Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

Odsłuch

USB typu C, łatwiejsze do wtykania.

   Użytkownicy topowych odtwarzaczy przenośnych szczególnie byli zainteresowani porównaniem nowego SP2000 z poprzednikiem, licząc przy tym, że schodzący z rynku SP1000 spikuje ostro z ceną, co przy minimalnej albo wręcz żadnej różnicy jakościowej byłoby nie lada gratką. Odnośnie ceny, to podobno takiego pikowania nie będzie, bo producent sobie nie życzy. Ale życie jest życie, więc kto wie… Odnośnie natomiast jakości brzmienia, to wieści nie są ani złe, ani dobre. Oceny porównawczej dokonałem najuważniej na podstawie odsłuchu ze słuchawkami jednocześnie gatunkowymi i dobrze pasującymi do sprawy, jakimi są dokanałowe Campfire Audio Andromeda (4,5 tys. PLN); tutaj występujące z kablem symetrycznym ALO Audio SC-R8-CX-25.

Kochani, nie ma zmiłuj, nowy odtwarzacz jest lepszy. I to lepszy pod każdym względem. To znaczy jednocześnie wyraźniej obrazujący, żywszy, bardziej bezpośredni, lepiej nasycony barwami, dynamiczniejszy i bardziej analogowy.  W porównaniu do SP2000 poprzedni SP1000 grał trochę zszarzałym, bardziej jednolitym barwowo i spokojniejszym dźwiękiem. Wydawać by się więc mogło, że przynajmniej w tej jednolitości być może bardziej płynnym, bardziej analogowym. Ale i to nie. Nowy przy słabszych plikach nie tylko lepiej uwyraźniał brzmienia na rzecz całościowej przejrzystości, ale też głębiej schodził z analizą, lepiej uwidaczniając głębsze warstwy muzyki. I na dodatek płynniej łączył też frazy; tym oraz ciekawszym krawędziowaniem nadganiając nagraniowe słabości. W dodatku oferował lepszą dynamikę i bliższy plan pierwszy o większej bezpośredniości przy lepszym jednocześnie widzeniu dalszych.

Muzykę czyta wyraźniejszą niż te litery.

Pozornie zatem klęska i nie ma nad czym się zastanawiać, ale aż tak źle nie jest. Wszystkie powyższe różnice okazały się bowiem małe do góra średnich. I nawet to wyraźnie wyczuwalne wypłowienie barw po chwili obcowania z SP1000 przestawało się zauważać, mózg bez trudu tę lukę zapełniał. W dodatku jego  bardziej jednolity kolorystycznie przekaz miało coś z bardziej analogowego posmaku, mniej okazując się wysilony i dobrze działający na rzecz przyjemności. A jednocześnie wystarczająco było przejrzyście, dynamicznie i bezpośrednio, byśmy nie mieli powodu do najmniejszych narzekań. Fakt – atak słabszy, feeling uspokojony, barwy podobniejsze jedne do drugich – pozbawione stanowczego kontrastu. Ale słuchało się tego znakomicie, zarówno przy słabszych jak lepszych plikach. Było nastrojowo, bardziej jazzowo, bardziej z zadumą, kameralniej. W miejsce ataku zjawiała się intymność, cośkolwiek z romantycznej nuty mająca, cośkolwiek z klubowego zblazowania. Diana Krall (której nie lubię) mniej sobą się narzucała – siedziała dalej, bardziej stapiała się z akompaniamentem, głos miała bardziej satynowy, nie tak jaskrawy jak z SP2000. Jeżeli już miałbym koniecznie jej słuchać, to poprzez Campfire Audio Andromeda wolałbym z SP1000. Jednakże w kategoriach absolutnych, obiektywnych, technicznych – jakie tam sobie chcecie nazwanie – SP2000 to postęp; tu nie widzę pola do sporu. Gra wyraziściej, mocniej, dosadniej, a dzięki głębiej tłoczonym fakturom, bardziej wielowarstwowej substancjonalności i większej dozie soli brzmieniowej zarówno słabsze jak lepsze pliki prezentują się z nim efektowniej, choć niekoniecznie w każdym przypadku dla uszu milej.

A teraz już bardziej o samym SP2000 z wokółusznymi słuchawkami: Astell&Kern AK T5P (też z kablem symetrycznym od ALO Audio), a potem MrSpeakers ETHER 2 (ze swym firmowym kablem symetrycznym).

Z Astell&Kern AK T5P (symetrycznie)

Fotograf na tą grubość się uparł, a on właśnie jest cieńszy.

Prawdę mówiąc przekonany byłem, że nie zagrają te wokółuszne lepiej od dokanałowych, ale bardzo się pomyliłem. Zjawiło się brzmienie w zaskakująco korzystny sposób łączące cechy SP2000 i SP1000 zdiagnozowane przy Campfire Andromeda; tak jakby to, co najlepsze, na całą muzykę się rozlało i jeszcze poprawiło. Ewidentnie podskoczyła analogowość, jaskrawizny uległy korzystnemu stonowaniu w palety bardziej malarskie, dźwięk nabrał głębi i elegancji, a przede wszystkim zjawiło się więcej tego, co porównując najlepsze słuchawki planarne określiłem jako podpowierzchniową złożoność. Nie ma ona bezpośredniego  przełożenia na doznania wzrokowe w odniesieniu do pojedynczych przedmiotów, zawsze otaczanych jednoznaczną powierzchnią, dlatego użyłem porównania do krajobrazu spowijanego  po trosze warstwowymi mgłami, oddającego dwie ważne dla sprawy cechy: wielowarstwową złożoność w miejsce jednolitej powierzchni i jednocześnie pewną wewnętrzną delikatność, zmiękczenie, brak narzucającej się jednolitości tworzywa także pod jednolitą powierzchnią. Zyskując te dodatkowe wymiary muzyka jakby zmieniała się z głupiej w mądrą, nabierając bogatszej treści. Dla mnie ta jej cecha jest tak samo kluczowa, jak dynamika i brak kompensacji, czy brak tragicznych, niczym szkło potłuczone ostrości. Przy Andromedach to wzbogacenie też się czuło, ale przy AK T5P przyrost był ewidentny. Co od razu wprawiło mnie w lepszy nastrój – i teraz rzeczy odbierane poprzednio z niechęcią (a taki w sporym stopniu muzyczny materiał wgrał w pamięć odtwarzacza dystrybutor) stały się atrakcyjne. Nie tyle jako przejaw muzyki samej, ale ukazane ciekawiej.

Tak, wiem – za bardzo udziwniam opisy.  Więc może inne porównanie: te same pliki odtwarzane z kolei przez AK380 brzmiały bardziej płasko i nie miały do tego stopnia głębokiej warstwy informacyjnej. Spłycały się wyraźnie w odniesieniu do głębokości tonalnej, głębokości informacyjnej i wymiarów przestrzennych. Podobny poziom złożoności zjawiał się przy tym odtwarzaczu dopiero z modułem AMP, dźwigającym jego moc do poziomu wyższego niż oferuje wewnętrzny wzmacniacz w SP2000 – do 8 Vrms balans i 4,1 Vrms unbalans.

Hans Zimmer dawał do wiwatu, najbardziej ze słuchawkami Ultrasone.

I może jeszcze bez porównań do innych odtwarzaczy. Puściłem rasowo audiofilskiego Milesa Daviesa, konkretnie  płytę Doo-Bop. Zgrało na poziomie dobrego toru stacjonarnego z porządnymi głośnikami podstawkowymi. Bas może tylko nie tak dobrze się wyodrębniał, czernie nie były aż tak głęboko czarne i też ogólna głębia brzmienia (mimo przewagi SP2000 nad poprzednikami flagowymi) nie była na miarę ze średniej półki cenowej high-endu stacjonarnego. Niemniej grało rasowo – dynamicznie, stuprocentowo wyraziście, z dużym brzmieniowym wolumenem oraz obfitą tą stale przywoływaną przeze mnie warstwą spodnią, obecną pod bardzo efektownie łączącymi się z medium na powierzchni dźwiękami. Ogólnie jakieś siedemdziesiąt do osiemdziesięciu procent tego, co w ogóle jest możliwe (nie tylko dla słuchawek), zatem naprawdę klasa. Jednakże coś dziegciu muszę w te miody włożyć, tę łyżkę mianowicie, że nie było w tym takiej holografii, takiej trójwymiarowości, ani tak doskonale odczuwanej przestrzeni (zarówno jako samego obszaru, jak i ciśnieniowego medium) jak miało to miejsce z KANN CUBE. Przy wyraźniejszym samych dźwięków się formowaniu i bardziej rozbudowanej ich spodniej warstwie sama przestrzeń obrazowała się gorzej, nie nurkowało się w brzmieniowym morzu.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

12 komentarzy w “Recenzja: Astell&Kern A&ultima SP2000

  1. Calluna pisze:

    W recenzji wkradła się pewną nieścisłośc. AKM 4497 ma także 32/768 kHz.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Fakt, ale na stronie dystrybutora podają w specyfikacji dla SP1000 obsługę plików do 32-bit/384kHz
      /mp3store.pl/article/59-astell-kern-aultima-sp1000-stainless-steel.8809440334926.2017470639586130800.html

      Nauczka, że wszystko trzeba samemu sprawdzać. Na szczęście gdy chodzi o porównanie brzmień, nikt mi niczym namieszać nie może.

  2. Przemysław pisze:

    Cieszę się, że ostatecznie do recenzji udało się pozyskać poprzednika. Szkoda, że za każdą poprawą osiągów nowych flagowych playerów AK idzie dość znaczny wzrost masy (na szczęście już nie ceny).

    Przyznaję, że kusi mnie ich mocna „kostka”, którą Pan ostatnio recenzował, ale brzmieniowo bliższy byłby mi SP2000. Bez jednoczesnej konfrontacji Cube’a i SP2k z moimi słuchawkami się nie obędzie (szczególnie z D8k, których mój TEAC nie jest w stanie napędzić i jakimś cudem lepiej radzi sobie z Cz1).

    Jeszcze raz dziękuję za recenzję, podjęcie starań w celu pozyskania do porównania z SP2k poprzednika SP1k i serdecznie pozdrawiam!!!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Gdy o mnie chodzi, to sobie sprawiłbym jednak KANN CUBE. Chociaż niewykluczone, że z UT7 po kablu symetrycznym SP2000 byłby równie holograficzny. Ale ja z muzyką po świecie nie ganiam, tak więc nie jestem miarodajny. Poza tym to bardziej precyzyjne i bogatsze informacyjne granie flagowca to też oczywisty atut.

  3. 1piotr13 pisze:

    Witam
    Mam pytanie, niestety nie związane z powyższym artykułem, ale może Pan mi na nie udzieli odpowiedź. Czy generalnie, kolejność włączania (uruchamiania) poszczególnych elementów zestawu grającego ma według Pana znaczenie ? Czy np. jako pierwszy element załączamy wzmacniacz, następnie CD, czy wzmacniacz na samym końcu itd. ?

    1. Paweł pisze:

      Często w instrukcji urządzenia jest opisana sekwencja włączania / wyłączania.
      U mnie najpierw włącza się źródło i kolejne elementy a dopiero ostatnią końcówkę mocy.
      Przy końcówce dającej 400 W na kanał przy 4 omach jak z odtwarzacza SACD lampowego jakieś śmieci elektroniczne w formie sygnału pójdą na głośniki to mogłyby stanowić zagrożenie dla wysokotonowych.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Można przyjąć za regułę, że system włącza się w kolejności: źródło-przedwzmacniacz-wzmacniacz i wyłącza w odwrotnej. Przed wyłączeniem należy ustawić potencjometr na „0”. Niektórzy radzą odłączać przed wyłączeniem od wzmacniacza słuchawkowego słuchawki.

  4. Sławomir S. pisze:

    Ciekawe, czym różnią się użyte w teście AK T5p od Beyerdynamic T5p v2 ? Czy tylko grafiką na muszlach?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Pisze o nich, że Beyerdynamic je stuningował. W jaki sposób – w ten temat jeszcze nie wnikałem. Brzmieniowo są ciekawe i raczej delikatnie brzmiące.

      1. marcinl0 pisze:

        „raczej delikatnie” czyli jak rozumiem sama góra i kompletny brak basu.

        Czy nie lepiej podłączyć po prostu „zwykłe” Beyerdynamic T1 rev2 600ohm które nie narzekają na brak basu a są zaskakująco głośne jak na 600 ohm impedancji dzięki technologii Tesla.

        1. Piotr Ryka pisze:

          To nie znaczy, że nie mają basu. Bas mają jak najbardziej, natomiast dźwięki średniego zakresu nie są tak muskularne, jak na przykład u MrSpeakers Ether 2.

  5. Miltoniusz pisze:

    Panie Piotrze, bardzo dziękuję za dodanie do recenzji porównania z SP1000, podobnie zresztą Kann Cube. Przyznam, że nie liczyłem na aż tak dogłębną analizę, ale ale cieszę się że tak się właśnie stało. Takie porównania to sól recenzji i dlatego tak sobie je cenię. To wiele wyjaśnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy