Recenzja: music hall classic

   Nie powiem, żeby narastający zwyczaj pisania nazw własnych z małej litery specjalnie mi się podobał, lecz przyjmuję do wiadomości, iż w dobie powszechnego użycia klawiatur jest to oszczędność czasu. Poza tym adresy mailowe piszemy zawsze z małej – i to się rozpowszechnia, zjada duże litery. Firma Roya Halla okazała się pod tym względem profetyczna, gdyż założona została w 1985, kiedy o Internecie, mailach, twittach i klawiaturach na każdym kroku nikomu się jeszcze nie śniło. Mimo to założyciel wymyślił nazwę z małej – może aby przyciągać uwagę tym, było nie było, błędem formalnym, a może z innych przyczyn; nie nasza sprawa – w sumie to wszystko jedno, bo nie o litery chodzi. Chodzi o zasłużoną markę, której główną zasługą jest hi-fi dla zwykłych ludzi, jako że music hall nie celuje w nabywcę milionera i jego budżetowe nadwyżki. Wzmacniacze ważące jak pięć lodówek i gramofony jeszcze więcej zostawia innym producentom (TechDAS Air Force Zero waży 350 kg) – produkuje rzeczy normalne. I o takiej normalnej rzeczy tym razem będzie mowa. Ale troszkę też nienormalnej, gdyż to nie jest gramofon taki po prostu jeden z wielu, albo po prostu jeden z nowych, ale nawiązujący. Nawiązujący do linii wzorniczych sprzed półwiecza – jak to nazywa twórca: INSPIRED BY TURNTABLES OF THE PAST, tyle że  BUILT WITH THE BEST OF TODAY’S TECHNOLOGY.

Tośmy sobie brak dużych liter prędko powetowali, bo nazwę swą music hall pisze wprawdzie małymi, za to o walorach swoich produktów wyraża się w samych dużych.

Co w tym wypadku oznacza inspiracja gramofonami z przeszłości w wydaniu technologii najnowszej, o tym już za momencik, wpierw jeszcze coś o producencie. Na przykład to, że nas wprowadza w błąd na swojej stronie domowej, bo stoi tam jak wół, że ten classic turntable dostępny jest jedynie w USA, a sam go wczoraj przywiozłem z krakowskiego Nautilusa, który go udostępni każdemu za trzy dychy. Zapłacisz i jest twój; wychodzisz cały zadowolony z gramofonem pod pachą i żadne tam za ocean. Czepiam się? Rzeczywiście, trochę czepiam, ale tym razem to akurat ważne, bo takie słuchawki albo kable, to z USA w miarę łatwo, ale gramofon inna intryga i dobrze, że tu w dystrybucji jest.

Tak jeszcze przy okazji, to music hall chwali się w innym miejscu, że gramofony bynajmniej nie za Atlantykiem, ale w produkującej je od półwiecza czeskiej fabryce robi, tak więc o wiele bliżej im do nas niż do tej Ameryki i nie wiem po co te pogróżki odnośnie dostępności. Natomiast bez czepiania trzeba poinformować, że gramofony u tej firmy względem rangi znaczenia lokują się na pierwszym miejscu: „Nie istnieje kompletny system audio baz gramofonu” – oznajmia music hall, a nasze są super-ekstra. Nie tylko z pietyzmem i miłością wykonane, ale także ze znawstwem. Wszystkie z kompletnym wyposażeniem – w ramiona, wkładki i osłony oraz regulatory obrotów. Z wbudowanymi też przedwzmacniaczami (które można omijać), dokładnie wymierzone (aby ramię z talerzem idealnie współgrało), wyważone na wierzchu oraz odcięte od wibracji spodem, że jeden po drugim lądują na liście zalecanych komponentów audio magazynu „Stereophile”. Pozostałe produkty music halla powstają w  Shenzhen w Chinach, lecz gramofony w bardziej nobilitowanym otoczeniu, poród zapachu czeskiego piwa i pięknych czeskich dziewczyn. I to jeszcze można dodać, że gdyby trunku ktoś nadużył i zdrzemnął się troszeczkę, ramię automatycznie się podrywa po objechaniu całej płyty, wraz z czym wkładce nie krzywda. Te wkładki music hall ma tak nawiasem swoje, prócz nich używa pochodzących od Ortofona i Goldringa, a polski dystrybutor nie krył entuzjazmu dla łączenia ich gramofonów z niedrogą (ca 890 zł) wkładką Sheltera, Model 201.

To tyle wstępnych bajań, weźmy się ostrzej do rzeczy.

Wygląd, budowa, użyteczność

Jak klasyk, no to klasyk.

   Gramofon rzeczywiście wygląda jak te dawne, pośród których Linn Sondek LP12 był kiedyś szczytem marzeń. Nierzadkie są opinie, że to od tego urządzenia audiofilizm rozpętał się na dobre i z nami do dziś został. Classic od music halla jest trochę mniej potężny, ale bardzo niewiele. Waży 6,9 kg, a nie równiutkie dziesięć i ma wymiary 435 x 367 x 157 mm, podczas gdy dawny (wciąż produkowany) wzorzec to 445 x 356 x 140 mm. Trudno w tej sytuacji nie dopatrzyć się podobieństw, tym bardziej, że pokroje są prawie identyczne. Linn w sensie makro technicznym to przede wszystkim cięższy talerz i więcej wyrafinowania pod nim oraz obsługa wyrzucona na zewnątrz, jak również brak automatyki. Poza tym inna cena. Za wersję budżetową LP12 Specialist przyjdzie zapłacić 9600 PLN, ale nie dostaniemy w ramach tej kwoty ani ramienia (oczywiście tym bardziej wkładki), ani też zasilacza, ani nawet podstawy. Natomiast w pełni wyposażony Linn LP12 w szczytowej technicznie wersji Klimax kosztuje (już z wkładką Kandid i wbudowanym przedwzmacniaczem Urika) bite sto tysięcy złotówek. To jest przeszło trzydzieści (sic!) razy więcej od gotowego do użycia Classica, który wg dzisiejszej wyceny ma nas obciążyć z własną wkładką Spirit, własnym przedwzmacniaczem i zasilaczem kwotą 3190 PLN.

Klasyczny, wzorowany na Linnie gramofon to też wspomnienia moje własne. W PRL powstawało kilka takich, między innymi Daniel. Też miał pokrywę przeciwpyłową (dzisiejszy Classic ma, pierwowzór Linna nie miał), miał Daniel lampę stroboskopową, suwakowy regulator obrotów i wcale ciężki talerz. Po założeniu lepszej wkładki grał w sposób robiący wrażenie, chociaż z trzymaniem równych obrotów miał niejakie trudności. Ale największą bolączką były sensory dotykowe – te psuły się nagminnie. Na koniec przestali je produkować; po którejś tam awarii serwis rozłożył ręce i Daniel poszedł w odstawkę. Podobno można teraz go naprawić, ale jakoś z tym zwlekam; nie miałbym gdzie go postawić, na razie stoi w piwnicy. Music hall classic (także obsługiwany przez dwa sensory dotykowe) stanął natomiast na środku stołu, ramię w ramię z trzy razy droższym Avidem; obrzućmy go teraz badawczo wzrokiem. Jak na mój gust prezentuje się pierwszorzędnie, chociaż żona kręciła nosem. (A nos ma wąski, prosty, misterny – czysta arystokracja.)

Klasycznie i z pokrywą.

– Taki nienowoczesny – rzekła. – No ale właśnie o to chodzi – mówię. On ma nawiązywać do dawnych, pozwolić znowu taki mieć. I opowiadam jej o Linnie.

Odrzucając własne sympatie i cudze uprzedzenia mogę powiedzieć o music hall classic, że prezentuje sobą potężną bryłę. Wsparty na czterech tęgich łapach poziomująco-antywibracyjnych i powiększany akrylową pokrywą, wygląda jakby ważył ze trzydzieści kilo, a nie te swoje niecałe siedem. Plintę, która na oko jest masywna, bo nie tylko z dużym obrysem, ale na sporo centymetrów gruba, całą okryto eleganckim fornirem faktury ciemny orzech, po lewej ozdabianą przez dwa srebrne, podświetlające się przyciski wyboru prędkości  włączania. Centrum okupuje odlewany aluminiowy talerz ø305 mm, cieszący oko srebrem obwiedni i gęstą czernią filcowej maty. Z talerzem koresponduje dziewięciocalowe ramię uni-pivot, o srebrnej dłużni, czarnym head-shellu i dość rozbudowanej obsłudze. W jej ramach wspomniane automatyczne podrywanie igły i wyłączanie obrotów po dojściu do końca płyty (które można wyłączyć – jest dźwignia ręcznej obsługi), a także regulacja antiskating, docisku i kąta ustawienia wkładki (fabrycznie ustawionej), przy gwarantowanym poziomie kołysania talerza nie większym niż 0,12% i automatycznej kontroli obrotów z dokładnością do 0,15%. Napęd poprzez pojedynczy pasek gumowy, którego założenie ułatwi sprytne okienko na powierzchni talerza, tym samym jednak talerz jest gorzej wyważony.

Skoro już o talerzu, to posiada okienko, natomiast nie ma fabrycznego docisku, wobec czego zostałem doposażony w niewielki od Acoustic Revive z centralną, omnikierunkową poziomicą. Dostałem także lepszą matę korkową Aztec produkcji samego music halla, oferowaną oddzielnie za 490 PLN. (Faktycznie lepiej działa, a nawet sporo lepiej) I żeby wypróbować gramofon też z lepszym przedwzmacniaczem, dostałem Phasemation EA-200, który okazał się niepotrzebny. Również niedrogi (690 PLN) przewód gramofonowy Oyaide, ażeby po przeprowadzonych testach mieć pełne rozeznanie, jakie nam brzmienie w cenie dają, a jak to gra podrasowane zewnętrznymi ulepszeniami.

Ramieniem półautomat.

Odnośnie rzeczy wbudowanych i dawanych w komplecie. Dostajemy taniutki przewód gramofonowy RCA z uziemieniem oraz nagniazdkowy chiński zasilacz 12V/5A, który mogłem podeprzeć czyścicielem prądu iFi iPower. Przedwzmacniacz wbudowano w plintę i nic bliższego o nim nie piszą, tak więc i ja nic nie powiem poza faktem, że działa. Sygnał wyrzuca oczywiście z tyłu przez gniazda RCA, przy których zacisk uziemienia. Na lewo od gniazd regulator aktywujący/dezaktywujący przedwzmacniacz; po prawej regulator on/off Auto Stop. Obok on/off dla Power i wtyk dla kabla zasilacza. Wypakowanie, ustawienie, założenie paska i odpalenie w chcianych ustawieniach zabiera krótką chwilę. Gramofon spełnia więc trzy wymogi: oferuje klasyczny wygląd, maksymalną prostotę obsługi oraz oszczędność pieniędzy. Zarazem jednak kusi – tą lepszą matą i dociskiem, a przede wszystkim lepszą wkładką, za 890 zł od Sheltera. (Własna ma wartość 500 zł.) Też w dalszej perspektywie lepszym przedwzmacniaczem i lepszym gramofonowym kablem, a może także zasilaczem nie tylko wspieranym przez iFi, ale w ogóle od iFi. (To raptem dwieście złotych.) Więc zaraz w głowie staje, że te gramofony, to są… Ale można też wcisnąć hamulec i powiedzieć: – Tak jak go dają, tak ma grać!

Odsłuch

Dotykowymi sensorami.

   Zacznijmy wobec tego od grania „jak go dają”. Z tym, że po audiofilsku wyuzdanie, albowiem z kolumnami za dwieście tysięcy, dzielonym wzmacniaczem za pięćdziesiąt i na stoliku za piętnaście. Też z kablem głośnikowym za dwadzieścia pięć, o zasilających nie wspominając. Ale na okoliczność budżetowego gramofonu przecież własnego toru nie rozbiorę… Tak nawiasem, żadnemu torowi nie krzywda, kiedy w nim staje gramofon, a gramofonom też nie, kiedy lądują w porządnych torach.

Dobrze, tośmy wylądowali – i co dalej? Dalej zagrało po gramofonowemu, co dla mnie zawsze jest przeżyciem. Człowiek przywyka do cyfrowej muzy, a choć kto do mnie przychodzi, ten się zaczyna dziwić, że tak z YouTube można (w komputerowym torze), ale to jeszcze nie to… Przyjemnie się wprawdzie słucha i tak grającego YouTube, i tego jak chwalą, ale gramofon – inny świat. Tak sobie przy okazji grającego gramofonu o tym innym, dawniejszym świecie wymieniliśmy parę uwag z fundatorem marki Avatar Audio na okoliczność przywiezienia przez niego własnych kolumn; o tym, że kiedyś, w późnych latach 50-tych, i nawet jeszcze wcześniej, było ogólnie więcej luzu (przynajmniej w Ameryce), większe także skupienie na smakowaniu życia, a przy okazji więcej chęci dania wszystkiego z siebie nie dlatego, że tego wymagają przełożeni, tylko z własnej potrzeby. To słychać w tamtym jazzie, nie można nie usłyszeć. Dzisiejszy jest bardziej gorzki, nerwowy, produkcyjny i sfrustrowany. Poza tym jest cyfrowy… Właściciel studia nagrań skarżył mi się na trudności z przekonaniem współczesnych muzyków do realizacji w pełni analogowych, które są dużo droższe i na dodatek wielu cyfrowe wydają się lepsze, bo wszak „nowocześniejsze”. Ale można się zżymać na współczesność za różne jej kłopoty, niemniej ludzie rozpoznają i czują analog – dlatego wrócił. Korzystający z gramofon music halla będą mogli powrócić nie tylko do gramofonu jako takiego, ale i do czasów jego rozkwitu na audiofilskiej niwie. U mnie ten nawrót do wczesnych audiofilskich czasów w sensie wyglądu, i do obecnych w sensie technicznym, pokazał dwa oblicza – pierwsze w wydaniu całkiem własnym, o którym teraz będzie mowa; drugie ze wspomaganiem, o którym będzie potem.

I możliwością obsługi ręcznej po wyłączeniu automatu.

Pierwsze to brzmienie rozpoznawalnie analogowe od pierwszej brzmienia nuty. Nie, jak w przypadku niektórych gramofonów niedrogich, że nie brzmi jak gramofon. Płynność, ciepło i melodyjność włożone w żywe muzyczne ciało wyskoczyły od razu; żadnego podobieństwa do kalekiego cyfrowego naśladownictwa. Cyfrowe zmarszczki tu się nie pojawiają, cyfrowe przykurcze się prostują – zostajemy jakby wskrzeszeni.

– Tak w ogóle, to analogowa muzyka względem cyfrowej jest i prawdziwa, i młoda, a nie starością usztywniona i generalnie sztuczna. Jest jak odjęcie reumatyzmu i odmłodzona cera. Classic od music halla miał taki właśnie walor – to była muzyczna młodość w rozkwicie przechodzącym w dojrzałość. Dźwięk uprzyjemniająco nie forsujący sopranów, chociaż za cenę mniejszej wyraźności konturów i mniej uporządkowanej sceny, za to witalny, okryty mocnym ciałem i nie skąpiący energii, która brzmienia analogowe czyni lepszymi od cyfrowych o jeszcze jeden stopień. Bowiem nie tylko spójność, melodyjność, koloryt i całościowa biologiczność, ale też więcej energii, czyniącej analogowe życie silniejszym.

Po położeniu korkowej maty przybyło trochę góry i przede wszystkim tlenu, dzięki czemu nastąpiło zbliżenie do gramofonów z wyższych półek, niemniej w stosunku do nich słabsza wyrazistość konturów i nie całkiem rozwarte po obu stronach pasmo. Natomiast środek zmysłowy, muzyczna esencja mocna. To w zupełności wystarczało do u słuchacza zapamiętałości, chęci długiego słuchania. Zwłaszcza w przypadku kogoś pozostającego od dawna na cyfrowych dietach – niby pożywnych, ale redukujących smak.

 

 

 

 

Skorzystałem z jeszcze jednego ulepszenia – położyłem ten z wasserwagą docisk. Słyszałem kiedyś długi wywód o tym, jaki ten audiofilizm durny, czego koronnym dowodem tego rodzaju dociski; niczego nie mogące zmienić, a audiofile za nie płacą. Może rzeczywiście nie mogą, ja jednak usłyszałem, że dźwięk się troszkę uporządkował. Nic dużego, taki, można powiedzieć – śladzik, ale pozwalający podążać swym tropem. Nie będę się na tej kanwie z antyaudiofilskim mędrcami spierał – ma się niedługo pojawić pod mą strzechą drogi docisk Synergistic Research, wówczas będziemy kopie kruszyć. (O ile będzie o co.) Tymczasem to właśnie firma Synergistic Research wiedzie nas do gramofonu music hall classic z jego drugim obliczem.

Odsłuch cd.

Ten widok znamionuje, że samowystarczalność pełna.

   To oblicze pozostaje wyłączną zasługą czytelników, sam bym tego nie odkrył. Zostałem poproszony o sprawdzenie działania pod gramofonami niedawno zrecenzowanych podkładek Avatar Audio Receptor – to proszę bardzo, już się sprawdza… I znakomicie to wypadło, zwłaszcza w kontekście ceny gramofonu i podstawek. Wydatnie doszło sopranów, wraz z nimi wyraźności i wszelkich innych informacji. Góra się rozciągnęła korzystnie wpływając na resztę, a jednocześnie nie zaistniało żadne zaburzenie analogowego charakteru jakąkolwiek ostrością. Wyostrzył się tylko obraz, poprawiło ogniskowanie. Przybyło też autentyzmu – poczucie realizmu wzrosło. To już nie był bardzo przyjemny, wręcz znakomity, ale tylko muzyczny erzac (w sensie dystansu do realności); dla wprawnego ucha od razu narzucający się redukcją: że owszem, bardzo płynnie, bardzo muzycznie, porywająco momentami nawet, ale bez dojmującego wrażenia, że słuchana muzyka wysoce jest autentyczna. Natomiast po postawieniu na podstawkach audiofil wyszkolony natychmiast mógł się sprężyć i zacząć wnikliwie badać sprawę, jako że nie badała się już sama na pierwsze strzygnięcie uchem. Ulokowany na Receptorach music hall classic grał jak gramofon rasowy, taki któryś z tych lepszych kosztujących circa dziesięć tysięcy, do czego żadna wkładka Sheltera ani zewnętrzny przedwzmacniacz nie były mu potrzebne.

Wysłuchałem kilku płyt z narastającą satysfakcją dla poziomu jakościowego sprawdzającego się w każdym gatunku i najtrudniejszych nawet zawirowaniach brzmieniowych, stwarzanych przez specjalnie dobierane utwory. (Taki Czajkowski, dajmy na to – ileż w nim sopranowej zajadłości.) Następnie postanowiłem sięgnąć konfrontacyjnie po podstawki ze szczytowej półki. Też dopiero co testowane i dlatego na miejscu obecne, szkoda było przegapić okazję. A kiedy ich użyłem, to mnie zamurowało…  Nie wierząc własnym uszom słuchałem i słuchałem… To się dzieje naprawdę?… Długo, naprawdę długo, ale i tak nie uwierzyłem. Albowiem nie do uwierzenia, nawet będąc naocznym świadkiem, był stan rzeczy, w którym budżetowy gramofon wspierany jedynie własnej firmy korkową matą, niedrogim i niespecjalnie ważnym dociskiem i rzeczywiście topowymi, ale w końcu niecałe pięć tysięcy kosztującymi podstawkami – grał lepiej od bardzo drogich odtwarzaczy CD, na poziomie odpowiadającym gramofonom za trzydzieści i więcej tysięcy. Z wkładką za pięćset złotych i wbudowanym taniutkim pre… A zauważmy, że cena całego toru i szczytowa jakość okablowania nie miały żadnego znaczenia, bo przecież tamte gramofony i tamte odtwarzacze w identycznych warunkach. Przytoczę trzy przykłady, które nie będą nowe, ale to właśnie dobrze, to nam przedkłada porównanie.

 

 

 

 

Wytłoczony w latach 70-tych (dokładnie październiku 1970) album Led Zeppelin III zawiera utwór „Immigrant Song”, badawczo szczególnie ważny. W nim bowiem szczególnie silny wyraz znajduje większa energia dźwięku niesiona przez gramofon. Nadaje się więc zarówno do skalowania różnic między samymi gramofonami, jak i pomiędzy nimi a odtwarzaczami CD i plikowymi. W tym teście music hall classic stojący na Synergistic Research MiG SX wypadł rewelacyjnie: tak samo jak wysokiej klasy gramofony uzbrojone we wkładki kosztujące wielokrotnie więcej od niego, częstował potężnym ciśnieniem, powalającym wręcz naporem. Nie gubiąc przy tym wyraźności, całościowego muzycznego czaru ani spoistości brzmieniowej uzupełnianej szczegółowością. Cały ten wachlarz węzłowych zalet był mu dany, grał bez przesady olśniewająco. Gdyby kazano mi zgadywać w ślepym teście, ile kosztuje grający gramofon (bo że gramofon, to bym zgadł), zostałbym skompromitowany. I nie byłbym w tym odosobniony.

Firmową matę, która faktycznie poprawia, kupujemy oddzielnie za 490 złotych.

Podobnie leciwy (1976) jest album Bruce Springsteena Darkness on the Edge of Town i na nim sławny utwór „Badlands”. Sławny, lecz niewyraźny. Jakość gramofonu czy odtwarzacza wraz z całym używanym torem można oszacowywać pod kątem wyraźności z jaką „Badlands” zostaje odtworzony. I znowu classic się popisał – po podłożeniu drogich podstawek nie miał z tą wyraźnością problemu. Co więcej, znakomicie ukazał wokalistę jako postać pierwszoplanową na tle dużego zespołu, starannie relacjonując dystanse między aktorami sceny przy zachowaniu pełnej spójności ich wzajemnych relacji. Do tego rytm, poryw i wzmiankowana energia – coś kapitalnego!

To dwa albumy oryginalne z dawnych lat, tłoczone na cienkim winylu. Na trzecią próbę odwołanie do wydania z czasów nawrotu do winyli – śpiewający w 1958 roku bluesy z St. Louis Nat King Cole na reedycji Capitol Records 2010 (180g/45obr). Zarówno samo dawne nagranie, jak i jego współczesne tłoczenie, bez porównania lepsze (przesadzam, ale tak się mawia, niemniej lepsze wyraźnie); obecność Nata całkowita, trąbki jak żywe. A jeszcze raz przypomnę – własna z kompletu gramofonu wkładka wartości 500 złotych i własny jego wbudowany przedwzmacniacz; jedynie lepsze kable. Te już nie były tanie, bowiem użyłem Tary Labs Air1, ale niemalże zabytkowej, że z drugiej-trzeciej ręki niedrogo będziesz miał. Z nią grało dla słuchawek – i olśniewająco grało, potem, dla kolumn, użyłem już nie na żarty drogiego Sulka 6×9, ale te inne gramofony, do których pamięciowo przymierzam, też go miały.

Potem już tylko wdychamy analog.

Czy powinienem o tym pisać? A może byłoby słuszniej napisać tylko o tym, że gramofon dwie półki wyższy od najtańszych (najtańsze są za parę stów), daleki jeszcze od tych średnich (za siedem-piętnaście tysięcy), jakże daleki od najdroższych, grał postawiony na własnych łapach w swojej lidze, aczkolwiek w samym szczycie tabeli. Bo po co mieszać ludziom w głowach dodatkiem podstawek za pięć tysięcy i z nimi brzmieniem jak za „trzydzieści+”, którego byłem świadkiem? Nie sam zresztą – byli inni – tak samo się dziwili. Niektórym nawet nie mówiłem, ile za ten gramofon – a myśląc, że jest dużo droższy nad brzmieniem się rozpływali, aż cmokali z zachwytu. Ba, sam Nautilus nawet nie wie, jaki w tym music hallu ma gramofon, chociaż podobno z wkładką Sheltera cud-miód ultramaryna. Nie wykluczam. 

Podsumowanie

   Gramofony to gramofony – inny świat. Ale skomplikowany, jak zresztą większość światów. W dodatku w dużej mierze niezbadany, co tu akurat wyszło i się rozpanoszyło. Kto by pomyślał, coś takiego? A jednak, można sprawdzić. Gramofon już spakowałem do oddania, podkładki jeszcze mam, można się w Nautilusie umówić. Ewentualnych niedowiarków zapraszam, bo pewny jestem swego. Przy takich samych wkładkach różnica względem drogich będzie mała, a nawet przeciw drogiej wkładce ta music halla może stawać, pod warunkiem, że wraz z ramieniem i resztą stanie na drogich podstawkach.

W sumie to nie jest żadne novum, ani dogłębnie zaskakujące, ponieważ czytelnicy oddani sprawie gramofonów pewnie sobie przypominają, że wielokrotnie już wychwalałem niedrogie, w tym naprawdę taniego od Sony. Także brzmiały rewelacyjnie, natomiast żaden nie stawał na tak wyrafinowanych podkładkach, wtedy ich jeszcze nie było. A teraz są i można swojemu gramofonowi i sobie przy okazji zrobić dużą przyjemność. Lecz niezależnie od podstawek music hall classic to udane nawiązanie do pamiętnego Linna Sondeka, które już na niedrogich antywibratorach Avatara grać będzie na pełny etat, że tylko siadać, słuchać. Ale nawet bez jakiejkolwiek ponad własne łapy antywibracji otrzymamy gramofonowe jądro – dźwięk płynny, energetyczny i doskonale w całość związany. Potężny wygląd i elegancki fornir obudowy także robią wrażenie, tym lepiej będzie się słuchać. A wracając jeszcze do tego gramofonowego świata i jego komplikacji – te music hall classic upraszcza do zera; żadnych komplikujących ceregieli z montażem wkładki, ustawianiem ramienia, poszukiwaniem przedwzmacniacza oraz specjalnych kabli. „All Inclusive”, wszystko od razu. I to jest lepszy świat – bez komplikacji, a piękny.

 

W punktach:

Zalety

  • Rzeczywiście klasyczny, budzący respekt rozmiarem wygląd.
  • Udanie nawiązujący do najbardziej klasycznego gramofonu w historii.
  • Samo brzmienie podobnie udane, a budżetowo tanie.
  • W jego ramach, nawet bez żadnych ulepszeń, typowo gramofonowy styl.
  • Zatem analogowy czar.
  • Głębokie, barwne i nasycone brzmienie.
  • Co ważniejsze – bardziej tryskające energią niż z najlepszych nawet źródeł cyfrowych.
  • Bardziej też melodyjne i spójne.
  • Skupione wokół centrum pasma, ale tak nastrojowe, że o resztę się nie dba.
  • Jednak ta reszta jak najbardziej do wydobycia, i to nawet bez zmiany wkładki.
  • A wówczas, gdy maksymalnie się postarać, brzmienie niczym z drogiego gramofonu.
  • I wtedy ono takie, że się nie można oderwać.
  • Cały majestat autentyzmu w gramofonowej szacie analogu.
  • Wykonawcy tak żywi, że aż na skórze dreszcze.
  • Ślepy test byłby kompromitacją dla próbujących odgadnąć cenę.
  • Wszystko gotowe do uruchomienia, nie trzeba niczego dokupować.
  • I to wszystko się sprawdza w użyciu – niczego tutaj nie ma, aby tylko się nazywało; nic nie trzeba wymieniać poza może najtańszym kablem.
  • Wyjątkowa prostota obsługi.
  • Talerz startuje błyskawicznie.
  • Nie trzeba przekładać paska dla zmiany prędkości obrotów.
  • Wszystko perfect działa.
  • Znakomita relacja jakość/cena.
  • Znana marka.
  • Polska dystrybucja.
  • Made in Czech Republic.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Wygląd nie dla ceniących awangardowość.
  • Klapę trzeba opuszczać z wyczuciem, bo opada za prędko.
  • Dźwignia ręcznej obsługi mogłaby być nieco dłuższa.
  • Pozwalające wyciskać maksimum jakości brzmienia podstawki antywibracyjne Synergistic Research MiG SX kosztują pięć tysięcy, zatem więcej niż sam gramofon.

 

Dane techniczne Music Hall Classic:

  • Wymiary: 435 x 367 x 157 mm.
  • Waga: 6,9 kg.
  • Napęd: paskowy.
  • Talerz: odlew aluminiowy ø305 mm.
  • Zasilacz nagniazdkowy: DC 12 V/ 2 A.
  • Kołysanie i trzepotanie: poniżej 0,12%.
  • Stosunek S/N: 65 dB.
  • Tolerancja prędkości: +/- 3%.
  • Wkładka: music hall CN 5534.
  • Separacja kanałów: powyżej 18 dB.
  • Równowaga kanałów: 2,5 dB przy 1 kHz.
  • Sugerowany nacisk: 2,0 ± 0,5 g
  • W komplecie: gramofon, kabel RCA, przeciwwaga, zasilacz, osłona przeciwpyłowa, mata talerzowa, talerz, pasek, zespół głowicy, adaptery wtyczek, instrukcja obsługi.
  • Cena: 3190 PLN

 

System:

  • Źródło: music hall classic.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-200 Phono.
  • Przedwzmacniacz/wzmacniacz słuchawkowy: ASL Twin-Head Mark III.
  • Słuchawki: HEDDphone (kabel Sulek), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab) .
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali Client Evo 3.15.
  • Interkonekty: Sulek Audio & Sulek 6×9, Tara Labs Air 1.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Shunyata Sigma NR, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence”, Synergistic Research MiG SX.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

7 komentarzy w “Recenzja: music hall classic

  1. Marcin pisze:

    Jakże miło jest przeczytać recenzję dobrego sprzętu w ludzkich pieniądzach. Bo to że coś potrafi pięknie zagrać, to cóż z tego, jeśli kosztuje tyle co nowy samochód osobowy? Wtedy to nawet i szkoda czasu na czytanie, bo po co czytać test Ferrari, jeśli stać tylko na Skodę?

    Dziękuję za recenzję i oby więcej takich diamentów z wzorowym stosunkiem ceny do jakości nam się trafiało!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, oby. Ale diamenty – trudna sprawa. Na ulicy nie leżą.

  2. Sławek pisze:

    Panie Piotrze,
    bardzo dziękuję za tą recenzję. Avatary na pewno, a te lepsze…? no cóż, może potem jak portfel pozwoli, ale może najpierw tego music halla?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Nowe Avatary są poprawione odnośnie siły realizmu, ale odsłuchowo można woleć poprzednie; nieznacznie, ale do napędzenia łatwiejsze, bo torom trochę więcej wybaczające.

  3. jafi pisze:

    Chyba lato sprzyja gramofonowi:) Od wczoraj słucham 30 letniego Thorensa TD160, a w drodze do mnie wspomniany w artykule Linn Sondek LP12 z 1973 roku. Oba wyglądają klasycznie, z pewnością nienowocześnie.
    Thorensowi poświęciłem jeden dzień, by już wieczorem cieszyć się muzyką. Powinienem napisać z dużej litery. A dlaczego? Bo nie mam wątpliwości, że te gramofony przybliżają mnie do muzyki, jaką dane było mi słyszeć w realu: spójnie, żywo, barwnie.
    Przy pierwszym słuchaniu zapytałem siebie: tylko tyle?
    Kolejne działania z gramofonem trochę przypominały te, którym uwagę poświęcił Piotr przy tej okazji.
    Były więc nowe podkładki pod gramofon, inna mata, w moim przypadku zmiana igły (wkładka Shure M 44G), ale też demontaż pokrywy, ustawianie wysokości ramienia.
    Dzisiaj chcę swoją uwagę skoncentrować na pasku, w niedalekiej przyszłości na zasilaczu.
    Gra pięknie, kosztował porównywalnie do music halla, a kto wie czym może jeszcze zaskoczyć.

  4. miroslaw frackowiak pisze:

    Akurat posiadam gramoon ADFontes polskiego producenta juz pare lat z 12cal ramieniem w komplecie w podobnej cenie co tu Piotr przedstawia,trzeba powiedziec ze fantastycznie gra i wyglada,jest to obecnie najlepiej grajacy i wygladajacy gramofon na swiecie w tej cenie dla mnie oczywiscie,jakby kosztowal trzy razy tyle to dalej mialby powodzenie u kupujacych.Jedna rzecz jaka wykonalem dodatkowo dla usprawnienia tego gramofonu, bylo zainstalowanie automatycznego stabilizatora obrotow,ale to moj pomysl i tak gra dobrze tez bez niego.Piotrze przetestuj prosze ten gramoon co polskie tez jest swietne…polecam z calego serca..
    adfontes.pl

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zadzwonię, zapytam. Ale ADFontes robi gramofony tylko na zamówienie, więc pewnie pokazowego na wynos nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy