Komputerowa wszechmoc

   Tyle może o samym audio, ale skoro na komputerową wszechmoc już zeszło, to może coś więcej o niej. Napisałem adwersarzowi w nią bardzo wierzącemu, że komputery tak naprawdę już z liczeniem mają problemy, ponieważ muszą zaokrąglać, a różne różnie zaokrąglają. W przypadku liczby stojącej solo gdzieś w jakimś artykule – liczby zaokrąglonej na powiedzmy czwartym, albo nawet (czego się nie praktykuje) dziesiątym miejscu po przecinku – zaokrąglenie to z pozoru nie ma żadnego znaczenia; rzecz wygląda na pomijalną, nieistotną. Ale kiedy taką zaokrągloną liczbę wpuścimy w iterację, albo sekwencję czasową dynamicznego układu który nie jest oscylatorem, to już po stosunkowo niewielu krokach różnica w przypadku różnych zaokrągleń zrobi się z tego kosmiczna, większa niż cały Kosmos. Inny z tej beczki przykład: Różne komputery (a te do poważnych rachunków to superkomputery, a nie windowsowe lebiegi) posługują się różnymi systemami operacyjnymi (głównie Linuksem, ale indywidualnie modyfikowanym, trochę inaczej w każdej liczącym). W efekcie (jak kiedyś przetestowano) dwa takie z parametrami uzgodnionymi do pięćsetnego miejsca po przecinku szybko zaczęły dawać różne, a potem całkiem inne wyniki. Przy czym rzecz nie polega bynajmniej na uzgodnieniu. Można by oczywiście wszystkim komputerom na świecie ujednolicić algorytmy liczenia, ale wówczas różnica polegałaby tylko na tym, że wszystkie popełniałyby identyczne błędy przy co trudniejszych oszacowaniach.

Tak więc ostrożnie z tą komputerową wszechmocą, bo ona sama zniekształca. Ale na tym nie koniec, jest z ową komputerową wszechmocą jeszcze o wiele gorzej. Ludzie mają mylne mniemania odnośnie policzalności i roli w niej komputerów. Wydaje im się, że wystarczy zbudować większy komputer –  i wszystko policzyć da się. Tymczasem bulba, jak powiadał na pożegnanie pan Piotruś  do pana Tadzieńka. Są sytuacje, w których nie pomoże i sama maszyna rolnicza napędzana Jóźwiakową, a co dopiero jakiś komputer. Nazywają się pozaobliczalne i wcale nie trzeba ich szukać hen, gdzieś na krańcach Kosmosu, znajdują się tuż, tuż. Dowolne trzy obiekty (a co dopiero więcej!) w polu grawitacyjnym poruszają się względem siebie w sposób właśnie niemożliwy do przewidzenia, rachunkowo nieobliczalny. Nie da się stworzyć równań opisujących dokładnie ich ruchy i żaden komputer nie pomoże. Nie tylko ten największy teraz, ale żaden możliwy. Być może niemożliwy dałby radę, ale jest niemożliwy.

Uzupełnia to wspomnianą drugą kwestię zasadniczą – kwestię parametrów wyjściowych. (Tych liczb po przecinku). Musiałyby być nieskończenie dokładne (niczym postulowane słupki zadowolenia), by komputerowe naśladownictwo czegokolwiek mogło się kusić na dłuższym dystansie czasowym o dokładność. Dowolnie bowiem bliskie liczby, uzgodnione nawet do tryliona miejsc po przecinku, prowadzą nieuchronnie z czasem do całkowicie rozbieżnych wyników. A ponieważ, rzecz jasna, to i to niemożliwe (zarówno te dokładne równania, jak i dokładne dane) robota komputera to zawsze względem realnego świata jedynie przybliżenie. Tym grubsze, im bardziej odchodzimy od stanów mało energetycznych, na przykład wychyłu struny czy membrany. Dlatego im mocniej pianista uderza w klawisz a perkusista w bęben, tym gorsze tego komputerowe naśladownictwo, tym większe w cyfrach zniekształcenia, nie wspominając nawet o rewerbach. Być może z tego powodu muzyka grana z gramofonu ma dużo większą energię niż odtwarzana z cyfrowej płyty. Nie wiem, czy ktoś to próbował badać, ale takie mam podejrzenie. Cyfrowe naśladownictwo boi się w każdym razie dużych wychyłów i dużych ciśnień, one je obnażają.

 

 Tak więc – reasumując – komputerowe audio jest przydatne, nawet bardzo, bo może dawać dobre wyniki przy mniejszych nakładach finansowych; jednak muzyki par excellence nie zastąpi, ponieważ jest i zawsze pozostanie wypaczeniem. Co wcale nie musi kolidować z zadowoleniem słuchacza, a nawet może je wzmagać. Ale może też generować niesmak oraz niechęć do siebie. W sumie historia analogiczna do prastarych equalizerów. Na własne uszy słyszałem w latach 80-tych, jak popularny redaktor Wojciech Mann instruował słuchaczy, by nie wahali się pchnąć do końca ku górze tych bocznych suwaczków na wzmacniaczach (wiele miało wtedy prymitywne equqlizery), by dodać basów i sopranów, bo zrobi się przyjemniej. Sam tego nie praktykowałem, bo mnie przyjemniej nie było. Muzykę można nadziać komputerowym farszem i mieć taką za lepszą, lecz równie dobrze tego nie chcieć, woleć ją na surowo. Żywa czy przetworzona – to pytanie otwarte. Kiedyś nie było płyt; panienki z dobrych domów same grały na fortepianie dla siebie i towarzystwa. Pewnie dlatego większy był kult i apetyt na  wirtuozów – większym ich gra kontrastem względem sytuacji przeciętnej. Teraz, w dobie muzyki na zawołanie, każdego wirtuoza z całym jego repertuarem możemy mieć na płycie albo w pliku; stali się całkiem powszedni i teraz oni są przeciętnością. A jeszcze na domiar złego (prawdopodobnie skutkiem ogólnego upadku tak zwanej kultury bycia i wszechobecnego życiowego ścisku) zjawisko wirtuoza z prawdziwego zdarzenia stało się rzadsze i gatunkowo niższe. W efekcie pójście na koncert i spotkanie z kimś w całym wymiarze takim stało się dużo trudniejsze i jednocześnie mniejszym przeżyciem. Zdążyłem na własne uszy usłyszeć Światosława Richtera – pianistę z pierwszej dziesiątki w historii, ale większe wrażenie zrobiły na mnie koncerty Ewy Demarczyk. Słuchane teraz z płyt pozostają ułamkiem tamtych przeżyć, więc trochę śmieszą mnie nadzieje związane z komputerową obróbką pozostawionych przez nią nagrań. Muzyka grana na żywo może być bardzo licha, ale bywa też taka, że cały świat nagraniowo-odtwórczy, z komputerami czy bez, jest przy niej marnym pyłkiem. Komputerami można oczywiście poprawiać, a nawet uszlachetniać, byle nie kompensować dynamiki, a to powszechny zwyczaj. Dlatego wolę stare polskie realizacje od hiper-super XRCD na złocie w diamentowe prążki. Gdyż nawet takie bardzo drogie płyty zwykle dynamicznie się kompensuje i muzyka na nich zdycha jak rozjechana mysz.

 

Uaktywniacze szlaku dopaminowego:

  • Wysokokaloryczny pokarm
  • Alkohol
  • Narkotyki
  • Seks
  • Muzyka
  • Piękne widoki
  • Odpoczynek po wysiłku
  • Wyjście z opresji
  • Sukces w rywalizacji
  • Altruizm
  • Akceptacja otoczenia
  • Bezpośrednia stymulacja układu limbicznego
Pokaż cały artykuł na 1 stronie

13 komentarzy w “Komputerowa wszechmoc

  1. Sławomir S. pisze:

    Bardzo adekwatne porównanie do fotografii. Na tym polu podobne zjawiska są zdecydowania bardziej jaskrawe, tym samym łatwiejsze do skatalogowania: są puryści analogowi działający na dużych formatach błon światłoczułych, puryści analogowi, którzy pogodzili się formatem tzw małej klatki, puryści cyfrowi nie używający obróbki cyfrowej, fotografowie ingerujący nieznacznie w ramach tzw ‚cyfrowej ciemni’ oraz ingerujący potężnie (Photoshop). Oczywiście w każdym przypadku następuje ‚modyfikacja transferu’- w innym stopniu, innymi sposobami i w innych obszarach (technologiach).
    Wchodzenie tu w kwestie ocenne, dodatkowo mocno zabarwione emocjonalnie sprowadza temat do przekonywania, że ‚to co ja cenię, jest lepsze’. Zaraz będzie lista deklaracji i obozy. Czy nie lepiej zostawić to w spokoju, porzucając pasję misyjną? Wystarczy przyjąć, ze nowe technologie nie dezawuują starych, to tylko rozrywka i hobby i każdy ma wybór. Warto też dostrzec, ze w każdym typie modyfikacji transferu (spodobało mi się określenie) jest element kreacji i to właśnie subiektywne zapotrzebowanie na tę kreację może skłaniać do różnych wyborów w tej zabawie. Ale – to tylko zabawa.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Świat zawodowej fotografii od strony warsztatowej nie jest mi dobrze znany; nawet nie wiedziałem, że dzieli się na aż tyle kategorii podejścia do tematu, ale tak trochę per analogiam do gramofonów mam kolekcję fotografii rodzinnych z przełomu XIX i XX wieku, robionych na szklanych kliszach. I muszę przyznać, że jakość jest zdumiewająca, o wiele lepsza niż późniejszych na celuloidowych błonach.

      1. Sławomir S. pisze:

        I jak się okazuje pożądane cechy użytkowe prowadzą do nowych technologii, które nie zawierają pewnych unikalnych cech tych mniej użytkowych i wygodnych. Identycznie w Audio i w Foto. Dlatego należy wyróżniać dwa światy – profesjonalny i amatorski/hobbystyczny. Niemal zawsze inna w nich jest hierarchia wartości.

    2. Marek Ł pisze:

      Bardzo dobry komentarz, dający do myślenia bardziej niż prztykanie się po redaktorskich nosach 🙂

  2. jafi pisze:

    Pragnę przywołać w tym miejscu kompozytora i wykonawcę Jana Hammera. Tak, tak ten od Miami Vice.
    Otóż w końcu lat siedemdziesiątych wydał on solową płytę „Black Sheep” – kto pamięta?:)
    Radiowy prezenter, który opowiadał o tej płycie mówił z dumą, że wszystkie partie instrumentów zostały nagrane przez Hammera na syntezatorach, między innymi gitary, perkusja i co tam jeszcze było.
    Już wtedy brzmienie symulowanych gitar i sztucznej perkusji było jakby tu powiedzieć: nieprawdziwe.
    Nie umiem powiedzieć, czy muzyka z tej płyty się obroniła, mogę powiedzieć tylko o sobie że ja do niej już nie powracałem.
    I nie chodzi mi o postać samego Jana Hammera, którego cenię za inne dokonania, ale o „wyczyn” z tamtego okresu – mianowicie zastąpienie realnych instrumentów syntezatorami, które miały je naśladować.
    Taki wspominek, ilustracja do powyższej polemiki.

  3. Przemysław pisze:

    Ostatnio natrafiłem na „ciekawą” opinię jednej osoby z yt: „winyle mają zwyczajnie większe szumy, więc gorszy stosunek sygnał/szum, to jest jakaś obiektywna miara, a nie jakaś mityczna analogowość brzmienia”. Zadziwia mnie to, jak osoby, które nie mają styczności z droższym sprzętem audio tak łatwo są w stanie wypowiadać się w takich sprawach:/ Chociażby ta opinia o „mitycznej analogowości”… Jak zawsze interesujący materiał Panie Piotrze. Serdecznie pozdrawiam!

  4. Miltoniusz pisze:

    Entuzjazm Pana Woźniaka do cyfrowego audio to pozytywne zjawisko. Bo generalnie entuzjazm to fajna rzecz. W zasadzie to ma rację. Bo sytuacja tu jest taka, że mamy do czynienia z prawdami równoległymi. Pan Woźniak ma swoją i jest to prawda prawdziwa dla całej rzeszy ludzi. Jeżeli spojrzymy na zdjęcie jego sprzętu http://hd-opinie.pl/3253,audio,sonore-microrendu-z-psu-ciaudio-megatest-hdo.html to co zwraca uwagę? Kolumny wciśnięte blisko ścian, szafka na sprzęt to chyba zwykły mebel z cieńkimi blatami, kable splątane chaotycznie za szafką, dotykające siebie nawzajem, szafki i ściany. Czy to źle? Niekoniecznie. Mnóstwo ludzi tak ma i dla nich testy Pana Woźniaka są realnie najbardziej wiarygodne. Ale co to oznacza dla dźwięku? Brak mikrodynamiki, pewnej finezji dźwięku, przestrzeni, stanu, w którym odtworzenie dźwięku ociera się, a nawet staje się magią. Dźwięk pełza gdzieś tam w niskich stanach wyrafinowania. Trudno coś wtedy zepsuć cyfrową obróbką. Poprawić? Tu się rzeczywiście otwiera ogrom możliwości. Wszysto zależy więc od budżetu ale i świadomości prostych spraw, jak akustyka czy wpływ wibracji, w tym na kable. Szkoda, że Pan Woźniak jeszcze tego nie odkrył, jego recenzje były by jeszcze bardziej wartościowe i umieszczone w bardziej obiektywnym kontekście. I wtedy jego prawda była by jeszcze bardziej prawdziwa.
    Z moich doświadczeń wynika, że wszelkiej formy obróbka cyfrowego sygnału (w dobrym sprzęcie) tylko go pogarsza. Doświadczenia: oversampling w Ayon CD 1s, korekcja eq w oprogramowaniu iTunes i JRiver, korekcja eq w procesorze dźwięku Classe CP800 v2 no i korekcja w pierwszym procesorze Pana Waszczyszyna. No ja już tak mam. No ale wierzę, że inni mogą mieć inaczej i może w niczym co napisałem o Panu Woźniaku nie mam racji. Zresztą, fajny chłop i cieszmy się, że tacy ludzie są.

    1. Marek Ł pisze:

      To się nazywa obiektywizm do bólu, brawo za anty-hate w czasach hate-endu 🙂

  5. bobek pisze:

    Nie chce wam psuc antycyfrowej zabawy chlopaki, ale dla przykladu na wyzszosc analogu:

    http://www.bostonaudiosociety.org/bas_speaker/abx_testing2.htm

    Test odsluchowy po ktorym Ivor Tiefenbrun, tworca kultowego Linn Lp-12, musial odszczekac swoje brednie jak to cyfra degraduje dzwiek. A bylo to w 1984, kiedy przetworniki C/A i filtry cyfrowe byly naprawde gowniane.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wychodzi na to, że słuchanie czegokolwiek innego niż mp3 ze smartfona na pchełki zwyczajnie nie ma sensu. Taniej, wygodniej i równie dobrze, a nawet lepiej.

    2. Paweł pisze:

      Nie chcę dyskutować na temat wyższości jednego rozwiązania nad drugim bo aktualnie tory audio często są mieszanką obu technologii poza gramofon+lampa. Uważam, że stare przetworniki były bardzo dobre i bardziej analogowe niż obecnie produkowane. Polecam ciekawy blog którego autor jest niezależny od dystrybutorów http://najlepszeodtwarzacze.pl/ W nawiązaniu do blogu słuchając sprzętu vintage odrestaurowanego mam większą przyjemność niż słuchanie wirtualnie stworzonego analogu poprzez odfiltrowanie określonych częstotliwości czy zniekształcenia (przesunięcia fazowe) generujące sztuczną „głębię sceny” nawet tam gdzie w źródłowym nagraniu jej nie ma, nie mówiąc już o kompresji itp.

  6. tomTom pisze:

    a mnie to wszystko gówno obchodzi

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rozumiem – kolega z Moskwy, tam macie większe problemy. Ale co robić, takie życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy