Recenzja: Ultrasone Edition 15 Veritas

Budowa

Ze skórzanego nesesera obszyte skórą słuchawki.

   Słuchawki zawitały na rynek w roku zeszłym i zgodnie z tradycyjnym niemalże już zachowaniem swojego producenta w odniesieniu do najwyższych modeli, zaproponowane zostały w ilości limitowanej – ograniczonej do tysiąca sztuk bez jednej. Tych 999 egzemplarzy Edition 15 Veritas opatrzonych zostało notą, w której czytamy, iż to zamknięta wersja „legendarnych słuchawek referencyjnych Edition 15, sprawcy niezrównanych doznań muzycznych”. (Huncwoty sobie nie żałują). Tak samo jak pierwowzór zasobnych w udoskonalony o platerowanie złotem przetwornik GTC z tytanową kopułką, najnowszą postać technologii S-Logic (trzeciopokoleniowa wersja S-Logic EX®) oraz dysponujących kolejną chlubą Ultrasona, technologią redukcji ciśnień akustycznych o nazwie ULE (od Ultra Low Emission).  Prócz tego – na rzecz odmienności – wyposażonych w wierzchnie pokrywy komór z litego drewna wiśniowego (ceniona w snycerstwie wiśnia amerykańska), dodatkowo osłanianych aluminiowymi maskownicami z ozdobnym grawerunkiem. Reszta to już tradycja, zapoczątkowana w 2013 roku modelem Edition 5. Podłużne muszle w dużym formacie, zdolne bez trudu objąć każde ucho. Wyjątkowo jak na ten rozmiar lekka konstrukcja, zwieńczona aluminiowym pałąkiem. Umocowane na magnesach pady i obszycie tegoż pałąka z mięciutkiej skórki merynosów. Tak samo jak słuchawki lekkie, łatwo układające się odpinane kable ze srebrzonej, beztlenowej miedzi. Rezultatem wygoda noszenia oraz łatwość użycia, zwłaszcza że sam producent daje dwa kable (dłuższy i krótszy), kolejne można dokupić. Tradycyjnie też niska impedancja, sprzyjająca łatwości napędu i elegancki neseser za opakowanie, sprzyjający wrażeniu luksusu. W komplecie oprócz słuchawek i dwóch kabli oraz niezbędnych papierów mięciuteńka ściereczka z logiem firmy do polerowania ozdabiających sreber i małe, szafirowe pokrowce na kable, aby się nie plątały.

Nie znam się na obecnej modzie, ale napiszę, że w modnych brązach.

Analizując punkt po punkcie nabieramy pewności, że nic faktycznie poza zamknięciem muszli względem Edition 15 się nie zmieniono. Waga różni się raptem o 10 gramów (to zamknięte są lżejsze), impedancja to wciąż 40 Ω, pasmo przenoszenia 5 Hz – 48 kHz, maksymalne ciśnienie akustyczne u obu 94 dB. Nie zmieniła się także cena – to wciąż trzy tysiące euro lub trzynaście tysięcy złotych. I nie dopatrzymy się w tym wszystkim niczego złego poza uwagą o kablach. Bo albo to dobrze się sprawdza, albo nabywcy pod wrażeniem sukcesów producenta i jego marketingowych uniesień nie mają śmiałości protestować – w każdym razie słuchawki, tak samo jak otwarty pierwowzór, oferowane są z krótszym i dłuższym kablem niesymetrycznym, mimo iż złącza przy muszlach (profesjonalne styki szwajcarskiego Lemo) umożliwiają użycie symetrycznych.

A jak już w recenzji pierwowzoru pisałem, dodatek symetryczności przeważnie zmienia in plus sytuację w odniesieniu do wysokiej jakości odtwarzaczy przenośnych dysponujących gniazdem 2,5 bądź 4,4 mm, ponieważ poprzez to wyjście oferują sygnał mocniejszy, co nie jest w tym wypadku bez znaczenia. Pomimo niskiej impedancji flagowe słuchawki Ultrasona są bowiem do napędzenia trudniejsze, niżby się mogło wydawać. Niska waga i niska oporność nie przekładają się u nich na skrajnie łatwą akcelerację, nie przekładają nawet na średnią. Edition 15 to duże zwierzę, którego nie pogonisz badylkiem. Wzmacniacz stacjonarny bądź wbudowany w DAP musi mieć swoją siłę; inaczej zagra, ale marnie. Tej sile kable symetryczne będą sprzyjać, tymczasem w komplecie żadnego nie ma. Najlepszy oferowany przez samego producenta słuchawek kosztuje ponad dwieście euro ekstra, najdroższy od zewnętrznego dostawcy przeskoczy ceną dwukrotnie słuchawki – trzymetrowy Kimber Axios w wersji „24 AWG pure silver” kosztuje sześć tysięcy euro… Ostatecznie można na obronę takiego niesymetrycznego stanu rzeczy argumentować, że złącza niesymetryczne są jednak popularniejsze, a dokładanie przejściówek podwyższa wagę. To jest jakiś argument, ale zważywszy, że własny kabel symetryczny Ultrasona z końcówką 2,5 mm kosztuje raptem kilkadziesiąt euro, jego absencja w pakiecie sprzedażowym tak kosztownych słuchawek wzbudziła mą irytację.

I srebrzeniach.

Nad resztą nie ma się co rozwodzić, o wszystkim tym już było. O systemach S-Logic i ULE w recenzjach modeli dawniejszych, o analogicznych poza zamkniętością cechach w niedawnej recenzji Edition 15. Słuchawki są wygodne i z nowomodnym designem. Lekkie, praktyczne i ekskluzywne; w wersji zamkniętej tym bardziej nadające się do domu i na wynos. Nikomu nie będą przeszkadzały, grać można będzie bardzo głośno, a mnie ich wygląd w sensie kolorystycznego zestawienia jasnego brązu z jasnym srebrem się niespecjalnie spodobał, ale to kwestia gustu. O wiele ważniejsze w tym wypadku, iż to jedne z najlżejszych high-endowych słuchawek, w przypadku których nie trzeba dźwigać na głowie pół lub całego kilograma, aby się rozkoszować muzyką.

Przejdźmy do tych rozkoszy.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja: Ultrasone Edition 15 Veritas

  1. Piotr Ryka pisze:

    Tak przy okazji słuchawek i niejako tytułem zapowiedzi: przyjechały Rosson Audio Design RAD-0 z lepszym od sprzedażowego kablem Wireworlda. To znaczy – nie przyjechał same, uprzejmy Czytelnik własne podesłał, za co podziękowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy