Recenzja: SULEK 9×9 Power

Technologia i wygląd

Kabel jest całkowicie miękki.

    Kabel, jak wszystkie z wyższych serii, dociera do nabywcy nie tylko w tekturowym, ekologicznym pudełku, w ramach modnego recyklingu na rzecz ochrony krokodylków i wszelkich innych stworzeń, ale też dodatkowo w solidnym worku z grubego, czerwonego aksamitu ze złotym napisem SULEK. Poza tym sam z siebie i tak daje się zaraz poznać, jest bowiem grubszy niż oba z niższych serii, gdyż zgodnie z sygnaturą złożony z dwóch wiązek po dziewięć przewodów. Razem daje to osiemnaście żył w czarnej osłonie z silikonowej gumy, bardzo ładnie, niczym prawdziwy warkocz wokół siebie splecionych. Wtyk ma rodowód przemysłowy i oczywiście własne, miedziane bolce, a wtyczka do podłączania sprzętu jest tradycyjnie minimalistyczna i też z przewodnictwem własnego chowu. Przypadek recenzowany miał długość 2,0 m oraz każącą usiąść cenę 25 000 PLN. Więc jeszcze trochę o tych cenach. Najdroższy przewód sieciowy jaki znam, zrecenzowany blisko dwa lata temu Siltech Triple Crown Power, ceni siebie przy półtorametrowej długości na 13 590 euro. Szaleństwo za cenowym stoi tam techniczne i wizualne: przewodniki z krystalicznego srebra i klatka Faradaya za izolację, z dodatkiem turkusowych powłok oraz złoconych puszek, a do tego opakowanie, jakby w środku było co najmniej któreś z płócien Rembrandta. Krótko mówiąc – orgia przepychu. Ale nie trzeba aż tak wysoko sięgać, po wyglądy i technologie aż tak niecodziennie, by musiał nabywca wpaść po szyję w ekonomiczny dylemat oraz studnię portfela. Polski Verictum DEMIURG Power kosztuje 34 000 złotych, a również polski KBL Sound Synchro Master Power 26 600 tychże złotówek (co to je jedni chcą, a inni nie chcą, pozamieniać na niemieckie marki, przebrandowane dla niepoznaki na paneuropejskie rzekomo euro).

Kabel dostałem na AVS z zadaniem przetestowania, i przy okazji wspominania o tym rzecz nader dla sprawy ważna. W odróżnieniu od niektórych innych, a byli niejedni tacy, Sulek Audio ani myśli się konspirować i działać z zaskoczenia – atakować z doskoku. Dopadać pojedynczego klienta, mamić go chytrym scenariuszem w stylu audiofilskich chwytów „na wnuczka”, by wyczyścić mu konto – tylko rokrocznie najmuje salę na największej, trzydniowej wystawie, pozwalając każdemu do woli się słuchać. Nie epatuje przy tym drogim sprzętem towarzyszącym – przeciwnie, właśnie skromnym, przez siebie zmodyfikowanym, tak aby można było ocenić zdolności modyfikacyjne i słuch ludzi za tym stojących. Nie od rzeczy będzie też zauważyć, że nie spotkałem się dotąd z opinią, iż grało tam u nich źle. Tak twierdzić nikt się nie ośmielił, a niejeden z pewnością miał chętkę.

Pomimo iż jednocześnie gruby.

I teraz bardziej od siebie. Bardzo lubię przewody Sulka. Nie tylko szanuję i doceniam, ale też lubię i wybieram. Lubię za ich pośrednictwem słuchać i nigdy się na nich nie zawiodłem. Mam wiele innych, pośród nich także drogie; mógłbym te Sulki sprzedać, oddać albo wyrzucić. Ale nie chcę. Przybyło by mi wraz z ich sprzedażą pieniędzy, ale ubyło muzyki. Tym niemniej odbierając kabel zasilający za dwadzieścia pięć aż tysięcy miałem uczucia mieszane. Rzecz jasna recenzję zawsze można sporządzić, a ewentualne deptanie innych potokiem słów krytycznych najmniejszego nie stanowi problemu. Dla przykładu, krajowe dziennikarstwo polityczne niemal wyłącznie na tym polega i chłopcy prosperują, że tylko im pozazdrościć. Obiektywizującą postawą się prawie żaden nie splami, tak jakby obelgi i insynuacje były optimum zachowań i czymś godnym inteligenta. To jednak inna dziedzina, a my na szczęście przy audio. Ale audio to też nie dziecinny plac zabaw, tu także robi się interesy. I bez wątpienia w imię nie czego innego, jak właśnie interesu, przewody zasilające Sulka przewędrowały od pięciu tysięcy za debiutancki, przez osiemnaście za kolejny, po aż dwadzieścia pięć za ten tu teraz flagowy A.D. 2019. A to już nie przelewki – za tyle całemu pułkowi można postawić solidny obiad. A jakby samej tej ekonomicznej trudności nie dość, to jestem w posiadaniu zarówno tego najstarszego Sulka, który zawsze świetnie się sprawdzał, jak i bardzo cenionych kabli zasilających Harmoniksa, Acoustic Zen i Illuminati. Mało tego – ten Illuminati na ostatnim AVS rewelacyjnie wręcz się spisał, jako jedyny przewód zasilający używany w oferującym najlepsze brzmienie całej wystawy zestawie elektroniki Jadis z tubami Destination Audio. A z kolei Harmonix i Acoustic Zen dawały skuteczny odpór konkurencji nawet trzy i więcej razy od siebie droższej – droższej nawet o wiele niż ten nowy sulkowy przebój za dwadzieścia i pięć kawałków. Więc wobec tego co? Wobec tego pozostają dwie opcje: bądź blamaż, bądź trzeba będzie się wspinać na wyżyny tego najdroższego Siltecha, który za swoje wariackie pieniądze jest faktycznie najlepszy. Porównywałem go, napisałem recenzję – i nie mam co do tego wątpliwości, jest najlepszy.

W następstwie takiej dywagacji, która w głowie mi zaświtała w sekundę i tylko na papierze się dłuży, za bardzo opisywać tego nowego mi się nie chciało. Zaaplikowałem go końcówce mocy i w niej sporadycznie pracował, bo duże audio rzadziej o wiele teraz pracuje od przykomputerowego. Ale w końcu – trochę z przypadku, a trochę z ciekawości – zrobiłem migawkowe porównanie; i wówczas okazało się, że pisania recenzji nie ma co dłużej odwlekać i będzie to rzecz łatwiutka.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

19 komentarzy w “Recenzja: SULEK 9×9 Power

  1. Właściciel Gargantua II pisze:

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Jeśli dobrze odczytałem, AZ Gargantua II został podłączony do przedwzmacniacza i zagrał najsłabiej („Przy jego zasilaniu przedwzmacniacz mający łącznie pięć par najwyższej klasy lamp grał niczym przeciętny tranzystorowy”). Bo tego kabla, o czym Pan z pewnością wie, nie podłącza się do źródeł ani przedwzmacniaczy. To kabel idealny do bardzo mocnych wzmacniaczy zintegrowanych i końcówek mocy. Jeszcze wyraźniej to wychodzi przy modelu Absolute, który sprawdza się przy potężnych mocowo amplifikacjach. Zdaje się, że najnowszy AZ Twister służy do źródeł, ale nikt go jeszcze nie testował. Może Robert Lee wypuści na rynek coś klasy modelu Absolute, ale dla źródeł. Kto wie.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panie Tomaszu – wiem. Ale w moim przedwzmacniaczu/wzmacniaczu słuchawkowym Gargantua spisuje się znakomicie. Tyle że – no, niestety – okazał się nie tolerować słabych zasilających przy źródle. I to z pewnością nie tylko jego wina, ponieważ dzielone źródło Ayona jest wyjątkowo kapryśne i ze słabymi kablami zasilania gra źle, bardzo źle. Przy Accuphase byłoby pewnie inaczej, choć może lepiej nie zgadywać, bo zgadywanki w audio to bardzo śliska sprawa. Natomiast nie tylko dzięki temu tu porównaniu, ale także wcześniejszym udało mi się ustalić, że Gargantua II to przewód wyostrzający i podkręcający przekaz, a nie łagodząco-uspokajający. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze służy wielkim i przez to trudnym do ruszenia końcówkom mocy. Bardzo też dobrze działa przed listwą.

  2. Paweł pisze:

    Ja używam AZ Gargantua II do wzmacniacza dual mono 2 x 400 VA. Jednak z moim źródłem jakim jest Ayon 35 P+S spisał się znakomicie. Okazał się w mojej ocenie / moim systemie lepszy od Harmonix x-dc350 improved m2r. Ayon „ciągnie” więcej prądu niż niektóre małe wzmacniacze :-). Jestem przekonany, że ocena wynika z konkretnie skomponowanego systemu i w innej kompletacji mogłaby być inna.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panowie – przecież wyraźnie napisałem, że przy innych dobrych kablach zasilających Gargantua w pełni podtrzymał moją świetną o nim dotychczasową opinię. Mniej się nadaje do współpracy ze słabszymi urządzeniami i innymi słabszymi kablami zasilającymi, ale sam z siebie jest rewelacyjny i zawsze go polecałem.

  3. jafi pisze:

    Zagadka z wymianą sieciówek z poprzedniego testu Zingali Client 3.15 Evo wyjaśniona:)
    Czasem piszesz Piotrze dosyć enigmatycznie…

    A i jeszcze co do kwestii która sieciówka gdzie – uważam, że to bez znaczenia w przypadku topowych kabli zasilających, a o takich tutaj mowa.
    Czy źródło, wzmacniacz, czy końcówka mocy.
    W innym razie producent powinien się określić: co do czego.
    Nie zauważyłem, by ktoś tak czynił.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wcale nie – to Nie Gargantua był tam zastępowany, nie on nawalał. Nigdy zresztą nie używam go przy odtwarzaczu.

  4. Moriarty pisze:

    „Ceny najdroższych kabli zasilających urągają zdrowemu rozsądkowi.”

    Cóż, pełna zgoda. A w środowisku moich internetowych znajomych pasjonatów dobrego dźwięku, zdolnych wydać niekiedy naprawdę duże pieniądze na sprzęt, panuje ugruntowane praktyką przekonanie, że i tak najlepszym wyborem jest Yarbo SP-1100PW – około trzystu złotych za metr – z dobrymi wtykami.

    I szczerze mówiąc, gdy słyszę, że ktoś za sieciówkę (nierzadko przebrandowany i schowany pod oplotem Yarbo ;)) żąda bajońskich sum, to mną z lekka trzęsie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dobrze by było z tym Yarbo. Mogę go porównać, nie mam tu żadnych zahamowań.

      1. Moriarty pisze:

        Gdyby miał Pan ochotę, mogę pożyczyć. Czy dobrze kojarzę, że jest Pan z Warszawy? W razie czego proszę o maila.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie, jestem z Krakowa. Ale to producentowi albo dystrybutorowi powinno zależeć.

          1. Moriarty pisze:

            Rzecz w tym, że ten kabel jest sprzedawany z rolki na metry. To przypadek trochę jak z kablami Duelunda czy Beldena. Trzeba samemu wybrać wtyczki, oplot – „goły” Yarbo też może być, rzecz jasna, ale wtedy ma wybitnie niski współczynnik WAF 🙂 – i to wszystko razem zmontować.

            Oczywiście są osoby, które dorabiają sobie sprzedażą samodzielnie zrobionych „gotowców”, ale o ile mi wiadomo, w oficjalnej ofercie i dystrybucji takich sieciówek nie ma (nie licząc firm, które sprzedają Yarbo pod inną nazwą jako kable autorskie – z bizantyjskim narzutem).

            PS. Osobom, które chciałyby sprawdzić możliwości Yarbo SP-1100PW – jako użytkownik dwóch takich sieciówek serdecznie polecam – doradzam kupowanie kabli wyraźnie dłuższych niż metr, łatwiej je wtedy ułożyć. Są, niestety, grube, a co się z tym wiąże, dość sztywne. Moje mają po 133 cm, a i tak nie jest łatwo.

          2. Marcin pisze:

            Panie Piotrze, zachęcam do podjęcia wyzwania i rzucenie swojego ucha w kierunku wspomnianego kabla Yarbo. Kto wie, może gra warta świeczki? S am zabieram się za kupno swoich pierwszych kabli zasilających i wiadomo, szukam czegoś dobrego, ale nie za miesięczną wypłatę 🙂

          3. Piotr Ryka pisze:

            Kabel zasilający powinien mieć minimum 1,5, ale lepiej 1,8 m długości. Lub więcej.

    2. jafi pisze:

      Pozwolę sobie na dygresję w tym miejscu.
      Sugeruje Pan reprezentując swoje środowisko, że wystarczy określony typ przewodnika, dobranie wtyczek i po sprawie, czyli tak powstanie wybitna sieciówka, która zastąpi te drogie, przedrożone, poprzebierane z rynku.
      Gdybyż było tak łatwo…
      Żyjemy w czasach drukarek 3D, obrabiarek CNC i można sobie wyobrazić, że wytworzenie np. skrzypiec, to prosta sprawa. Przecież można zaoszczędzić pieniądze i nie kupić uważane za markowe, dobrze zestrojone instrumenty, a zrobić je samemu. Poczytać w internecie jakich rodzajów drewna się używa, jakie lakiery, struny…i gotoweJ Nie są mi znane takie próby. Choć może i takie bywają?
      Ciekawa w tym miejscu może być historia instrumentów ludowych. Wytwarzane przez lokalnych rzemieślników na potrzeby lokalnych grajków lub przez nich samych. Toż to czysty DIY był.
      I tu pojawia się pytanie: które z tych instrumentów, z których okolic przetrwały w zbiorowej świadomości jako wybitne?
      W opozycji znam przykład z całkiem nieodległej przeszłości związanej z saksofonem. Ich twórca stał się ikoną w świecie muzyki.
      W tym miejscu pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem a priori (bez bezpośredniego porównania proponowanego przez pana przewodnika z innym jako punkt odniesienia).
      Twierdzę, że mając do dyspozycji świetny przewodnik, nieograniczony wybór wtyczek trudno będzie stworzyć świetnie brzmiący kabel – sygnałowy, czy zasilający.
      Chodzi mi o udział składającego lub twórcy, jak kto woli. Bo niewielu z tych podejmujących wyzwanie ma wystarczające doświadczenie z dźwiękiem, potrafi określić cele i je zrealizować.
      Wynik będzie tylko „jakiś”.
      Jeszcze mniej z tych niewielu dysponuje słuchem wybitnym i potrafi wyznaczać i realizować wyrafinowane cele.
      Do napisania tej odpowiedzi skłonił mnie fakt złożenia propozycji przetestowania pańskiej sieciówki DIY pod recenzją wybitnej sieciówki Sulek Audio 9×9. A mógł Pan przecież złożyć taką pod testem dowolnej innej.
      Z poważaniem.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zacytuję samego siebie sprzed lat trzynastu. (Trochę obok tematu, a trochę w temacie.) To dwa fragmenty założonego przeze mnie wątku, a rzecz tyczy skrzypiec Stradivariusa, czyli z pewnością rękodzieła:

        Na kanale PLANETE bardzo ciekawa audycja o tym w powszechnym mniemaniu szczycie lutniczej perfekcji i poszukiwaniach tejże perfekcji źródła. Materiał obrazoburczy, bo okazuje się, że ślepych testów arcydzieło mistrza z Cremony nie przeszło. Dwaj skrzypkowie, dwaj krytycy muzyczni i lutnik – a więc grono jak najbardziej kompetentne – wybrali instrument współczesnego lutnika spośród czterech testowanych, pośród których oczywiście był stradivarius. Także badania materiałowe i konstrukcyjne nie wykazały żadnej nadzwyczajności tych skrzypiec. Czyżby więc kolejna audiofilsko-muzykologiczna legenda bez pokrycia? Koniec wielkiego mitu? Ktoś oglądał?

        I jeszcze ciekawostka. Okazuje się, że po 10 latach żmudnych badań naukowcy dowiedli, iż na podstawie samego dźwięku nie można ustalić kształtu bębna, który go wydał. Kształt jest zatem, a w każdym razie bywa, przynajmniej w pewnych granicach, niesłyszalny.

        Ponieważ zdaje się nikt poza mną programu nie widział, zmuszony jestem zdać nieco szerszą relację. Materiał ma formę śledztwa. Wychodzi się od powszechnie przyjmowanego za kanon założenia, że skrzypce Stradivariego są najlepsze na świecie i przewyższają konkurencję o klasę, no może z wyjątkiem instrumentów Amatiego. Usiłuje się zatem dociec źródeł owej wyższości na drodze naukowych dociekań. Na pierwszy ogień idzie surowiec – drewno. Krążą legendy, że skrzypce kremończyka grają tak cudownie, bo nabył on zapas drzewa od swego mistrza i w związku z tym dysponował surowcem o wyjątkowej długości leżakowania, może nawet 70-letnim. Badania dendrochronologiczne – okazuje się, że jest taka nauka – obalają ten mit. Ponad wszelką wątpliwość drzewo użyte do budowy legendarnych skrzypiec leżakowało jedynie 20 lat. Skoro nie drzewo, to może wyjątkowa precyzja wykonania? Naśladowcy wielkiego mistrza prześcigali się w staranności obróbki, by uzyskać idealnie równomierną grubość i wzorcowy kształt. Tymczasem pomiary wykazują, że wzorzec wcale nie jest obrobiony równomiernie. Może zatem w tym właśnie tkwi tajemnica? W nierównomierności. Ale naukowcy są bezwzględni – wahania grubości, a także pewne ograniczone, ba, nawet i znaczne, odmienności kształtu nie mają wpływu na dźwięk, a stradivariusy niczym się pod tym względem specjalnie nie wyróżniają. Może w takim razie politura, albo kleje? Lecz i tu spotyka nas rozczarowanie. Analizy niczego nadzwyczajnego nie wykazują.

        W tej sytuacji badacze przystępują do experimentum crucis, a jest nim wzorzec audiofilskich ustaleń – ślepy test odsłuchowy. Dwóch skrzypków, dwóch krytyków muzycznych i lutnik słuchają grającego z zawiązanymi oczami, by nie poznał skrzypiec, wirtuoza. Sami też mamy okazję tę grę usłyszeć, choć niestety przez bardzo krótko. W teście uczestniczą cztery instrumenty, pośród których jest oczywiście autentyczny stradivari. Brzmienie jednych z nich jest odmienne, nieco niższe, jakby głębsze. Pozostałe brzmią bardzo podobnie. Wszyscy (także ja) to wychwytują i mają poczucie ulgi. Faktycznie, jedne grały inaczej. Więc jednak!

        – I jakież rozczarowanie. Te odmienne okazują się dziełem współczesnego lutnika.

        Konsternacja. Wszyscy z niedowierzaniem kręcą głowami. Jakże tak? A legenda? Stulecia muzykologicznej pewności. Stradivarius to przecież aksjomat. Okazuje się – nie do końca. Zawsze byli tacy, którzy wątpili w wyjątkowość tych skrzypiec, ale nikt nie chciał ich słuchać.

        Następnie rozmowa z Ann Sophie Mutter – wybitną skrzypaczką. Mówi, że każde skrzypce mają duszę i zadaniem wirtuoza jest odnalezienie instrumentu, którego dusza pasuje do jego własnej.

        Na koniec źródła legendy. Okazuje się, że jakiś handlarz, jakiś kolekcjoner, ktoś komuś wyjątkowe skrzypce obiecywał, potem umarł, skrzypce odnaleziono w jego rzeczach, ktoś to następnie ubarwił, rzecz zaczęła rosnąć, aż urosła w legendę. A potem wszyscy byli już pewni.

        Osobiście nie mam wyrobionej opinii. Nie jestem znawcą i nie miałem okazji do porównań. Na płytach najlepiej brzmią moim zdaniem skrzypce Davida Fiodorowicza Oistrakha.

  5. Marcin pisze:

    Chciałbym zapytać szanowne grono, czy trzymając wszystkie swoje urządzenia audio stale włączone, wpięte w jedną listwę, a przepływ prądu (czyli On/Off) przełączając sobie tylko na tej listwie, robię dobrze? Czy może to wpłynąć negatywnie na żywotność urządzeń, lamp itd?

    Przepraszam za mały offtop, w małym stopniu tylko związany z tematem kabla zasilającego.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Problem polega raczej na tym, czy włącznik on/off na listwie jest dobrej jakości, bo obawiam się, że nie. Sam mam wprawdzie niezłej jakości taką listwę z dawnych czasów od ACAR Studio dla przeznaczeń profesjonalnych, wyposażoną w duży przełącznik, ale używam jej teraz tylko do komputera i monitora, chociaż dla dźwięku robiła niezłą robotę. Generalnie jednak audiofilskie listwy włączników nie mają.

      1. Marcin pisze:

        Czyli siłą rzeczy każde urządzenie trzeba włączać z osobna? A czy można po prostu taką audiofilską listwę wyciągnąć z gniazda, zostawiając wszystkie urządzenia do niej wpięte w pozycji ON?

        1. Piotr Ryka pisze:

          Myślę, że lepiej używać wyłączników w urządzeniach. To na pewno bezpieczniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy