Recenzja: Synergistic Research BLUE SR

   Jak zwykle będzie na temat, czyli po audiofilsku, ale tym razem z dodatkowym ładunkiem wybuchowym do detonacji w głowach antyaudiofili, taka bowiem materia przedmiotu nas tu przywiodła. Jako że audiofilskie bezpieczniki to wbrew nazwie temat niebezpieczny, powodujący zwarcia w niejednych obwodach neuronowych. Pytaniem bowiem brzemienne, czy cokolwiek do brzmienia wnoszą, albo może antyskutecznie wynoszą? Odpowiedź na które tego wybuchowego charakteru przyczyną, ponieważ każdy szanujący się antyaudiofili wie ponad wszelką wątpliwość, iż niczego wnieść ani wynieść nie mogą; dla brzmienia pozostając czymś całkowicie obojętnym. Toteż nic nie będzie wnoszone, a jeśli cokolwiek wynoszone (O to to!) – będą tym czymś jedynie pieniądze wędrujące z audiofilskich portfeli do sakiewek żerujących na nich cwaniaków, jako że każdy audiofil – taka już jego naiwna natura – jest niczym mała dziewczynka i zwodzić go gładką gadką, to rzecz banalnie prosta. A Synergistic Research są specjalistami od takich gadek – sam fakt produkowania przez nich tych audiofilskich bezpieczników tego najlepszym dowodem. A już do szału doprowadzać musi naszych kochanych strażników racjonalności, skupionych w antyaudiofilskich gremiach, użyte przez to SR określenie „kwantowy”; bo co jak co, ale każdy oprzydomkowany nim audiofilski artefakt sieje smrodem oszustwa na całą okolicę.

W osobnym tekście o tym pisałem, gdyż rzecz jest nader ciekawa. Słowo „kwantowy” wywołuje u antyaudiofila z grubsza takie same emocje, jak słowo „jajko” u pana Łabędzia. (Melchior Wańkowicz w swoim Tędy i owędy wspomina, jak jeszcze przed pierwszą wojną dzwonił co dnia do nieznanego sobie, znalezionego w książce telefonicznej pana Łabędzia, ażeby się dowiedzieć, czy pani Łabędź zniosła już dzisiaj jajko…) Historia z telefonem miała emocjonujący ciąg dalszy i nasza też będzie miała. Ale zanim o ciągu dalszym, wpierw słowo o tych kwantach. Wykoncypował je Max Planck, którego z powodu młodego wieku nie chciano kiedyś wpuścić na jego własny wykład. Wykoncypował, by zaradzić tak zwanej „katastrofie w nadfiolecie”, ponieważ z fizyki klasycznej wynikało, iż ciało doskonale czarne wypromieniowywać będzie nieskończoną energię, co było oczywiście nie do przyjęcia dla bytów pozaboskich. Kwanty (czyli energia w porcjach – bitowa, a nie analogowa) ten problem z miejsca załatały i zaraz się przyjęły, lecz posiadają podły zwyczaj – nie pozwalają się zrozumieć. Oceany papieru zalano drobnym maczkiem wynurzeń na ich temat i jest co najmniej sześć podstawowych prób wyjaśnień, dlaczego to niezrozumienie ma miejsce. Z drugiej strony współczesny Planckowi Ernst Rutherford (jak on laureat Nobla – i to tego dawnego, który jeszcze coś znaczył) ostrzegał swych współpracowników i studentów, że wywali natychmiast każdego, kto będzie kombinował przy sensie świata i zrozumieniu kwantów. Ogólnie zatem – kwanty draka. W dodatku draka naukowa. Co kłóci się fundamentalnie ze zdroworozsądkową wizją naszych antyaudiofili, wyznających gorliwie naiwny realizm – religię coraz popularniejszą, według dogmatu której wszystko wyjaśnia nauka.

Tymczasem jest dokładnie na odwrót – nauka niczego nie wyjaśnia, nauka tyko opisuje. Weźmy przykład. Według zdrowego rozsądku usiłującego się podpierać naukowym zapleczem, świat jest trójwymiarowy (z dodatkowym czynnikiem czasu) – aczkolwiek można nie być tego świadomym, tak samo jak nieśmiertelny molierowski pan Jourdain nie wiedział, że mówi prozą. Natomiast według naukowej (przynajmniej potencjalnie) teorii strun, wymiarów tych jest kilkanaście, a może nawet dwadzieścia parę. I dajmy na to (co się dotąd nie stało), że ta teoria zyskuje status obowiązującej, jako najbardziej prawdopodobnej – co w tym wypadku oznacza bycie najprostszą spośród konkurujących (brzytwa Ockhama), najlepiej wyrywkowo potwierdzoną (potwierdzić całkowicie nie da się żadnej teorii empirycznej) i wolną od katastrofalnych sprzeczności (jak ta z nieskończonym promieniowaniem). A w takim razie świetnie, naukę pchnięto naprzód. Tyle tylko, że mamy teraz świat o kilkunastu wymiarach, których istnienie jest tak samo niezrozumiałe, jak wcześniejsze istnienie trzech… Bo owszem, i tamte trzy miały swoje powody; na przykład taki, że w tylko dwóch żywy organizm jest niemożliwy, lecz wyjaśnienia antropiczne są stawianiem wozu przed koniem , a w każdym razie najwyżej czymś połowicznym, nie tykającym sedna.  No i – niestety – to samo tyczyć będzie wymiarów kilkunastu, choć one mają lepszy arsenał i ten na przykład argument, że w kilkunastu czasoprzestrzeń nie może się rozrywać, podczas kiedy w trzech mogła. Lecz tu finałem też pozostaje argument antropiczny (że inne światy bez nas), bo niby czemu Wszechświat nie miałby się rozerwać? Fakt, nas w rozerwanym by nie było, ale świat potargany być by był. (Dopóki całkiem by się nie rozleciał.)

Dotarliśmy tym samym na łono filozofii, do jej fundamentalnego konfliktu idealizmu z realizmem. Ciąg dalszy sporu o istnienie świata odpuścimy, to nie podręcznik filozofii. Spór ciągnie się co najmniej od Platona, a w każdym razie on był pierwszym, który go jasno sformułował. My natomiast tylko odnotujemy, że wiara antyaudiofili w naukę i zdrowy rozsądek na głębszym poziomie wiedzy okazuje się równie, a może nawet bardziej naiwna, od wiary audiofili w bezpieczniki kwantowe. I odnotujmy też przyczynę tej antyaudiofilskiej wrogości do przymiotnika „kwantowy”. Wydaje się teraz oczywista – kwantowość występuje wszak przeciw dogmatowi religii zdrowego rozsądku z rzekomego nadania nauki, powtórnie wsuwając pierścień niezrozumienia na boży palec Stwórcy.

Patrzcie, kurczę – takie te bezpieczniki malutkie, a jak daleko nas zawiodły! Ale powiem wam w tajemnicy, że kwanty są jeszcze mniejsze: sto bilionów bilionów (!) razy mniejsze od średnicy atomu wodoru, która jest sto milionów razy mniejsza, niż średnica waszego palca… I tam, w tym otchłannym świecie, którego nie dosięgniecie wyobraźnią powstałą na potrzeby zbierania jagód i uciekania przed wilkami, obiekty nie mają określonych pozycji, tylko znajdują się w wielu miejscach naraz… Inaczej mówiąc są rozmyte i pozostają wielorakie, dopóki nie wejdą w interakcje na wyższym poziomie złożoności, na przykład poziomie waszego palca. Tych palców macie u rąk dziesięć, a nie miliony czy miliardy poprzesuwane o kwantowy kroczek – a czemu tak się dzieje, tego nikt jak na razie, pomimo wytężonych prób, dociec nie zdołał.

Z bezmiernych ogromów kosmosu i otchłani małości kwantowej powróćmy do naszego „normalnego” świata, który tak samo jest niepojęty, ale z którym żeśmy się zżyli. Egzystuje w tym świecie amerykańska Synergistic Research i jej bezpieczniki kwantowe – jedno i drugie na tyle duże, by pojawiać się bez kwantowego rozmycia. Firmę już przedstawiałem w recenzji jej kabli zasilających, które przy relatywnie niskich cenach okazały się rewelacyjne. Więc teraz tylko przypomnę, że działa to Synergistic Research od lat blisko trzydziestu i lokuje się w Irvine na przedmieściach Los Angeles, a sławę zdobyło między innymi właśnie dzięki swym audiofilskim bezpiecznikom, ale też różnym innym akcesoriom, jak wszelkiego rodzaju audiofilskie okablowanie, specjalne antymagnetyczne platformy, zaawansowane technicznie kondycjonery.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

16 komentarzy w “Recenzja: Synergistic Research BLUE SR

  1. Wokół bezpieczników pisze:

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Od kilku miesięcy użytkuję recenzowane przez Pana bezpieczniki firmy Synergistic Research z topowej serii Blue. Są znakomite. To absolutny top. SR Blue w odróżnieniu od też znakomitych bezpieczników Verictum jest neutralny. Nie zmienia barwy dźwięku, natomiast sprawia, że jest on niezwykle czysty, z głębszym basem i bardziej przejrzystą górą. Stabilność instrumentów na scenie wyraźnie lepsza. Głębia również. To się słyszy, o ile oczywiście sprzęt na to pozwala. Po wymianie zwykłego bezpiecznika na SR Blue od razu słychać, że jest lepiej. Po ok 150-200 godzinach wypełnia się dolna średnica nadając dźwiękowi pożądaną mięsistość i wypełnienie. Niecierpliwym doradzam trzymanie urządzenia pod prądem przez ok. 2 tygodnie. To powinno wystarczyć.
    Żeby usłyszeć co daje SR Blue i inne topowe bezpieczniki trzeba jednak spełnić kilka warunków:
    1. przede wszystkim odrzucić podejrzenia – nie ma tu voodoo (uprzedzam, że pewnie sceptycy znów Pana zaatakują jak przy kablach i kondycjonerach sieciowych) tylko prosta fizyka na poziomie gimnazjum i zasady przewodnictwa metali. W zwykłym bezpieczniku drucik jest nędzny a i cała reszta też. Tu walczy się o taki dobór materiałów, by prąd biegł bez zakłóceń i jak widać jest pole do usprawnień. Jakości dźwięku niestety jak dotąd nie sposób wyrazić wzorem. Dlatego np. dwa wzmacniacze o identycznych parametrach mogą i zazwyczaj JEDNAK grają inaczej. Wyznawcy wiadomego cyklu na Youtube bazują wyłącznie na pomiarach a odsłuch ich nie interesuje.
    2. Skoro jest lepiej to dlaczego producenci drogich cacek dają niemal wszędzie zwykłe bezpieczniki? Czyżby nie chcieli poprawić dźwięku swych urządzeń albo nie wierzą w poprawę a nam wciskają kit? Odpowiedź jest prosta: oni doskonale wiedzą co robią (warto obejrzeć wypowiedź człowieka, który jest autorytetem w świecie audio: https://www.youtube.com/watch?v=kFlnQ1chBno). Zdarza się, że producent świadomie w strojeniu układu uwzględnia bezpiecznik. To np. casus przetwornika C/A Reimyo DAP-999 EX Toku i transportu Reimyo CDT-777 Toku, w których konstruktor p. Kazuo Kiuchi umieścił bezpiecznik Hifi-Tuning Supreme. Reszta tego nie robi wychodząc z założenia, że każdy ma inny gust i nie ma sensu nikogo uszczęśliwiać na siłę.
    3. Żeby usłyszeć co daje SR Blue trzeba mieć dobry sprzęt (niestety to się wiąże z kosztami) i tu zgoda ze sceptykami oglądającymi wiadomy cykl na Youtube: w niskobudżetowych zestawach szansa na usłyszenie zmian jest niewielka albo wręcz żadna, bo jakość innych elementów to uniemożliwia. Dlatego wymiana bezpiecznika na kosztujący dajmy na to 1/2 czy 1/3 ceny całego urządzenia to strata pieniędzy.
    4. Sens wymiany bezpiecznika jest wtedy, gdy wymienimy WSZYSTKIE bezpieczniki w systemie. Pół biedy, gdy jest jeden, np. w oprawie gniazdka danego urządzenia. Gorzej gdy producent zastosował wiele bezpieczników, jak np. we wzmacniaczach znakomitej włoskiej firmy Norma, w których bywa nawet… kilkanaście bezpieczników. Chcąc wymienić wszystkie narażamy się na dramatycznie wysokie koszty. Jednak bez tego wysiłku efekt może być połowiczny.
    5. Warto być krytycznym. Słuchać we własnym systemie i oceniać. Jeśli jakość naszego systemu nie pozwala na ocenę, nie obrażajmy tych, których systemy na to pozwalają.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Marek Ł pisze:

      Napisał Pan, zacytuję: „…gdy producent zastosował wiele bezpieczników, jak np. we wzmacniaczach znakomitej włoskiej firmy Norma…”

      Bardzo dobre wzmacniacze, a teraz idąc tym tropem proszę sobie wyobrazić jakby grały bez tej kupy bezpieczników w środku, jaki ten Producent musi być „głupi” że je zastosował 😉

  2. adamm pisze:

    Ja jakiś czas temu usunąłem wszystkie bezpieczniki na rzecz dobrej listwy, na razie gra super 😊

    1. Sławomir S. pisze:

      To działanie zgodne co do zasady z przytoczona maksymą niejakiego Ockhama – nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. O ile w listwie jest bezpiecznik.

      1. adamm@wp.pl pisze:

        Oczywiście, są też dobre zabezpieczenia, również przed wahaniami napięcia.
        Aż tak silnych nerwów nie mam żeby niczym nie zabezpieczyc…

        1. adamm pisze:

          Błędny adres mailowy się wkradł w mojej nazwie, proszę usunąć w wolnej chwili, dziękuję

  3. Fon pisze:

    Od może dwóch miesięcy mam bezpiecznik verictum x fuze, miałem go w zasadzie na testach ale postanowiłem go zostawić bo naprawdę dość dobrze wpasował się w moje gusta, to prawda, że jest minimalnie łagodzący, można by się pokusić o stwierdzenie, że nawet lekko ciemny w barwie ale precyzyjny zarazem.
    W porównaniu do innych jest naprawdę wysokiej klasy wyrobem śmiało konkurującym z najlepszymi i to ewidentnie słychać.
    Tego testowanego tutaj niestety nie miałem przyjemności testować ale z twojego opisu Piotrze wynika, że może być tym czego szukam.
    Praktycznie każdy bezpiecznik ma wpływ na brzmienie a można to łatwo wychwycić na dobrym sprzęcie i myślę, że to jest element podobnie wpływający jak wtyk i kabel sieciowy i niestety nic na to poradzić się nie da 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      „Kuba wyspa jak wulkan gorąca?”

  4. Alucard pisze:

    Halo halo Kraków, odbiór… bezpieczniki bezpiecznikami a kiedy recenzja LCD4z? Jakieś fajne słuchawki sie szykują jeszcze?

    1. Przemysław pisze:

      Podpinam się pod zapytania Alucarda 🙂

      1. Piotr Ryka pisze:

        Połowę już napisałem.

  5. Marek Ł pisze:

    Jeżeli prąd płynie prawie z prędkością światła, a przyspiesza jeszcze w tych bezpiecznikach to naprawdę gratulacje dla producenta, wehikuł czasu jest na wyciągnięcie ręki 😉

    Wszelkie „pseudo-regulatory” brzmienia to woda na młyn tej branży, dlatego recenzuje się wszystko co nie ma własnej regulacji tonalnej, żeby móc później recenzować to co tę regulację niby wnosi.
    Do tego pierze się prawie wszędzie audiofilskie mózgi, że stosowanie wszelkiej equalizacji to grzech pierworodny (mówię tu niekoniecznie o tej stronie akurat, bo ta strona ma dla mnie inne atuty) .

    1. Piotr Ryka pisze:

      Zależy co się rozumie przez prąd.

  6. Marcin pisze:

    Po wymianie dwóch, bardzo solidnie wygrzanych, 10-miesięcznych bezpieczników Verictum X Fuse (w odtwarzaczu CD i we wzmacniaczu zintegrowanym) na dwa bezpieczniki Synergistic Research BLUE (wygrzanych przez około 200 godzin) o tych samych wartościach, oto co zaobserwowałem:
    1) W przypadku Synergistic Research BLUE poprawia się czytelność dźwięku (ale nie przez rozjaśnienie wysokich tonów, tylko na zasadzie jakby oczyszczenia całego pasma z brudów), finezja i wyrafinowanie.
    2) Obraz pierwszego planu w przypadku Synergistic Research BLUE jest bardziej wyraźny, a przy Verictum X Fuse cofnięty, ale bardziej masywny (tak, jak pisał Piotr).
    3) W przypadku Synergistic Research BLUE zwiększa się realizm instrumentów na zasadzie zwiększenia intensywności dynamicznej, cieniowania, balansowania wręcz na granicy ostrości. Obraz jest rysowany wyraźną kreską, ale też dobrze nasycony, dźwięki są konkretne, dobitne; czasami są twarde, lecz przynosi to tylko większą dawkę naturalności. Przy tym całość jest ogólnie gładka, spokojna (paradoks, ale tak to odbieram) i dzięki temu można poszaleć z głośnością, bo aż miło jest „dać czadu” na Synergistic Research BLUE 😉
    4) Poprawa następuje w kontroli basu, jego jakości. Natomiast nie ma już tej potęgi brzmienia i rozciągnięcia pasma w dół, jak w przypadku Verictum X Fuse.
    5) Synergistic Research BLUE wydają się bardziej realistyczne, jeśli chodzi o wielkość obrazowania. W przypadku Verictum X Fuse dźwięki są jakby powiększane (poprzez bardziej obecną, „cielesną” średnicę pasma). Jest to wprawdzie bardzo przyjemny efekt, ale z naturalności nie ma zbyt wiele wspólnego.
    6) W przypadku Verictum X Fuse lepiej (bardziej naturalnie) w stosunku do Synergistic Research BLUE wypadają wszelkie blachy. BLUE nieraz jednak trochę niepotrzebnie eksponują pewien zakres wysokich tonów, nadając mu trochę jednolity charakter (to w zasadzie chyba jedyny aspekt, który mi w BLUE przeszkadza), ale z drugiej strony, Synergistic Research BLUE lepiej różnicują płyty, niż Verictum X Fuse, bo więcej jest detali (planktonu dźwiękowego) i lepsze jest „czytanie” wszelkich dźwięków (łącznie z ich pogłosami).

    Moja konkluzja – obydwa bezpieczniki są świetne i tylko od aplikacji (konkretnego systemu) zależy, który wybór będzie ten „jedynie słuszny”.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dzięki za wyczerpujący opis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy