Recenzja: HEDDphone

   Nowych słuchawek zatrzęsienie – kto by kiedyś pomyślał, że będą zjawiskiem tak masowym? I wypierały będą kolumny, i będzie się to działo ręka w rękę z tym, że nowego typu miniaturowe magnetofony, zapisujące dźwięk nie na przesuwanych taśmach tylko w nieruchomych pamięciach, wycinać będą salonowe audio? A za oknami monocykle, hulajnogi i dwukołowce elektryczne staną się nowymi pomysłami na transport indywidualny, zaś przeraźliwie szpecące krajobraz wiatraki wysokości Mariackiej Wieży staną się nowymi elektrowniami? Świat  zmienia się inaczej, niżbyśmy się domyślali – stulecie temu marzono o sięganiu do gwiazd i wszechobecnych robotach, a zamiast tego zjawili się zajeżdżający wszystkim drogę rikszarze rozwożący pizzę… Lecz nie ma co narzekać, ten zaskakująco inny świat właśnie otrzymuje niespodziewanego kopa i może go to ruszy w inną stronę niż pizza. My tymczasem, póki co zajadając się pizzą, skupmy uwagę na jednych z tych najnowszych słuchawek, na HEDDphone.

Berlińską firmę HEDD (Heinz Electrodynamic Designs) założyli w 2015 roku „opodal pięknej dzielnicy Tiergarten” fizyk Klaus Heinz wraz z synem – muzykologiem i akustykiem, doktorem Frederikiem Knopem. Pierwszy z panów to postać w świecie audio znana jako uprzedni założyciel i główny konstruktor firmy głośnikowej ADAM Audio, drugi to z zawodu inżynier akustyk i prywatnie entuzjasta muzyki. Klaus Heinz ma za sobą czterdzieści lat doświadczeń w budowaniu głośników, wyposażaniu studiów nagraniowych i udoskonalaniu technologii AMT – jego zdaniem najlepszej drogi do pełnej wierności odtwórczej. Syn podążył w ślady ojca i w wieloosobowej wspólnej firmie pełni dziś funkcję CEO (dyrektora generalnego). Tak więc – wyrażając się bardziej staromodnie i bardziej w stylu żydowskiego szmoncesu – ojciec te słuchawki buduje, a syn kombinuje jak je najtaniej zrobić i jak najdrożej sprzedać.

Ale ja sobie żartuję, a sprawa jest poważna. Oto kolejne obok MrSpeakers, RAAL i oBravo słuchawki posiłkujące się technologią AMT, która obiecuje od innych być lepszą, bo w harmonijkowych fałdach skrywa większe membrany i lepszą ich kontrolę. W niemieckich HEDDphone (MrSpeakers amerykańskie, RAAL serbskie, a oBravo tajwańskie) ta technologia jest jedyną – w każdej muszli znajduje się jeden przetwornik i jest on AMT.

Rozbierzmy to teraz na części i obadajmy wszechstronnie, a potem posłuchajmy, czy rzeczywiście tak dobre.

Budowa, wygoda, wygląd

Duże pudło dla dużych słuchawek.

  Może zacznijmy od wygody. Słuchawki nie są wygodne. Nie aż niewygodne, ale zdecydowana większość wygodniejsza. I nie chodzi przede wszystkim o ciężar, który wprawdzie jest duży, bo przychodzi nosić na głowie aż ponad siedemdziesiąt deko – te jednak się nieźle rozkładają pomiędzy dobrze wyścielony pałąk a bardzo szerokie i grube pady. Większym problemem jest, że pady względem głowy pałąk ustawia pod za dużym kątem, przez co nie dosyć płasko przylegają i trochę gniotą poniżej ucha. A jeszcze większym to, że wychodzące z nich pionowo do dołu wtyki kabla potrafią się ocierać o okolice obojczyków. Dla osób z długimi szyjami nie będzie to problemem, ale dla tych mających krótkie już tak. Pomimo zatem elastyczności pałąka i umiarkowanej, tym niemniej istniejącej i przydającej się obrotowości muszki w poziomie oraz pionie, owo przyleganie i wyprowadzenie kabli trzeba będzie poprawić. To już podobno się stało – egzemplarz dostarczony do testu był przedprodukcyjny, wchodzące do obrotu zostały udoskonalone. A niezależnie od tego i tak można sobie poradzić: na całe szczęście słuchawki najlepiej grają w pozycji „część górna muszli trochę do tyłu, część dolna trochę do przodu”, w której wyprowadzenia kabli też się kątowo do przodu wysuwają i przestają ocierać.

Odnośnie teraz estetyki. HEDDphone przybywają w dużym pudle z grubej i sztywnej jak deska tektury, pociągniętej na satynową czerń z ołowianym poblaskiem. Stosownie do tego pudła wielkości z też dużym na jego wieczku napisem HEDDphone ®, czyli wszystko się zgadza. Pudło otwiera się przez uniesienie ścianki bocznej najbliższej na napis patrzącego, co jest wygodne i prędkie. Wraz ze ścianką unosi się wieko, odsłaniając czarny profil piankowy otulający słuchawki. Poniżej w swojej zatoczce spoczywa identycznie sztywne i też ołowiano-czarne pudełko z kablem, który sam nie ma już ołowianych połysków, tylko nieskazitelnie jest czarny, niesymetryczny i oczywiście odpinany, skoro znalazł się w osobnym pudełku. Przyłącza po stronie słuchawek to mini XLR (takie same jak u wysokich modeli Meze i Audeze), a po stronie wzmacniacza duży jack (chyba własny firmowy, podobny do Neutrika). W komplecie nie ma żadnych przedłużaczy ani przejściówek, ale te pierwsze nie będą raczej potrzebne, gdyż kabel ma łącznie z częścią za rozwidleniem prawie zawsze wystarczające 2,5 m długości; jest przy tym średnio gruby oraz z widocznym splotem; średnio też sztywny i w szorstkawym, ale nie hałasującym podczas tarcia oplocie. Jakości okazuje się więcej niż dobrej – co niewątpliwie stanowi ewenement i za co należą się brawa. Odnośnie natomiast przejściówek – to czy na mały jack się przyda, rozstrzygać będziemy podczas odsłuchów, badając, czy DAP jako źródło wchodzi w grę. Słuchawki są bowiem prądowo wymagające i bezdyskusyjny wydaje się jedynie KANN CUBE, albo inny tego rodzaju przenośny mocarz. Bez wątpienia natomiast byłoby sympatyczniej, gdyby kabel główny był symetryczny i duży jack oferował dopiero za przejściówką. Tę przyjemność sprawiłem sobie używając własnego Tonalium, na co dzień obsługującego Meze Empyrean, a ewentualny nabywca sam będzie musiał zadziałać, zamawiając własny tego rodzaju u któregoś z niezliczonych producentów słuchawkowych kabli.

Naprawdę sporych.

Wracając do estetyki. Słuchawki są bez wątpienia ładne i porządne. Matowoczarna siateczka osłon przetworników jest z anodyzowanego aluminium i ma wzór drobniutkiego plastra miodu, a same muszle też są aluminiowe i aluminiowe również chwytaki, mające postać nie widełek, a całościowych obejm. Zawiasowo i z lekkim na boki kiwaniem przechodzą te obejmy w pałąk właściwy, który można rozsuwać i który jest dość giętki. Jego konstrukcja nośna to metalowy płaskownik, grubo opatulony pianką w ekologicznym obszyciu, na obu końcach z mechanizmem suwakowym o maksymalnym rozsuwie jakichś dwóch centymetrów. Pady też są z ekologicznej skóry – jak już mówiłem: duże, szerokie i głębokie. Też bardzo miękkie i w dotyku miłe – pod ich adresem żadnych uwag.

Suma matowoczarna z mocnym akcentem srebrnych obejm, a dodatkowy akcent intrygujący, to wyraźnie prześwitujące przez osłony boczne szczelinowe ustroje akustyczne nad przetwornikami – także w kolorze srebrnym. Są obustronne, bo identyczny ustrój po stronie ucha prześwituje przez mgiełkę cieniutkiego sukna osłony; stanowią zatem po obu stronach część wylotową i pełnią prawdopodobnie analogiczną rolę jak znane ze słuchawek Audeze fazory, czyli odpowiadają za uczynienie dźwięku bardziej liniowym i bardziej harmonicznym. Jeden i drugi mają przy tym orientację poziomą, a zatem prostopadłą względem ustawionych pionowo fałdów membrany, tworzącej miechy AMT. Miechy napędzają magnesy neodymowe, ale tych już nie widać – możemy je zobaczyć jedynie na schematycznym przekroju ze strony producenta.

O tych „miechowych” przetwornikach AMT pisałem już wiele razy, toteż tylko przypomnę, że wynalazł je nieżyjący już inżynier Oscar Heil, którego Klaus Heinz poznał osobiście podczas wizyty w USA. Istotą wynalazku są te plisowane niczym spódniczki membrany, dzięki któremu to sfałdowaniu powierzchnia ich radykalnie wzrasta, a szybkość „wydychanego” i „wdychanego” przez taki membranowy miech dźwięku jest czterokrotnie wyższa niż na membranach płaskich. Też lepsza tego dźwięku kontrola, ponieważ krawędziami plisek przebiegają druciki cewek, więc elektryczny nadzór obejmuje całą powierzchnię – identycznie jak w słuchawkach planarnych i u elektrostatów. Pomysł tego rodzaju membran wdrożono najpierw w głośnikach wysokotonowych, potem się rozrósł na wszystkie, by na koniec sięgnąć słuchawek. Podchwyciło go kilku producentów, kolejno Jecklin Float, oBravo, MrSpeakers i RAAL, a teraz także HEDD. Słuchawki o tej konstrukcji nigdy nie należą do tanich, ale też nie są droższe od innych sporo kosztujących, a mają niezaprzeczalne zalety. Producenci zwykli wysuwać na plan pierwszy wierność brzmieniową przekładającą się na naturalizm, łączący się nierozdzielnie z muzykalnością, dynamiką, wybitnym indywidualizmem głosów oraz szybkością dźwięku. Wszystko to mamy dostać od słuchawek typu AMT lepsze aniżeli od innych, a zarazem nie droższe.

Dobrze widoczne żebra, za nimi przetworniki AMT.

Dorzućmy do opisowego obrazu liczbowe parametry techniczne. Do wagi 718 g impedancję 42 Ω, skuteczność 87 dB i pasmo przenoszenia 10 Hz – 40 kHz. Na koniec cenę, oszacowaną na 7650 PLN. Słuchawki nie są więc tanie, ale z droższych teraz produkowanych można ustawić długi pociąg.

– A wszystko to made in Berlin opodal pięknego Tiergarten, i teraz posłuchajmy.

 

 

 

 

 

Odsłuch 

HEDDphone miały być sztychem w serce konkurencji i rzeczywiście ją zraniły.

  Zacznijmy od samej z siebie wynikłej kwestii: czy KANN CUBE pociągnie? Pociągnął bez problemu. Mało tego – AK380 też pociągnął. Oba przy tym równie łatwo jak duży wzmacniacz stacjonarny Ayona, co całkiem mnie zbiło z tropu. Głowę dałbym po doświadczeniach z tym Ayonem (od którego przygodę z HEDD zaczynałem), że zwykły DAP nie da rady, podczas gdy dał śpiewająco!

To było podnoszące na duchu, ale na tym ułatwienia dla recenzenta się skończyły. Wjechały zamiast nich komplikacje związane z wyborem kabla i kwestii – symetryczny, czy nie? Kabla oryginalnego vs Tonalium i czy symetria coś daje? Odnośnie tej drugiej sprawy wystarczyło pożyczyć z zestawu trzykrotnie droższych oBravo przejściówkę sym./sym. 4-pin na 2,5 mm, by HEDD mogły czerpać sygnał symetryczny z obu odtwarzaczy przenośnych. Porównanie takiej konfiguracji z niesymetryczną wykazało przewagę symetrycznej, ale niecałkowitą. Po złączach symetrycznych słuchawki grały niewątpliwie bardziej spójnym, muzykalnym i uporządkowanym dźwiękiem, ale równocześnie via własny kabel niesymetryczny z przejściówką (też od oBravo) na mały niesymetryczny jack potrafiły wyraźniej odczytywać dźwięki zjawiające się za pierwszym planem i dawać lepszą holografię. Na pewno lepiej się słuchało w konfiguracji symetrycznej, ale z równą pewnością żal było utraconej wyraźności planów dalszych. To jednak nie koniec komplikacyjnych grymasów – a drugi grymas równie istotny. Mianowicie przy żadnych słuchawkach nie odnotowałem takiej różnicy jakościowej pomiędzy tańszym ale mocniejszym KANN CUBE, a dużo droższym, ale dysponującym znacznie mniejszą mocą Astell & Kern AK380.

KANN grał dobrze – w pełni muzycznie i spójnie – ale AK380 jakością go wyautował. Wraz z tym docieramy do opowiastki o tym, jakie te HEDDphone są zdradzieckie.

Przyjechały z adnotacją, że już nimi grano. Nie dopytywałem się – ile, ale zakładałem, że całkiem sporo. Posłuchałem ich najpierw z kablem z kompletu, potem z Tonalium – i od razu dwie sprawy: i) poprzez Tonalium o wiele lepiej; ii) ogólnie biorąc raczej kiepsko. Dźwięk bardzo koherentny, że palca między nuty nie włożysz, ale nudnawy, mulisty, za szary. Bardzo mnie to zmartwiło, bo spodziewałem się killera w cenie jeszcze w miarę przystępnej, a tu klops w szarym sosie. Na dodatek słuchawki bardzo prądu łakome – że z gałką w mocnym przecież Ayonie aż za połowę i dalej. A własny ich kabel brzmieniowo za płaski i na dodatek, niezgodnie z powierzchownością – za szary, Tonalium znów za muliste i takie trochę bez iskier… Ale przecież te HEDD były w zeszłym roku w Monachium i opinie na ich temat od pochlebnych po entuzjastyczne; a tak w ogóle, to przecież miały być przebojem…

 

 

 

 

Swoją drogą, ta lista ze słuchawkowymi przebojami długaśna i coraz dłuższa. Coraz to nowe mają stanowić przełom, tymczasem zabytkowe, już posiwiałe ze starości Sony MDR-R10 i Sennheiser Orpheus jak się nikomu nie dawały, tak się ciągle nie dają… Fakt – RAAL grają w tej samej lidze, ale to są głośniki nagłowne, że hałas w całym domu. Z kolei Audio-Technica ATH-L5000 to też słuchawki najgrubszego kalibru, ale limitowane i drogie. Tymczasem latka lecą i tu by należało w imię postępu wkroczyć nareszcie z czymś niedrogim a maksymalnie jakościowym. Lecz żadna mucha nic w ten deseń. Dużo słuchawek bardzo dobrych w różnych przedziałach cenowych… – Ale przełomu!!! My chcemy przełom!!! I technologia AMT takim przełomem miała być, i w RAAL nawet go wdrożyła. To wprawdzie nie słuchawki lepsze od tamtych klasyków, ale przynajmniej do nich równające i nie tak niebotycznie drogie, jak też równające do samych szczytów elektrostatyczne zestawy Sennheiser HE-1 i HiFiMAN Shangri-la.

Po usłyszeniu płaskiej szarości z HEDD całkowicie oklapłem. Nadzieje płonne –  ileż ich? Ten mdląco gorzki smak zawodu… Ale robota jest robotą, jak słusznie ktoś zauważył. (Bułat Okudżawa bodajże.) Toteż słuchawki nie leżały bezczynnie, tylko cały czas grały. Przeważnie nie na głowie, przeważnie jako drugie (wzmacniacz Ayona ma dwie dziurki) – i tak zleciały cztery tygodnie. Akurat za oknami heca i spotkań żadnych nie ma, więc się dystrybutorom mniej śpieszy i mnie wraz z nimi też. Się to przydało. A tak w ogóle, to nie byłoby całej sprawy, gdyby ktoś raczył mi napomknąć, że jeśli już, to grały HEDD malutko. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej, skoro aż tak się zmieniły. Już poczynając od kabla, który na starcie do Tonalium startu w ogóle nie maił, a potem prawie go doścignął w domenie sprzętu przenośnego. Więc najpierw słówko o tym.

Po zdjęciu padów więcej widać.

Już dokonany opis porównania przy odtwarzaczach przenośnych to relacja z odsłuchów oczywiście słuchawek ogranych i przy ich okazji, jak się okazało wyszło, że z kablem oryginalnym wyraźnie lepsza holografia i wyrazistość dalszych obiektów. To wszystko dzięki mocniejszej ekspresji wysokich tonów, które rysują cieńszą i bardziej wyraźną kreską. To jednak ma też swoją cenę – dźwięk nie tylko staje się wyższy oraz bardziej przezierny, ale też lżejszy, chudszy i mniej trójwymiarowy w znaczeniu nie holografii, a kształtu swojej bryły. Mniej także koherentny i melodyczny w sensie płynięcia. I jeszcze na dodatek mniej barwny, chociaż nie mniej swoisty w sensie cech indywidualnych głosów. Wszystko to są więc różne smaki, kwestie wyboru: czereśnie czy może wiśnie? Z uwagi na brak moim zdaniem wyraźnej różnicy jakościowej, słuchanie z obu kablami miało swoje zalety i oba dobrze się spisały. Prędko też okazało się, że taka prawie równowaga panuje przy przetworniku lampowym i PrimaLuny i lampowym wzmacniaczu Ayona, natomiast tranzystorowy przetwornik Audiobyte Hydra Vox i tranzystorowy wzmacniacz Phasemation wolały bardziej gęsty Tonalium, choć może także z uwagi na jego symetryczność, ponieważ ten tor był dual mono też w sensie 2 x XLR. (Przetwornik PrimaLuny jest dual mono, ale RCA.)

Zostawmy kable. Można zakładać, że oba były dobre, a od samego toru będzie zależeć, jaki słuchawki wybiorą. Przy tranzystorowym pewnie gęstszy, a przy lampowym może być różnie. Dołączą do tego preferencje słuchacza, a główna konkluzja taka, że kabel dostarczany ze słuchawkami jest jakości co najmniej dobrej, szkoda tylko, że niesymetryczny.

Oto fabryka brzmienia o muzykalności ekstremalnej.

Dużo ważniejsze od kabla są jednak same słuchawki i w odniesieniu do nich wstępna uwaga taka, że one grają inaczej. Cóż, mają inne przetworniki, czyli bez zaskoczenia, niemniej one w tej swojej inności idą dalej, niż też mające takie przetworniki MrSpeakers, RAAL i oBravo. Gorsza, lepsza, czy tylko inna – jest owa ich odmienność? Na starcie, przed ograniem, pewny byłem, że gorsza. Potem zacząłem je doceniać i uważać za równe. A jeszcze potem przyszła faza, że przechodzenie z nich na inne zaczęło być problemem. Odnośnie tego nie możemy jednak zdać się na sam gust recenzenta. Obłożę tedy te HEDDphone też słuchawkami otwartymi: z jednej strony trochę tańszymi i dynamicznymi Sennheiser HD 800, z drugiej droższymi i planarnymi Meze Empyrean. To winno być pouczające, a przy okazji wróci się też do kabli, porównując Sennheisery do oryginalnego w HEDD i Meze do grających z Tonalium.

 

 

Odsłuch cd.

HEDDphone vs Sennheiser HD 800

Konkurencja ma inne atuty, tej miary muzykalności nie ma.

  W obydwu kable niesymetryczne zakończone dużymi jackami – w HEDDphone jakimś nieokreślonym, być może rodowanym, w FAW dla Sennheiser złoconym z mosiężnym korpusem Furutecha. Ceny słuchawek zbliżone – ciągle jeszcze dostępne klasyczne Sennheisery to 5000 PLN plus 1000 PLN za kabel, czyli 6000 naprzeciw 7650 PLN.

Różnice brzmieniowe wyraźne i łatwe do opisania. Brzmienie Sennheiser suchsze i bardziej cisnące na wyraźność, też wydobycie szczegółów i inne techniczne aspekty obrazowania, choć nie bez muzycznego składnika. Mocno akcentowany plan pierwszy, wszystko za nim mniej ważne, choć istniejące i uczestniczące. Trzeci wymiar budowany z udziałem zaznaczającego się pogłosu, krótsze wybrzmienia, większy nacisk na atak niż sustain, bardzo wyraźne zyskiwanie muzykalności wraz z użyciem plików wyższej jakości.

Naprzeciw tego słuchanie HEDDphone to dzięki samy słuchawkom przejście od prezentacji tranzystorowej do lampowej w tranzystorowym torze. Na tranzystorowym wzmacniaczu (który dużo zyskał dzięki postawieniu na nóżkach Harmoniksa) i poprzez własny, bardziej uwyraźniający niż czarujący muzykalnością kabel, i tak były dużo bardziej muzykalne, bardziej gęste, z dłuższymi wybrzmieniami, większym nasyceniem, o wiele mocniejszym nakładaniem się i kooperacją dźwięków. Ogólnie mówiąc nacisk nie na przekaz jak najbardziej wyraźny, tylko na długie wybrzmienia i atmosferę rozmarzenia, muzycznego zapamiętania, zanurzenia jak najgłębszego w dźwięku. Lecz nie nazwałbym tego relaksem. To nie była muzyka do przepuszczania mimo uszu ani do towarzystwa. Skupiała całą uwagę, nie pozwalała pomijać. Nazwanie jej upojną, nie byłoby przesadą. Jeżeli muzyka może działać jak alkohole (nie tylko te dosłowne, także te z wierszy Guillaume’a Apollinaire’a), to muzyka berlińskich Air Motion Transformers działała właśnie w ten sposób. Jak wino i poezja niosła jednocześnie znaczenia i obezwładniający duchowy trans. Nie była samą treścią ani samym swoim obrazem – działała jak narkotyk. Była generowaniem stanów psychodelicznych i nieobojętnych znaczeń. Audiofile zwą to sztampowo magią – i te słuchawki są magiczne. Dlatego tak trudno wracać z nich do innych, one uzależniają. Oczywiście zależy także, co się lubi. – Jeżeli ktoś ceni precyzyjny rysunek techniczny i nie chce żadnych doń emocjonalnych przypraw, to precyzyjne obrazowanie Sennheiserów, wyraźnie zyskujące wraz z jakością muzycznego surowca i mające w odwodzie ewentualne alkohole dobywane z kredensów lampowej technologii, będzie tym czymś, czego szukał. Ale jeśli się szuka emocji, jeżeli magia ma być natychmiast i nawet z tranzystorowym torem, to HEDD będą bezkonkurencyjne. Zwłaszcza, że one idą w drugą stronę, i wraz z przyrostem jakości nagrań nie zyskują na muzykalności (tę mają od razu całą), tylko na wyraźności – to o nią się wzbogacają. A wzbogacone nie ustępują parametrami technicznymi ani trochę, gdzie tam. Dźwięki opowiadają piękniej i dokładniej, a na niebagatelny dodatek nieporównanie lepiej plasują je w przestrzeni. Coś fenomenalnego!

Odnośnie tej przestrzeni, bo z niej wszak Sennheisery słyną. Tu zarysowała się chyba największa różnica, a przynajmniej łatwa do analizy. Sennheisery wyraźnie mocniej ciągnęły i alienowały soprany, przez co szum podkładu był u nich dużo wyraźniejszy, a sopranowe błędne ogniki dzwoneczków w dali z klasycznego Song of White Vangelisa dużo bardzie wyodrębnione z tła, dalej posadowione i swą daleką samotnością budujące większą też głębię sceny – znacznie większą. Taką głębię wydobył z HEDD dopiero symetryczny Tonalium, dowodząc przy okazji, że on i symetryczność mogą się tym słuchawkom przydać. Bez niego, z kablem własnym, grały HEDD przy stacjonarnym wzmacniaczu tranzystorowym inaczej niż napędzane z DAP – dźwiękiem scalającym a nie holograficznie dzielącym przestrzeń, skracającym jej głębię – dużym i spójnym, ale nie odznaczającym się skłonnością do rysowania dalekich horyzontów, co było zaskakująco inne niż przy wzmacniaczu lampowym Ayona  i przy odtwarzaczach przenośnych.

HEDDphone vs Meze Empyrean

Poza tym jest wygodniejsza – odnośnie tego nie ma złudzeń.

O wiele subtelniejsze różnice zjawiły się na obszarze konfrontacji HEDDphone z wyraźnie droższym konkurentem planarnym (podczas których jedne i drugie słuchawki posiłkowały się tym samym kablem symetrycznym Tonalium podpiętym zawsze do symetrycznego Phasemation, tak by wyzyskać symetryczność). Już samo słowo „subtelniejsze” sugeruje brzmienia bardziej zbliżone, niemniej i w tym wypadku dało się bez wysiłku wskazać pewne znaczące różnice. Poczynając od tego, że Meze grały bliższym i bardziej wyosobnionym pierwszym planem, a do budowania zjawiska dali też używały pogłosu. Poza tym grały odrobinę cieplej, co wynikało z faktu, że mniej (nieznacznie, ale do natychmiastowego wyłapania) eksponowały wysokie tony. Bardziej przy tym separowały jedne dźwięki od drugich, tworząc obraz mniej jednobrzmiący – bardziej rozbity na składowe. Inaczej też przebiegała u nich charakterystyka odpowiedz impulsowej – mniej płaskiej, lekko podbijającej wyższą średnicę. Zabieg zapewne calowy, mający w zamierzeniu wyrywać słuchacza z odsłuchowego odrętwienia. Nie można powiedzieć, że nieudany – niektóre utwory przy takim podejściu zyskiwały. Nie do końca tonalnie poprawne, ale za to bardziej fascynujące, tym właśnie częstotliwościowym wzgórkiem, niczym garbem na jezdni, wyrywały z monotonii muzycznej. Więcej też u nich sopranowych szmerów, mała lecz wyczuwalna dawka pogłosu i ten lekki akcent tonalny, podnoszący głosy, działały niczym dorysowany pieprzyk, piegi i trochę zadarty nosek – niby nie do końca poprawne, jednak dodawały urody. Jako dodatkowa ozdoba fantastyczna przejrzystość, mocno omiatające scenę światło, silny kontrast dół-góra i metafizyczny czar ożywianej miriadami drobin, w wyczuwalny też sposób oddychającej przestrzeni. Klasa!

Przyznam, że na tle powyższego opisu oferty brzmieniowej Meze trudno właściwie oddać walory HEDDphone, ponieważ zdawkowe stwierdzenia, w rodzaju „bardziej koherentne”, „poprawniejsze tonalnie”, czy „równiej przechodzące przez pasmo”, nie oddają istoty rzeczy. Ale faktycznie: HEDD nie operowały takim kontrastem bas-sopran, mimo że soprany potrafiły uciągnąć wyżej, a bas miały co najmniej równie potężny. Ale to wszystko bardziej zwarte, zebrane w całość, równiej przez pasmo przechodzące, operujące łagodniejszym światłem i nie używające pogłosu. Środek ciężkości ustawiony precyzyjnie na sam środek średnicy, a więc nie przesunięty nic do góry, a same brzmienia nie o krystalicznej czystości w nieskazitelnie przejrzystym medium, tylko atmosfera większej gęstości, wyższego ciśnienia oraz czucia przestrzeni właśnie poprzez ciśnienie, a nie delikatne oddechy jakiegoś muzycznego ducha wzbijające miriady drobin. Brzmienie zatem mocniejsze, niższe i bardziej spójne, a jednocześnie bardziej romantyczne – operujące dłuższymi wybrzmieniami i bardziej zaznaczającą się melodyką. (Przypominają się AudioQuest NightHawk.) Tym samym atmosfera bliższa tej proponowanej przez muzykę klubową albo jazz tradycyjny, podczas gdy Meze klimatycznie bliższe muzyki elektronicznej czy modern jazzu. Pytanie: które brzmienie lepsze? – to typowa zagrywka w stylu, czy rum jest lepszy od ginu? Ale zaiste, coś w tym kolejnym nawiązaniu do alkoholi jest z muzycznego sensu, bo HEDD rzeczywiście podobniejsze były do rumu, podczas gdy Meze do ginu. Umownie oczywiście i z przymrużeniem oka, ale choć brzmienie AMT nie było ani trochę słodsze, a nawet ciut chłodniejsze, to miało coś z aromatycznej gęstości melasy, podczas gdy brzmienie słuchawek planarnych coś z czystej wytrawności jałowca.

Wytrzeźwijmy, choć to niełatwe po takiej dawce muzyki. Im dłużej porównywałem Meze z HEDD, tym różnice pomiędzy nimi stawały się wyraźniejsze. Zaczynałem od tego, że grały podobnie, kończyłem na tym, że całkiem różnie. Tak bywa – człowiek się uczy odróżniać, sama intuicja i „na wyczucie” wszystkiego nie załatwią.  Trzeba wiedzieć gdzie szukać, na czym się skupić i jak to nazwać, wówczas te już namierzone i nazwane różnice stają się oczywiste, uderzają od razu.

Lepszy kabel potrafi dużo zdziałać; podczas odsłuchów zastanawiałem się, który z nieobecnych byłby najlepszy. Entreq Atlantis? Kimber Axios?

Niemniej wciąż wisi trochę wyśmiane, ale cicho domagające się odpowiedzi pytanie: których najchętniej byś używał? Nie padnie rozstrzygnięcie, mogę natomiast napisać, że brzmienie HEDDphone najdalsze jest  od efekciarstwa i najbliższe muzycznej istoty. To są słuchawki grające podobnie do Audeze LCD-4, także mające w sobie sporo stylu pamiętnych Sony. Nie taki sceniczny ogrom i nie tę holografię, ale ten sam muzyczny klimat, w którym na chwilę zanurzenie odsłania słabość konkurencji. Dwie rzeczy tu się przenikają, stanowią sedno sprawy. Obie to główne składniki muzycznej prawdziwości, zarazem każda inna. Jedna, to całościowy wyraz powstający jako pochodna form indywidualnych; druga, to sposób tych form prezentacji. Zacznijmy od tej drugiej. Tym są słuchawki wierniejsze odtwórczo, im doskonalej potrafią odróżniać i indywidualizować dźwięki. Jako że muzyka to mieszanina pozostających sobą dźwięków, a nie ich zamazana wypadkowa. Słuchawki takie jak wspomniane Sony, Sennheiser Orpheus, AKG K1000 i RAAL potrafią ten aspekt, aspekt zbioru indywidualizmów, od HEDD ukazać lepiej. Także porównywane teraz z nimi Meze i Sennheiser HD 800 bardziej cisną na ten indywidualizm niż na tę drugą wartość. A drugą jest muzyczna postać każdego jednego dźwięku, jego samoistna perfekcja. To w odtwórczości jest najtrudniejsze, nikomu w pełni się nie udaje. Jak już wiele razy pisałem, każde uderzenie pałeczki w perkusyjny talerz, każde naciśnięcie na klawisz któregoś organowego rejestru, to zaistnienie brzmieniowej formy nieoddawalnej w pełni przez jakikolwiek głośnik, tym bardziej słuchawkowy. Miarą jest tu zatem zbliżenie – i to zbliżenie, to dążące do ideału naśladownictwo formy, jest największym atutem HEDD. Pod jego względem biją tu do nich przymierzane i nawiązują do referencyjnych ciągle Sony. Łyk jeden zaczerpnięty z ich brzmieniowego strumienia obnaża nieprawdziwość tamtych i przypomina o minionej referencji.

Podsumowanie

   Doskonałość odtwórcza pojedynczego dźwięku jest niezaprzeczalną zaletą techniki AMT. Zarazem trochę szkoda, że sumowanie tych pojedynczych w całość tak dobrze już nie wychodzi. Gdy tamto popisowe, to już tylko poprawnie – jako duże i spójne sceny. Gdy same dźwięki czarują (także sposobem ich lokowania na scenie), sceny przez nie całościowo tworzone już aż magiczne nie są. Tym niemniej brzmienie HEDDphone urasta do rangi wydarzenia. Bo jeśli ktoś szczególnie ceni i chciałby mieć dla siebie styl oferowany przez flagowe Audeze, od nich otrzyma brzmienie analogiczne i na pewno nie gorsze za połowę budżetu.

Złączenie najwyższego wyrafinowania z łatwością przyswajania i całościowym poczuciem obecności par excellence ducha muzyki, to bardzo rzadki dar nadchodzący od strony sprzętu, przez owe HEDD właśnie przynoszony. Przygodę z nimi zaczynałem od wielkich oczekiwań, potem nastąpiło rozczarowanie, a jeszcze potem zniechęcenie. Kończyłem jako entuzjasta i ewentualne z nimi rozstanie będę musiał poważnie przemyśleć. Fakt – do wygodnych nie należą. Drugi – są hałasujące. Trzeci – to słuchawki nietanie. Czwarty – bardzo lubią się prądem raczyć; jako jedyne z obecnych u mnie wolą gdy wzmacniacz Phasemation jest ustawiony na wysoki GAIN. (Oddaje wtedy 5,0 W na kanał.) Gdy innym wtedy słabnie kultura, im przeciwnie – przyrasta. I na niebagatelny dodatek odsłaniają się dźwięki nowe – głębokie pole zapełnia się nieobecnymi wcześniej, a brakująca magiczność sceny zaczyna się klarować. Nie osiąga, co prawda, poziomu Sony czy Orpheusa, ale staje czymś więcej niż tylko dobrą sceną. W połączeniu z maestrią brzmieniową dostajemy więc bardzo dużo jak za takie pieniądze.

Dorzucę jeszcze jedną uwagę. Wywierano podobno presję na twórców, by zredukowali wagę słuchawek. Poważnie pracowano nad tym, ale się okazało, że jej obniżenie zawsze skutkuje spadkiem jakości brzmienia. Sprawa więc ostatecznie umarła. Pocieszające jednak, że słuchawki dadzą się napędzać wprost ze zwykłego DAP-a (o ile tylko nie jest słaby), a także to, że da się w HEDDphone wysiedzieć ładnych parę godzin bez żadnego poczucia męki; spokojnie delektować wyjątkową jakością muzyczną, która naprawdę jest wyjątkowa – to z pewnością.

 

W punktach:

Zalety

  • Muzykalność na miarę referencji.
  • Perfekcyjne postaciowanie dźwięków.
  • Bardzo rzadka umiejętność łączenia brzmieniowego przepychu z łatwością przyswajania.
  • Wyważenie tonalne.
  • Spójność pasma.
  • Którego przebieg jest tak równy, że zrazu nie zauważamy jak wyciągnięte są soprany i jak nisko schodzący bas.
  • Te ekspresyjne soprany ani odrobinę nie drażnią.
  • Środek pasma to piękno i indywidualizm głosów.
  • Potężny, ale także stopiony z pasmem, pozbawiony tendencji do podbarwiania czy dominacji bas.
  • Imponujący rozmiar dźwięków.
  • Wrażenie całościowego zanurzenia w muzyce, pełnego z nią utożsamienia.
  • Potrzeba do tego wzmacniacza o dużej mocy, ale scena przy takim także potrafi trącić magią; zapełnić się brzmieniami wcześniej ukrytymi, wychodzącymi z cienia.
  • Łagodne, subtelne światło. (Nie wszyscy takie lubią, ale to inna sprawa.)
  • Unikanie silnych kontrastów. (I znów to nie dla wszystkich, ale ten styl ma czar.)
  • Trudna, ale możliwa do wydobycia holografia.
  • Bardzo lubią mocne wzmacniacze, ale grać mogą także z przeciętnej mocy DAP-a.
  • Technologia AMT odniesiona do całych przetworników. (Jak w RAAL i MrSpeakers, inaczej niż u oBravo.)
  • Wysokiej klasy surowce.
  • Staranne wykonanie.
  • Stonowany lecz efektowny wygląd.
  • Dobrej jakości odpinany kabel.
  • Znany producent.
  • Made in Berlin.
  • Polska dystrybucja.
  • Dobry (jak na dzisiejsze czasy) stosunek jakości do ceny.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Same brzmieniowo subtelne, brutalnie odsłaniają wszelkie słabości toru.
  • I bardzo różnicują – co im pasuje, co nie pasuje.
  • Magia dźwięków większa od magii sceny.
  • Duże.
  • Ciężkie.
  • Tylko umiarkowana wygoda.
  • Dobór wzmacniacza będzie wyzwaniem.
  • Kabel z kompletu powinien być symetryczny.
  • Uzależniają.

 

Dane techniczne HEDDphone:

  • Słuchawki przewodowe, otwarte, wokółuszne.
  • Typ przetwornika: AMT (Air Motion Transformer).
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 40 kHz.
  • Impedancja: 42 Ω.
  • Czułość: 87 dB/1 mW.
  • Waga: 718 g.
  • Kabel: odpinany (przez złącza mini XLR) długości 2,5 m, zakończony dużym jackiem.
  • Cena: 7 650 PLN

 

System:

  • Źródła: KANN Cube, Astell & Kern AK380, PC, Ayon CD-T II.
  • Przetworniki: Audiobyte Hydra Vox, Auralic Vega G2, PrimaLuna EVO 100.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: HEDDphone (kabel własny i Tonalium-Metrum Lab), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 800 (kabel FAW Noir i Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab) .
  • Kable USB: Fidata HFU2 Series USB, iFi Gemini ‘+ iUSB3.0
  • Kabel LAN: Fidata LAN HFCL Series.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Konwerter: iFi iOne.
  • Interkonekty analogowe: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia i Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

12 komentarzy w “Recenzja: HEDDphone

  1. Piotr Ryka pisze:

    Otrzymałem jako uzupełnienie cennik kabli

    HEDD HP cables – 749zl

    – 6.3mm jack (male) to 2x mini XLR (female), 2.2m

    – 4-pole XLR (male, bal.) to 2x mini XLR (fem.), 2.2m

    – 3.5mm jack (male) to 2x mini XLR (female), 1.2m

    – 2.5mm jack (male, bal.) to 2x mini XLR (fem.), 1.2m

  2. Fon pisze:

    W tym kryzysie może się producenci opamiętają z cenami bo są chore, ludzie będą się mocno zastanawiać na co grosze wydać, rynek pokaże

  3. miroslaw frackowiak pisze:

    Sluchalem ich na wystawie w Londynie w tamtym roku i graly bardzo ciekawie,szkoda ze w tym roku nie bedzie CanJam w Londynie,wszystkie wystawy odwolane,ale te sluchawki akurat zapamietalem,bardzo orginalne z wygladu jak i grania…zdrowia zycze Piotrze,bo my w tym wieku zagrozeni jestesmy bardziej wiruskiem niz inni…

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tacy szczególnie zagrożeni to jeszcze nie jesteśmy. Daleko do tego. Natomiast słuchawki są faktycznie niezwykłe – wyjątkowo mi się spodobały. Skłaniają też do poszukiwań wzmacniacza, kabla, źródła. To wszystko ciekawe jest i wyrywające z rutyny.

  4. Michal Pastuszak pisze:

    Niezwykle ciekawe byloby zestawienie z innymi sluchawkami w technologii AMT, czyli dawnymi Ergo AMT, cena calkiem atrakcyjna (4500PLN), robione w Szwajcarii, wiec mozna by liczyc na dobra jakosc.

    https://www.audioaffair.co.uk/ergo-amt-headphones

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzwoniłem kiedyś do polskiego dystrybutora RCM w ich sprawie. Okazało się, że nigdy nie mają na stanie, mogą tylko pod zamówienie sprowadzić.

  5. Stefan pisze:

    No właśnie ta scena, nawet na zbalansowanym torze i kablu nie wychodzi poza linię oczu, gdyby nie to to waga nie byłaby problemem ze względu na wałowy muzyczne.

  6. Stefan pisze:

    *walory oczywiście.

  7. Marcin pisze:

    Kurczę, mega drogie są te wszystkie rzeczy; nawet fajne to hobby, ale jednak ceny odstraszają; myślę o tym trochę jak o takim na ten przykład golfie, no fajny sport, na powietrzu itd., ale sport dla bogaczy. Z tego też powodu z audiofilii zrezygnowałem, choć jeśli kogoś to interesuje i go na to stać to nie jest powód, żeby nazywać taką osobę idiotą, że na słuchawki, odtwarzacz itd. wydał 30 tyś zł – jego kasa i jego to sprawa, na co je wydaje.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ale przecież nie musi być drogo. AudioQuest NightOwl plus DAC/wzmacniacz słuchawkowy od iFi i gotowe. Albo planarne słuchawki Fosteksa, albo planarne Takstary.

      1. Michal Pastuszak pisze:

        I jeszcze Quad Era-1 plus firmowy PA-One (DAC/AMP), bede sie upieral ze to znakomity zestaw za jak najbardziej rzetelna cene, calosc smialo do nabycia za 8-8.5kPLN.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Te Quad już trochę droższe. A swoją drogą, to trudno za słuchawkowym rynkiem nadążyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy