Recenzja: SULEK 9×9 Power

Odsłuchy cd.

Bo nie zawsze jest tyle miejsca.

   I tak oto doszliśmy celu. A w celu test tytułowego przewodu Sulek 9×9 Power miał dokładnie taki sam przebieg w sensie metodologii, ale całkiem inne wyniki. Które można opisać krótko: przy analogicznej jak u zwykłego Sulka Power zdolności do poprawy, to znaczy gdy wcześniej w torze sygnału występowało zasilane przeciętnymi lub wręcz słabymi przewodami, poprawa ta miała inny charakter – mniej łagodzący, bardziej ofensywny i bardziej popisowy. Przy czym jej zasadniczy motyw pozostawał bez zmian: względem obu porównywanych kabli zasilających innych marek najbardziej zyskiwała trójwymiarowość brzmienia – trójwymiarowość głosów i trójwymiarowość scen. A szczególnie tych drugich, jako że w odniesieniu do pierwszych działy się też inne ważne rzeczy. To drugie zaś – trzeci wymiar sceniczny – zyskiwał  istotny, nieobecny poprzednio, czynnik percypowania także pomieszczeń. Analogicznie jak w przypadku słuchawek Sennheiser HD 800, stawały się te pomieszczenia obecne i równie ważne jak wypełniające je dźwięki. A ściślej rzecz ujmując, dźwięki te nie tylko zajmowały się sobą, ale także opisywały mieszczące je wnętrza. Muzyka przestawała być tylko sobą, stawała się muzyką w czymś i gdzieś. Ten inny sposób ujmowania zawsze odmienia sytuację, nawet gdy tego, skupieni na samych brzmieniach, nie zauważamy. Więcej informacji dociera i rzeczywistość muzyczna bardziej przemienia się w konkret, lecz równocześnie tracimy to coś, co w odniesieniu do literatury nazywa się zaczytaniem. Gdy tak głęboko wchodzimy w narrację i tak się z nią utożsamiamy, że przestajemy widzieć świat wokół. W przypadku audiofilskich doznań ta sytuacja ma warstw więcej – ściślej trzy a nie dwie. Odpowiednikiem narracji literackiej jest tutaj świat dźwiękowy w sensie brzmień samych instrumentów i ewentualnie ludzkich głosów. Tak właśnie w większym stopniu było przy Sulku zwykłym, brzmienia dominowały. Dla tekstu, w którym się zaczytaliśmy, na tym możliwości się kończą. Wżywamy się w przygody bohaterów lub treść komunikatu. (Na przykład w naukowym artykule.) A gdy się oderwiemy, gdy podniesiemy wzrok znad tekstu, wraca świadomość własnego bycia i przebywania tu. W odróżnieniu od tego narracja muzyczna, w którą się słuchając wżywamy, sama może być przedstawiana ze świadomością miejsca albo bez. Co zwykle nie jest całkiem zerojedynkowe, chociaż czasami prawie. Dźwięki – nawet na stricte high-endowym poziomie – mogą się zjawiać we wnętrzach albo bez nich. Zawsze będą przejawiały relacje między sobą, ale nie zawsze opisywały pomieszczenia na tyle dobitnie, by do słuchacza musiało to dotrzeć. I – co w tym wszystkim równie istotne – takie „we wnętrzu albo bez” ma kotwicę zarówno w samych nagraniach, jak i w aparaturze odtwarzającej. Nie chcę tej dygresji przeciągać, bo sami to dobrze wiecie, choć może bardziej podświadomie. Ale już sobie przypomnieliście i teraz możecie wyobrazić, jak przewód Sulek 9×9 Power dodaje do brzmień wnętrza. (Oczywiście o ile muzyka w nich a nie w plenerze, ale plenery to w nagraniach rzadkość, o ile nie liczyć tych sztucznych, elektronicznych.)

Osiemnaście przewodów, z uwagi na efekt naskórkowy, daje zdecydowanie większy przekrój przewodzący.

Odnośnie natomiast postaci samych brzmień, to już zdążyłem napisać, że także były inne. Inne w sposób wyraźny, a nawet diametralny. Bo przede wszystkim nie łagodne. W stosunku do zwykłego Sulka wyraźniejsze, dobitniejsze, o mocniej zaznaczonych konturach. Także głębsze, bardziej z połyskiem i jednocześnie dźwięczniejsze. A mimo tego wciąż całościowo towarzyszyła temu miękka muzykalność, tyle że bardziej wytężona, dobitna, popisowa. Bardziej narzucająca się, niosąca więcej informacji i oczywiście wraz z tą obecnością pomieszczeń bardziej też pogłosowa. Ale z pogłosem właśnie na rzecz muzyki, a nie z niej wyobcowanym. Mocniejsza esencja, więcej czaru, czarniejsze czernie tła i na nich mocniejsze rozbłyski. Wszystko wyraźniejsze i dokładniej umiejscowione w przestrzeni – sumarycznie więcej brzmieniowych treści, topologii i muzycznych kontrastów.

Obeznani ze strukturalną postacią brzmienia od razu w tym wywęszą większą obecność sopranów, stojącą regularnie zarówno za wyraźniejszymi konturami, jak i mocniejszym pogłosem. Słusznie więc będą podejrzewać także wzrost sybilacji i większą ogólną nerwowość. Lecz nie tym razem, tak się nie dzieje. Sybilacja okazuje się wręcz odwrotnie – zredukowana do nieusuwalnego z nasyconych nią nagrań minimum, a nerwowości nie ma – nie ma jej ani trochę. Owszem, jest ekscytacja, wyraźność, podnieta, żywość, i jest blask. Ale bez nerwowości, przerysowań, jakiejkolwiek sztuczności. I wraz z tym dokonuje się synteza popisowego stylu Harmoniksa z wyrafinowanym uspokojeniem zwykłego Sulka. Heglowskim stylem dialektycznym przeciwieństwa się łączą i wznoszą na wyższy poziom. Przy czym trzeba jedno zwłaszcza brać pod uwagę: jeżeli tor w całości, jako suma urządzeń i kabli, ma pewne jakościowe niedomogi, a jednocześnie jest obdarzony podnietą czy przejawia nerwowość, to może się okazać, że wymiana któregoś z kabli zasilających na spokojniejszego zwykłego Sulka okaże się lepszym pociągnięciem niż zaangażowanie kabla szczytowego 9×9, który bardziej się przyda w sytuacji gdy wypadkowa niedociągnięć będzie emocjonalnie neutralna bądź ospała. Natomiast – tu już nie ma niestety zmiłuj – w przypadku toru bez niedociągnięć, takiego najwyższej klasy, flagowe Sulki 9×9 Power pokażą od Sulków zwykłych więcej, a także więcej od przymierzanych do nich Harmoniksów czy Garganuł. Głębia brzmienia, nasycenie muzyczną esencją, dotykowy powab powierzchni zewnętrznych, wyraźność rysunku, kontrola skrajów pasma, szczegółowość, obrazowanie scen, dynamika i całościowy autentyzm – będą dzięki nim lepsze. Lepsze w sposób wyraźny, a nie o jakiś margines. Bo Sulek 9×9 Power to drugi, po szaleńczo już drogim Siltech Triple Crown Power, najlepszy kabel zasilający z jakim miałem przyjemność.

Sam kabel także, w pewnym sensie, lampowy.

Nie robiłem, co prawda, pomiędzy tymi najlepszymi porównania, niemniej wydaje mi się z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że Triple Crown umożliwia jeszcze dokładniejsze odczytywanie tekstur i jego obraz jest spokojniejszy. Niemniej Sulek 9×9 też bardzo się wyróżnia, bezdyskusyjnie dystansując bardzo udane, klasyczne, można powiedzieć, kable od bardzo znanych producentów. Przewyższa je zarówno bogactwem, jak i, co nie mniej ważne, zdolnością do brzmieniowego układania się ze słabszym sprzętowo i kablowo towarzystwem. Od tej strony ma największego przeciwnika we własnym kablu standardowym, a także w tym szalonym (ale jakże skutecznym) Triple Crown, który jest dwa i pół raza droższy.

 

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

19 komentarzy w “Recenzja: SULEK 9×9 Power

  1. Właściciel Gargantua II pisze:

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Jeśli dobrze odczytałem, AZ Gargantua II został podłączony do przedwzmacniacza i zagrał najsłabiej („Przy jego zasilaniu przedwzmacniacz mający łącznie pięć par najwyższej klasy lamp grał niczym przeciętny tranzystorowy”). Bo tego kabla, o czym Pan z pewnością wie, nie podłącza się do źródeł ani przedwzmacniaczy. To kabel idealny do bardzo mocnych wzmacniaczy zintegrowanych i końcówek mocy. Jeszcze wyraźniej to wychodzi przy modelu Absolute, który sprawdza się przy potężnych mocowo amplifikacjach. Zdaje się, że najnowszy AZ Twister służy do źródeł, ale nikt go jeszcze nie testował. Może Robert Lee wypuści na rynek coś klasy modelu Absolute, ale dla źródeł. Kto wie.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panie Tomaszu – wiem. Ale w moim przedwzmacniaczu/wzmacniaczu słuchawkowym Gargantua spisuje się znakomicie. Tyle że – no, niestety – okazał się nie tolerować słabych zasilających przy źródle. I to z pewnością nie tylko jego wina, ponieważ dzielone źródło Ayona jest wyjątkowo kapryśne i ze słabymi kablami zasilania gra źle, bardzo źle. Przy Accuphase byłoby pewnie inaczej, choć może lepiej nie zgadywać, bo zgadywanki w audio to bardzo śliska sprawa. Natomiast nie tylko dzięki temu tu porównaniu, ale także wcześniejszym udało mi się ustalić, że Gargantua II to przewód wyostrzający i podkręcający przekaz, a nie łagodząco-uspokajający. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze służy wielkim i przez to trudnym do ruszenia końcówkom mocy. Bardzo też dobrze działa przed listwą.

  2. Paweł pisze:

    Ja używam AZ Gargantua II do wzmacniacza dual mono 2 x 400 VA. Jednak z moim źródłem jakim jest Ayon 35 P+S spisał się znakomicie. Okazał się w mojej ocenie / moim systemie lepszy od Harmonix x-dc350 improved m2r. Ayon „ciągnie” więcej prądu niż niektóre małe wzmacniacze :-). Jestem przekonany, że ocena wynika z konkretnie skomponowanego systemu i w innej kompletacji mogłaby być inna.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panowie – przecież wyraźnie napisałem, że przy innych dobrych kablach zasilających Gargantua w pełni podtrzymał moją świetną o nim dotychczasową opinię. Mniej się nadaje do współpracy ze słabszymi urządzeniami i innymi słabszymi kablami zasilającymi, ale sam z siebie jest rewelacyjny i zawsze go polecałem.

  3. jafi pisze:

    Zagadka z wymianą sieciówek z poprzedniego testu Zingali Client 3.15 Evo wyjaśniona:)
    Czasem piszesz Piotrze dosyć enigmatycznie…

    A i jeszcze co do kwestii która sieciówka gdzie – uważam, że to bez znaczenia w przypadku topowych kabli zasilających, a o takich tutaj mowa.
    Czy źródło, wzmacniacz, czy końcówka mocy.
    W innym razie producent powinien się określić: co do czego.
    Nie zauważyłem, by ktoś tak czynił.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wcale nie – to Nie Gargantua był tam zastępowany, nie on nawalał. Nigdy zresztą nie używam go przy odtwarzaczu.

  4. Moriarty pisze:

    „Ceny najdroższych kabli zasilających urągają zdrowemu rozsądkowi.”

    Cóż, pełna zgoda. A w środowisku moich internetowych znajomych pasjonatów dobrego dźwięku, zdolnych wydać niekiedy naprawdę duże pieniądze na sprzęt, panuje ugruntowane praktyką przekonanie, że i tak najlepszym wyborem jest Yarbo SP-1100PW – około trzystu złotych za metr – z dobrymi wtykami.

    I szczerze mówiąc, gdy słyszę, że ktoś za sieciówkę (nierzadko przebrandowany i schowany pod oplotem Yarbo ;)) żąda bajońskich sum, to mną z lekka trzęsie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dobrze by było z tym Yarbo. Mogę go porównać, nie mam tu żadnych zahamowań.

      1. Moriarty pisze:

        Gdyby miał Pan ochotę, mogę pożyczyć. Czy dobrze kojarzę, że jest Pan z Warszawy? W razie czego proszę o maila.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie, jestem z Krakowa. Ale to producentowi albo dystrybutorowi powinno zależeć.

          1. Moriarty pisze:

            Rzecz w tym, że ten kabel jest sprzedawany z rolki na metry. To przypadek trochę jak z kablami Duelunda czy Beldena. Trzeba samemu wybrać wtyczki, oplot – „goły” Yarbo też może być, rzecz jasna, ale wtedy ma wybitnie niski współczynnik WAF 🙂 – i to wszystko razem zmontować.

            Oczywiście są osoby, które dorabiają sobie sprzedażą samodzielnie zrobionych „gotowców”, ale o ile mi wiadomo, w oficjalnej ofercie i dystrybucji takich sieciówek nie ma (nie licząc firm, które sprzedają Yarbo pod inną nazwą jako kable autorskie – z bizantyjskim narzutem).

            PS. Osobom, które chciałyby sprawdzić możliwości Yarbo SP-1100PW – jako użytkownik dwóch takich sieciówek serdecznie polecam – doradzam kupowanie kabli wyraźnie dłuższych niż metr, łatwiej je wtedy ułożyć. Są, niestety, grube, a co się z tym wiąże, dość sztywne. Moje mają po 133 cm, a i tak nie jest łatwo.

          2. Marcin pisze:

            Panie Piotrze, zachęcam do podjęcia wyzwania i rzucenie swojego ucha w kierunku wspomnianego kabla Yarbo. Kto wie, może gra warta świeczki? S am zabieram się za kupno swoich pierwszych kabli zasilających i wiadomo, szukam czegoś dobrego, ale nie za miesięczną wypłatę 🙂

          3. Piotr Ryka pisze:

            Kabel zasilający powinien mieć minimum 1,5, ale lepiej 1,8 m długości. Lub więcej.

    2. jafi pisze:

      Pozwolę sobie na dygresję w tym miejscu.
      Sugeruje Pan reprezentując swoje środowisko, że wystarczy określony typ przewodnika, dobranie wtyczek i po sprawie, czyli tak powstanie wybitna sieciówka, która zastąpi te drogie, przedrożone, poprzebierane z rynku.
      Gdybyż było tak łatwo…
      Żyjemy w czasach drukarek 3D, obrabiarek CNC i można sobie wyobrazić, że wytworzenie np. skrzypiec, to prosta sprawa. Przecież można zaoszczędzić pieniądze i nie kupić uważane za markowe, dobrze zestrojone instrumenty, a zrobić je samemu. Poczytać w internecie jakich rodzajów drewna się używa, jakie lakiery, struny…i gotoweJ Nie są mi znane takie próby. Choć może i takie bywają?
      Ciekawa w tym miejscu może być historia instrumentów ludowych. Wytwarzane przez lokalnych rzemieślników na potrzeby lokalnych grajków lub przez nich samych. Toż to czysty DIY był.
      I tu pojawia się pytanie: które z tych instrumentów, z których okolic przetrwały w zbiorowej świadomości jako wybitne?
      W opozycji znam przykład z całkiem nieodległej przeszłości związanej z saksofonem. Ich twórca stał się ikoną w świecie muzyki.
      W tym miejscu pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem a priori (bez bezpośredniego porównania proponowanego przez pana przewodnika z innym jako punkt odniesienia).
      Twierdzę, że mając do dyspozycji świetny przewodnik, nieograniczony wybór wtyczek trudno będzie stworzyć świetnie brzmiący kabel – sygnałowy, czy zasilający.
      Chodzi mi o udział składającego lub twórcy, jak kto woli. Bo niewielu z tych podejmujących wyzwanie ma wystarczające doświadczenie z dźwiękiem, potrafi określić cele i je zrealizować.
      Wynik będzie tylko „jakiś”.
      Jeszcze mniej z tych niewielu dysponuje słuchem wybitnym i potrafi wyznaczać i realizować wyrafinowane cele.
      Do napisania tej odpowiedzi skłonił mnie fakt złożenia propozycji przetestowania pańskiej sieciówki DIY pod recenzją wybitnej sieciówki Sulek Audio 9×9. A mógł Pan przecież złożyć taką pod testem dowolnej innej.
      Z poważaniem.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zacytuję samego siebie sprzed lat trzynastu. (Trochę obok tematu, a trochę w temacie.) To dwa fragmenty założonego przeze mnie wątku, a rzecz tyczy skrzypiec Stradivariusa, czyli z pewnością rękodzieła:

        Na kanale PLANETE bardzo ciekawa audycja o tym w powszechnym mniemaniu szczycie lutniczej perfekcji i poszukiwaniach tejże perfekcji źródła. Materiał obrazoburczy, bo okazuje się, że ślepych testów arcydzieło mistrza z Cremony nie przeszło. Dwaj skrzypkowie, dwaj krytycy muzyczni i lutnik – a więc grono jak najbardziej kompetentne – wybrali instrument współczesnego lutnika spośród czterech testowanych, pośród których oczywiście był stradivarius. Także badania materiałowe i konstrukcyjne nie wykazały żadnej nadzwyczajności tych skrzypiec. Czyżby więc kolejna audiofilsko-muzykologiczna legenda bez pokrycia? Koniec wielkiego mitu? Ktoś oglądał?

        I jeszcze ciekawostka. Okazuje się, że po 10 latach żmudnych badań naukowcy dowiedli, iż na podstawie samego dźwięku nie można ustalić kształtu bębna, który go wydał. Kształt jest zatem, a w każdym razie bywa, przynajmniej w pewnych granicach, niesłyszalny.

        Ponieważ zdaje się nikt poza mną programu nie widział, zmuszony jestem zdać nieco szerszą relację. Materiał ma formę śledztwa. Wychodzi się od powszechnie przyjmowanego za kanon założenia, że skrzypce Stradivariego są najlepsze na świecie i przewyższają konkurencję o klasę, no może z wyjątkiem instrumentów Amatiego. Usiłuje się zatem dociec źródeł owej wyższości na drodze naukowych dociekań. Na pierwszy ogień idzie surowiec – drewno. Krążą legendy, że skrzypce kremończyka grają tak cudownie, bo nabył on zapas drzewa od swego mistrza i w związku z tym dysponował surowcem o wyjątkowej długości leżakowania, może nawet 70-letnim. Badania dendrochronologiczne – okazuje się, że jest taka nauka – obalają ten mit. Ponad wszelką wątpliwość drzewo użyte do budowy legendarnych skrzypiec leżakowało jedynie 20 lat. Skoro nie drzewo, to może wyjątkowa precyzja wykonania? Naśladowcy wielkiego mistrza prześcigali się w staranności obróbki, by uzyskać idealnie równomierną grubość i wzorcowy kształt. Tymczasem pomiary wykazują, że wzorzec wcale nie jest obrobiony równomiernie. Może zatem w tym właśnie tkwi tajemnica? W nierównomierności. Ale naukowcy są bezwzględni – wahania grubości, a także pewne ograniczone, ba, nawet i znaczne, odmienności kształtu nie mają wpływu na dźwięk, a stradivariusy niczym się pod tym względem specjalnie nie wyróżniają. Może w takim razie politura, albo kleje? Lecz i tu spotyka nas rozczarowanie. Analizy niczego nadzwyczajnego nie wykazują.

        W tej sytuacji badacze przystępują do experimentum crucis, a jest nim wzorzec audiofilskich ustaleń – ślepy test odsłuchowy. Dwóch skrzypków, dwóch krytyków muzycznych i lutnik słuchają grającego z zawiązanymi oczami, by nie poznał skrzypiec, wirtuoza. Sami też mamy okazję tę grę usłyszeć, choć niestety przez bardzo krótko. W teście uczestniczą cztery instrumenty, pośród których jest oczywiście autentyczny stradivari. Brzmienie jednych z nich jest odmienne, nieco niższe, jakby głębsze. Pozostałe brzmią bardzo podobnie. Wszyscy (także ja) to wychwytują i mają poczucie ulgi. Faktycznie, jedne grały inaczej. Więc jednak!

        – I jakież rozczarowanie. Te odmienne okazują się dziełem współczesnego lutnika.

        Konsternacja. Wszyscy z niedowierzaniem kręcą głowami. Jakże tak? A legenda? Stulecia muzykologicznej pewności. Stradivarius to przecież aksjomat. Okazuje się – nie do końca. Zawsze byli tacy, którzy wątpili w wyjątkowość tych skrzypiec, ale nikt nie chciał ich słuchać.

        Następnie rozmowa z Ann Sophie Mutter – wybitną skrzypaczką. Mówi, że każde skrzypce mają duszę i zadaniem wirtuoza jest odnalezienie instrumentu, którego dusza pasuje do jego własnej.

        Na koniec źródła legendy. Okazuje się, że jakiś handlarz, jakiś kolekcjoner, ktoś komuś wyjątkowe skrzypce obiecywał, potem umarł, skrzypce odnaleziono w jego rzeczach, ktoś to następnie ubarwił, rzecz zaczęła rosnąć, aż urosła w legendę. A potem wszyscy byli już pewni.

        Osobiście nie mam wyrobionej opinii. Nie jestem znawcą i nie miałem okazji do porównań. Na płytach najlepiej brzmią moim zdaniem skrzypce Davida Fiodorowicza Oistrakha.

  5. Marcin pisze:

    Chciałbym zapytać szanowne grono, czy trzymając wszystkie swoje urządzenia audio stale włączone, wpięte w jedną listwę, a przepływ prądu (czyli On/Off) przełączając sobie tylko na tej listwie, robię dobrze? Czy może to wpłynąć negatywnie na żywotność urządzeń, lamp itd?

    Przepraszam za mały offtop, w małym stopniu tylko związany z tematem kabla zasilającego.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Problem polega raczej na tym, czy włącznik on/off na listwie jest dobrej jakości, bo obawiam się, że nie. Sam mam wprawdzie niezłej jakości taką listwę z dawnych czasów od ACAR Studio dla przeznaczeń profesjonalnych, wyposażoną w duży przełącznik, ale używam jej teraz tylko do komputera i monitora, chociaż dla dźwięku robiła niezłą robotę. Generalnie jednak audiofilskie listwy włączników nie mają.

      1. Marcin pisze:

        Czyli siłą rzeczy każde urządzenie trzeba włączać z osobna? A czy można po prostu taką audiofilską listwę wyciągnąć z gniazda, zostawiając wszystkie urządzenia do niej wpięte w pozycji ON?

        1. Piotr Ryka pisze:

          Myślę, że lepiej używać wyłączników w urządzeniach. To na pewno bezpieczniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy