. Spadasz jak z nieba z recenzją tych czwórek. Czekam.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak zaraz to jej nie będzie – chwila. Póki co kabel Tonalium wpięty w miejsce oryginalnej plecionki skroił jej tyłek na krzyż, że dupcia taś, taś wołała.

  5. Alucard pisze:

    Żadna to nowość, kable dołączane do Audeze to zawsze była parodia. Na zdjęciach tego nie widać, dopiero jak się na to patrzy i słyszy to jest śmiech na sali. Dość żenujące że do słuchawek za 19 000 trzeba kupować kabel. Myślałem że już poprawili te kable w nowych wersjach.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ten niebieski do pierwszych LCD-4 był dobry. Ale już go nie ma.

    2. Marek S. pisze:

      19 to może nie, są upusty. Ale to i tak parodia, jeżeli kabel jest kiepskiej jakości.

      U mnie będzie na Faw Hybrid Noir, a swoją drogą gdzie sprzedają te kable Tonalium, bo cisza?

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tonalim na razie można kupić tylko za moim pośrednictwem, a ściślej przekierowaniem.

        1. Marek S. pisze:

          Dobrze wiedzieć. Tylko o cenie niewiele wiadomo. Na razie pogram na FAW, później może się skuszę.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Cena to 3 tys. PLN, jak się nie mylę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy