Recenzja: Ultrasone Tribute 7

   Stara miłość nie rdzewieje. Co tyczy zarówno mnie – dawnego posiadacza, jak i samego producenta – który tymi słuchawkami się wypromował. Historia jest nieco zawiła, więc dobrze będzie opowiedzieć ją od początku. W 1991 roku powstało niemieckie Ultrasone – firma jak BMW bawarska, ulokowana początkowo w niewielkim Tudzing nad jeziorem Starnberger – znanym z tego, że spędzał tam wakacje i komponował Johannes Brahms. Ponieważ wszystko się zmienia, obecna siedziba mieści się w jeszcze mniejszym, ale tak samo bawarskim Wielenbach, gdzie Brahms już nie komponował, ale z którego roztacza się wspaniały widok na Alpy – działający ponoć inspirująco, w każdym razie według samego Ultrasone.

Bawaria to epicentrum niemieckiego bogactwa, toteż powstająca tam firma siłą rzeczy i genius loci ukierunkowana została na jakość najwyższą, z czasem aż ekskluzywną. Ekskluzywność nie zjawiła się wszakże od razu, czekała aż  do 2004 roku, w którym zawitały na rynek słuchawki nim wstrząsające – Ultrasone Edition7. Tak nawiasem pisownia w tej historii też okazuje się nieprosta: cyfra przy słowie Edition w oficjalnej kaligrafii czasami pojawia się po odstępie, a czasami bez niego.

Szok pod tytułem Edition7 miał charakter zwłaszcza ekonomiczny – od czasu pamiętnych Sony R10 z 1988 świat nie widział słuchawek dynamicznych o takiej cenie. Jedynie limitowana Audio-Technica ATH-L3000 z 2003 też była prawie tak droga ($2350); ale właśnie limitowana, wyprodukowana w ilości zaledwie pięciuset par. Wytłumaczeniem w przypadku rok późniejszych Ultrasone też mógł być limit 999 egzemplarzy, niemniej cena $3105 szokowała jeszcze bardziej. Do wytłumaczeń limitowych (tak naprawdę, to nikt się nie tłumaczył) dołączały dwa zastosowane patenty – S-Logic® Plus i ULE; pierwszy odpowiedzialny za naturalizację sceny, drugi za nie przenikanie pola magnetycznego do głowy słuchacza. Prócz tego uzasadniał sprawę luksus: komory wyfrezowane z litych bloków lotniczego aluminium, lustrzane ich pokrywy w najwyższej klasie lakierniczej, niespotykanie miękkie (naprawdę) pady ze skórki etiopskich jagniąt, wymyślny pałąk ze świetną regulacją i na dodatek składany, tytanowe membrany, neodymowe magnesy, wysokogatunkowy kabel. Luksusowe prócz tego opakowanie, w postaci dużej szkatuły z drzewa wiśni, a także niecodzienna kolorystyka. Lustra pokryw szafirowe ze złoceniami, a skórka padów, podściółka pałąka i okablowanie białe.

Jednakże samo w sobie to wszystko nic by nie znaczyło – bo kto słucha kolorów i na co komu wiśniowe skrzynki? Zupełnie co innego stało się dźwignią sukcesu – w internetowy świat poszła fama, że słuchawki bas mają pokroju byka. A taki byczy bas – to sami najlepiej wiecie – dla niektórych stanowi najważniejszą sprawę na świecie. Famę puściło samo Ultrasone (na forach widać było paru ich naganiaczy), więc zaraz się oburzycie, ale tym razem niepotrzebnie. Bo taki bas w tych słuchawkach faktycznie zamieszkiwał i jeśli któreś miały bas niemal jak prawdziwy i wraz z nim imponującą potęgę, to te właśnie z pewnością. A że pozostałe składowe dźwięku też okazały się świetne, w tym popisowa szczegółowość i muzykalność nielicha, to słuchawki w mig się rozeszły i tylko kurz po tumulcie został. To się musiało producentowi spodobać, toteż potentegowawszy w głowie w 2006 wypuścił wersję już nielimitowaną, z sygnaturą Edition9. Te od strony technicznej różniły się jedynie kablem – miedzianym w miejsce tamtego wysokogatunkowego z posrebrzanej miedzi – natomiast powierzchownością i ceną różniły istotnie. To znaczy wygląd miały identyczny, po skórkę jagnięcą włącznie; ale nie białą tylko czarną – i całe w ogóle czarne. Identycznie lustrzane, identycznie skórkowe, z identycznym pałąkiem, przetwornikiem i patentami, ale w czerni, a nie szafirowych błękitach i pastelowych bielach. Bardzo ładnie – wykwintne nawet – jednakże mniej rzucające się w oczy i w czarnym neseserku ze srebrzystymi okuciami – o wiele od drewnianej kasety praktyczniejszym. O wiele też praktyczniejsza okazała się cena, wynosząca $1500, natomiast niepraktyczna nazwa, ponieważ czas jakiś potem przedzielił bliźniacze E7 i E9 mający z nimi niewiele wspólnego model Edition8, nazwany tak chyba tylko po to, by komplikować życie.

Zacząłem od starej miłości, a ona to powroty. Toteż po kilkunastu latach, z okazji swego srebrnego jubileuszu, raz jeszcze powrócono Ultrasone do modelu Edition 7, który je kiedyś wypromował. Zmieniło trochę nazwę i parę innych rzeczy – te rocznicowe nazwano Ultrasone Tribute 7, wyceniono na 10 990 PLN (światowo na $3000) i trochę przemalowano, rozjaśniając odcień błękitu i przypisując mu nazwę „Mistic Blue”. A sam się ucieszyłem, bo pomyślałem sobie, że oto nadarza się sposobność porównania starego z nowym. Albowiem tych starych nie ma – przepadły jak kamień w wodę. Sam niepotrzebnie sprzedałem i gorzko pożałowałem, a wraz z tym kontakt definitywnie się urwał.

Budowa

   Zgodnie z tradycją wzorca, upamiętniające Tribute 7 przybywają do kupujących w sporych rozmiarów drewnianej szkatule. Podobno tak samo z drzewa wiśni, ale jaśniejszego, odbiegającego wyglądem od lica wiśni dziko rosnącej, przez stolarzy najbardziej cenionej. Wiśni jednak jest aż sześćdziesiąt odmian, więc zapewne to także wiśnia, chociaż trochę niemrawa, niespecjalny budząca respekt. (Najszacowniejsza, to pozostająca pod ścisłą ochroną japońska Asada z Hokkaido, z której Audio-Technica wykonywała – naturalnie za zgodą rezerwatu – muszle swych najbardziej ekskluzywnych, też rocznicowych słuchawek.)

W dużym pudle z błękitno-granatowego kartonu obok drewnianej szkatuły znajdujemy neseser na zamek błyskawiczny z miękkawego tworzywa – ustępujący z kolei jakością temu sztywnemu z okuciami, w jakim oferowano Edition9. Rocznicowe „Tribute” wyposażono zatem w oba rodzaje opakowań, z których każde cokolwiek ustępuje pierwowzorowi. Przy równej praktyczności cokolwiek mniej pozostaje efektowne.

Przejdźmy do samych słuchawek. I zacznijmy od kabla, ponieważ daje największą zmianę. Pierwotne E7 i E9 kable miały nieodpinane, wykonane z dwóch cienkich, lekkich i elastycznych żył poprowadzonych równolegle; siłą rzeczy więc każde tylko po jednym (niesymetrycznym), podczas gdy rocznicowe mają dwa, i oba znów niesymetryczne. Rzecz jasna tym razem odpinane, z podpięciem poprzez niesymetryczne mikro jacki – takie z pojedynczą szczerbinką i oficjalną nazwą  „B-Lock”. Ale – uwaga! – wydawać by się mogło, iż nadadzą się jako zamienniki kable też przyłączane micro jackami, na przykład od Beyerdynamic T1, czy AudioQuest NightHawk. Pierwszy ma rzeczywiście wytyki podobne, ale większe; drugi już o tej samej średnicy, lecz z kolei za krótkie. No, jest tych mikro jacków trochę,  nie tak łatwo trafić na identyczny. Odnośnie natomiast samego przewodu, to także uległ przemianie: jest tak samo jaku u upamiętnianych E7 ze srebrzonej miedzi i o analogicznej specyfikacji 99,9% OFC, lecz wykonany z dwóch jeszcze cieńszych przewodów i na dodatek splecionych w warkoczyk. Zakończony także inaczej – małym jackiem z przejściówką na duży, a  nie odwrotnie. Do zasadniczego, 3-metrowego, dodano 1,2-metrowy – różniący się jedynie długością. Oba zatem w pierwszym rzucie (bez przejściówek) pasują do sprzętu przenośnego i wobec dużej długości tego zasadniczego brak dołączanej kiedyś przedłużki. Nie załapały się natomiast rocznicowe Tribute 7 na nowej mody symetryzację poprzez jack 4,4 mm, bo w 2016-tym jeszcze nie było na to mody. Nic wszakże straconego – przy odpinanych kablach to kwestia dorobienia.

Słuchawki są niezbyt ciężkie i stosunkowo nieduże. Ważą niecałe czterysta gramów, a muszle im się nie wysklepiają. Nie dlatego, iżby zabrakło dbałości o akustykę, tylko jest ona zrealizowana w inny, nietradycyjny sposób. Nie bezpośrednio, jako odbicia w zamkniętej lub otwartej wysklepionej komorze z ewentualnym dodatkiem specjalnych ustroi (jak u Sonorous X czy Sennheiser HD 800); ani specjalnych wentyli (jak u Final D8000 lub oBravo); ani też poprzez specjalne uformowanie samego wnętrza (jak u Sony MDR-R10 – że sięgnę po najlepszy przykład).

Szkatuła z drzewa wiśni. Zaskakująco lekka.

Za akustykę odpowiada specjalny, opatentowany przez Ultrasone system S-Logic® Plus, którego działanie polega na kierowaniu dźwięku nie wprost do kanału słuchowego, ani nawet pod kątem, ale całkowicie rozproszeniowo – poprzez liczne otwory w specjalnej przegrodzie na całą małżowinę uszną; jako że te małżowiny nie od parady mamy, ani też by było za co targać niegrzecznych, tylko ażeby z wielokierunkowo napływających dźwięków powstała uporządkowana dookólna sfera. I taką sztuczną (ale jak prawdziwą) sferę słuchawki wyposażone w S-Logic® Plus generują, co można sobie w Internecie obejrzeć na poglądowym filmiku.

Drugi patent nie dba już o poprawę dźwięku, tylko o nasze zdrowie. Ta sama przegroda z otworami jest wykonana z metalu stosowanego do ochrony łodzi podwodnych przed sonarami i aż o dziewięćdziesiąt osiem procent zmniejsza przenikanie pola magnetycznego do wnętrza głowy słuchacza. A ma tam co przenikać, bo słuchawki wyposażono w wyjątkowo silne magnesy neodymowe, dzięki którym potęgą brzmienia dysponują bez cienia przesady największą spośród wszystkich. Do ochrony przyczynia się też sam wielootworowy S-Logic® Plus, dzięki którego rozproszeniowemu działaniu przy takiej samej głośności ciśnienie na błonę bębenkową spada o niebagatelne czterdzieści procent.

Podobnie jak u dziś należących do czołówki Focal Utopia, membrana w klasycznych Edition i upamiętniających Tribute ma średnicę 40 mm, tyle że nie jest z berylu, a pokrytego tytanem mylaru. Jest więc surowcowo identyczna jak u Final Sonorous X, ale o 10 mm mniejsza i inaczej uformowana. Rozmiar nie jest tu jednak wyznacznikiem – i przykładowo mające aż 70-milimetrową Sony MDR-Z1R nie okazały się lepsze a gorsze od mających 50-milimetrową Sony MDR-R10. Moc akustyczna T7 nie została przez producenta podana (ale z pewnością jest bardzo duża), zadowolić musimy się informacją o impedancji 30 Ω, skuteczności 96 dB i paśmie przenoszenia 8 Hz – 35 kHz.

Słuchawki są zamknięte – zamknięte bardzo szczelnie. Rzadko które będą tak ciche na zewnątrz i tak odcinające. Miękkie pady pozwalają zmieścić pod sobą uszy, ale raczej nie obejdzie się bez upychania. Ogólnie biorąc wygoda jest zadowalająca, lecz nie ze szczytów komfortu.

W środku oprócz słuchawek dwa kable i ściereczka.

Jako były posiadacz modelu Edition9 (oryginalnych E7 na oczy nie widziałem), mogę do tych opisów dorzucić coś więcej. Pierwsza sprawa – E9 cisnęły bez porównania mocniej. Ultrasone bardzo podkreślało ich profesjonalny charakter i chyba chcąc go jak najbardziej zaakcentować przydało słuchawkom uścisk pozwalający wytrzymać upadek ze ścigacza. (Potoczna nazwa motocykla wyścigowego.) Bardzo ten uścisk mnie męczył, więc ostatecznie zdecydowałem się pałąk rozgiąć, nie zważając na możliwość złamania. Ma jednak w środku metalowy płaskownik, toteż niepodatny jest na pękanie. Nic zatem się nie stało poza zelżeniem uścisku do poziomu już akceptowalnego. Natomiast u Tribute 7 nadmiernego uścisku brak i rozginanie tym samym zbędne. Druga różnica, to skórka padów. Ta w upamiętniających jest zgodnie z obietnicą mięciutka, niemniej w oryginalnych E7 była miększa. Zjawiskowo wręcz miękka, że nigdzie podobnej nie spotkałem. No ale szkoda owieczek – i alcantara, albo ten japoński substytut skóry stosowany w Fostex TH900, w zupełności by wystarczyły. Odnośnie natomiast samego dźwięku, to właśnie do niego przechodzimy.

Brzmienie

Odnośnie kabla

Kolor muszli zmieniono, moim zdaniem na gorsze.

Czym się odróżnia ptaszek? Wiadomo – tym, że ma jedno skrzydełko bardziej. A czym się różnią słuchawki Ultrasone Tribute 7 grające poprzez swój oryginalny kabel z posrebrzanej miedzi od grających przez czysto miedziany Tonalium? Początkowo myślałem, że różnią się zasadniczo, ale ten oryginalny się ograł i okazał niegłupi. Cieniutki jest i leciutki niczym papierowy sznureczek, ale bynajmniej nie do wyrzucenia. Dźwięk produkuje typowy dla srebra, ale w przyzwoitym gatunku. To znaczy wyrazisty, starannie artykułowany, nie rozjaśniony, ale także i nie ciemny, mocno uwydatniony na skrajach i dzięki pewnej domieszce (w tym wypadku śladowej) sopranów na obszarze środkowego zakresu dający podwyższone odczucie bezpośredniości poprzez większą wyraźność konturów, działającą podprogowo jako jej stymulator. (Postaci mówiące wyższymi głosami, ergo przenikliwszymi, wydają się bardziej autentyczne, mimo iż konfrontacja tego z rzeczywistą artykulacją głosową zadaje temu kłam – sami sprawdźcie. Ludzie z waszego otoczenia przeważnie – a właściwie to nigdy – nie mają tak wysokich głosów, a mimo to te nienaturalnie sopranami podszywane sprawiają wrażenie prawdziwszych, bardziej obecnych.) To nie przyciemnione i wyraziste brzmienie z mocną ekspresją wysokich tonów na właściwym już jej obszarze góry pasma w przypadku lepszych nagrań – bądź nawet niekoniecznie dobrych, ale odtwarzanych przez dobrą aparaturę – wywołuje, zwłaszcza u chętnych słuchać (bo to też nie bez znaczenia) silne wrażenie realizmu i ten swoisty, naznaczony magicznością stan doznawania obecności „drugiego”. Ta właśnie zdolność czyni oryginalny kabel czymś godnym pochwały, mimo iż nie jest on idealny, ani nawet specjalnie dobry. Ale zły też nie. Zdolność przywoływania nieobecnych  to przecież właśnie ten high-end, za którym się tak uganiamy.

Względem oryginału Tonalium prowokowało dźwięk niższy, ciemniejszy, bardziej gęsty, melodyjniejszy, potężniejszy i głębszy. A przede wszystkim całościowo mający to coś, co bardzo trudno opisać jednym czy w kilku słowach, a co czyni strumień muzycznego przepływu podobniejszym do prawdziwego – z jego tonią i powierzchniowym skomplikowaniem. Jakbyśmy wchodzili w kontakt z czymś realniejszym, większym, ciekawszym i szlachetniejszym – mającym lepszy budulec oraz żywszą, bardziej oddziałującą formę. Tak właśnie działało Tonalium, unicestwiając zarazem sopranowe wtręty na środku przy jednoczesnej pełnej ekspresji sopranów na ich właściwym obszarze. Tak więc z nim i prawdziwiej, i piękniej – i oczywiście je zostawiłem. Niemniej różnica nie była aż przepastna i proszę o tym pamiętać. Poza tym kabel oryginalny, jako grający lżejszym dźwiękiem, okazał się odporniejszy na basowe przestery, o które u tych słuchawek szczególnie łatwo, więc trzeba tego pilnować i okablowaniem i sprzętem.

Odnośnie przeszłości i wątpliwości

Uzupełnienie stanowi wykres porównujący odpowiedź impulsową pierwowzoru z upamiętnieniem.

Ale kable kablami, a chodzi przede wszystkim o słuchawki; różnice między nimi ważniejsze. W czasach posiadania Edition9 dźwięk wyciągałem z komputera poprzez kartę dźwiękową Asus Xonar Essence i przesyłałem na wzmacniacz ProJect Headbox. Grało to sympatycznie i dawało duże pole manewru do bawienia się dźwiękiem, na przykład poprzez efekt przestrzenny „Hall”, ale trudno to bezpośrednio odnosić do sytuacji aktualnej z przetwornikami i wzmacniaczami za circa kilkanaście tysięcy. Mimo to pokuszę się o sugestię, że dawne Edition9 dysponowały dźwiękiem chyba jeszcze niższym od Tribute7 z Tonalium, grając jednocześnie trochę mniej ofensywną górą. Mogę się jednak mylić, być może nawet jest na odwrót.

Zostawmy to. Nie ma co dywagować, pora łapać konkrety. Konkretem zaś odniesienia do innych słuchawek zamkniętych i nie tylko, których pod ręką spory wybór. Nie będę tym razem pisał osobnych podrozdziałów odnośnie każdych z nich, wszystko ujęte zostanie zbiorczo. Zacznę przy tym od końca, ale nieraz już zaczynałem. Wystartuję od tezy, a potem będę ją uzasadniał. Teza ta głosi, że je sobie zostawiam. Od czasu pozbycia się Audio-Techniki ATH.W5000 (rewelacyjne słuchawki, lecz szczególnie dla towarzystwa trudne i stylistycznie odwrotne, nie-basowe), cierpiałem na brak słuchawek zamkniętych, jako niezastąpionej pomocy przy pracy. Do różnych się przymierzałem, różne kusiły zaletami. Lecz jedna rzecz za każdym razem napawała wątpliwościami i koniec końców rezygnowałem. Mam mianowicie dwie płyty (tak w ogóle, to nieco więcej) z całkiem różną muzyką: jedna to składanka Harmonie Universelle II nagrana przez Jordi Savalla i Hesperion XXI, druga to J.S. Bach Sonaten & Partiten w wykonaniu Nathana Milsteina. Na pierwszej są anonimowe Misteria i fragment opery Vivaldiego Farnace, znakomicie nadające się do oceny potęgi brzmienia; druga obrazuje stopień nasycania barwą i mocy wibracyjnej skrzypcowych strun. Jedna i druga stanowiły samoistny popis Ultrasone Edition9, któremu żadne słuchawki sprzed dekady nie dorównały. Bywały niejedne lepsze pod takim czy innym względem, ale takiej siły brzmienia i wibracyjnego natężenia żadne nie oferowały. Generalnie wolę swoje referencyjne AKG K1000 (w tamtych czasach nie mające jeszcze kabla Entreqa), ale gdyby miały moc nasycania niskimi tonami jak E9, byłbym im wdzięczny. W sumie to nie jest takie prosta, bo K1000 z mistrzowskim kablem bardzo się podciągnęły, a jednocześnie od zawsze grają bardziej przestrzenią niż zwartym, nasycającym basem; lecz je akurat – zarówno z uwagi na inne wymagania sprzętowe, jak i inną formę prezentacyjną – sobie w tych porównaniach darujemy. Ogólnie są lepsze i dość na tym.

Identyczność z historią. Poza kolorystyką.

Natomiast odnośnie pozostałych i potęgi brzmienia. Wyszukałem ostatnio na YouTube Symfonię fantastyczną Berlioza, która rzeczywiście jest fantastyczna, ale której nie słuchałem od dekad. Przeleciałem przez kilka wykonań i przy okazji zmieniałem słuchawki, przysłuchując się także ich interpretacyjnym różnicom. Nie ma zmiłuj – do symfoniki Tribute 7 są przy kablu Tonalium bezkonkurencyjne. Pozostałe, poza AudioQuest NightHawk, grały jakby bez dołu, jak gdyby w orkiestrze same skrzypce, a kontrabasy i wiolonczele już nie bardzo. Względem natomiast NightHawk – obraz dawany przez Tribute 7 był bardziej zróżnicowany i wyraźny: lepiej separujący brzmieniowo instrumenty i lepiej pokazujący ich miejsca w orkiestrze. Mniej niczym jedno brzmienie, bardziej zbiorowość różnych.

 

 

 

Brzmienie cd.

Odnośnie sedna

Skromny rozmiar jest mylący.

Ale komputer tym razem na bok, bo jak porównywać, to rozstrzygająco. Rozsiadłem się więc przy dzielonym odtwarzaczu spiętym z Twin-Head i rozstrzygałem. Notki porównawcze opublikuję osobno, bo mogą się komuś przydać, a recenzji nimi nie chcę zachwaszczać. Skupimy się na cechach samych Ultrasone Tribute 7 – kontekstowo, ale skupimy.

Zaczynając od sceny. Producent bardzo podkreśla zalety pracującego na jej rzecz systemu S-Logic® Plus, prosząc przy tym, by słuchawki trzymać prosto na uszach, bez w tę czy tę przekrzywiania. Odnośnie tej technologii pamiętam dawne dyskusje i jej zażartą obronę ze strony niektórych; na mnie jednak ani wtedy, ani teraz, nie zrobiła specjalnego wrażenia. Sceny budowane przez pozbawione jej słuchawki nigdy nie wydawały mi się gorsze, a te od Sennheisera Orpheusa, Sony MDR-R10 czy Staksa SR-Omegi zdecydowanie efektowniejsze. Także tym razem nie odnotowałem żadnej przewagi recenzowanych na tle licznego towarzystwa  słuchawek normalnych – był to pojedynek równych z równymi, każdy miał swoje plusy dodatnie i ujemne, że przywołam klasyka pokrętności. Sennheiser HD 800 i Fostex TH900 za pomocą pogłosów roztaczały większe obszary; Final D8000 miały tę swoją niezrównaną otwartość; a Final Sonorous X i Beyerdynamic T1 V2 same brzmienia, ale i sceny, dawały najbardziej trójwymiarowe. W tym miejscu mała korekta odnośnie spostrzeżeń dawniejszych: dopiero teraz zauważyłem, że wyróżnikiem flagowych Beyerdynamic jest zjawiskowa sferyczność samych dźwięków, co przedtem myliłem z holografią. Dopiero obecność w porównaniach Sonorous X, które tę sferyczność mają najlepszą, pozwoliła zauważyć, że T1 V2 są pod jej względem na drugim miejscu.

Wracajmy do recenzowanych. Ich scena okazała się na tle porównywanych duża i nieograniczona. Nie budowana przez pogłosy (o wiele u nich słabsze) – duża poprzez brak ograniczeń a nie odległe echa. Mniej się w związku z tym tą wielkością narzucająca, niemniej poczytywana za dużą i otwartą. Ze średnio bliskim pierwszym planem i dużymi źródłami o mniejszej trójwymiarowości niż u Sonorous X i T1; takimi bardziej przeciętnymi, cokolwiek porównawczo względem nich spłaszczonymi. Ale za to tymi źródłami o wyjątkowo starannie opisywanych cechach indywidualnych brzmienia, bez najmniejszej tendencji do ich ujednolicania. Przeciwnie – właśnie wektor odwrotny – mocny nacisk na zróżnicowanie i indywidualizm. Co okazuje się bardzo dobre, ponieważ wzmaga autentyczność, szczególnie że jest wspierane głębią brzmienia i wyjątkową mocą. Bogactwo brzmieniowych treści na dużej, pozbawionej barier i odbić scenie, to signum tych Tribute 7 na pamiątkę Edition7. To właśnie ten opisany wyżej strumień o cechach przykuwających uwagę, dających radość obcowania. Dźwięk z Tribute 7 jest mocny i różnorodny. Chcesz go.

Bo dźwięk wewnątrz gigantyczny.

Czym na tle pozostałych się wyróżniał? Był najniższy, to poza sporem. Inny niski, od NightHawk, był bardziej brzmieniowo jednolity, a na kolejnym szczeblu ten od  D8000 bardziej otwarty, taki już całkowicie bez odbić – pozbawiony słuchawkowej komory. Pozostałe w różnym stopniu wyższe, zdecydowanie bardziej sopranowe. Pomruki najniższego basu, strój strun instrumentów strunowych, dzwonki, kastaniety, stepowanie i ludzkie głosy – to wszystko u  Tribute 7 było niższe, często też (ale nie zawsze) bardziej masywne – całościowo wyraźnie inne. Basowe zejście względem przeciętnych słuchawek high-endowych głębsze o całą oktawę, zupełnie inny wymiar basu. Zarazem Tribute 7 nie dają żadnych powodów do narzekań na przeciwległym biegunie; soprany nie są przycięte w najmniejszym nawet stopniu. Potrafią być wręcz przenikliwe, świergotać i się srebrzyć, ale przy obniżonej, wolnej od nich średnicy i monstrualnym basie. A mimo nie tak dobrego rozpostarcia na trzeci wymiar przestrzeni, jak u Sonorous X i Beyerdynamic T1, źródła dźwięku objętościowe, wyraźne i masywne – generalnie najmasywniejsze. Z Tonalium chwilami wręcz za masywne w przypadku delikatnych kobiecych głosów, ale nie chciałem tego ruszać, bo muzyka orkiestrowa w takim wydaniu była bezdyskusyjnie najlepsza, zdecydowanie najpotężniejsza. Potężna prawie aż po potęgę kolumn z wielkimi głośnikami, stwarzających duże, odczuwalne na całym ciele ciśnienie. Bo to ciśnienie czuć było w komorach Tribute 7 i czuć tak mocno tylko u nich. A że jednocześnie jako jedyne chronią słuch przed uszkodzeniami, można było poszaleć.

Inna ich specyficzna cecha, to ekspozycja szczegółów. W tak doborowym towarzystwie okazała się ze wszystkich najlepsza – i to dość nawet wyraźnie, przy jednoczesnym (to już zupełny ewenement) braku podbicia sopranowego. To zatem, a nie jakaś zjawiskowa scena, brać się musi z ich ekskluzywnego układu S-Logic® Plus. Przy czym, co mnie nieco zmartwiło, okazały się zarazem słabsze w wypowiadaniu do końca fraz względem siebie samych – oryginalnych Edition9. Mam kilka zapamiętanych utworów obrazujących stan rzeczy i dawne potrafiły jeszcze więcej. Być może to tylko kwestia dalszego ogrania, ale raczej wrażliwości membrany; z czasem rzecz się wyjaśni. Bo na pewno nie toru, który mogłem dokładnie powtórzyć.

 

 

 

 

Many już zatem zdiagnozowaną scenę, o stosunkowo mało widocznych odbiciach i średnio dalekim planie pierwszym oraz dość dużych i masywnych źródłach; mamy najniższy z wszystkich dźwięk bez jednoczesnego ograniczenia góry – z jedynym tak potężnym dołem; i mamy też super szczegółowość – także najlepszą ze wszystkich, mimo iż nie podbijaną sopranami. Cóż więcej? Poza tym brzmienie dość ciemne, nastrojowe – i przy kablu Tonalium bardzo już melodyjne, wręcz wytworne. Raczej gładkie, choć nie aż jak u D8000, a wraz z tym super basem oczywiście szczególnie nasycone – masywne aż po potęgę – i na dodatek swobodne, nośne. Szybkie też i długo, najdłużej nawet, wybrzmiewające; pozbawione naprężenia i jedyne aż tak wysokociśnieniowe. Nastrojowo otwarte, chociaż wraz z tymi długimi wybrzmieniami lekko nostalgiczne i zamyślone. Z oryginalnym kablem temperaturowo neutralne, z Tonalium nie tylko ciemniejsze, ale też trochę cieplejsze, „miedziane”, choć nie aż ciepłe. Doskonale zarazem potrafiące oddawać słodycz głosów w koloraturach i unikać podostrzeń. Na tle całej konkurencji odznaczające się wyraźnymi konturami, mocnym kontrastem dół-góra i silną ekspresją – zwłaszcza dzięki potędze niskich tonów, ale także tej szczegółowości i nie powściąganiu sopranów. Wyraźnie bardziej zaangażowane emocjonalnie niż u NightHawk czy Beyerdynamic T1; pozbawione tego czegoś, co można równie dobrze nazywać nutą poetyckiej rezygnacji, jak i pewnym ustępstwem na rzecz spokojnego słuchania. Różnorodność, kontrasty, mocny rysunek i ekstremalny bas niszczą u T7 muzyczny spokój; każą słuchać z uwagą i tym basem wręcz przytłaczają. (Więc trzeba na niego uważać, bo może zeżreć resztę.)

 Wątpliwości się rozstrzygają

Zamknięta konkurencja najwyższego dzisiejszego poziomu.

Wróćmy teraz do początkowej potęgi i nasycenia. Czy znów nimi przytłoczyły? Nie odniosłem takiego wrażenia. Tak, bas mają najpotężniejszy, ale wszystkie pozostałe też umiały przywoływać potęgę i nasycać. Jedyne, czego nie umiały, to dawać aż takiego ciśnienia. Mimo to głębia barw i ciśnieniowa wibracja skrzypcowych strun oraz moc operowych głosów na tle potęgi orkiestry wszystkim się dobrze udały. Nic to, że Beyerdynamic T1, Sennheiser HD 800 i Final Sonorous X grały wyższymi dźwiękami – i tak nasycały i brzmiały potężnie. Niemniej bębny i elektroniczny bas w wydaniu Tribute 7 i AudioQuest NightHawk należał do innego wymiaru. Można to nadganiać rozwinięciem przestrzennym i ładnie to wychodzi, ale sub to sub – ma ten swój niski wdzięk, że tak ujmę. Nie ma zatem potrzeby kupowania akurat tych Tribute 7, ale gdy to zrobimy, pewne rzeczy będziemy mili najlepsze. Nie jednak otwartość brzmienia, którą wentylowane Final D8000 dają spośród słuchawek przylegających do głowy bezkonkurencyjną, a otwarte Sennheiser HD 800 też lepszą; ani trójwymiarowość sceny i samego brzmienia, gdzie Sonorous X pozostają poza konkurencją, a Beyerdynamic T1 też okazują się lepsze. Gdy jednak przychodzi do bębnów (a im większych, tym bardziej), albo do orkiestrowych tutti – wówczas Tribute 7 dają przeżycia niezrównane, jedynie sobie właściwie. Niespotykanych rozmiarów subwooferowy bas doznaje wsparcia od sopranów, co pozwala zarówno rozwijać jego obraz przestrzenny, jak i wyostrzać kontury. A więc nie sama potęga grzmotu, ale też czysty, trójwymiarowy obraz bębnów, kotłów, kontrabasów, wiolonczel.

Podsumowanie

   Powroty bywają udane albo nie. Ten się okazał udany. Wspomnieniowe Ultrasone Tribute 7 nie są już tak wyjątkowe jak kiedyś, ale wciąż wyjątkowe. Szkoda trochę, że ich producent poskąpił środków na lepszy kabel, ale go można zrozumieć – ukłonił się aparaturze przenośnej i łatwości użycia. Grubsze przewody cięższego i sztywniejszego Tonalium są dla audiofili zdeklarowanych, a nie przenośnych i przygodnych, choć mogę sobie wyobrazić kabel słuchawkowy bardziej do tych Tribute 7 pasujący, sprawujący lepszą kontrolę nad basem. Ale i tak Tonalium zdecydowanie przeskoczyło oryginalny, oferując lepszy muzyczny szlif i głębszy muzyczny strumień. Myślę, że wiecie, co mam na myśli, wbrew utyskiwaniom zawsze gotowych podkładać nogę krytyków; tych uskarżających się na zbyt bogate słownictwo i nie nadążających za narracją inżynierów-hejterów.

Tak więc słuchawki u mnie zostają i zadra się zasklepia. Ale też w związku z tym chcecie pewnie zapytać, dlaczego te a nie inne? Bo skoro inne też potężne, a niektóre bardziej otwarte, inne znów bardziej trójwymiarowe? Tak – ale przypominam – potrzebowałem słuchawek zamkniętych, a te są zatrzaśnięte na głucho, od zewnątrz niemal niesłyszalne. Mógłbym wybrać podobne pod tym względem i równe jakościowo Sony MDR-Z1R, ale dźwięk mają trochę suchszy, a bas bardziej zwykłego formatu. Poza tym nie są prozdrowotne. Mógłbym też wybrać Final Sonorous X, ale te są prawie dwa razy droższe i dźwięk mają tak nietypowy (niesłuchawkowy zgoła), że trudno u nich o rolę tła przy pisaniu. Swym osobliwym stylem stale chcą angażować, a Tribute 7 są zwyklejsze – albo, mówiąc dokładniej, niezwykłe w łatwiejszy sposób. (Pewnie znowu „inżynierowie” będą mieli z tym kłopot – weźcie i polutujcie sobie, to powinno was uspokoić. Albo w grę jakąś pograjcie: pif-paf do Marsjanina…) Mógłbym też wybrać Final Sonorous VIII – i przyznam, że egzemplarz na podstawie którego pisałem recenzję, byłby nie lada alternatywą. Ogromnie mi się podobał, niesamowitą dawał frajdę. Nie były tamte VIII tak niezwykłe, jak droższy model X, a jednocześnie super muzykalne, ciepłe, wpadające w ucho i serce. Takie pół drogi pomiędzy sferycznością modelu szczytowego a sytuacją przeciętną – co czyniło muzykę lepszą, a jednocześnie łatwostrawną. Szkoda więc, że je wycofują i szkoda, że kolejny egzemplarz nie był już tak udany. Rzecz jasna w tle majaczą historyczne i legendarne Sony MDR-R10, które wolałbym z pewnością i na które z pewnością mnie nie stać.

 

W punktach

Zalety

  • Niespotykana potęga brzmienia. (Nie tak już zjawiskowa jak kiedyś, lecz wciąż liderująca.)
  • Na bazie ekstremalnego basu.
  • Najwyższej miary szczegółowość, choć oryginał był jeszcze lepszy.
  • Inna rzecz niespotykana – ta szczegółowość nie nakręcana sopranami.
  • Te są wprawdzie ani trochę nie powściągnięte, ale też ani trochę nie podkręcone.
  • Śladowo wprawdzie obecne na środku pasma z kablem oryginalnym, ale przy kablu lepszym pod całkowitą kontrolą. (I szczegółowość na tym nic nie traci.)
  • Przy lepszym kablu pełna muzykalność, a już z oryginalnym rewelacyjne przywoływanie obecności.
  • Duża, ale nie budowana pogłosami scena.
  • Bardzo dobrze rozplanowana, jednak (szkoda) bez narzucającej się holografii.
  • Duże też źródła dźwięku na średnio dalekim pierwszym planie.
  • Nie tylko duże, ale też i sferyczne, chociaż nie tak, jak u najlepszych.
  • Za to wyjątkowo namacalne, masywne.
  • Cieniste, klimatyczne brzmienie z dodatkiem migotliwych i dźwięcznych sopranów.
  • Znakomite oddanie cech indywidualnych głosów.
  • I słodyczy w koloraturach.
  • Ogólna głębia brzmienia – nie znająca lepszego przykładu.
  • Całościowy realizm.
  • Rock i muzyka orkiestrowa – to najlepsze słuchawki dla nich.
  • Wysoka jak na konstrukcję zamkniętą otwartość dźwięku, ale nie jak u najlepszych otwartych.
  • W zamian ciśnienie dźwięku poza konkurencją; jak bas – jedyne takie.
  • Bardzo łatwe do napędzenia.
  • Bezproblemowe dla sprzętu przenośnego.
  • Nie rewelacyjnie, ale wygodne.
  • Świetny pałąk: dający dobrą regulację, muszle ruchome we wszystkich kierunkach, pozwalający odkładać na płask i nawet składać.
  • Dwa kable w komplecie, oba tej samej, niezłej jakości.
  • Najwyższej klasy surowce.
  • Innowacyjne techniki S-Logic® Plus i ULE.
  • Ta druga prozdrowotna, radykalnie ograniczająca przenikanie pola magnetycznego do głowy.
  • Opakowanie w postaci drewnianej kasety i dodatkowo etui przenośne.
  • Żywa legenda.
  • Uznany producent.
  • Made in Germany.
  • Polski dystrybutor.
  • Pięć lat gwarancji.

Wady i zastrzeżenia

  • Nie za szczególny ten „Mistic Blue” – dawne szafir E7 i czerń E9 były efektowniejsze.
  • Wyższej jakości kabel zasadniczy naprawdę by się przydał.
  • Trudności z kontrolą basu.

 

Dane techniczne

  • Słuchawki wokółuszne, dynamiczne, zamknięte.
  • Technologia S-Logic® Plus
  • Technologia ULE
  • Przetwornik: 40 mm z membraną z mylaru pokrytego tytanem
  • Impedancja: 30 Ω
  • Magnesy: NdFeB
  • Pasmo przenoszenia: 8 Hz – 35 kHz.
  • Skuteczność: 96 dB.
  • Waga: 396 g (bez kabla).
  • Muszle: wyfrezowane z jednolitych bloków lotniczego aluminium.
  • Wykończenie: lustrzane „Mystic Blue”.
  • Pałąk: metalowy, pokryty alcantarą®
  • Poduszeczki padów pokryte skórą etiopskiej owcy długowłosej.
  • Dwa odłączane kable z konektorami B-lock:
  • Długość: 1,2 m z pozłacanym małym jackiem (3,5mm)
  • Długość: 3,0 m, z pozłacanym małym jackiem (3,5mm)
  • Nakręcana przejściówka na duży jack (6,3mm)
  • Opakowania: ozdobne pudełko z drzewa wiśniowego i etui podróżne z tworzywa.
  • Akcesoria: ściereczka z mikrofibry.
  • W komplecie karta gwarancyjna (5 lat) i indywidualny dla każdego egzemplarza wykres odpowiedzi częstotliwościowej z porównaniem do oryginalnych Edition 7.
  • Cena: 10 990 PLN (2499 €)

System

  • Źródła: PC z Ayon Sigma i RME ADI-2 DAC, Ayon CD-T II z Ayon Stratos.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ALO Audio Studio Six, ASL Twin-Head, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk, Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium), Final D8000, Final Sonorous X, Fostex TH900 Mk2, Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium), Ultrasone Tribute 7 (kabel oryginalny i Tonalium).
  • Kabel USB: Fidata Audio, iFi Gemini z iUSB 3.0.
  • Oczyszczacz prądu stałego: DC iPurifier.
  • Interkonekty analogowe: Siltech Royal Emperor Crown, Sulek Audio, Sulek 6 x 9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Synergistic Research Current Level 3, Entreq Challanger, Harmonix X-DC350M2R, Sulek Power 9×9.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech Discs of Silence.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: Ultrasone Tribute 7

  1. Marek S. pisze:

    Witam Panie Piotrze,

    1. Rozumiem, że recenzowane słuchawki lepiej łączyć ze sprzętem, który będzie uwypuklał średnicę, aniżeli pozostałe dwa pasma. Prędzej lampa, jak potęgujący te pasma tranzsytor?

    2. Jak wypadają w stosunku do Ed5?

    Z Ultrasonów miałem pro900, SigPro, Ed7, Ed12, mam Ed5. Najmilej wspominam SigPro, najgorzej Ed7, oczywiście uwielbiam Ed5, ale uważam że sprzęt do nich musi być taki wyrafinowany, bez pogłębiania basu i góry tylko skupiony mocniej na średnicy, wtedy jest magia. Z kolei SigPro grały najrówniej i chyba najfajniej ze wszystkich. Problemem był ścisk głowy, które powodowały.

    1. Marek S. pisze:

      Wdał się błąd. Najgorzej wspominam Ed8.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tak, E8 nie były zbyt udane, zwłaszcza na tle pozostałych. Edition 5 dają od Edition i Tribute 7 zdecydowanie większą, holograficzną scenę, a dźwięk mają wyższy, delikatniejszy. Z basem, ale na środku kruchszy, mniej dociążony. Ale zarazem melodyjny, żadnego odchudzania, ostrzenia. Odnośnie Tribute 7 z tranzystorem, to słuchałem ich tylko z Phasemation i grało naprawdę ekstra. Bez odchudzonej średnicy i bez nadmiernej ekspozycji skrajów. Ale oczywiście nie każdy tranzystor to Phasemation, Trilogy 933 czy Sugden. Ani tym bardziej Headtrip. Odnośnie zaś Signature Pro, to Tribute 7 są ich bardziej wyrafinowanym wcieleniem, któremu koniecznie należy poszukać lepszego kabla.

        1. Marek S. pisze:

          Dziękuję za odpowiedź.

          Troszkę strach łączyć Ed7 z Violectric v281, który mają mocny, wręcz spektakularny bas.

          Pamiętam jak sprzedawałem Audio Technica w5000, przyjechał po nie kupiec i przy okazji posłuchał SigPro. Stwierdził że grają lepiej, sam mu to przyznałem. Ostatecznie wyjechał z w5000, ale chyba nie do końca przekonany.

          Z przedziału cenowego SigPro występuje jeszcze jeden prawie identyczny model tj. Signature DJ. Czy miał Pan do czynienia z tymi słuchawkami, na tle SigPro?

          1. Piotr Ryka pisze:

            Signature DJ nie słyszałem. W5000 są znakomite, ale jak napisałem – szalenie trudne. Cały tor trzeba im podporządkować i musi być ten tor więcej niż dobry. Wówczas grają wręcz zjawiskowo. Scena, barwa, nasycenie, bas nawet. Ale w bezpośrednim porównaniu z R10 i tak poległy.

  2. Alucard pisze:

    Świetne słuchawki, świetna recka. A więc słuch mnie nie pomylił, Ty rownież uważasz że są genialne. Pozostaje życzyć wielu szczęśliwych chwil z T7. Dla mnie te słuchawki zajmują zaszczytne trzecie miejsce spośród wszystkich których słuchałem. Potęga w czystej postaci. I widzę że ich ogólny przekaz odbieramy tak samo, jak para kolumn. Tak sie czułem słuchając ich, trochę jak nie słuchawki. Myślę że jeśli chodzi o bas to można to załatwić ze strony źródła czymś ze stajni Chorda spokojnie, z Hugo2 grały okej. Od strony wzmacniacza budżetowo napędzi spokojnie Headonic kolegi Michała. Gra bez faworyzowania niczego, gładko i analogowo, na pewno sobie poradzi. Dobrego słuchania Piotr 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy