Recenzja: music hall classic

Wygląd, budowa, użyteczność

Jak klasyk, no to klasyk.

   Gramofon rzeczywiście wygląda jak te dawne, pośród których Linn Sondek LP12 był kiedyś szczytem marzeń. Nierzadkie są opinie, że to od tego urządzenia audiofilizm rozpętał się na dobre i z nami do dziś został. Classic od music halla jest trochę mniej potężny, ale bardzo niewiele. Waży 6,9 kg, a nie równiutkie dziesięć i ma wymiary 435 x 367 x 157 mm, podczas gdy dawny (wciąż produkowany) wzorzec to 445 x 356 x 140 mm. Trudno w tej sytuacji nie dopatrzyć się podobieństw, tym bardziej, że pokroje są prawie identyczne. Linn w sensie makro technicznym to przede wszystkim cięższy talerz i więcej wyrafinowania pod nim oraz obsługa wyrzucona na zewnątrz, jak również brak automatyki. Poza tym inna cena. Za wersję budżetową LP12 Specialist przyjdzie zapłacić 9600 PLN, ale nie dostaniemy w ramach tej kwoty ani ramienia (oczywiście tym bardziej wkładki), ani też zasilacza, ani nawet podstawy. Natomiast w pełni wyposażony Linn LP12 w szczytowej technicznie wersji Klimax kosztuje (już z wkładką Kandid i wbudowanym przedwzmacniaczem Urika) bite sto tysięcy złotówek. To jest przeszło trzydzieści (sic!) razy więcej od gotowego do użycia Classica, który wg dzisiejszej wyceny ma nas obciążyć z własną wkładką Spirit, własnym przedwzmacniaczem i zasilaczem kwotą 3190 PLN.

Klasyczny, wzorowany na Linnie gramofon to też wspomnienia moje własne. W PRL powstawało kilka takich, między innymi Daniel. Też miał pokrywę przeciwpyłową (dzisiejszy Classic ma, pierwowzór Linna nie miał), miał Daniel lampę stroboskopową, suwakowy regulator obrotów i wcale ciężki talerz. Po założeniu lepszej wkładki grał w sposób robiący wrażenie, chociaż z trzymaniem równych obrotów miał niejakie trudności. Ale największą bolączką były sensory dotykowe – te psuły się nagminnie. Na koniec przestali je produkować; po którejś tam awarii serwis rozłożył ręce i Daniel poszedł w odstawkę. Podobno można teraz go naprawić, ale jakoś z tym zwlekam; nie miałbym gdzie go postawić, na razie stoi w piwnicy. Music hall classic (także obsługiwany przez dwa sensory dotykowe) stanął natomiast na środku stołu, ramię w ramię z trzy razy droższym Avidem; obrzućmy go teraz badawczo wzrokiem. Jak na mój gust prezentuje się pierwszorzędnie, chociaż żona kręciła nosem. (A nos ma wąski, prosty, misterny – czysta arystokracja.)

Klasycznie i z pokrywą.

– Taki nienowoczesny – rzekła. – No ale właśnie o to chodzi – mówię. On ma nawiązywać do dawnych, pozwolić znowu taki mieć. I opowiadam jej o Linnie.

Odrzucając własne sympatie i cudze uprzedzenia mogę powiedzieć o music hall classic, że prezentuje sobą potężną bryłę. Wsparty na czterech tęgich łapach poziomująco-antywibracyjnych i powiększany akrylową pokrywą, wygląda jakby ważył ze trzydzieści kilo, a nie te swoje niecałe siedem. Plintę, która na oko jest masywna, bo nie tylko z dużym obrysem, ale na sporo centymetrów gruba, całą okryto eleganckim fornirem faktury ciemny orzech, po lewej ozdabianą przez dwa srebrne, podświetlające się przyciski wyboru prędkości  włączania. Centrum okupuje odlewany aluminiowy talerz ø305 mm, cieszący oko srebrem obwiedni i gęstą czernią filcowej maty. Z talerzem koresponduje dziewięciocalowe ramię uni-pivot, o srebrnej dłużni, czarnym head-shellu i dość rozbudowanej obsłudze. W jej ramach wspomniane automatyczne podrywanie igły i wyłączanie obrotów po dojściu do końca płyty (które można wyłączyć – jest dźwignia ręcznej obsługi), a także regulacja antiskating, docisku i kąta ustawienia wkładki (fabrycznie ustawionej), przy gwarantowanym poziomie kołysania talerza nie większym niż 0,12% i automatycznej kontroli obrotów z dokładnością do 0,15%. Napęd poprzez pojedynczy pasek gumowy, którego założenie ułatwi sprytne okienko na powierzchni talerza, tym samym jednak talerz jest gorzej wyważony.

Skoro już o talerzu, to posiada okienko, natomiast nie ma fabrycznego docisku, wobec czego zostałem doposażony w niewielki od Acoustic Revive z centralną, omnikierunkową poziomicą. Dostałem także lepszą matę korkową Aztec produkcji samego music halla, oferowaną oddzielnie za 490 PLN. (Faktycznie lepiej działa, a nawet sporo lepiej) I żeby wypróbować gramofon też z lepszym przedwzmacniaczem, dostałem Phasemation EA-200, który okazał się niepotrzebny. Również niedrogi (690 PLN) przewód gramofonowy Oyaide, ażeby po przeprowadzonych testach mieć pełne rozeznanie, jakie nam brzmienie w cenie dają, a jak to gra podrasowane zewnętrznymi ulepszeniami.

Ramieniem półautomat.

Odnośnie rzeczy wbudowanych i dawanych w komplecie. Dostajemy taniutki przewód gramofonowy RCA z uziemieniem oraz nagniazdkowy chiński zasilacz 12V/5A, który mogłem podeprzeć czyścicielem prądu iFi iPower. Przedwzmacniacz wbudowano w plintę i nic bliższego o nim nie piszą, tak więc i ja nic nie powiem poza faktem, że działa. Sygnał wyrzuca oczywiście z tyłu przez gniazda RCA, przy których zacisk uziemienia. Na lewo od gniazd regulator aktywujący/dezaktywujący przedwzmacniacz; po prawej regulator on/off Auto Stop. Obok on/off dla Power i wtyk dla kabla zasilacza. Wypakowanie, ustawienie, założenie paska i odpalenie w chcianych ustawieniach zabiera krótką chwilę. Gramofon spełnia więc trzy wymogi: oferuje klasyczny wygląd, maksymalną prostotę obsługi oraz oszczędność pieniędzy. Zarazem jednak kusi – tą lepszą matą i dociskiem, a przede wszystkim lepszą wkładką, za 890 zł od Sheltera. (Własna ma wartość 500 zł.) Też w dalszej perspektywie lepszym przedwzmacniaczem i lepszym gramofonowym kablem, a może także zasilaczem nie tylko wspieranym przez iFi, ale w ogóle od iFi. (To raptem dwieście złotych.) Więc zaraz w głowie staje, że te gramofony, to są… Ale można też wcisnąć hamulec i powiedzieć: – Tak jak go dają, tak ma grać!

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: music hall classic

  1. Marcin pisze:

    Jakże miło jest przeczytać recenzję dobrego sprzętu w ludzkich pieniądzach. Bo to że coś potrafi pięknie zagrać, to cóż z tego, jeśli kosztuje tyle co nowy samochód osobowy? Wtedy to nawet i szkoda czasu na czytanie, bo po co czytać test Ferrari, jeśli stać tylko na Skodę?

    Dziękuję za recenzję i oby więcej takich diamentów z wzorowym stosunkiem ceny do jakości nam się trafiało!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, oby. Ale diamenty – trudna sprawa. Na ulicy nie leżą.

  2. Sławek pisze:

    Panie Piotrze,
    bardzo dziękuję za tą recenzję. Avatary na pewno, a te lepsze…? no cóż, może potem jak portfel pozwoli, ale może najpierw tego music halla?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nowe Avatary są poprawione odnośnie siły realizmu, ale odsłuchowo można woleć poprzednie; nieznacznie, ale do napędzenia łatwiejsze, bo torom trochę więcej wybaczające.

  3. jafi pisze:

    Chyba lato sprzyja gramofonowi:) Od wczoraj słucham 30 letniego Thorensa TD160, a w drodze do mnie wspomniany w artykule Linn Sondek LP12 z 1973 roku. Oba wyglądają klasycznie, z pewnością nienowocześnie.
    Thorensowi poświęciłem jeden dzień, by już wieczorem cieszyć się muzyką. Powinienem napisać z dużej litery. A dlaczego? Bo nie mam wątpliwości, że te gramofony przybliżają mnie do muzyki, jaką dane było mi słyszeć w realu: spójnie, żywo, barwnie.
    Przy pierwszym słuchaniu zapytałem siebie: tylko tyle?
    Kolejne działania z gramofonem trochę przypominały te, którym uwagę poświęcił Piotr przy tej okazji.
    Były więc nowe podkładki pod gramofon, inna mata, w moim przypadku zmiana igły (wkładka Shure M 44G), ale też demontaż pokrywy, ustawianie wysokości ramienia.
    Dzisiaj chcę swoją uwagę skoncentrować na pasku, w niedalekiej przyszłości na zasilaczu.
    Gra pięknie, kosztował porównywalnie do music halla, a kto wie czym może jeszcze zaskoczyć.

  4. miroslaw frackowiak pisze:

    Akurat posiadam gramoon ADFontes polskiego producenta juz pare lat z 12cal ramieniem w komplecie w podobnej cenie co tu Piotr przedstawia,trzeba powiedziec ze fantastycznie gra i wyglada,jest to obecnie najlepiej grajacy i wygladajacy gramofon na swiecie w tej cenie dla mnie oczywiscie,jakby kosztowal trzy razy tyle to dalej mialby powodzenie u kupujacych.Jedna rzecz jaka wykonalem dodatkowo dla usprawnienia tego gramofonu, bylo zainstalowanie automatycznego stabilizatora obrotow,ale to moj pomysl i tak gra dobrze tez bez niego.Piotrze przetestuj prosze ten gramoon co polskie tez jest swietne…polecam z calego serca..
    adfontes.pl

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zadzwonię, zapytam. Ale ADFontes robi gramofony tylko na zamówienie, więc pewnie pokazowego na wynos nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy