Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

Odsłuch cd.

Z MrSpeakers ETHER 2 (symetrycznie)

Słuchawki dokanałowe z pozoru optymalnym wyborem, ale odsłuchy tego nie potwierdziły.

 Ale może z jeszcze lepszymi słuchawkami to się zjawi? Tyle tylko, że MrSpeakers planarne (wcale pośród planarnych do napędzania nie najłatwiejsze) pokazały już kiedyś swej planarności bolesne konsekwencje – w przypadku słuchania z AK380 bez modułu AMP membrany biły po magnesach, zniekształcenia były nie do zniesienia. Ale puściłem je z testowanym – i faktycznie, można z pełną odpowiedzialnością zaopiniować, że Astell&Kern A&ultima SP2000 nie domaga się zewnętrznego wzmacniacza, wszystko załatwia wbudowanym. Powiedzieć, że całkiem taki zewnętrzny mu niepotrzebny, byłoby lekką przesadą, ponieważ z Woo Audio WA8 Eclipse, czy innym małym mocarzem, zagrałby na pewno jeszcze lepiej, niemniej z trudnymi planarami dawał sobie radę niezgorzej i wraz z tym zjawiło się właśnie to, czego poprzednio brakowało. Czernie do poziomu smolistej czerni sczerniały i głębia brzmienia bardzo wyraźnie się pogłębiła, wraz z czym przyrosła też tajemniczość, i przykładowo popularny kawałek Theme From Inception Hansa Zimmera wywoływał dreszcze na skórze. Nie było jeszcze takiej głębi, jak ze stacjonarnym  Ayonem Stratos i Phasemation; nie było także brzmienia połyskliwego, a bardziej stonowane, aksamitne, spokojne. Niemniej można już było mówić o pełnym nasyceniu i wysokiej klimatyczności; poprawiło się także czucie przestrzeni, chociaż wciąż jeszcze nie osiągało poziomu oferowanego przez dwakroć mocniejszy (i o połowę tańszy) KANN CUBE. Jednakże sama postać dźwięków i ich spodnie bogactwo treści były bardzo wysokiej próby, na pewno niż z KANN CUBE czy SP1000 lepsze. Saksofon drapał i posiadał widoczną przestrzeń formowania dźwięku, orkiestry prezentowały należytą złożoność, głosy wokalistów nie miały żadnych naprężeń, podostrzeń ani basowych wtrętów. A jednocześnie prezentowały wręcz popisową ekstensję – przejawiającą się brakiem dostrzegalnej granicy pomiędzy nimi a przestrzenią. Nie były maksymalnej głębokości, ale z takim brzmieniowym czarem, nasyceniem, poetyką i zjawiskową formą propagacji, że nawet wokal Diany Krall zaczął mi się podobać, co jest wyczynem niemałym. Multum wraz z tym tak zwanych smaczków – ech, pogłosów, wibracji, gardeł, oddechów, szmerów, stuknięć – prawdziwa orgia drgającego powietrza zamieniającego się w najróżniejsze dźwięki.

Adele także nie lubię, ale też nadawała się do słuchania.

Pełnoskalowy teatr brzmienia, toteż z przyjemnością zapadłem w słuchanie, mimo iż towarzyszące temu kąpiele przestrzenne nie były całkiem jak z KANN CUBE. Ale ekstensja wyższej próby, precyzja precyzyjniejsza, więcej tych drobnych historyjek brzmieniowych, więcej urody i wielopostaciowości w dźwięku. Można się było poczuć jak przy gramofonie, a nie przenośnym grajku solo, z ręką na sercu to powiadam. Warunkiem planarne ETHER 2, najlepiej z kablem symetrycznym, i dobrze mieć nagrania o podwyższonym standardzie, chociaż to nie jest konieczne.

 

Z Ultrasone Tribute 7 (niesymetrycznie)

Na koniec puściłem przez dwie przejściówki swe Ultrasone via złącze niesymetryczne. Brzmienie się rozjaśniło i przy wciąż całkowitej muzykalności bardziej akcentowało teraz szczegóły oraz o wiele bardziej stało energetyczne. Epatujące całościową mocą na miarę bez przesady lokalizacji przy koncertowej estradzie, zarówno pod względem samej głośności, jak i potęgi basu oraz ciśnienia dźwięku. Lekko także to brzmienie się naprężyło i nabłyszczyło, a zjawiskowa energia przysłoniła królujące poprzednio smaczki, odciągając od nich uwagę. Nieco paradoksalnie na pozór, jako że jednocześnie mocniejszy akcent padł na szczegóły, ale bardziej na zasadzie szmerowej i szeleszczącej, a także wychwytu szumu nagrania. Natomiast bez tak zjawiskowej gry pomiędzy głosami a przestrzenią i głosów samych między sobą. Brzmienia zjawiły się pełniejsze, bardziej energiczne, żywotne, trochę inne w wyrazie: nie tak powłóczyste i miękkie, a bardziej ciśnieniowe i dźwięcznie. Całościowo bardziej w klimatach estradowych niż z intymnego odsłuchu przy gramofonie. Za to samo czucie przestrzeni – bardziej teraz namagnetyzowanej i nasyconej energią  – dużo bliższe temu z KANN CUBE przy wyraźniejszym całym obrazowaniu i całościowo lepszej przejrzystości. Całość bardziej atakująca, wpierające się w głowę i duszę, nie zostawiające miejsca na refleksyjny dystans, jakąś nad tym wszystkim zadumę.

Trzy pokolenia flagowców.

Ogólnie super i dużo lepiej niż się spodziewałem, pomny poprzednich różnic pomiędzy graniem symetrycznym a niesymetrycznym. Natomiast na pytanie: które mi bardziej imponowało – to, czy via kabel symetryczny z MrSpeakers – nie umiem odpowiedzieć, za bardzo były inne. To teraz bardziej realistyczne w sensie dynamiki koncertowej, tamto bardziej wysmakowane, skupione na niuansach. Mniej prężne, bardziej stonowane i bardziej skoncentrowane na relacjach pomiędzy brzmieniem a przestrzenią. Pomimo iż ta przestrzeń mniej dużo była ciśnieniowa, mniej odczuwalna w sensie dosłownym, ergo więc bardziej wycofana i spokojna. Sensownie przy tym sobie wyobrażać, że z Ultrasone po dobrym kablu symetrycznym z końcówką 2,5 mm dopiero byłaby to uczta, ale takiego kabla nie miałem. Szkoda, ale Ultrasone nie pokusiło się o kabel symetryczny dla swych rocznicowych słuchawek – ani o długi dla wzmacniaczy stacjonarnych, ani o krótki dla przenośnych.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

12 komentarzy w “Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

  1. Calluna pisze:

    W recenzji wkradła się pewną nieścisłośc. AKM 4497 ma także 32/768 kHz.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Fakt, ale na stronie dystrybutora podają w specyfikacji dla SP1000 obsługę plików do 32-bit/384kHz
      /mp3store.pl/article/59-astell-kern-aultima-sp1000-stainless-steel.8809440334926.2017470639586130800.html

      Nauczka, że wszystko trzeba samemu sprawdzać. Na szczęście gdy chodzi o porównanie brzmień, nikt mi niczym namieszać nie może.

  2. Przemysław pisze:

    Cieszę się, że ostatecznie do recenzji udało się pozyskać poprzednika. Szkoda, że za każdą poprawą osiągów nowych flagowych playerów AK idzie dość znaczny wzrost masy (na szczęście już nie ceny).

    Przyznaję, że kusi mnie ich mocna „kostka”, którą Pan ostatnio recenzował, ale brzmieniowo bliższy byłby mi SP2000. Bez jednoczesnej konfrontacji Cube’a i SP2k z moimi słuchawkami się nie obędzie (szczególnie z D8k, których mój TEAC nie jest w stanie napędzić i jakimś cudem lepiej radzi sobie z Cz1).

    Jeszcze raz dziękuję za recenzję, podjęcie starań w celu pozyskania do porównania z SP2k poprzednika SP1k i serdecznie pozdrawiam!!!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Gdy o mnie chodzi, to sobie sprawiłbym jednak KANN CUBE. Chociaż niewykluczone, że z UT7 po kablu symetrycznym SP2000 byłby równie holograficzny. Ale ja z muzyką po świecie nie ganiam, tak więc nie jestem miarodajny. Poza tym to bardziej precyzyjne i bogatsze informacyjne granie flagowca to też oczywisty atut.

  3. 1piotr13 pisze:

    Witam
    Mam pytanie, niestety nie związane z powyższym artykułem, ale może Pan mi na nie udzieli odpowiedź. Czy generalnie, kolejność włączania (uruchamiania) poszczególnych elementów zestawu grającego ma według Pana znaczenie ? Czy np. jako pierwszy element załączamy wzmacniacz, następnie CD, czy wzmacniacz na samym końcu itd. ?

    1. Paweł pisze:

      Często w instrukcji urządzenia jest opisana sekwencja włączania / wyłączania.
      U mnie najpierw włącza się źródło i kolejne elementy a dopiero ostatnią końcówkę mocy.
      Przy końcówce dającej 400 W na kanał przy 4 omach jak z odtwarzacza SACD lampowego jakieś śmieci elektroniczne w formie sygnału pójdą na głośniki to mogłyby stanowić zagrożenie dla wysokotonowych.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Można przyjąć za regułę, że system włącza się w kolejności: źródło-przedwzmacniacz-wzmacniacz i wyłącza w odwrotnej. Przed wyłączeniem należy ustawić potencjometr na „0”. Niektórzy radzą odłączać przed wyłączeniem od wzmacniacza słuchawkowego słuchawki.

  4. Sławomir S. pisze:

    Ciekawe, czym różnią się użyte w teście AK T5p od Beyerdynamic T5p v2 ? Czy tylko grafiką na muszlach?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pisze o nich, że Beyerdynamic je stuningował. W jaki sposób – w ten temat jeszcze nie wnikałem. Brzmieniowo są ciekawe i raczej delikatnie brzmiące.

      1. marcinl0 pisze:

        „raczej delikatnie” czyli jak rozumiem sama góra i kompletny brak basu.

        Czy nie lepiej podłączyć po prostu „zwykłe” Beyerdynamic T1 rev2 600ohm które nie narzekają na brak basu a są zaskakująco głośne jak na 600 ohm impedancji dzięki technologii Tesla.

        1. Piotr Ryka pisze:

          To nie znaczy, że nie mają basu. Bas mają jak najbardziej, natomiast dźwięki średniego zakresu nie są tak muskularne, jak na przykład u MrSpeakers Ether 2.

  5. Miltoniusz pisze:

    Panie Piotrze, bardzo dziękuję za dodanie do recenzji porównania z SP1000, podobnie zresztą Kann Cube. Przyznam, że nie liczyłem na aż tak dogłębną analizę, ale ale cieszę się że tak się właśnie stało. Takie porównania to sól recenzji i dlatego tak sobie je cenię. To wiele wyjaśnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy