Recenzja: AUDIOENGINE A2+ BT

   Poświęćmy jeszcze jedną recenzję kwestiom bezprzewodowym. Poprzednia pozwoliła ustalić, że w odniesieniu do słuchawek na obszarze wyższej jakości możemy wybierać pomiędzy bardziej wyrazistym stylem Shure Aonic 50, a melodyjniejszym – z głębszym i pełniejszym brzmieniem – Sennheiser Momentum. W odniesieniu do całego rynku wybór jest oczywiście szerszy i bardziej zróżnicowany, ale ten obrazuje dwie główne szkoły i każdą poprzez wysoką jakość. Lecz najpopularniejsze teraz granie przy komputerze bądź smartfonie nie ogranicza się do słuchawek – ogromną popularność zdobyły nabiurkowe głośniki. Dlaczego, skoro słuchawki zajmują mniej miejsca i mniej przeszkadzają innym? Dwa powody z miejsca się nasuwają: – nie wszyscy wytrzymują w słuchawkach, też dzięki głośnikom możliwa jest szersza, bardziej naturalna stereofonia. Prócz tego można je uzupełnić subwooferem, a więc grzmieć tektonicznie, poza tym jeden zestaw głośników starczy wielu osobom – grać można z jednym kompletem wieloosobowo i bardziej zadowalać ewentualnych kibiców. Problemem natomiast wbrew woli zaangażowanie nie mających ochoty słuchać, ale to już kwestia pozamykanych drzwi, poziomów głośności oraz dogadywania się z otoczeniem. Nie ma natomiast problemu cenowego – popularne głośniki nabiurkowe kosztują analogicznie jak porządne bezprzewodowe słuchawki, ich ceny oscylują między jednym tysiącem a dwoma.

W dziale produktowym małych głośniczków nie działo się na HiFiPhilosophy nic od czasu recenzji iFi Audio Retro Stereo 50 (2015), a i to były głośniki z wyższej ligi – zdecydowanie droższe i gatunkowo niepoślednie. Poza tym zespolone z nietanią elektroniką. To samo odnosi się do recenzji Zingali Client Nano (2014) –  głośników od tytułowych wyraźnie większych i osiem razy droższych. Prawie tak małe były jedynie Ancient Audio Master Oslo (2013), ale znowuż o wiele droższe, z jakościowo innego przedziału.

Audioengine A2+ BT to jeden z popularniejszych modeli, do pozyskania za skromne tysiąc trzysta złotych. Pochodzący od firmy mającej w herbie wypisane dokładnie to samo, co też amerykańskie Monoprice – herbowe zawołanie brzmi: „Znakomicie i tanio”.

Pod hasłem tym audiogenie Home music systems zostało powołane w 2005, ojcami założycielami Brade i Dave. Panowie przedstawiają się na firmowej stronie samymi imionami, czyli podpadają pod kategorię określoną przez Meg Ryan w „Masz wiadomość” jako zwyczaje małolat i kelnerek. Dalej jest mowa o pełnym zaangażowaniu w uzyskanie najwyższej jakości przy określonym budżecie, dzięki czemu wyroby Audioengine nie tylko z powodzeniem konkurują w kategorii stosunku jakości do ceny, ale też charakteryzuje je znaczna ponadczasowość, przez co należy rozumieć nawet po kilku latach nie stania się przestarzałym. Wdraża się jak najnowsze technologie i wdraża jak najporządniej, by dziś i jutro grało na miarę oczekiwań. Nie mniej dumni są twórcy z modelu biznesowego, pozwalającego maksymalnie ciąć koszty, by klient płacił tylko za to, co rzeczywiście niezbędne. Poza tym – jasna sprawa – obaj panowie (kumple raczej) pasjami kochają muzykę; ich pasją także „pomaganie ludziom w usłyszeniu ulubionych utworów tak, jak powinny być usłyszane. Też pomaganie w odkrywaniu nowej muzyki i docenianiu jej, dzięki najwyższej jakości dźwięku.” Siedzibą Austin w stanie Teksas, sprzedaż – według najnowszej mody – wysyłkowa. W ofercie także pasywne głośniki przewodowe, a spośród aktywnych bezprzewodowych (takie też mogą przewodowo) model Audioengine A2+ BT zajmuje drugą pozycję od dołu, jeśli nie liczyć najtańszego przenośnego soundbaru. W Stanach A2 mają cenę $269, u nas to 1300 złotych. (Najtańsze takie – A1, to $199; flagowy model HD6 kosztuje $699.)

Co dostajemy w pudełku

Pudełko właściwe jest ładne.

  W pudełku dostajemy pudełko, bowiem głośniczki są pakowane w dwa pudełka. Nie każdy z nich w osobne, tylko najpierw pudełko z surowej tektury, opatrzone napisem objaśniającym, w nim pudełko właściwe – lakierowane, ozdobione zdjęciami i zamykane na dwie wsuwki. Już z niego możemy się dowiedzieć, że głośniczki oferowane są w wersjach białej i czarnej, ale może też być i czerwona. Poza ich nazwą mowa o „Premium Powered Speakers System”, i oczywiście że są „Wireless”, a boczne ścianki uwidaczniają na identycznych zdjęciach odtylny panel obsługowy.

Dość sporo tam się dzieje, bo przecież dziać się musi: tak więc u góry z lewej na lewym (patrząc od przodu) głośniku, będącym obsługowym, małe pokrętło potencjometru i zarazem włącznika, chodzące ze sporym oporem, trochę na jego rozmiar za dużym. Obok dwa komplety gniazd RCA (wejście oraz regulowane wyjście) i gniazdo wejściowe mini-jack, bo tak też można wchodzić. Poniżej przyłącza głośnikowe – metalowe, porządne, obsługujące każdy typ końcówek – obok nich gniazdo mini USB, do połączenia z komputerem, laptopem itp. oraz wielopinowe zasilania dla zasilacza z kompletu. Nad gniazdem USB przycisk „Pair button”, do synchronizacji systemu w trybach bezprzewodowym i zwykłym, który po naciśnięciu chwilę miga, nim nastąpi synchronizacja. Głośniczki łączymy ze sobą dostarczonym kablem, który się okazuje porządny (16AWG) i w przeźroczystej izolacji. Dwa ma metry długości i cynowane końcówki, a rozszczepienie na końcu można sobie poszerzać. W komplecie sporej wielkości zasilacz z kablami po obu stronach, kabelek USB (1,5 m), kabelek mini-jack (też 1,5 m) oraz ochronne woreczki z mikrofibry – osobne dla każdej kolumienki, osobny dla zasilacza i osobny dla kabli. (Bardzo gustowne, popielate, z zaciąganiem na plecione sznureczki.)

Jeszcze ładniejsze w nim woreczki.

Pakowanie ogólnie staranne, wyposażenie należyte, cena daleka od przytłaczającej, wygląd głośniczków – pierwsza klasa. Dostałem czarną wersję, czyli taką jak lubię. Ta czerń nie jest smolista, raczej jak ołówkowy grafit. Ma satynowy połysk, ładnie w świetle się mieni. Zgrabne proporcje o obłych narożach jeszcze zyskują, gdy położymy te A2 na firmowych podkładkach kątujących Desktop Speakers Stands (mniejszy model), na które trzeba wysupłać dodatkowe sto i sześćdziesiąt złotych. Nie tylko lepiej z nimi wygląda, ale też lepiej strzela – dźwięk bardziej celuje w uszy, a nie idzie pod pachy.

Dwa użyte w każdej kolumience głośniki są autorstwa samego Audioengine, w czym firma widzi powód do dumy. Nasze kolumny – powiadają – to nie żadna zbieranina z rynkowej oferty głośników i innych komponentów, stylem „byle jakoś to było” upchniętych w też cudzą obudowę. Każdy element został starannie przez nas opracowany i zestrojony z resztą, ażeby odpowiednio grało. Więc obudowa z masywnego MDF z dodatkowymi wzmocnieniami, zwrotnica też porządna, przetwornik – po sąsiedzku – na niskoszumnej, 16-bitowej kości Burr-Brown PCM2704C od Texas Instruments (skoro i Audioengine z Teksasu). Same głośniki to jedwabna kopułka ø 3/4 cala oraz woofer ø 2,75 cala o membranie z aramidowego włókna, do czego dochodzi, też skierowany do przodu i rozciągnięty przy samej podstawie szczelinowy bass-refleks. Zestaw może zostać uzupełniony o bezprzewodowy subwoofer Audioengine S8 (za 1700 złotych), który może pracować bezprzewodowo, a może też być podłączony  przewodem do gniazd wyjściowych RCA w lewej kolumnie.

Same głośniki wyglądem także budzą uznanie.

Dane techniczne mówią o wzmocnieniu w klasie AB z mocą szczytową 60 W, THD poniżej 0,05%, SNR powyżej 95 dB i przesłuchu międzykanałowym z dystansem 50 dB. Pasmo przenoszenia ma zakres 65 Hz – 22 kHz, impedancja wejściowa 10 kΩ, natywne próbkowanie przetwornika to 16-bit/48 kHz. – I najważniejszy dla bycia wireless, wbudowany moduł Bluetooth 5.0 z obsługą kodeków aptX, AAC i SBC. Gwarantowany zasięg aż 30 metrów, czas nawiązania łączności zaledwie 30 milisekund. Wszystko w głośnikach o gabarytach 152 x 102 x 133 mm przy wadze lewego 1,6; prawego 1,4 kg. Kwota nabycia – 1299 złotych.

 

 

 

 

Odsłuchy

Zgrabne, tłuściuchne maluchy.

   Położyłem czarne A2 na firmowych podkładkach i ustawiłem na stronach 32 calowego monitora, Podpiąłem lewą komputerowi kablem USB z kompletu – momencik trwało, i otrzymałem komunikat, że kolumienki zostały rozpoznane i są gotowe do użycia. Pozostawało jeszcze stwierdzić, jak należy je odgiąć. Moim zdaniem nie należy w ogóle, ponieważ szeroko znanym zwyczajem głośników monitorowych pozostawione bez odgięcia serwują najgłębszą scenę. Z solistą ulokowanym kawałek za monitorem i tam otoczonym wcale głęboką właśnie sceną; wykonawcą śpiewającym wprost z monitora (tak mózg słuchającego działa), o ile puszczona ścieżka dźwiękowa jest sparowana z obrazem.

Efekty sceniczne z tak ustawionych głośników okazują się  dobre, czasami aż za dobre. Zwłaszcza w komputerowych grach zdarzało się od czasu do czasu, że dźwięk za daleko uciekał w którąś stronę – ale to nie wina głośników, tylko nie dość starannie opracowanych ścieżek dźwiękowych. W muzyce z różnej jakości plików już tak się nie działo, choć trzeba przyznać, że monitorki starannie informują o tym, w którą ewentualnie stronę przesunięty był wykonawca, z której kąta dany instrument, itp. Nie przeszkadzało to jednak zjawisku dla stereofonii kluczowemu – w przypadku dobrych realizacji (czyli, ogólnie biorąc, przeważnie) dźwięk się całkowicie odrywał i żył własnym przestrzennym życiem na obszarze za monitorem. Do tego stopnie tak potrafiło się podziać, że bywałem aż zaskoczony. Przy okazji zjawiło się też duże zróżnicowanie wielkości źródeł – od małych po bardzo duże. Na przykład wzięta z TIDAL Marlena Dietrich, śpiewając Où Vont Les Fleurs, miała głowę większą od mojej.

Mało miejsca zabiorą.

Ogólnie walory sceniczne wypadły więc bardzo dobrze (to pełne oderwanie!), odnośnie zaś samego brzmienia? To rozpada się na dwa działy – przewodowy i bezprzewodowy. Od razu powiem, że to bezprzewodowy okazuje się lepszy, ale najpierw o przewodowym.

Elektroniczny wsad Audioengine A2 to nie coś podobnego do iFi Diablo, nie ma modułu odpowiedzialnego za poprawę transmisji przez USB. Ten brak daje się odczuć, lecz nie aż w bolesny sposób. Głośniczki także w transmisji przewodowej po zwykłym kablu USB z kompletu grały przyjemnym i przede wszystkim potrafiącym zaimponować dźwiękiem, ale tego imponowania by nie było, gdyby dźwięk nie był właśnie przyjemny; co bowiem komu po dużym i dynamicznym brzmieniu, gdyby miało piłować po uszach? Po to jednak sięgnięto po kość od Burr-Brown, żeby tak się nigdy nie działo. I nie dzieje. Te kości wciąż się tłucze, gdyż takie właśnie są. Cyfrowy zapis czynią płynnym – wszelkie kanciaste przejścia i nieciągłości cyfrowe przeobrażają w płynność i obłości, jak te na narożach tych A2. Ta naturalizacja czyni cyfrowy przekaz przyjemnym, naturalnym i łatwo przyswajalnym, co małe kolumny od Audioengine umieją doposażyć dużym (aż bardzo nawet) poziomem głośności bez zniekształceń oraz wspomnianą dobrą scenografią.

Zacznijmy od melodyjności. Spore, chociaż nie w pełni przy transmisji przewodowej rozciągnięte pasmo, nigdy nie czyni uszom na górnym skraju krzywdy. Soprany są trochę powściągnięte, fakt, lecz nie na tyle, by im odebrać tryl czy dźwięczność. Wystarczająco także mocne, by oddać indywidualizm i wyraźnie rysować kontury, natomiast nie posiadają zdolności przenikania w głębsze warstwy muzyczne – nie dadzą ani atmosfery muzycznego misterium, ani głębokiego wnikania w struktury harmoniczne. High-endu zatem nie ma, ale jest przyzwoitej jakości granie, potrafiące dać satysfakcję. Satysfakcję z melodyjności, siły głosu i ciekawie podanej sceny.

 

 

 

 

Ta melodyjność zawsze się utrzymuje, choć zawsze nieco ją osłabia sztuczna oprawa pogłosowa, ale przejrzystość i wyraźność okazują się wystarczające, by dobrze się słuchało. Do satysfakcji równie mocno przyczynia się także trójwymiarowość obrazu – dźwięk nigdy nie jest płaski, zawsze ma trzeci wymiar. Odnośnie wypełnienia, temperatury światła i siły basu, to bas jest średnio mocny, też średnie wypełnienie, a światło przyciemnione, klimatyczne. No i ta siła głosu – kto z nas nie lubi poszaleć? Kolumny wydają się tak małe, że szały głośnościowe niemożliwe. A jednak! To nie był pic na wodę, te opowieści Brada i Dave᾽a o mocnych, starannie zaprojektowanych obudowach i spasowanych elementach. Także wzmacniacz jest mocny, a membrany dość silne. W efekcie można grać na cały regulator, bardzo wysokim poziomem głośności wypełniając całe mieszkanie. Co dzieje się bez zniekształceń i brzmieniem nasyconym. Bas nie ma w przewodowym graniu bardzo niskiego zejścia, ale dysponuje kopnięciem i ma wyraźny kontur, a cały dźwięk jest krzepki i dobrze poróżnicowany. Zdolny nie tylko grać muzykę, ale też grać na emocjach. Kiedy ścieżka dźwiękowa gry chce siać atmosferę grozy, to tak faktycznie się dzieje, ciarki idą po skórze.

Odsłuchy cd,

Dedykowano im podstawki.

– Ale powiedzmy to stanowczo, wykrzyczmy dużymi literami: KOLUMNY AUDIOENGINE A2+ BT SĄ DO BEZPRZEWODOWEGO BLUETOOTH, W NIM OSIĄGAJĄ MAKSIMA!

To jest bardzo słyszalne, to są różne poziomy. Granie przewodowe po USB to granie przyzwoite – trójwymiarowe odnośnie dźwięków i sceny, melodyjne i na zawołanie potężne. Ale na słowach: „przyzwoite”,” dobre”, „niezłe” musimy uciąć pochwały. Natomiast po Bluetooth granie jest pierwszorzędne. Posmakowałem go trzy razy – ze smartfonami Motorola One i iPhone 12, oraz przenośnym odtwarzaczem Astell & Kern SE180. To był dźwięk z wyższej ligi, tu nie ma cienia wątpliwości. Onegdaj nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będę miał do czynienia z jakimkolwiek urządzeniem, które może pracować przewodowo, a lepiej wypadnie bezprzewodowo. No ale cóż, każdy śpiewak w realu śpiewa bezprzewodowo, a i gitary klasyczne nie boją się elektrycznych.

Żarty na bok. Zestaw nabiurkowych, bezprzewodowych głośników AUDIOENGINE A2+ BT za pośrednictwem transmisji Bluetooth pokazał dźwięk wybitny. Już bez powściągniętego sopranowego skraju i za małego wypełnienia basowego, jak również bez zbędnego pogłosu i z lepszym dzięki sopranom rysunkiem. Wyższa dźwięczność, mocniej ożywiające się medium, głębsze przenikanie w harmonię, poprawa misterności. Żadnej teraz przewagi głuchości nad wibracją, transparentność zupełna, otwartość brzmieniowa tak samo. Te same pliki muzyczne odtwarzane z komputerowego pulpitu po kablu USB, w bezprzewodowej transmisji Bluetooth z karty pamięci w Astell & Kern SE180 wypadły bardzo zdecydowanie lepiej. Dla kogoś, jak ja, wyczulonego na jakości, ponure słowo „deklasacja” nie byłoby za grube.

Na których sprawdzą się lepiej.

To zawsze duży problem, odnoszenie jednej jakości do drugiej. Przecież po kablu przyzwoicie grało, więc … Jednak bez kabla inne życie. Przejrzystsze medium, rozwarte pasmo, bas masywniejszy i bardziej trójwymiarowy, lepiej także oświetlające, naturalniejsze światło. To już nie grało gorzej od bezprzewodowych słuchawek z dobrym osprzętem. Uważnie odsłuchałem zwłaszcza partie wokalne z różnych gatunków muzycznych, tak samo różne duże składy i wszelkiego rodzaju trudne momenty. Wszystko wypadło pierwszorzędnie. Pełny naturalizm, bardzo tylko nieznaczne podrasowanie naprężeniem, żadnego dodatkowego pogłosu, mnóstwo efektownych składników. Kompletne również zero sybilacji, pomimo nieprzyciętych sopranów, a jeśli sięgać po konkrety, to przykładowo tematu z „The Pink Panther” w oryginalnej aranżacji Manciniego słuchałem jak urzeczony. W testach o skrajnej trudności nawet najniższe zejścia kontrabasu nie dały sztucznych wzbudzeń, toteż grać można było niemal tak głośno, jak prawdziwa orkiestra jazzowa. Potężnie grzmiało, a bas schodził wyraźnie niżej niż przy kablu; oczywiście nie tak głęboko, jak to się dzieje z dużymi kolumnami, niemniej dawał dużo radości. Poprzednio (czyli w kablowym graniu) można było mieć zasadnicze zastrzeżenia do deklaracji twórców odnośnie „muzyki jak wybrzmiewać powinna, byśmy poznali ją prawdziwą”; obecnie rzeczywiście grało na ich miarę. Rzecz jasna można lepiej, nie odkryjemy tym Ameryki, ale odsłuchy Audioengine zaczynałem po kablu, i miałem po nich kpiarskie podejście do tych szumnych obietnic; po usłyszeniu tego samego z Bluetooth to kpiarstwo przerodziło się w szacunek.

One plus smartfon – i gotowe.

Brzmienie czyste, naturalnie uformowane, eleganckie, świetliste i natlenione – w ozdobie zdolności do potęgi aż przytłaczało faktem, że to się dzieje bezprzewodowo i dzieje za tysiąc trzysta złotych. Bo DAP, to inna sprawa (chociaż z niego najlepiej), ale smartfony wszyscy mają. Użyta Motorola One za siedemset zaledwie złotych – i proszę, jak z niej grało!

 

 

 

Podsumowanie

   AUDIOENGINE A2+ są nieduże, z apetycznym wyglądem. Słowo „kolumny” nie pasuje do nich nijak, gdyż zero monumentalizmu. Niewielkie, zgrabne głośniczki, ze słuszną wagę i przyjemnie pękate. Na skosach firmowych podstawek dumnie zadzierające swe membranowe główki, z których dźwięk transmitowany przez Bluetooth wprawia jakością w zdumienie. Nie przesadzę, kiedy napiszę, że trzymając w garści SE 180 słuchałem nie wierząc własnym uszom; pewnie także dlatego, że od dawna nie używam tunera (poza radiem samochodowym) i się od bezprzewodowej jakości sporo odzwyczaiłem. Lecz bardziej skutkiem tego, że najpierw słuchałem poprzez kabel, i to mi wyznaczyło limit. Tymczasem żaden limit – dopiero po odstawce kabla grało na pełny etat. Pierwszorzędnie, polecam z czystym sumieniem – doskonała zabawa z grami, filmami i muzyką. A kable całkiem zbędne.

 

 

W punktach

Zalety

  • Cały system brzmieniowy za tysiąc trzysta złotych.
  • Zdecydowanie lepsze brzmienie w transmisji Bluetooth.
  • Dedykowany subwoofer i podstawki.
  • Pomimo małych gabarytów, możliwy potężny dźwięk.
  • Ponieważ nie ma zniekształceń i innych wad brzmieniowych.
  • Przy graniu bezprzewodowym szeroko rozwarte pasmo.
  • Wysoki naturalizm.
  • Wyrazistość.
  • Otwartość.
  • Transparentne medium.
  • Wysoka szczegółowość.
  • Dźwięczność.
  • Przyjemna melodyjność.
  • Dynamika.
  • Drajw.
  • Przenikanie w harmonię.
  • Klimatyczne, a zarazem dobrze oświetlające światło.
  • Personalizm postaci z ich pełnym przywołaniem.
  • Wysoki walor emocjonalny.
  • Nieprzycięte soprany.
  • Nie cofnięta średnica.
  • Wyraźnie się zaznaczający, konturowy bas.
  • Ogólnie poprawne wypełnienie.
  • Przyjemny dotyk.
  • Dobra stereofonia w teatrze sceny za ekranem.
  • Same kolumienki zgrabniutkie i ładniutkie.
  • Przyzwoitej jakości pomiędzy nimi kabel.
  • Bluetooth 5.
  • Trzy kolorystyki do wyboru.
  • Porządne opakowanie.
  • Znakomity stosunek jakości do ceny.
  • Made in Texas.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • W transmisji po kablu USB brzmienie dość przyzwoite, ale gorsze o klasę.
  • Potencjometr na tylnej ściance i w dodatku za mały.
  • Ewentualny subwoofer, przydatne podstawki i sennheiserowski moduł Bluetooth dla PC (innych nie rekomenduję) – to wszystko jednak kosztuje.

 

Dane techniczne AUDIOENGINE A2+:

  • Rodzaj: System multimedialnych głośników stacjonarnych z zasilaniem 2.0
  • Typ wzmacniacza: Dual Class AB monolityczny
  • Moc wyjściowa: szczytowa 60 W (15 W RMS / 30 W szczyt na kanał), AES
  • Przetworniki: niskotonowe z włókna aramidowego 2,75”, wysokotonowe jedwabne 3/4 ”
  • Wejścia: Mini-jack stereo 3,5 mm, RCA, USB, Bluetooth
  • Wyjścia: Zmienne wyjście liniowe RCA
  • Napięcia sieciowe: Automatyczne przełączanie 100–240 V 50/60 Hz
  • SNR: > 95 dB (typowo ważony A)
  • THD + N: < 0,05% przy wszystkich ustawieniach mocy
  • Przesłuch: <50 dB
  • Pasmo przenoszenia: 65 Hz – 22 kHz ± 2,0 dB
  • Impedancja wejściowa: 10 kΩ, niezbalansowane
  • Ochrona: Ograniczenie prądu wyjściowego, przegrzanie termiczne, zabezpieczenie przejściowe włączania / wyłączania zasilania
  • Rodzaj złącza USB: micro USB
  • Klasa urządzenia USB: typ 1.1 i wyżej
  • Wewnętrzny przetwornik C / A: CSR8670
  • Głębia bitów wejściowych: do 16 bitów natywnie
  • Wejściowa częstotliwość próbkowania: do 48 KHz natywnie
  • Wewnętrzny odbiornik BT: CSR8670
  • Głębia bitów wejściowych: 16 bitów
  • Rodzaj odbiornika Bluetooth: Bluetooth 5.0
  • Obsługiwane kodeki: aptX, AAC, SBC
  • Zasięg działania sieci bezprzewodowej: do 30 m
  • Szybkość danych wejściowych: Określone przez Bluetooth
  • Opóźnienie połączenia bezprzewodowego: ~ 30 milisekund (ms)
  • Wymiary (każdy): 6 ”(wys.) X 4” (szer.) X 5,25 ”(gł.)
  • Waga (LEWY głośnik): 1,6 kg
  • Waga (PRAWY głośnik): 1,4 kg
Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: AUDIOENGINE A2+ BT

  1. Sławek pisze:

    Panie Piotrze,
    a jak ma się dźwięk tych maluchów do Pylonów, które Pan testował – chodzi mi nie tylko o ostatnio przetestowane podłogówki, ale jeśli dobrze pamiętam to przede wszystkim do monitorków które Pan sobie zostawił zamiast telewizorowych głośników?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Monitory Pylona są brzmieniowo bardziej realistyczne i dźwięk mogą dać jeszcze potężniejszy, tyle że do nich trzeba przetwornika, wzmacniacza i okablowania. Poza tym są objętościowo wielokrotnie większe – tak ładnych parę razy.

  2. miroslaw+frackowiak pisze:

    Dzis te piekne glosniczki kupilem…rewelacyjnie graja i wygladaja,sa super

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy