Recenzja: AUDIOENGINE A2+ BT

Odsłuchy

Zgrabne, tłuściuchne maluchy.

   Położyłem czarne A2 na firmowych podkładkach i ustawiłem na stronach 32 calowego monitora, Podpiąłem lewą komputerowi kablem USB z kompletu – momencik trwało, i otrzymałem komunikat, że kolumienki zostały rozpoznane i są gotowe do użycia. Pozostawało jeszcze stwierdzić, jak należy je odgiąć. Moim zdaniem nie należy w ogóle, ponieważ szeroko znanym zwyczajem głośników monitorowych pozostawione bez odgięcia serwują najgłębszą scenę. Z solistą ulokowanym kawałek za monitorem i tam otoczonym wcale głęboką właśnie sceną; wykonawcą śpiewającym wprost z monitora (tak mózg słuchającego działa), o ile puszczona ścieżka dźwiękowa jest sparowana z obrazem.

Efekty sceniczne z tak ustawionych głośników okazują się  dobre, czasami aż za dobre. Zwłaszcza w komputerowych grach zdarzało się od czasu do czasu, że dźwięk za daleko uciekał w którąś stronę – ale to nie wina głośników, tylko nie dość starannie opracowanych ścieżek dźwiękowych. W muzyce z różnej jakości plików już tak się nie działo, choć trzeba przyznać, że monitorki starannie informują o tym, w którą ewentualnie stronę przesunięty był wykonawca, z której kąta dany instrument, itp. Nie przeszkadzało to jednak zjawisku dla stereofonii kluczowemu – w przypadku dobrych realizacji (czyli, ogólnie biorąc, przeważnie) dźwięk się całkowicie odrywał i żył własnym przestrzennym życiem na obszarze za monitorem. Do tego stopnie tak potrafiło się podziać, że bywałem aż zaskoczony. Przy okazji zjawiło się też duże zróżnicowanie wielkości źródeł – od małych po bardzo duże. Na przykład wzięta z TIDAL Marlena Dietrich, śpiewając Où Vont Les Fleurs, miała głowę większą od mojej.

Mało miejsca zabiorą.

Ogólnie walory sceniczne wypadły więc bardzo dobrze (to pełne oderwanie!), odnośnie zaś samego brzmienia? To rozpada się na dwa działy – przewodowy i bezprzewodowy. Od razu powiem, że to bezprzewodowy okazuje się lepszy, ale najpierw o przewodowym.

Elektroniczny wsad Audioengine A2 to nie coś podobnego do iFi Diablo, nie ma modułu odpowiedzialnego za poprawę transmisji przez USB. Ten brak daje się odczuć, lecz nie aż w bolesny sposób. Głośniczki także w transmisji przewodowej po zwykłym kablu USB z kompletu grały przyjemnym i przede wszystkim potrafiącym zaimponować dźwiękiem, ale tego imponowania by nie było, gdyby dźwięk nie był właśnie przyjemny; co bowiem komu po dużym i dynamicznym brzmieniu, gdyby miało piłować po uszach? Po to jednak sięgnięto po kość od Burr-Brown, żeby tak się nigdy nie działo. I nie dzieje. Te kości wciąż się tłucze, gdyż takie właśnie są. Cyfrowy zapis czynią płynnym – wszelkie kanciaste przejścia i nieciągłości cyfrowe przeobrażają w płynność i obłości, jak te na narożach tych A2. Ta naturalizacja czyni cyfrowy przekaz przyjemnym, naturalnym i łatwo przyswajalnym, co małe kolumny od Audioengine umieją doposażyć dużym (aż bardzo nawet) poziomem głośności bez zniekształceń oraz wspomnianą dobrą scenografią.

Zacznijmy od melodyjności. Spore, chociaż nie w pełni przy transmisji przewodowej rozciągnięte pasmo, nigdy nie czyni uszom na górnym skraju krzywdy. Soprany są trochę powściągnięte, fakt, lecz nie na tyle, by im odebrać tryl czy dźwięczność. Wystarczająco także mocne, by oddać indywidualizm i wyraźnie rysować kontury, natomiast nie posiadają zdolności przenikania w głębsze warstwy muzyczne – nie dadzą ani atmosfery muzycznego misterium, ani głębokiego wnikania w struktury harmoniczne. High-endu zatem nie ma, ale jest przyzwoitej jakości granie, potrafiące dać satysfakcję. Satysfakcję z melodyjności, siły głosu i ciekawie podanej sceny.

 

 

 

 

Ta melodyjność zawsze się utrzymuje, choć zawsze nieco ją osłabia sztuczna oprawa pogłosowa, ale przejrzystość i wyraźność okazują się wystarczające, by dobrze się słuchało. Do satysfakcji równie mocno przyczynia się także trójwymiarowość obrazu – dźwięk nigdy nie jest płaski, zawsze ma trzeci wymiar. Odnośnie wypełnienia, temperatury światła i siły basu, to bas jest średnio mocny, też średnie wypełnienie, a światło przyciemnione, klimatyczne. No i ta siła głosu – kto z nas nie lubi poszaleć? Kolumny wydają się tak małe, że szały głośnościowe niemożliwe. A jednak! To nie był pic na wodę, te opowieści Brada i Dave᾽a o mocnych, starannie zaprojektowanych obudowach i spasowanych elementach. Także wzmacniacz jest mocny, a membrany dość silne. W efekcie można grać na cały regulator, bardzo wysokim poziomem głośności wypełniając całe mieszkanie. Co dzieje się bez zniekształceń i brzmieniem nasyconym. Bas nie ma w przewodowym graniu bardzo niskiego zejścia, ale dysponuje kopnięciem i ma wyraźny kontur, a cały dźwięk jest krzepki i dobrze poróżnicowany. Zdolny nie tylko grać muzykę, ale też grać na emocjach. Kiedy ścieżka dźwiękowa gry chce siać atmosferę grozy, to tak faktycznie się dzieje, ciarki idą po skórze.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

3 komentarzy w “Recenzja: AUDIOENGINE A2+ BT

  1. Sławek pisze:

    Panie Piotrze,
    a jak ma się dźwięk tych maluchów do Pylonów, które Pan testował – chodzi mi nie tylko o ostatnio przetestowane podłogówki, ale jeśli dobrze pamiętam to przede wszystkim do monitorków które Pan sobie zostawił zamiast telewizorowych głośników?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Monitory Pylona są brzmieniowo bardziej realistyczne i dźwięk mogą dać jeszcze potężniejszy, tyle że do nich trzeba przetwornika, wzmacniacza i okablowania. Poza tym są objętościowo wielokrotnie większe – tak ładnych parę razy.

  2. miroslaw+frackowiak pisze:

    Dzis te piekne glosniczki kupilem…rewelacyjnie graja i wygladaja,sa super

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy