Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

   Tym razem nie mogę napisać, żeśmy od dawna nie astellkernili, gdyż robiliśmy to przed chwilą. Ledwie co opisywałem najnowszy ich produkt – na poły przenośny, na poły stacjonarny odtwarzacz KANN CUBE, lecz tak się składa, że do Astella zawitało w tym roku wakacyjne wzmożenie i równocześnie z tamtym debiutuje flagowy odtwarzacz przenośny głównego nurtu – A&ultima SP2000, następca dotychczasowego SP1000. (Przy którym też trzeba baczyć na przydomek „ultima”, ponieważ są tańsze wersje).

Jak długo SP1000 był flagowy, tego nie śledziłem, ale tak ze dwa lata z grubsza chyba, jako że był następcą AK380 z połowy 2015 roku. I oczywiście przychodząc chwalił się techniczną i użytkową wyższością, i oczywiście ten teraz debiutujący też się chwali. Więc już do tego przechodzimy, ale najpierw dwie sprawy.

Pierwsza, to zastopowanie wzrostu cen. Astell&Kern SP1000 ultima kosztował i wciąż kosztuje (następcy jeszcze nie można kupić) mocno słonawe siedemnaście tysięcy, jak zawsze bez złotówki. (Ta głupota z wyskubywaniem końcówek cen tak się upowszechniła, że nawet przestała cwaniactwem drażnić.) Nowy SP2000 tyle samo będzie kosztował – nawet o tą złotówkę nie będzie droższy. Albo zatem potencjał wzrostowy cen się wyczerpał, albo mamy chwilowy zastój, spowodowany ogólnoświatowym spowolnieniem gospodarczym w oczekiwaniu wielkiego kryzysu. (Mało prawdopodobne, aby rzeczywiście nastąpił w sytuacji powszechnego oczekiwania – te rzeczy tak nie działają.)

Druga sprawa, to wciąż rosnąca nie cena ale waga. AK380 ważył 230 g, SP1000 już 387 g, a SP2000 będzie 410 g; co czyni go tylko niewiele lżejszym od dużo większego KANN CUBE z jego 493 gramami. Wzrost technicznego wyrafinowania oraz mocy wyjściowej wbudowanego wzmacniacza przekłada się zatem na coraz większą wagę – i gdzie się podziały czasy pierwszego flagowca AK100 wielkości zapalniczki i jego 122 gramów…

Od SP1000 nie będzie za to następca większy – ułamki milimetra jedynie szerszy oraz kompensująco równie znikomo cieńszy. Natomiast w środku będzie miał sporo nowszej/lepszej technologii przy powierzchowności niemalże identycznej – i teraz o tych wyglądach i nowinach.

Budowa

Thick as a brick wcale nie jest.

   jaki sposób z SP1000 zrobiono SP2000? Przede wszystkim wzięto dwa nowe przetworniki. Dwa, bowiem zgodnie ze słuszną koncepcją konstruowania wyższej klasy obwodów audio potrzebujemy co najmniej po osobnym na kanał. (W stacjonarnych przetwornikach bywa, że jest to i szesnaście.) Konkretnie zamiast 2 x DAC AK4497EQ Asahi Kasei 32bit/384 kHz i DSD 256 użyte zostały w nowym 2 x DAC AK4499EQ Asahi Kasei 32bit/768 kHz i DSD 512 – po nowszym zatem module od tego samego producenta, z poszerzonymi możliwościami. Próbkowaniem PCM podniesionym do 768 kHz i podwojonym DSD natywnym przy mniejszych zniekształceniach, jednak według zapewnień samego Astella nie było to tak banalnie proste – bierzemy dwie nowe kostki i tyle. Jako że celem lepszej obsługi tych lepszych zdecydowano się na przeprojektowanie całego obszaru obwodów wewnętrznych, po raz pierwszy całkowicie – bez żadnej kolaboracji po drodze – odseparowując sekcję obwodu wyjścia zbalansowanego od tej dla niezbalansowanego. Przy okazji przeprojektowano także sam wzmacniacz, zarówno sekcję OP obróbki wstępnej, jak i analogowej wyjściowej, odnośnie czego brak bliższych informacji, ale dowiadujemy się rzeczy najważniejszej, że mianowicie w SP2000 moc wyjściowa to 6 Vrms dla zbalansowanego gniazda 2,5 mm i 3 Vrms dla standardowego 3,5 mm. Są to co prawda jedynie połówkowe wartości względem najpotężniejszego (ale już nie tak łatwo przenośnego) KANN CUBE, u którego to odpowiednio 12 Vrms i 6 Vrms, ale zarazem zdecydowanie więcej niż u poprzedniego SP1000, gdzie mieliśmy 3,9 Vrms i 2,2 Vrms. Nie wspominając o flagowcach jeszcze starszych, u których było jeszcze słabiej. Moc zatem nieustannie w górę.

Nie wszystko się zmieniło – pozostał ten sam 8-rdzeniowy procesor i ten sam zegar referencyjny z precyzją taktowania 200 fs (femtosekund), ale odnotujmy też zmiany kolejne – pamięć wbudowana to teraz 512 a nie 256 GB, aczkolwiek wsuwana w szczelinę na dolnej krawędzi zewnętrzna na karcie  microSD to wciąż maksymalnie dodatkowe 512 GB. Poprawiono też moduł Wi-Fi, zaopatrując go w lepszą (trójwymiarową teraz, więc bardziej omnikierunkową) antenę, przy obsłudze standardów 2,4 i 5 GHz. A wszystko z myślą o lawinowo narastającej modzie na słuchawki bezprzewodowe, których reprezentatywnego przedstawiciela za chwilę będę recenzował, a tutaj zamiast niego pojawią się słuchawki dokanałowe z przewodem.

Mały poeta?

Prócz tych nowin technicznych producent bardzo podnosi kwestię pozornie wyglądającą na błahą, zwraca mianowicie uwagę na niezwykle precyzyjnie wymodelowane pokrętło potencjometru. Faktycznie wyfrezowano je misternie i chwyta się je teraz lepiej, za czym stoi drobniutkie, ale głębsze niż u SP1000, ząbkowanie obwodu – skośnymi frezami przeciągnięte na całą powierzchnię boczną. (Analogicznie jak w przypadku większego pokrętła u KANN CUBE, trochę inaczej niż u SP1000.) Prócz podwyższonej funkcjonalności, na którą składa się też dodanie przyciskowej funkcji włącznika (brak go obecnie u góry, już w SP1000 tak było), świadczyć ma ta finezyjna obróbka metalu o ekskluzywności wyrobu, uzupełnianej od strony wizualnej kanciastymi jak zawsze u Astella i ozdobnie wielopłaszczyznowymi frezami metalowej obwiedni. A skoro już o niej mowa, to muszę też zaznaczyć, iż egzemplarz testowy był przedstawicielem wersji STAINLESS STEEL, o której powiadają, że brzmienie ma bardziej wyraziste, podczas kiedy alternatywna COPPER sugeruje bycie mniej dokładną brzmieniowo, natomiast w zamian bardziej płynną.

Wraz z nowymi kostkami przetworników zjawiają się też wyższe parametry ogólne – stosunek szumu do sygnału podwyższony o kilka decybeli (do 125 dla wyjścia zbalansowanego), jak również współczynnik THD poprawiony do wartości 0,0004%. Tak więc nie tylko więcej mocy, ale przy okazji także mniej szumu i zniekształceń kosztem nieco większego ciężaru, ale już nie większych pieniędzy.

Ponieważ nic się o tym nie wspomina, należy przyjąć, że zmianom nie uległ wewnętrzny moduł zasilania – to prawdopodobnie wciąż akumulator 3,7 V Li-ion o pojemności 3300 mAh, oferujący do dwunastu godzin pracy. (Przesada, w praktyce znacznie mniej.)

Ale nie wariat? A może?

Obsługa łączności Wi-Fi i Bluetooth, czytanie wszystkich formatów, systemy operacyjne Windows 7,8 i 10 oraz MAC OS X 10.7 lub nowszy – to oczywiście dla topowego Astell&Kern norma, podobnie jak 5-calowy wyświetlacz dotykowy o rozdzielczości 720 x 1 280 z funkcją ciąganej palcem regulacji głośności. Jak również wyjście optyczne przez gniazdo słuchawkowe 3,5 mm. Jednak jest i redukcja – względem SP1000 i AK380 brak w nowym portu dokowania (po lewej na spodniej krawędzi), skutkiem czego pojawiający się właśnie, ewidentnie jako musztarda po obiedzie, wzmacniacz zewnętrzny dla SP1000, do SP2000 się nie nada. Najwyraźniej uznano, że moc w nowym podwojona zewnętrznego wsparcia już nie wymaga, z każdymi słuchawkami nowy sobie poradzi solo. Ładowanie i pobór danych odbywa się via gniazdo USB 3.0 typu C umieszczone na spodniej krawędzi (stosowny kabel w komplecie), i są oczywiście trzy klasyczne przyciski sterujące, w odróżnieniu od tych na poprzednikach nie mające postaci guziczków, tylko podłużnych beleczek.

Jak to pakują i co oprócz kabla USB dodają, tego nie wiem, ponieważ otrzymałem goły egzemplarz przedprodukcyjny. Prezentujący się pierwsza klasa i ciekawiej od poprzednika, dzięki głębszemu wcięciu krawędzi bocznej z potencjometrem. Przy funkcjonalności bez zarzutu, jeśli nie liczyć tego, że dosyć mocno się rozgrzewa, a także spory jest i ciężkawy. Kanciasty również, jednakże w ten sposób uformowany, że dłoń tego prawie nie wyczuwa. Ale przed nami najważniejsze.

Odsłuch

USB typu C, łatwiejsze do wtykania.

   Użytkownicy topowych odtwarzaczy przenośnych szczególnie byli zainteresowani porównaniem nowego SP2000 z poprzednikiem, licząc przy tym, że schodzący z rynku SP1000 spikuje ostro z ceną, co przy minimalnej albo wręcz żadnej różnicy jakościowej byłoby nie lada gratką. Odnośnie ceny, to podobno takiego pikowania nie będzie, bo producent sobie nie życzy. Ale życie jest życie, więc kto wie… Odnośnie natomiast jakości brzmienia, to wieści nie są ani złe, ani dobre. Oceny porównawczej dokonałem najuważniej na podstawie odsłuchu ze słuchawkami jednocześnie gatunkowymi i dobrze pasującymi do sprawy, jakimi są dokanałowe Campfire Audio Andromeda (4,5 tys. PLN); tutaj występujące z kablem symetrycznym ALO Audio SC-R8-CX-25.

Kochani, nie ma zmiłuj, nowy odtwarzacz jest lepszy. I to lepszy pod każdym względem. To znaczy jednocześnie wyraźniej obrazujący, żywszy, bardziej bezpośredni, lepiej nasycony barwami, dynamiczniejszy i bardziej analogowy.  W porównaniu do SP2000 poprzedni SP1000 grał trochę zszarzałym, bardziej jednolitym barwowo i spokojniejszym dźwiękiem. Wydawać by się więc mogło, że przynajmniej w tej jednolitości być może bardziej płynnym, bardziej analogowym. Ale i to nie. Nowy przy słabszych plikach nie tylko lepiej uwyraźniał brzmienia na rzecz całościowej przejrzystości, ale też głębiej schodził z analizą, lepiej uwidaczniając głębsze warstwy muzyki. I na dodatek płynniej łączył też frazy; tym oraz ciekawszym krawędziowaniem nadganiając nagraniowe słabości. W dodatku oferował lepszą dynamikę i bliższy plan pierwszy o większej bezpośredniości przy lepszym jednocześnie widzeniu dalszych.

Muzykę czyta wyraźniejszą niż te litery.

Pozornie zatem klęska i nie ma nad czym się zastanawiać, ale aż tak źle nie jest. Wszystkie powyższe różnice okazały się bowiem małe do góra średnich. I nawet to wyraźnie wyczuwalne wypłowienie barw po chwili obcowania z SP1000 przestawało się zauważać, mózg bez trudu tę lukę zapełniał. W dodatku jego  bardziej jednolity kolorystycznie przekaz miało coś z bardziej analogowego posmaku, mniej okazując się wysilony i dobrze działający na rzecz przyjemności. A jednocześnie wystarczająco było przejrzyście, dynamicznie i bezpośrednio, byśmy nie mieli powodu do najmniejszych narzekań. Fakt – atak słabszy, feeling uspokojony, barwy podobniejsze jedne do drugich – pozbawione stanowczego kontrastu. Ale słuchało się tego znakomicie, zarówno przy słabszych jak lepszych plikach. Było nastrojowo, bardziej jazzowo, bardziej z zadumą, kameralniej. W miejsce ataku zjawiała się intymność, cośkolwiek z romantycznej nuty mająca, cośkolwiek z klubowego zblazowania. Diana Krall (której nie lubię) mniej sobą się narzucała – siedziała dalej, bardziej stapiała się z akompaniamentem, głos miała bardziej satynowy, nie tak jaskrawy jak z SP2000. Jeżeli już miałbym koniecznie jej słuchać, to poprzez Campfire Audio Andromeda wolałbym z SP1000. Jednakże w kategoriach absolutnych, obiektywnych, technicznych – jakie tam sobie chcecie nazwanie – SP2000 to postęp; tu nie widzę pola do sporu. Gra wyraziściej, mocniej, dosadniej, a dzięki głębiej tłoczonym fakturom, bardziej wielowarstwowej substancjonalności i większej dozie soli brzmieniowej zarówno słabsze jak lepsze pliki prezentują się z nim efektowniej, choć niekoniecznie w każdym przypadku dla uszu milej.

A teraz już bardziej o samym SP2000 z wokółusznymi słuchawkami: Astell&Kern AK T5P (też z kablem symetrycznym od ALO Audio), a potem MrSpeakers ETHER 2 (ze swym firmowym kablem symetrycznym).

Z Astell&Kern AK T5P (symetrycznie)

Fotograf na tą grubość się uparł, a on właśnie jest cieńszy.

Prawdę mówiąc przekonany byłem, że nie zagrają te wokółuszne lepiej od dokanałowych, ale bardzo się pomyliłem. Zjawiło się brzmienie w zaskakująco korzystny sposób łączące cechy SP2000 i SP1000 zdiagnozowane przy Campfire Andromeda; tak jakby to, co najlepsze, na całą muzykę się rozlało i jeszcze poprawiło. Ewidentnie podskoczyła analogowość, jaskrawizny uległy korzystnemu stonowaniu w palety bardziej malarskie, dźwięk nabrał głębi i elegancji, a przede wszystkim zjawiło się więcej tego, co porównując najlepsze słuchawki planarne określiłem jako podpowierzchniową złożoność. Nie ma ona bezpośredniego  przełożenia na doznania wzrokowe w odniesieniu do pojedynczych przedmiotów, zawsze otaczanych jednoznaczną powierzchnią, dlatego użyłem porównania do krajobrazu spowijanego  po trosze warstwowymi mgłami, oddającego dwie ważne dla sprawy cechy: wielowarstwową złożoność w miejsce jednolitej powierzchni i jednocześnie pewną wewnętrzną delikatność, zmiękczenie, brak narzucającej się jednolitości tworzywa także pod jednolitą powierzchnią. Zyskując te dodatkowe wymiary muzyka jakby zmieniała się z głupiej w mądrą, nabierając bogatszej treści. Dla mnie ta jej cecha jest tak samo kluczowa, jak dynamika i brak kompensacji, czy brak tragicznych, niczym szkło potłuczone ostrości. Przy Andromedach to wzbogacenie też się czuło, ale przy AK T5P przyrost był ewidentny. Co od razu wprawiło mnie w lepszy nastrój – i teraz rzeczy odbierane poprzednio z niechęcią (a taki w sporym stopniu muzyczny materiał wgrał w pamięć odtwarzacza dystrybutor) stały się atrakcyjne. Nie tyle jako przejaw muzyki samej, ale ukazane ciekawiej.

Tak, wiem – za bardzo udziwniam opisy.  Więc może inne porównanie: te same pliki odtwarzane z kolei przez AK380 brzmiały bardziej płasko i nie miały do tego stopnia głębokiej warstwy informacyjnej. Spłycały się wyraźnie w odniesieniu do głębokości tonalnej, głębokości informacyjnej i wymiarów przestrzennych. Podobny poziom złożoności zjawiał się przy tym odtwarzaczu dopiero z modułem AMP, dźwigającym jego moc do poziomu wyższego niż oferuje wewnętrzny wzmacniacz w SP2000 – do 8 Vrms balans i 4,1 Vrms unbalans.

Hans Zimmer dawał do wiwatu, najbardziej ze słuchawkami Ultrasone.

I może jeszcze bez porównań do innych odtwarzaczy. Puściłem rasowo audiofilskiego Milesa Daviesa, konkretnie  płytę Doo-Bop. Zgrało na poziomie dobrego toru stacjonarnego z porządnymi głośnikami podstawkowymi. Bas może tylko nie tak dobrze się wyodrębniał, czernie nie były aż tak głęboko czarne i też ogólna głębia brzmienia (mimo przewagi SP2000 nad poprzednikami flagowymi) nie była na miarę ze średniej półki cenowej high-endu stacjonarnego. Niemniej grało rasowo – dynamicznie, stuprocentowo wyraziście, z dużym brzmieniowym wolumenem oraz obfitą tą stale przywoływaną przeze mnie warstwą spodnią, obecną pod bardzo efektownie łączącymi się z medium na powierzchni dźwiękami. Ogólnie jakieś siedemdziesiąt do osiemdziesięciu procent tego, co w ogóle jest możliwe (nie tylko dla słuchawek), zatem naprawdę klasa. Jednakże coś dziegciu muszę w te miody włożyć, tę łyżkę mianowicie, że nie było w tym takiej holografii, takiej trójwymiarowości, ani tak doskonale odczuwanej przestrzeni (zarówno jako samego obszaru, jak i ciśnieniowego medium) jak miało to miejsce z KANN CUBE. Przy wyraźniejszym samych dźwięków się formowaniu i bardziej rozbudowanej ich spodniej warstwie sama przestrzeń obrazowała się gorzej, nie nurkowało się w brzmieniowym morzu.

Odsłuch cd.

Z MrSpeakers ETHER 2 (symetrycznie)

Słuchawki dokanałowe z pozoru optymalnym wyborem, ale odsłuchy tego nie potwierdziły.

 Ale może z jeszcze lepszymi słuchawkami to się zjawi? Tyle tylko, że MrSpeakers planarne (wcale pośród planarnych do napędzania nie najłatwiejsze) pokazały już kiedyś swej planarności bolesne konsekwencje – w przypadku słuchania z AK380 bez modułu AMP membrany biły po magnesach, zniekształcenia były nie do zniesienia. Ale puściłem je z testowanym – i faktycznie, można z pełną odpowiedzialnością zaopiniować, że Astell&Kern A&ultima SP2000 nie domaga się zewnętrznego wzmacniacza, wszystko załatwia wbudowanym. Powiedzieć, że całkiem taki zewnętrzny mu niepotrzebny, byłoby lekką przesadą, ponieważ z Woo Audio WA8 Eclipse, czy innym małym mocarzem, zagrałby na pewno jeszcze lepiej, niemniej z trudnymi planarami dawał sobie radę niezgorzej i wraz z tym zjawiło się właśnie to, czego poprzednio brakowało. Czernie do poziomu smolistej czerni sczerniały i głębia brzmienia bardzo wyraźnie się pogłębiła, wraz z czym przyrosła też tajemniczość, i przykładowo popularny kawałek Theme From Inception Hansa Zimmera wywoływał dreszcze na skórze. Nie było jeszcze takiej głębi, jak ze stacjonarnym  Ayonem Stratos i Phasemation; nie było także brzmienia połyskliwego, a bardziej stonowane, aksamitne, spokojne. Niemniej można już było mówić o pełnym nasyceniu i wysokiej klimatyczności; poprawiło się także czucie przestrzeni, chociaż wciąż jeszcze nie osiągało poziomu oferowanego przez dwakroć mocniejszy (i o połowę tańszy) KANN CUBE. Jednakże sama postać dźwięków i ich spodnie bogactwo treści były bardzo wysokiej próby, na pewno niż z KANN CUBE czy SP1000 lepsze. Saksofon drapał i posiadał widoczną przestrzeń formowania dźwięku, orkiestry prezentowały należytą złożoność, głosy wokalistów nie miały żadnych naprężeń, podostrzeń ani basowych wtrętów. A jednocześnie prezentowały wręcz popisową ekstensję – przejawiającą się brakiem dostrzegalnej granicy pomiędzy nimi a przestrzenią. Nie były maksymalnej głębokości, ale z takim brzmieniowym czarem, nasyceniem, poetyką i zjawiskową formą propagacji, że nawet wokal Diany Krall zaczął mi się podobać, co jest wyczynem niemałym. Multum wraz z tym tak zwanych smaczków – ech, pogłosów, wibracji, gardeł, oddechów, szmerów, stuknięć – prawdziwa orgia drgającego powietrza zamieniającego się w najróżniejsze dźwięki.

Adele także nie lubię, ale też nadawała się do słuchania.

Pełnoskalowy teatr brzmienia, toteż z przyjemnością zapadłem w słuchanie, mimo iż towarzyszące temu kąpiele przestrzenne nie były całkiem jak z KANN CUBE. Ale ekstensja wyższej próby, precyzja precyzyjniejsza, więcej tych drobnych historyjek brzmieniowych, więcej urody i wielopostaciowości w dźwięku. Można się było poczuć jak przy gramofonie, a nie przenośnym grajku solo, z ręką na sercu to powiadam. Warunkiem planarne ETHER 2, najlepiej z kablem symetrycznym, i dobrze mieć nagrania o podwyższonym standardzie, chociaż to nie jest konieczne.

 

Z Ultrasone Tribute 7 (niesymetrycznie)

Na koniec puściłem przez dwie przejściówki swe Ultrasone via złącze niesymetryczne. Brzmienie się rozjaśniło i przy wciąż całkowitej muzykalności bardziej akcentowało teraz szczegóły oraz o wiele bardziej stało energetyczne. Epatujące całościową mocą na miarę bez przesady lokalizacji przy koncertowej estradzie, zarówno pod względem samej głośności, jak i potęgi basu oraz ciśnienia dźwięku. Lekko także to brzmienie się naprężyło i nabłyszczyło, a zjawiskowa energia przysłoniła królujące poprzednio smaczki, odciągając od nich uwagę. Nieco paradoksalnie na pozór, jako że jednocześnie mocniejszy akcent padł na szczegóły, ale bardziej na zasadzie szmerowej i szeleszczącej, a także wychwytu szumu nagrania. Natomiast bez tak zjawiskowej gry pomiędzy głosami a przestrzenią i głosów samych między sobą. Brzmienia zjawiły się pełniejsze, bardziej energiczne, żywotne, trochę inne w wyrazie: nie tak powłóczyste i miękkie, a bardziej ciśnieniowe i dźwięcznie. Całościowo bardziej w klimatach estradowych niż z intymnego odsłuchu przy gramofonie. Za to samo czucie przestrzeni – bardziej teraz namagnetyzowanej i nasyconej energią  – dużo bliższe temu z KANN CUBE przy wyraźniejszym całym obrazowaniu i całościowo lepszej przejrzystości. Całość bardziej atakująca, wpierające się w głowę i duszę, nie zostawiające miejsca na refleksyjny dystans, jakąś nad tym wszystkim zadumę.

Trzy pokolenia flagowców.

Ogólnie super i dużo lepiej niż się spodziewałem, pomny poprzednich różnic pomiędzy graniem symetrycznym a niesymetrycznym. Natomiast na pytanie: które mi bardziej imponowało – to, czy via kabel symetryczny z MrSpeakers – nie umiem odpowiedzieć, za bardzo były inne. To teraz bardziej realistyczne w sensie dynamiki koncertowej, tamto bardziej wysmakowane, skupione na niuansach. Mniej prężne, bardziej stonowane i bardziej skoncentrowane na relacjach pomiędzy brzmieniem a przestrzenią. Pomimo iż ta przestrzeń mniej dużo była ciśnieniowa, mniej odczuwalna w sensie dosłownym, ergo więc bardziej wycofana i spokojna. Sensownie przy tym sobie wyobrażać, że z Ultrasone po dobrym kablu symetrycznym z końcówką 2,5 mm dopiero byłaby to uczta, ale takiego kabla nie miałem. Szkoda, ale Ultrasone nie pokusiło się o kabel symetryczny dla swych rocznicowych słuchawek – ani o długi dla wzmacniaczy stacjonarnych, ani o krótki dla przenośnych.

Reasumując

Przeskok na nowy model flagowy niewątpliwie Astell&Kern się udał. Tyleż niespodziewany co sensowny, zważywszy brak wzrostu cenowego. Być może stanowiący gwałtowną odpowiedź na jakieś kroki konkurencji, która na nowe przetworniki od Asahi Kasei też pewnie ostrzy sobie zęby. Nie zasypiając gruszek w popiele Koreańczycy wzięli się do roboty i raz dwa nowy plejer flagowy. Nic w tym zaskakującego – Południowa Korea to teraz gigant technologiczny na miarę dawnej Japonii. Żadnych spraw nie lekceważą, palmy pierwszeństwa nie chcą oddać.  Z uwagi na mniejszą moc jest ten nowy flagowiec pod względem obrazowania przestrzeni bardziej zależny od słuchawek niż dwakroć mocniejszy KANN CUBE, więc trzeba mu odnaleźć takie, jak te tutaj Tribute 7, by zjawił się przestrzenny dragon i wielkim cielskiem miażdżył. Ale już dla wysmakowanej muzyki w wymiarze bardziej audiofilskim niż estradowo-koncertowym każde słuchawki dobrej klasy okażą się odpowiednie, w jakości i różnych smakach brzmieniowych będzie można się pławić.

Urządzenie jest spore i niemało waży, ale z noszeniem go w kieszeni albo przy pasku nie powinno być problemu, a faktycznie pojemna bateria zapewnić może wprawdzie nie aż dwanaście godzin słuchania, ale z osiem-dziewięć na pewno. Producent anonsuje też szybką ładowarkę, więc z odzyskaniem gotowości do grania też nie powinno byś kłopotu, a całościowa funkcjonalność jest bardzo dobra, w szczególności przekładają się na nią wyraźny przyrost mocy i większa pamięć wewnętrzna. Nie miałem możliwości tego sprawdzić, lecz słusznie chyba podejrzewam, że z Ultrasone Tribute 7 po kablu symetrycznym byłby to zestaw audiofilsko kompletny, łączący w jedno moc, przestrzeń i wyrafinowaną postać dźwięku.

PS

Właśnie dostałem informację od producenta, że debiut przesuwa się na koniec września, a testowany egzemplarz przedprodukcyjny prawdopodobnie nie jest miarodajny, zostanie poprawiony. Ale test już napisałem, nie myślę go kasować. Należy jedynie przypuszczać, że wersja ostateczna będzie o coś tam lepsza.

W punktach:

Zalety

  • Wyższa jakość w odniesieniu do poprzednika.
  • Taka sama w odniesieniu do poprzednika cena.
  • Większa (dwa razy!) moc wbudowanego wzmacniacza.
  • Całkowite rozdzielenie obwodu symetrycznego od niesymetrycznego.
  • Dwa razy większa pamięć wewnętrzna.
  • Nowsza generacja topowych przetworników DAC od Asahi Kasei.
  • To wszystko owocuje przyrostem dokładności konturów.
  • Lepszym nasyceniem barwowym.
  • Głębszym dźwiękiem.
  • Bardziej czarnymi czerniami.
  • Poprawą przejrzystości.
  • Przyrostem złożoności dźwięków.
  • I bardziej naturalnym sposobem ich propagacji przestrzennej.
  • Przy samej tej przestrzeni bardziej obecnej, ciśnieniowej, trójwymiarowej.
  • Większą też oczywiście zdolnością do napędzania słuchawek wymagających dużej mocy, w szczególności planarnych.
  • Ładniejszy względem poprzednika wygląd, dzięki głębszemu wcięciu przy kółku potencjometru.
  • Ogólnie ładny wygląd i duży ekran dotykowy.
  • Prosta, bardzo łatwa obsługa.
  • Poprawiona antena do łączności bezprzewodowej.
  • Bardzo znany producent – lider branży.
  • Made in Korea.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Dużo to wszystko kosztuje.
  • Dość duże jest i ciężkawe.
  • Mocno się dosyć rozgrzewa.
  • Zniknął port dokowania, a z nim możliwość użycia dedykowanego zewnętrznego wzmacniacza.
  • Który nie jest wprawdzie konieczny, ale KANN CUBE pokazuje, że bezsensowny też by nie był.

Dane techniczne Astell&Kern A&ultima SP2000:

Ogólnie:

• Kolor obudowy: Stainless Steel/Copper.

• Materiał obudowy: Stainless Steel – stal nierdzewna; Copper – miedź.

• Wyświetlacz: 5-calowy (720 x 1 280) dotykowy.

• Obsługiwane formaty audio WAV, FLAC, WMA, MP3, OGG, APE, AAC, ALAC, AIFF, DFF, DSF, MQA (wsparcie zaplanowane).

• Odtwarzanie MQA: Serwisy (Tidal Masters), pliki lokalne, zewnętrzne USB, MQA-CD (zgrane).

• Częstotliwość próbkowania: PCM: 8 kHz ~ 768 kHz (8/16/24/32 bity na próbkę) / DSD Native: DSD64 (1 bit 2,8 MHz), Stereo / DSD128 (1 bit 5,6 MHz), Stereo / DSD256 (1 bit 11,2 MHz), Stereo / DSD512 (1 bit 22,4 MHz), Stereo.

• Poziom wyjściowy: Unbalance 3,0 Vrms / Balance 6,0 Vrms (Condition No Load).

• Procesor: Octa-core.

• DAC: AKM AK4499EQ x2 (Dual DAC).

• Dekodowanie: do 32-bit/768 kHz.

• Wejście: USB 3.0 typu C (dla PC i MAC).

• Wyjścia: słuchawkowe (3,5 mm) / Wyjście optyczne (3,5 mm) / Zbalansowane (2,5 mm, obsługiwane tylko 4-biegunowe).

• Wi-Fi 802.11 a / b / g / n / ac (2,4 / 5 GHz).

• Bluetooth V4.1 (A2DP, AVRCP, aptX TM HD).

• Wymiary 3,00 ”(76,3 mm) [W] x 5,19” (132 mm) [H] x 0,61 ”(15,7 mm) [D].

• Waga: Stal nierdzewna: 410,8 g / Miedź: 432,4 g.

• Udoskonalenia: Obsługiwane aktualizacje firmware (OTA).

• Obsługiwane systemy operacyjne: Windows 7,8,10 (32/64bit), MAC OS X 10.7 lub nowszy

Wydajność audio:

• Pasmo przenoszenia: ±0.015dB (Condition: 20Hz~20kHz) Unbalance / ±0.010dB (Condition: 20Hz~20kHz) Balance

±0.050dB (Condition: 20Hz~70kHz) Unbalance / ±0.030dB (Condition: 20Hz~70kHz) Balance

• Stosunek sygnał – szum: 124dB @ 1kHz, Unbalance / 125dB @ 1kHz, Balance

• Przesłuch: -138dB @ 1kHz, Unbalance / -144dB @ 1kHz, Balance

• THD+N: 0.0005% @ 1kHz, Unbalance / 0.0004% @ 1kHz, Balance

• IMD SMPTE: 0.0003% 800Hz 10kHz(4:1) Unbalance & Balance

• Impedancja wyjściowa: Balanced out 2.5mm (1ohm) / PHONES 3.5mm (1.5ohm)

Źródło zegara:

• Jitter: 25ps (typ)

• Reference Clock Jitter 200 Femto Seconds

Pamięć:

• Wbudowana: 512GB [NAND]

• Zewnętrzna: microSD (max. 512GB) x1

Pokaż artykuł z podziałem na strony

12 komentarzy w “Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

  1. Calluna pisze:

    W recenzji wkradła się pewną nieścisłośc. AKM 4497 ma także 32/768 kHz.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Fakt, ale na stronie dystrybutora podają w specyfikacji dla SP1000 obsługę plików do 32-bit/384kHz
      /mp3store.pl/article/59-astell-kern-aultima-sp1000-stainless-steel.8809440334926.2017470639586130800.html

      Nauczka, że wszystko trzeba samemu sprawdzać. Na szczęście gdy chodzi o porównanie brzmień, nikt mi niczym namieszać nie może.

  2. Przemysław pisze:

    Cieszę się, że ostatecznie do recenzji udało się pozyskać poprzednika. Szkoda, że za każdą poprawą osiągów nowych flagowych playerów AK idzie dość znaczny wzrost masy (na szczęście już nie ceny).

    Przyznaję, że kusi mnie ich mocna „kostka”, którą Pan ostatnio recenzował, ale brzmieniowo bliższy byłby mi SP2000. Bez jednoczesnej konfrontacji Cube’a i SP2k z moimi słuchawkami się nie obędzie (szczególnie z D8k, których mój TEAC nie jest w stanie napędzić i jakimś cudem lepiej radzi sobie z Cz1).

    Jeszcze raz dziękuję za recenzję, podjęcie starań w celu pozyskania do porównania z SP2k poprzednika SP1k i serdecznie pozdrawiam!!!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Gdy o mnie chodzi, to sobie sprawiłbym jednak KANN CUBE. Chociaż niewykluczone, że z UT7 po kablu symetrycznym SP2000 byłby równie holograficzny. Ale ja z muzyką po świecie nie ganiam, tak więc nie jestem miarodajny. Poza tym to bardziej precyzyjne i bogatsze informacyjne granie flagowca to też oczywisty atut.

  3. 1piotr13 pisze:

    Witam
    Mam pytanie, niestety nie związane z powyższym artykułem, ale może Pan mi na nie udzieli odpowiedź. Czy generalnie, kolejność włączania (uruchamiania) poszczególnych elementów zestawu grającego ma według Pana znaczenie ? Czy np. jako pierwszy element załączamy wzmacniacz, następnie CD, czy wzmacniacz na samym końcu itd. ?

    1. Paweł pisze:

      Często w instrukcji urządzenia jest opisana sekwencja włączania / wyłączania.
      U mnie najpierw włącza się źródło i kolejne elementy a dopiero ostatnią końcówkę mocy.
      Przy końcówce dającej 400 W na kanał przy 4 omach jak z odtwarzacza SACD lampowego jakieś śmieci elektroniczne w formie sygnału pójdą na głośniki to mogłyby stanowić zagrożenie dla wysokotonowych.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Można przyjąć za regułę, że system włącza się w kolejności: źródło-przedwzmacniacz-wzmacniacz i wyłącza w odwrotnej. Przed wyłączeniem należy ustawić potencjometr na „0”. Niektórzy radzą odłączać przed wyłączeniem od wzmacniacza słuchawkowego słuchawki.

  4. Sławomir S. pisze:

    Ciekawe, czym różnią się użyte w teście AK T5p od Beyerdynamic T5p v2 ? Czy tylko grafiką na muszlach?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pisze o nich, że Beyerdynamic je stuningował. W jaki sposób – w ten temat jeszcze nie wnikałem. Brzmieniowo są ciekawe i raczej delikatnie brzmiące.

      1. marcinl0 pisze:

        „raczej delikatnie” czyli jak rozumiem sama góra i kompletny brak basu.

        Czy nie lepiej podłączyć po prostu „zwykłe” Beyerdynamic T1 rev2 600ohm które nie narzekają na brak basu a są zaskakująco głośne jak na 600 ohm impedancji dzięki technologii Tesla.

        1. Piotr Ryka pisze:

          To nie znaczy, że nie mają basu. Bas mają jak najbardziej, natomiast dźwięki średniego zakresu nie są tak muskularne, jak na przykład u MrSpeakers Ether 2.

  5. Miltoniusz pisze:

    Panie Piotrze, bardzo dziękuję za dodanie do recenzji porównania z SP1000, podobnie zresztą Kann Cube. Przyznam, że nie liczyłem na aż tak dogłębną analizę, ale ale cieszę się że tak się właśnie stało. Takie porównania to sól recenzji i dlatego tak sobie je cenię. To wiele wyjaśnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy