Recenzja: Ultrasone Tribute 7

Brzmienie

Odnośnie kabla

Kolor muszli zmieniono, moim zdaniem na gorsze.

Czym się odróżnia ptaszek? Wiadomo – tym, że ma jedno skrzydełko bardziej. A czym się różnią słuchawki Ultrasone Tribute 7 grające poprzez swój oryginalny kabel z posrebrzanej miedzi od grających przez czysto miedziany Tonalium? Początkowo myślałem, że różnią się zasadniczo, ale ten oryginalny się ograł i okazał niegłupi. Cieniutki jest i leciutki niczym papierowy sznureczek, ale bynajmniej nie do wyrzucenia. Dźwięk produkuje typowy dla srebra, ale w przyzwoitym gatunku. To znaczy wyrazisty, starannie artykułowany, nie rozjaśniony, ale także i nie ciemny, mocno uwydatniony na skrajach i dzięki pewnej domieszce (w tym wypadku śladowej) sopranów na obszarze środkowego zakresu dający podwyższone odczucie bezpośredniości poprzez większą wyraźność konturów, działającą podprogowo jako jej stymulator. (Postaci mówiące wyższymi głosami, ergo przenikliwszymi, wydają się bardziej autentyczne, mimo iż konfrontacja tego z rzeczywistą artykulacją głosową zadaje temu kłam – sami sprawdźcie. Ludzie z waszego otoczenia przeważnie – a właściwie to nigdy – nie mają tak wysokich głosów, a mimo to te nienaturalnie sopranami podszywane sprawiają wrażenie prawdziwszych, bardziej obecnych.) To nie przyciemnione i wyraziste brzmienie z mocną ekspresją wysokich tonów na właściwym już jej obszarze góry pasma w przypadku lepszych nagrań – bądź nawet niekoniecznie dobrych, ale odtwarzanych przez dobrą aparaturę – wywołuje, zwłaszcza u chętnych słuchać (bo to też nie bez znaczenia) silne wrażenie realizmu i ten swoisty, naznaczony magicznością stan doznawania obecności „drugiego”. Ta właśnie zdolność czyni oryginalny kabel czymś godnym pochwały, mimo iż nie jest on idealny, ani nawet specjalnie dobry. Ale zły też nie. Zdolność przywoływania nieobecnych  to przecież właśnie ten high-end, za którym się tak uganiamy.

Względem oryginału Tonalium prowokowało dźwięk niższy, ciemniejszy, bardziej gęsty, melodyjniejszy, potężniejszy i głębszy. A przede wszystkim całościowo mający to coś, co bardzo trudno opisać jednym czy w kilku słowach, a co czyni strumień muzycznego przepływu podobniejszym do prawdziwego – z jego tonią i powierzchniowym skomplikowaniem. Jakbyśmy wchodzili w kontakt z czymś realniejszym, większym, ciekawszym i szlachetniejszym – mającym lepszy budulec oraz żywszą, bardziej oddziałującą formę. Tak właśnie działało Tonalium, unicestwiając zarazem sopranowe wtręty na środku przy jednoczesnej pełnej ekspresji sopranów na ich właściwym obszarze. Tak więc z nim i prawdziwiej, i piękniej – i oczywiście je zostawiłem. Niemniej różnica nie była aż przepastna i proszę o tym pamiętać. Poza tym kabel oryginalny, jako grający lżejszym dźwiękiem, okazał się odporniejszy na basowe przestery, o które u tych słuchawek szczególnie łatwo, więc trzeba tego pilnować i okablowaniem i sprzętem.

Odnośnie przeszłości i wątpliwości

Uzupełnienie stanowi wykres porównujący odpowiedź impulsową pierwowzoru z upamiętnieniem.

Ale kable kablami, a chodzi przede wszystkim o słuchawki; różnice między nimi ważniejsze. W czasach posiadania Edition9 dźwięk wyciągałem z komputera poprzez kartę dźwiękową Asus Xonar Essence i przesyłałem na wzmacniacz ProJect Headbox. Grało to sympatycznie i dawało duże pole manewru do bawienia się dźwiękiem, na przykład poprzez efekt przestrzenny „Hall”, ale trudno to bezpośrednio odnosić do sytuacji aktualnej z przetwornikami i wzmacniaczami za circa kilkanaście tysięcy. Mimo to pokuszę się o sugestię, że dawne Edition9 dysponowały dźwiękiem chyba jeszcze niższym od Tribute7 z Tonalium, grając jednocześnie trochę mniej ofensywną górą. Mogę się jednak mylić, być może nawet jest na odwrót.

Zostawmy to. Nie ma co dywagować, pora łapać konkrety. Konkretem zaś odniesienia do innych słuchawek zamkniętych i nie tylko, których pod ręką spory wybór. Nie będę tym razem pisał osobnych podrozdziałów odnośnie każdych z nich, wszystko ujęte zostanie zbiorczo. Zacznę przy tym od końca, ale nieraz już zaczynałem. Wystartuję od tezy, a potem będę ją uzasadniał. Teza ta głosi, że je sobie zostawiam. Od czasu pozbycia się Audio-Techniki ATH.W5000 (rewelacyjne słuchawki, lecz szczególnie dla towarzystwa trudne i stylistycznie odwrotne, nie-basowe), cierpiałem na brak słuchawek zamkniętych, jako niezastąpionej pomocy przy pracy. Do różnych się przymierzałem, różne kusiły zaletami. Lecz jedna rzecz za każdym razem napawała wątpliwościami i koniec końców rezygnowałem. Mam mianowicie dwie płyty (tak w ogóle, to nieco więcej) z całkiem różną muzyką: jedna to składanka Harmonie Universelle II nagrana przez Jordi Savalla i Hesperion XXI, druga to J.S. Bach Sonaten & Partiten w wykonaniu Nathana Milsteina. Na pierwszej są anonimowe Misteria i fragment opery Vivaldiego Farnace, znakomicie nadające się do oceny potęgi brzmienia; druga obrazuje stopień nasycania barwą i mocy wibracyjnej skrzypcowych strun. Jedna i druga stanowiły samoistny popis Ultrasone Edition9, któremu żadne słuchawki sprzed dekady nie dorównały. Bywały niejedne lepsze pod takim czy innym względem, ale takiej siły brzmienia i wibracyjnego natężenia żadne nie oferowały. Generalnie wolę swoje referencyjne AKG K1000 (w tamtych czasach nie mające jeszcze kabla Entreqa), ale gdyby miały moc nasycania niskimi tonami jak E9, byłbym im wdzięczny. W sumie to nie jest takie prosta, bo K1000 z mistrzowskim kablem bardzo się podciągnęły, a jednocześnie od zawsze grają bardziej przestrzenią niż zwartym, nasycającym basem; lecz je akurat – zarówno z uwagi na inne wymagania sprzętowe, jak i inną formę prezentacyjną – sobie w tych porównaniach darujemy. Ogólnie są lepsze i dość na tym.

Identyczność z historią. Poza kolorystyką.

Natomiast odnośnie pozostałych i potęgi brzmienia. Wyszukałem ostatnio na YouTube Symfonię fantastyczną Berlioza, która rzeczywiście jest fantastyczna, ale której nie słuchałem od dekad. Przeleciałem przez kilka wykonań i przy okazji zmieniałem słuchawki, przysłuchując się także ich interpretacyjnym różnicom. Nie ma zmiłuj – do symfoniki Tribute 7 są przy kablu Tonalium bezkonkurencyjne. Pozostałe, poza AudioQuest NightHawk, grały jakby bez dołu, jak gdyby w orkiestrze same skrzypce, a kontrabasy i wiolonczele już nie bardzo. Względem natomiast NightHawk – obraz dawany przez Tribute 7 był bardziej zróżnicowany i wyraźny: lepiej separujący brzmieniowo instrumenty i lepiej pokazujący ich miejsca w orkiestrze. Mniej niczym jedno brzmienie, bardziej zbiorowość różnych.

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Ultrasone Tribute 7

  1. Marek S. pisze:

    Witam Panie Piotrze,

    1. Rozumiem, że recenzowane słuchawki lepiej łączyć ze sprzętem, który będzie uwypuklał średnicę, aniżeli pozostałe dwa pasma. Prędzej lampa, jak potęgujący te pasma tranzsytor?

    2. Jak wypadają w stosunku do Ed5?

    Z Ultrasonów miałem pro900, SigPro, Ed7, Ed12, mam Ed5. Najmilej wspominam SigPro, najgorzej Ed7, oczywiście uwielbiam Ed5, ale uważam że sprzęt do nich musi być taki wyrafinowany, bez pogłębiania basu i góry tylko skupiony mocniej na średnicy, wtedy jest magia. Z kolei SigPro grały najrówniej i chyba najfajniej ze wszystkich. Problemem był ścisk głowy, które powodowały.

    1. Marek S. pisze:

      Wdał się błąd. Najgorzej wspominam Ed8.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tak, E8 nie były zbyt udane, zwłaszcza na tle pozostałych. Edition 5 dają od Edition i Tribute 7 zdecydowanie większą, holograficzną scenę, a dźwięk mają wyższy, delikatniejszy. Z basem, ale na środku kruchszy, mniej dociążony. Ale zarazem melodyjny, żadnego odchudzania, ostrzenia. Odnośnie Tribute 7 z tranzystorem, to słuchałem ich tylko z Phasemation i grało naprawdę ekstra. Bez odchudzonej średnicy i bez nadmiernej ekspozycji skrajów. Ale oczywiście nie każdy tranzystor to Phasemation, Trilogy 933 czy Sugden. Ani tym bardziej Headtrip. Odnośnie zaś Signature Pro, to Tribute 7 są ich bardziej wyrafinowanym wcieleniem, któremu koniecznie należy poszukać lepszego kabla.

        1. Marek S. pisze:

          Dziękuję za odpowiedź.

          Troszkę strach łączyć Ed7 z Violectric v281, który mają mocny, wręcz spektakularny bas.

          Pamiętam jak sprzedawałem Audio Technica w5000, przyjechał po nie kupiec i przy okazji posłuchał SigPro. Stwierdził że grają lepiej, sam mu to przyznałem. Ostatecznie wyjechał z w5000, ale chyba nie do końca przekonany.

          Z przedziału cenowego SigPro występuje jeszcze jeden prawie identyczny model tj. Signature DJ. Czy miał Pan do czynienia z tymi słuchawkami, na tle SigPro?

          1. Piotr Ryka pisze:

            Signature DJ nie słyszałem. W5000 są znakomite, ale jak napisałem – szalenie trudne. Cały tor trzeba im podporządkować i musi być ten tor więcej niż dobry. Wówczas grają wręcz zjawiskowo. Scena, barwa, nasycenie, bas nawet. Ale w bezpośrednim porównaniu z R10 i tak poległy.

  2. Alucard pisze:

    Świetne słuchawki, świetna recka. A więc słuch mnie nie pomylił, Ty rownież uważasz że są genialne. Pozostaje życzyć wielu szczęśliwych chwil z T7. Dla mnie te słuchawki zajmują zaszczytne trzecie miejsce spośród wszystkich których słuchałem. Potęga w czystej postaci. I widzę że ich ogólny przekaz odbieramy tak samo, jak para kolumn. Tak sie czułem słuchając ich, trochę jak nie słuchawki. Myślę że jeśli chodzi o bas to można to załatwić ze strony źródła czymś ze stajni Chorda spokojnie, z Hugo2 grały okej. Od strony wzmacniacza budżetowo napędzi spokojnie Headonic kolegi Michała. Gra bez faworyzowania niczego, gładko i analogowo, na pewno sobie poradzi. Dobrego słuchania Piotr 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy