Recenzja: music hall classic

Odsłuch cd.

Ten widok znamionuje, że samowystarczalność pełna.

   To oblicze pozostaje wyłączną zasługą czytelników, sam bym tego nie odkrył. Zostałem poproszony o sprawdzenie działania pod gramofonami niedawno zrecenzowanych podkładek Avatar Audio Receptor – to proszę bardzo, już się sprawdza… I znakomicie to wypadło, zwłaszcza w kontekście ceny gramofonu i podstawek. Wydatnie doszło sopranów, wraz z nimi wyraźności i wszelkich innych informacji. Góra się rozciągnęła korzystnie wpływając na resztę, a jednocześnie nie zaistniało żadne zaburzenie analogowego charakteru jakąkolwiek ostrością. Wyostrzył się tylko obraz, poprawiło ogniskowanie. Przybyło też autentyzmu – poczucie realizmu wzrosło. To już nie był bardzo przyjemny, wręcz znakomity, ale tylko muzyczny erzac (w sensie dystansu do realności); dla wprawnego ucha od razu narzucający się redukcją: że owszem, bardzo płynnie, bardzo muzycznie, porywająco momentami nawet, ale bez dojmującego wrażenia, że słuchana muzyka wysoce jest autentyczna. Natomiast po postawieniu na podstawkach audiofil wyszkolony natychmiast mógł się sprężyć i zacząć wnikliwie badać sprawę, jako że nie badała się już sama na pierwsze strzygnięcie uchem. Ulokowany na Receptorach music hall classic grał jak gramofon rasowy, taki któryś z tych lepszych kosztujących circa dziesięć tysięcy, do czego żadna wkładka Sheltera ani zewnętrzny przedwzmacniacz nie były mu potrzebne.

Wysłuchałem kilku płyt z narastającą satysfakcją dla poziomu jakościowego sprawdzającego się w każdym gatunku i najtrudniejszych nawet zawirowaniach brzmieniowych, stwarzanych przez specjalnie dobierane utwory. (Taki Czajkowski, dajmy na to – ileż w nim sopranowej zajadłości.) Następnie postanowiłem sięgnąć konfrontacyjnie po podstawki ze szczytowej półki. Też dopiero co testowane i dlatego na miejscu obecne, szkoda było przegapić okazję. A kiedy ich użyłem, to mnie zamurowało…  Nie wierząc własnym uszom słuchałem i słuchałem… To się dzieje naprawdę?… Długo, naprawdę długo, ale i tak nie uwierzyłem. Albowiem nie do uwierzenia, nawet będąc naocznym świadkiem, był stan rzeczy, w którym budżetowy gramofon wspierany jedynie własnej firmy korkową matą, niedrogim i niespecjalnie ważnym dociskiem i rzeczywiście topowymi, ale w końcu niecałe pięć tysięcy kosztującymi podstawkami – grał lepiej od bardzo drogich odtwarzaczy CD, na poziomie odpowiadającym gramofonom za trzydzieści i więcej tysięcy. Z wkładką za pięćset złotych i wbudowanym taniutkim pre… A zauważmy, że cena całego toru i szczytowa jakość okablowania nie miały żadnego znaczenia, bo przecież tamte gramofony i tamte odtwarzacze w identycznych warunkach. Przytoczę trzy przykłady, które nie będą nowe, ale to właśnie dobrze, to nam przedkłada porównanie.

 

 

 

 

Wytłoczony w latach 70-tych (dokładnie październiku 1970) album Led Zeppelin III zawiera utwór „Immigrant Song”, badawczo szczególnie ważny. W nim bowiem szczególnie silny wyraz znajduje większa energia dźwięku niesiona przez gramofon. Nadaje się więc zarówno do skalowania różnic między samymi gramofonami, jak i pomiędzy nimi a odtwarzaczami CD i plikowymi. W tym teście music hall classic stojący na Synergistic Research MiG SX wypadł rewelacyjnie: tak samo jak wysokiej klasy gramofony uzbrojone we wkładki kosztujące wielokrotnie więcej od niego, częstował potężnym ciśnieniem, powalającym wręcz naporem. Nie gubiąc przy tym wyraźności, całościowego muzycznego czaru ani spoistości brzmieniowej uzupełnianej szczegółowością. Cały ten wachlarz węzłowych zalet był mu dany, grał bez przesady olśniewająco. Gdyby kazano mi zgadywać w ślepym teście, ile kosztuje grający gramofon (bo że gramofon, to bym zgadł), zostałbym skompromitowany. I nie byłbym w tym odosobniony.

Firmową matę, która faktycznie poprawia, kupujemy oddzielnie za 490 złotych.

Podobnie leciwy (1976) jest album Bruce Springsteena Darkness on the Edge of Town i na nim sławny utwór „Badlands”. Sławny, lecz niewyraźny. Jakość gramofonu czy odtwarzacza wraz z całym używanym torem można oszacowywać pod kątem wyraźności z jaką „Badlands” zostaje odtworzony. I znowu classic się popisał – po podłożeniu drogich podstawek nie miał z tą wyraźnością problemu. Co więcej, znakomicie ukazał wokalistę jako postać pierwszoplanową na tle dużego zespołu, starannie relacjonując dystanse między aktorami sceny przy zachowaniu pełnej spójności ich wzajemnych relacji. Do tego rytm, poryw i wzmiankowana energia – coś kapitalnego!

To dwa albumy oryginalne z dawnych lat, tłoczone na cienkim winylu. Na trzecią próbę odwołanie do wydania z czasów nawrotu do winyli – śpiewający w 1958 roku bluesy z St. Louis Nat King Cole na reedycji Capitol Records 2010 (180g/45obr). Zarówno samo dawne nagranie, jak i jego współczesne tłoczenie, bez porównania lepsze (przesadzam, ale tak się mawia, niemniej lepsze wyraźnie); obecność Nata całkowita, trąbki jak żywe. A jeszcze raz przypomnę – własna z kompletu gramofonu wkładka wartości 500 złotych i własny jego wbudowany przedwzmacniacz; jedynie lepsze kable. Te już nie były tanie, bowiem użyłem Tary Labs Air1, ale niemalże zabytkowej, że z drugiej-trzeciej ręki niedrogo będziesz miał. Z nią grało dla słuchawek – i olśniewająco grało, potem, dla kolumn, użyłem już nie na żarty drogiego Sulka 6×9, ale te inne gramofony, do których pamięciowo przymierzam, też go miały.

Potem już tylko wdychamy analog.

Czy powinienem o tym pisać? A może byłoby słuszniej napisać tylko o tym, że gramofon dwie półki wyższy od najtańszych (najtańsze są za parę stów), daleki jeszcze od tych średnich (za siedem-piętnaście tysięcy), jakże daleki od najdroższych, grał postawiony na własnych łapach w swojej lidze, aczkolwiek w samym szczycie tabeli. Bo po co mieszać ludziom w głowach dodatkiem podstawek za pięć tysięcy i z nimi brzmieniem jak za „trzydzieści+”, którego byłem świadkiem? Nie sam zresztą – byli inni – tak samo się dziwili. Niektórym nawet nie mówiłem, ile za ten gramofon – a myśląc, że jest dużo droższy nad brzmieniem się rozpływali, aż cmokali z zachwytu. Ba, sam Nautilus nawet nie wie, jaki w tym music hallu ma gramofon, chociaż podobno z wkładką Sheltera cud-miód ultramaryna. Nie wykluczam. 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: music hall classic

  1. Marcin pisze:

    Jakże miło jest przeczytać recenzję dobrego sprzętu w ludzkich pieniądzach. Bo to że coś potrafi pięknie zagrać, to cóż z tego, jeśli kosztuje tyle co nowy samochód osobowy? Wtedy to nawet i szkoda czasu na czytanie, bo po co czytać test Ferrari, jeśli stać tylko na Skodę?

    Dziękuję za recenzję i oby więcej takich diamentów z wzorowym stosunkiem ceny do jakości nam się trafiało!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, oby. Ale diamenty – trudna sprawa. Na ulicy nie leżą.

  2. Sławek pisze:

    Panie Piotrze,
    bardzo dziękuję za tą recenzję. Avatary na pewno, a te lepsze…? no cóż, może potem jak portfel pozwoli, ale może najpierw tego music halla?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nowe Avatary są poprawione odnośnie siły realizmu, ale odsłuchowo można woleć poprzednie; nieznacznie, ale do napędzenia łatwiejsze, bo torom trochę więcej wybaczające.

  3. jafi pisze:

    Chyba lato sprzyja gramofonowi:) Od wczoraj słucham 30 letniego Thorensa TD160, a w drodze do mnie wspomniany w artykule Linn Sondek LP12 z 1973 roku. Oba wyglądają klasycznie, z pewnością nienowocześnie.
    Thorensowi poświęciłem jeden dzień, by już wieczorem cieszyć się muzyką. Powinienem napisać z dużej litery. A dlaczego? Bo nie mam wątpliwości, że te gramofony przybliżają mnie do muzyki, jaką dane było mi słyszeć w realu: spójnie, żywo, barwnie.
    Przy pierwszym słuchaniu zapytałem siebie: tylko tyle?
    Kolejne działania z gramofonem trochę przypominały te, którym uwagę poświęcił Piotr przy tej okazji.
    Były więc nowe podkładki pod gramofon, inna mata, w moim przypadku zmiana igły (wkładka Shure M 44G), ale też demontaż pokrywy, ustawianie wysokości ramienia.
    Dzisiaj chcę swoją uwagę skoncentrować na pasku, w niedalekiej przyszłości na zasilaczu.
    Gra pięknie, kosztował porównywalnie do music halla, a kto wie czym może jeszcze zaskoczyć.

  4. miroslaw frackowiak pisze:

    Akurat posiadam gramoon ADFontes polskiego producenta juz pare lat z 12cal ramieniem w komplecie w podobnej cenie co tu Piotr przedstawia,trzeba powiedziec ze fantastycznie gra i wyglada,jest to obecnie najlepiej grajacy i wygladajacy gramofon na swiecie w tej cenie dla mnie oczywiscie,jakby kosztowal trzy razy tyle to dalej mialby powodzenie u kupujacych.Jedna rzecz jaka wykonalem dodatkowo dla usprawnienia tego gramofonu, bylo zainstalowanie automatycznego stabilizatora obrotow,ale to moj pomysl i tak gra dobrze tez bez niego.Piotrze przetestuj prosze ten gramoon co polskie tez jest swietne…polecam z calego serca..
    adfontes.pl

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zadzwonię, zapytam. Ale ADFontes robi gramofony tylko na zamówienie, więc pewnie pokazowego na wynos nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy