Recenzja: HEDDphone

Odsłuch cd.

HEDDphone vs Sennheiser HD 800

Konkurencja ma inne atuty, tej miary muzykalności nie ma.

  W obydwu kable niesymetryczne zakończone dużymi jackami – w HEDDphone jakimś nieokreślonym, być może rodowanym, w FAW dla Sennheiser złoconym z mosiężnym korpusem Furutecha. Ceny słuchawek zbliżone – ciągle jeszcze dostępne klasyczne Sennheisery to 5000 PLN plus 1000 PLN za kabel, czyli 6000 naprzeciw 7650 PLN.

Różnice brzmieniowe wyraźne i łatwe do opisania. Brzmienie Sennheiser suchsze i bardziej cisnące na wyraźność, też wydobycie szczegółów i inne techniczne aspekty obrazowania, choć nie bez muzycznego składnika. Mocno akcentowany plan pierwszy, wszystko za nim mniej ważne, choć istniejące i uczestniczące. Trzeci wymiar budowany z udziałem zaznaczającego się pogłosu, krótsze wybrzmienia, większy nacisk na atak niż sustain, bardzo wyraźne zyskiwanie muzykalności wraz z użyciem plików wyższej jakości.

Naprzeciw tego słuchanie HEDDphone to dzięki samy słuchawkom przejście od prezentacji tranzystorowej do lampowej w tranzystorowym torze. Na tranzystorowym wzmacniaczu (który dużo zyskał dzięki postawieniu na nóżkach Harmoniksa) i poprzez własny, bardziej uwyraźniający niż czarujący muzykalnością kabel, i tak były dużo bardziej muzykalne, bardziej gęste, z dłuższymi wybrzmieniami, większym nasyceniem, o wiele mocniejszym nakładaniem się i kooperacją dźwięków. Ogólnie mówiąc nacisk nie na przekaz jak najbardziej wyraźny, tylko na długie wybrzmienia i atmosferę rozmarzenia, muzycznego zapamiętania, zanurzenia jak najgłębszego w dźwięku. Lecz nie nazwałbym tego relaksem. To nie była muzyka do przepuszczania mimo uszu ani do towarzystwa. Skupiała całą uwagę, nie pozwalała pomijać. Nazwanie jej upojną, nie byłoby przesadą. Jeżeli muzyka może działać jak alkohole (nie tylko te dosłowne, także te z wierszy Guillaume’a Apollinaire’a), to muzyka berlińskich Air Motion Transformers działała właśnie w ten sposób. Jak wino i poezja niosła jednocześnie znaczenia i obezwładniający duchowy trans. Nie była samą treścią ani samym swoim obrazem – działała jak narkotyk. Była generowaniem stanów psychodelicznych i nieobojętnych znaczeń. Audiofile zwą to sztampowo magią – i te słuchawki są magiczne. Dlatego tak trudno wracać z nich do innych, one uzależniają. Oczywiście zależy także, co się lubi. – Jeżeli ktoś ceni precyzyjny rysunek techniczny i nie chce żadnych doń emocjonalnych przypraw, to precyzyjne obrazowanie Sennheiserów, wyraźnie zyskujące wraz z jakością muzycznego surowca i mające w odwodzie ewentualne alkohole dobywane z kredensów lampowej technologii, będzie tym czymś, czego szukał. Ale jeśli się szuka emocji, jeżeli magia ma być natychmiast i nawet z tranzystorowym torem, to HEDD będą bezkonkurencyjne. Zwłaszcza, że one idą w drugą stronę, i wraz z przyrostem jakości nagrań nie zyskują na muzykalności (tę mają od razu całą), tylko na wyraźności – to o nią się wzbogacają. A wzbogacone nie ustępują parametrami technicznymi ani trochę, gdzie tam. Dźwięki opowiadają piękniej i dokładniej, a na niebagatelny dodatek nieporównanie lepiej plasują je w przestrzeni. Coś fenomenalnego!

Odnośnie tej przestrzeni, bo z niej wszak Sennheisery słyną. Tu zarysowała się chyba największa różnica, a przynajmniej łatwa do analizy. Sennheisery wyraźnie mocniej ciągnęły i alienowały soprany, przez co szum podkładu był u nich dużo wyraźniejszy, a sopranowe błędne ogniki dzwoneczków w dali z klasycznego Song of White Vangelisa dużo bardzie wyodrębnione z tła, dalej posadowione i swą daleką samotnością budujące większą też głębię sceny – znacznie większą. Taką głębię wydobył z HEDD dopiero symetryczny Tonalium, dowodząc przy okazji, że on i symetryczność mogą się tym słuchawkom przydać. Bez niego, z kablem własnym, grały HEDD przy stacjonarnym wzmacniaczu tranzystorowym inaczej niż napędzane z DAP – dźwiękiem scalającym a nie holograficznie dzielącym przestrzeń, skracającym jej głębię – dużym i spójnym, ale nie odznaczającym się skłonnością do rysowania dalekich horyzontów, co było zaskakująco inne niż przy wzmacniaczu lampowym Ayona  i przy odtwarzaczach przenośnych.

HEDDphone vs Meze Empyrean

Poza tym jest wygodniejsza – odnośnie tego nie ma złudzeń.

O wiele subtelniejsze różnice zjawiły się na obszarze konfrontacji HEDDphone z wyraźnie droższym konkurentem planarnym (podczas których jedne i drugie słuchawki posiłkowały się tym samym kablem symetrycznym Tonalium podpiętym zawsze do symetrycznego Phasemation, tak by wyzyskać symetryczność). Już samo słowo „subtelniejsze” sugeruje brzmienia bardziej zbliżone, niemniej i w tym wypadku dało się bez wysiłku wskazać pewne znaczące różnice. Poczynając od tego, że Meze grały bliższym i bardziej wyosobnionym pierwszym planem, a do budowania zjawiska dali też używały pogłosu. Poza tym grały odrobinę cieplej, co wynikało z faktu, że mniej (nieznacznie, ale do natychmiastowego wyłapania) eksponowały wysokie tony. Bardziej przy tym separowały jedne dźwięki od drugich, tworząc obraz mniej jednobrzmiący – bardziej rozbity na składowe. Inaczej też przebiegała u nich charakterystyka odpowiedz impulsowej – mniej płaskiej, lekko podbijającej wyższą średnicę. Zabieg zapewne calowy, mający w zamierzeniu wyrywać słuchacza z odsłuchowego odrętwienia. Nie można powiedzieć, że nieudany – niektóre utwory przy takim podejściu zyskiwały. Nie do końca tonalnie poprawne, ale za to bardziej fascynujące, tym właśnie częstotliwościowym wzgórkiem, niczym garbem na jezdni, wyrywały z monotonii muzycznej. Więcej też u nich sopranowych szmerów, mała lecz wyczuwalna dawka pogłosu i ten lekki akcent tonalny, podnoszący głosy, działały niczym dorysowany pieprzyk, piegi i trochę zadarty nosek – niby nie do końca poprawne, jednak dodawały urody. Jako dodatkowa ozdoba fantastyczna przejrzystość, mocno omiatające scenę światło, silny kontrast dół-góra i metafizyczny czar ożywianej miriadami drobin, w wyczuwalny też sposób oddychającej przestrzeni. Klasa!

Przyznam, że na tle powyższego opisu oferty brzmieniowej Meze trudno właściwie oddać walory HEDDphone, ponieważ zdawkowe stwierdzenia, w rodzaju „bardziej koherentne”, „poprawniejsze tonalnie”, czy „równiej przechodzące przez pasmo”, nie oddają istoty rzeczy. Ale faktycznie: HEDD nie operowały takim kontrastem bas-sopran, mimo że soprany potrafiły uciągnąć wyżej, a bas miały co najmniej równie potężny. Ale to wszystko bardziej zwarte, zebrane w całość, równiej przez pasmo przechodzące, operujące łagodniejszym światłem i nie używające pogłosu. Środek ciężkości ustawiony precyzyjnie na sam środek średnicy, a więc nie przesunięty nic do góry, a same brzmienia nie o krystalicznej czystości w nieskazitelnie przejrzystym medium, tylko atmosfera większej gęstości, wyższego ciśnienia oraz czucia przestrzeni właśnie poprzez ciśnienie, a nie delikatne oddechy jakiegoś muzycznego ducha wzbijające miriady drobin. Brzmienie zatem mocniejsze, niższe i bardziej spójne, a jednocześnie bardziej romantyczne – operujące dłuższymi wybrzmieniami i bardziej zaznaczającą się melodyką. (Przypominają się AudioQuest NightHawk.) Tym samym atmosfera bliższa tej proponowanej przez muzykę klubową albo jazz tradycyjny, podczas gdy Meze klimatycznie bliższe muzyki elektronicznej czy modern jazzu. Pytanie: które brzmienie lepsze? – to typowa zagrywka w stylu, czy rum jest lepszy od ginu? Ale zaiste, coś w tym kolejnym nawiązaniu do alkoholi jest z muzycznego sensu, bo HEDD rzeczywiście podobniejsze były do rumu, podczas gdy Meze do ginu. Umownie oczywiście i z przymrużeniem oka, ale choć brzmienie AMT nie było ani trochę słodsze, a nawet ciut chłodniejsze, to miało coś z aromatycznej gęstości melasy, podczas gdy brzmienie słuchawek planarnych coś z czystej wytrawności jałowca.

Wytrzeźwijmy, choć to niełatwe po takiej dawce muzyki. Im dłużej porównywałem Meze z HEDD, tym różnice pomiędzy nimi stawały się wyraźniejsze. Zaczynałem od tego, że grały podobnie, kończyłem na tym, że całkiem różnie. Tak bywa – człowiek się uczy odróżniać, sama intuicja i „na wyczucie” wszystkiego nie załatwią.  Trzeba wiedzieć gdzie szukać, na czym się skupić i jak to nazwać, wówczas te już namierzone i nazwane różnice stają się oczywiste, uderzają od razu.

Lepszy kabel potrafi dużo zdziałać; podczas odsłuchów zastanawiałem się, który z nieobecnych byłby najlepszy. Entreq Atlantis? Kimber Axios?

Niemniej wciąż wisi trochę wyśmiane, ale cicho domagające się odpowiedzi pytanie: których najchętniej byś używał? Nie padnie rozstrzygnięcie, mogę natomiast napisać, że brzmienie HEDDphone najdalsze jest  od efekciarstwa i najbliższe muzycznej istoty. To są słuchawki grające podobnie do Audeze LCD-4, także mające w sobie sporo stylu pamiętnych Sony. Nie taki sceniczny ogrom i nie tę holografię, ale ten sam muzyczny klimat, w którym na chwilę zanurzenie odsłania słabość konkurencji. Dwie rzeczy tu się przenikają, stanowią sedno sprawy. Obie to główne składniki muzycznej prawdziwości, zarazem każda inna. Jedna, to całościowy wyraz powstający jako pochodna form indywidualnych; druga, to sposób tych form prezentacji. Zacznijmy od tej drugiej. Tym są słuchawki wierniejsze odtwórczo, im doskonalej potrafią odróżniać i indywidualizować dźwięki. Jako że muzyka to mieszanina pozostających sobą dźwięków, a nie ich zamazana wypadkowa. Słuchawki takie jak wspomniane Sony, Sennheiser Orpheus, AKG K1000 i RAAL potrafią ten aspekt, aspekt zbioru indywidualizmów, od HEDD ukazać lepiej. Także porównywane teraz z nimi Meze i Sennheiser HD 800 bardziej cisną na ten indywidualizm niż na tę drugą wartość. A drugą jest muzyczna postać każdego jednego dźwięku, jego samoistna perfekcja. To w odtwórczości jest najtrudniejsze, nikomu w pełni się nie udaje. Jak już wiele razy pisałem, każde uderzenie pałeczki w perkusyjny talerz, każde naciśnięcie na klawisz któregoś organowego rejestru, to zaistnienie brzmieniowej formy nieoddawalnej w pełni przez jakikolwiek głośnik, tym bardziej słuchawkowy. Miarą jest tu zatem zbliżenie – i to zbliżenie, to dążące do ideału naśladownictwo formy, jest największym atutem HEDD. Pod jego względem biją tu do nich przymierzane i nawiązują do referencyjnych ciągle Sony. Łyk jeden zaczerpnięty z ich brzmieniowego strumienia obnaża nieprawdziwość tamtych i przypomina o minionej referencji.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

12 komentarzy w “Recenzja: HEDDphone

  1. Piotr Ryka pisze:

    Otrzymałem jako uzupełnienie cennik kabli

    HEDD HP cables – 749zl

    – 6.3mm jack (male) to 2x mini XLR (female), 2.2m

    – 4-pole XLR (male, bal.) to 2x mini XLR (fem.), 2.2m

    – 3.5mm jack (male) to 2x mini XLR (female), 1.2m

    – 2.5mm jack (male, bal.) to 2x mini XLR (fem.), 1.2m

  2. Fon pisze:

    W tym kryzysie może się producenci opamiętają z cenami bo są chore, ludzie będą się mocno zastanawiać na co grosze wydać, rynek pokaże

  3. miroslaw frackowiak pisze:

    Sluchalem ich na wystawie w Londynie w tamtym roku i graly bardzo ciekawie,szkoda ze w tym roku nie bedzie CanJam w Londynie,wszystkie wystawy odwolane,ale te sluchawki akurat zapamietalem,bardzo orginalne z wygladu jak i grania…zdrowia zycze Piotrze,bo my w tym wieku zagrozeni jestesmy bardziej wiruskiem niz inni…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tacy szczególnie zagrożeni to jeszcze nie jesteśmy. Daleko do tego. Natomiast słuchawki są faktycznie niezwykłe – wyjątkowo mi się spodobały. Skłaniają też do poszukiwań wzmacniacza, kabla, źródła. To wszystko ciekawe jest i wyrywające z rutyny.

  4. Michal Pastuszak pisze:

    Niezwykle ciekawe byloby zestawienie z innymi sluchawkami w technologii AMT, czyli dawnymi Ergo AMT, cena calkiem atrakcyjna (4500PLN), robione w Szwajcarii, wiec mozna by liczyc na dobra jakosc.

    https://www.audioaffair.co.uk/ergo-amt-headphones

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzwoniłem kiedyś do polskiego dystrybutora RCM w ich sprawie. Okazało się, że nigdy nie mają na stanie, mogą tylko pod zamówienie sprowadzić.

  5. Stefan pisze:

    No właśnie ta scena, nawet na zbalansowanym torze i kablu nie wychodzi poza linię oczu, gdyby nie to to waga nie byłaby problemem ze względu na wałowy muzyczne.

  6. Stefan pisze:

    *walory oczywiście.

  7. Marcin pisze:

    Kurczę, mega drogie są te wszystkie rzeczy; nawet fajne to hobby, ale jednak ceny odstraszają; myślę o tym trochę jak o takim na ten przykład golfie, no fajny sport, na powietrzu itd., ale sport dla bogaczy. Z tego też powodu z audiofilii zrezygnowałem, choć jeśli kogoś to interesuje i go na to stać to nie jest powód, żeby nazywać taką osobę idiotą, że na słuchawki, odtwarzacz itd. wydał 30 tyś zł – jego kasa i jego to sprawa, na co je wydaje.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ale przecież nie musi być drogo. AudioQuest NightOwl plus DAC/wzmacniacz słuchawkowy od iFi i gotowe. Albo planarne słuchawki Fosteksa, albo planarne Takstary.

      1. Michal Pastuszak pisze:

        I jeszcze Quad Era-1 plus firmowy PA-One (DAC/AMP), bede sie upieral ze to znakomity zestaw za jak najbardziej rzetelna cene, calosc smialo do nabycia za 8-8.5kPLN.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Te Quad już trochę droższe. A swoją drogą, to trudno za słuchawkowym rynkiem nadążyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy