Recenzja: SULEK 9×9 Power

   Marki Sulek Audio, tak samo jak poprzednio Zingali i Ultrasone, przedstawiać już nie muszę. Przynajmniej nie u siebie. Recenzowałem tej firmy wszystkie rodzaje wyrobów – kable zasilające, głośnikowe, interkonekty. Poza tym stale przewijają się w innych recenzjach, bo z nich najczęściej korzystam. I powiem wam przy okazji na audiofilskie ucho, że głośnikowy Sulek 6×9 (zatem środkowy, nie najwyższy) zdmuchiwał, dosłownie zdmuchiwał, kable za takie sumy i takich marek, że cen tych ani marek nie przytoczę, bo by stojący za nimi dystrybutorzy dostali zawału. Czego nie chcemy, prawda? Na marginesie więc tylko rzucę (lecz to istotny margines), żebyście naprawdę uważali, bo za makabryczne pieniądze i pod super sławnymi szyldami sprzedają nieraz lipę. Trafił do mnie na przykład swego czasu przewód do podłączania kolumn za przeszło sto tysięcy od bardzo sławnej marki N, który okazał się tak okropny, że aż nie do wiary. Jak można coś takiego…tak zmasakrować muzykę? A marka prosperuje, przewody dobrze się sprzedają i pochwałami recenzenci sypią… Na przeciwległym biegunie Sulek. Ten dopieszcza muzykę, a hejt przeciw niemu zmasowany. Ze strony kogo, nietrudno zgadnąć, starczą najprostsze skojarzenia. Tym razem jednak nie o podłączaniu kolumn, a o przyłączu prądowym. I nie ze średniej półki, a ze samego szczytu. Przy cenie do tego stopnia konkretnej, że aż duszno się robi, ale czy warto jeszcze sarkać? Może i, kurczę, warto, bo ceny w audio poszalały, ale wracanie do tej sprawy przy każdej jednej okazji staje się w końcu nudne. Więc może zbiorczo tak ujmę: firma Sulek pochodzi z Trójmiasta – kablowa jest i niszowa. Bazująca przede wszystkim na odsłuchach i świetnych (to naprawdę) uszach głównego konstruktora, a od strony technicznej na miedzi skądsiś pozyskiwanej, a skąd, to jej słodka tajemnica. Podejrzewam, że bardzo starej i tym uspokojonej, poddawanej dodatkowo tradycyjnym zabiegom wyżarzania i rozciągania. Z tą jeszcze niebagatelną zaletą, że w ciągu przewodów sulkowych ta miedź wiedzie od A do Z; to znaczy nie ma tam (jak zwykle się dzieje) kupionych od zewnętrznych dostawców wtyków ani gniazd – żadnych złoconych czy rodowanych fidrygałków w karbonowych oprawkach po tysiąc i więcej od sztuki, a tylko przez wnętrza zwykłych wtyków przechodzą przedłużenia zasadniczych przewodów z tej samej super miedzi. Co daje nie tylko identyczne na całej długości przewodnictwo, ale też niebagatelną zaletę unikania przeskoków metal-metal dla różnych rodzajów metali. To bowiem, zgodnie z dość świeżej daty odkryciem, iż prąd ma postać nie przepływu a fali, pozwala rugować zjawiska dyfrakcyjne na styku różnych ośrodków. A przy okazji także lutowania albo zacisków śrubowych, co też nie pozostaje bez wpływu na jakość, jako że luty i śruby psują.

Technologia i wygląd

Kabel jest całkowicie miękki.

    Kabel, jak wszystkie z wyższych serii, dociera do nabywcy nie tylko w tekturowym, ekologicznym pudełku, w ramach modnego recyklingu na rzecz ochrony krokodylków i wszelkich innych stworzeń, ale też dodatkowo w solidnym worku z grubego, czerwonego aksamitu ze złotym napisem SULEK. Poza tym sam z siebie i tak daje się zaraz poznać, jest bowiem grubszy niż oba z niższych serii, gdyż zgodnie z sygnaturą złożony z dwóch wiązek po dziewięć przewodów. Razem daje to osiemnaście żył w czarnej osłonie z silikonowej gumy, bardzo ładnie, niczym prawdziwy warkocz wokół siebie splecionych. Wtyk ma rodowód przemysłowy i oczywiście własne, miedziane bolce, a wtyczka do podłączania sprzętu jest tradycyjnie minimalistyczna i też z przewodnictwem własnego chowu. Przypadek recenzowany miał długość 2,0 m oraz każącą usiąść cenę 25 000 PLN. Więc jeszcze trochę o tych cenach. Najdroższy przewód sieciowy jaki znam, zrecenzowany blisko dwa lata temu Siltech Triple Crown Power, ceni siebie przy półtorametrowej długości na 13 590 euro. Szaleństwo za cenowym stoi tam techniczne i wizualne: przewodniki z krystalicznego srebra i klatka Faradaya za izolację, z dodatkiem turkusowych powłok oraz złoconych puszek, a do tego opakowanie, jakby w środku było co najmniej któreś z płócien Rembrandta. Krótko mówiąc – orgia przepychu. Ale nie trzeba aż tak wysoko sięgać, po wyglądy i technologie aż tak niecodziennie, by musiał nabywca wpaść po szyję w ekonomiczny dylemat oraz studnię portfela. Polski Verictum DEMIURG Power kosztuje 34 000 złotych, a również polski KBL Sound Synchro Master Power 26 600 tychże złotówek (co to je jedni chcą, a inni nie chcą, pozamieniać na niemieckie marki, przebrandowane dla niepoznaki na paneuropejskie rzekomo euro).

Kabel dostałem na AVS z zadaniem przetestowania, i przy okazji wspominania o tym rzecz nader dla sprawy ważna. W odróżnieniu od niektórych innych, a byli niejedni tacy, Sulek Audio ani myśli się konspirować i działać z zaskoczenia – atakować z doskoku. Dopadać pojedynczego klienta, mamić go chytrym scenariuszem w stylu audiofilskich chwytów „na wnuczka”, by wyczyścić mu konto – tylko rokrocznie najmuje salę na największej, trzydniowej wystawie, pozwalając każdemu do woli się słuchać. Nie epatuje przy tym drogim sprzętem towarzyszącym – przeciwnie, właśnie skromnym, przez siebie zmodyfikowanym, tak aby można było ocenić zdolności modyfikacyjne i słuch ludzi za tym stojących. Nie od rzeczy będzie też zauważyć, że nie spotkałem się dotąd z opinią, iż grało tam u nich źle. Tak twierdzić nikt się nie ośmielił, a niejeden z pewnością miał chętkę.

Pomimo iż jednocześnie gruby.

I teraz bardziej od siebie. Bardzo lubię przewody Sulka. Nie tylko szanuję i doceniam, ale też lubię i wybieram. Lubię za ich pośrednictwem słuchać i nigdy się na nich nie zawiodłem. Mam wiele innych, pośród nich także drogie; mógłbym te Sulki sprzedać, oddać albo wyrzucić. Ale nie chcę. Przybyło by mi wraz z ich sprzedażą pieniędzy, ale ubyło muzyki. Tym niemniej odbierając kabel zasilający za dwadzieścia pięć aż tysięcy miałem uczucia mieszane. Rzecz jasna recenzję zawsze można sporządzić, a ewentualne deptanie innych potokiem słów krytycznych najmniejszego nie stanowi problemu. Dla przykładu, krajowe dziennikarstwo polityczne niemal wyłącznie na tym polega i chłopcy prosperują, że tylko im pozazdrościć. Obiektywizującą postawą się prawie żaden nie splami, tak jakby obelgi i insynuacje były optimum zachowań i czymś godnym inteligenta. To jednak inna dziedzina, a my na szczęście przy audio. Ale audio to też nie dziecinny plac zabaw, tu także robi się interesy. I bez wątpienia w imię nie czego innego, jak właśnie interesu, przewody zasilające Sulka przewędrowały od pięciu tysięcy za debiutancki, przez osiemnaście za kolejny, po aż dwadzieścia pięć za ten tu teraz flagowy A.D. 2019. A to już nie przelewki – za tyle całemu pułkowi można postawić solidny obiad. A jakby samej tej ekonomicznej trudności nie dość, to jestem w posiadaniu zarówno tego najstarszego Sulka, który zawsze świetnie się sprawdzał, jak i bardzo cenionych kabli zasilających Harmoniksa, Acoustic Zen i Illuminati. Mało tego – ten Illuminati na ostatnim AVS rewelacyjnie wręcz się spisał, jako jedyny przewód zasilający używany w oferującym najlepsze brzmienie całej wystawy zestawie elektroniki Jadis z tubami Destination Audio. A z kolei Harmonix i Acoustic Zen dawały skuteczny odpór konkurencji nawet trzy i więcej razy od siebie droższej – droższej nawet o wiele niż ten nowy sulkowy przebój za dwadzieścia i pięć kawałków. Więc wobec tego co? Wobec tego pozostają dwie opcje: bądź blamaż, bądź trzeba będzie się wspinać na wyżyny tego najdroższego Siltecha, który za swoje wariackie pieniądze jest faktycznie najlepszy. Porównywałem go, napisałem recenzję – i nie mam co do tego wątpliwości, jest najlepszy.

W następstwie takiej dywagacji, która w głowie mi zaświtała w sekundę i tylko na papierze się dłuży, za bardzo opisywać tego nowego mi się nie chciało. Zaaplikowałem go końcówce mocy i w niej sporadycznie pracował, bo duże audio rzadziej o wiele teraz pracuje od przykomputerowego. Ale w końcu – trochę z przypadku, a trochę z ciekawości – zrobiłem migawkowe porównanie; i wówczas okazało się, że pisania recenzji nie ma co dłużej odwlekać i będzie to rzecz łatwiutka.

Odsłuchy

Królewska, zaiste, purpura.

   Tak jak w przypadku dawnego testu zbiorczego kabli zasilających, urządzenie testowe stanowił przedwzmacniacz ASL Twin-Head (i biedne w związku z tym jego lampy) oraz, jako efektor dźwiękowy, słuchawki AKG K1000, doskonale potrafiące odszyfrowywać zmiany. Illuminati nie trafił do porównań, bo musiał (zamiennie) obsługiwać przetwornik w dzielonym odtwarzaczu; za lustra porównawcze posłużyły jedynie Harmonix X-DC350M2R, Acoustic Zen Gargantua II i standardowy Sulek Power. Test mimo to był szerszy niż poprzednio, ponieważ umyślnie użyłem przy odtwarzaczu nie tylko kabli wysokiej jakości, ale też średnich oraz zwykłych. Tak by można było ocenić zachowanie porównywanych w każdych, a nie tylko jak najbliższych optimum warunkach. Ta metodologia się sprawdziła, zdecydowanie więcej mówiąc o różnicach. Można takie podejście, co prawda, kontestować, argumentując, że audiofil zawsze dąży do optimum, starając się ze wszystkich sił eliminować punkty słabe, ale w teście dążymy do pełni wiedzy, a nie wyrywkowych opisów w jakichś wyrywkowyych stanach czyjegoś quasi optimum. Tak więc nie ma co się zasklepiać w powtarzanych formułkach własnego zbioru najlepszych kabli – tym razem był to także swoisty crash test, nie sama jazda po autostradzie.

Z czterech w różnych warunkach porównywanych Acoustic Zen Gargantua II wypadł sumarycznie najsłabiej. Przy optymalnie zasilanym źródle spisywał się jak zawsze znakomicie, oferując zarówno najwyższej miary kulturę, jak i na analogicznym poziomie dynamikę, szczegółowość oraz precyzję obrazowania. Do nadganiania stanów słabszych okazał się jednak mało, a nawet całkiem nieprzydatny. Przy jego zasilaniu i zwykłych kablach w dzielonym odtwarzaczu przedwzmacniacz mającym łącznie pięć par najwyższej klasy lamp grał niczym przeciętny tranzystorowy. Powiedzieć, że grał słabo, byłoby na pewno przesadą, ale dobrze też nie grał – a do wyżyn tym bardziej było daleko. Cały czas dawał o sobie znać techniczny sztafaż, zamieniający muzykę w ciągi kanciastych, dudniących, pozbawionych urody dźwięków. Kiepskie jej zatem naśladownictwo, szczególnie przykre dla kogoś przyzwyczajonego do wyższych poziomów. Znaczone typowymi tego przejawami: nie tylko tym dudnieniem i kanciastością, ale też wyczuwalną suchością, niedostatecznym wypełnieniem, brakiem płynności i trzeciego wymiaru. Też – i to bardzo znacznie – wyobcowanymi pogłosami, niemałym też przerostem sykliwości, niedostatkami i przesterami basu i całościowym brakiem muzycznej esencji. W efekcie pozbawiona głębi i urody technicyzacja przekazu na wzór „tranzystorowy” w najgorszym takim stylu – bez uroku, bez przeżywania, bez głębszych pierwiastków duchowych. Całkiem niczym bez lamp – i tylko szybkość, rytm oraz wyraźność dobre. Ogólnie w tej sytuacji porażka i nie tego oczekiwałem. Niemniej sam Gargantua rewelacyjny, jedynie towarzystwa słabych sobie nie życzący.

Ale bez biżuterii.

Ceniony i tak zwyczajnie (a nawet nadzwyczajnie) lubiany przeze mnie Harmonix X-DC350M2R bronił się w równie trudnych warunkach zdecydowanie lepiej, ale do końca też się słabości innych nie oparł. Grał ze słabymi w odtwarzaczu cieplej (co u niego normą), a także muzykalniej, pełniej i głębiej. Ale też pogłosowo, mimo iż płynniej. Zdradzał przy tym przesadną sopranową aktywność, wbrew działającą muzyce. Te pogłosy właśnie odrywającą i samą z siebie też oderwaną. Soprany za bardzo żyły własnym życiem, nie łącząc się i nie współpracując wystarczająco dobrze z całością. Głosy wraz z tym się denaturalizowały, stając nadnaturalnie aktywne, podostrzone. Znów dały o sobie znać zniekształcenia basu oraz zauważalna sybilacja, niemniej dźwięk całościowo był z tymi słabymi do towarzystwa głębszy, przyjemniejszy i bardziej też autentyczny, a dużo mniej w złym sensie tranzystorowy. I znów mnie to zaskoczyło, spodziewałem się lepszych wyników. Przy czym dla jasności podkreślę, że przy dobrych przewodach w odtwarzaczu – identycznie jak Gargantua – bez problemu dowodził Harmonix swej klasy, dotychczasową ocenę pozostawiając nienaruszoną. I może nawet bym go uznał za dobry przykład „naprawiacza”, ale tak się nie stało.

Ostatnim bowiem w porównawczych przedbiegach był zwykły Sulek – po prostu Sulek Power. Mniej nieco od tamtych kosztujący, bo „tylko” pięć tysięcy, i znacznie skromniej wyglądający. Wiedziałem o nim zawczasu, że okaże się najspokojniejszy, ale o reszcie nie wiedziałem. Ta reszta, jak poprzednio, mnie zaskoczyła, ale tym razem pozytywnie. Bo jeśli szukać zasilającego kabla pośród tych wyższej jakości, mogącego udanie pracować w torze ze słabszymi, a nawet całkiem beznadziejnymi jakościowo, ten się okazał wyjątkowo skuteczny. Poczynając od faktu lepszej kontroli basu i sopranów. Wszelkie basowe przestery, umyślnie podrzucane w teście jako przeszkody, z nim bardzo łagodniały, niekiedy znikały całkiem. A jednocześnie – i to zapewne nie bez związku – soprany weszły w prawidłową kooperację z resztą; uspokoiły się, wyszlachetniały. Głównie za sprawą trzeciego wymiaru i wraz z tym charakterystycznej (wreszcie) dla siebie urody, co świetnie umie pokazać na przykład puzon; przy złych sopranach całkiem nieznośny, przy dobrych mający zasadniczy udział w pięknie orkiestr i nawet mogący stać się instrumentem solowym. Wyważenie całego dźwięku i jego lepsze powłoki momentalnie dawały się odczuć jako prezentacja zdecydowanie bardziej kusząca. Żadnego też dudnienia, tak dającego się we znaki z Gargantuą i też niemało z Harmoniksem; żadnego „złego tranzystora”. Ale przede wszystkim więcej trzeciego wymiaru w bardzo widoczny sposób. Wraz z czym bardziej autentyczne źródła – na dodatek bardzo dobrze zogniskowane, czytelne, bez żadnego rozmycia.

Niewielki wtyk sprzętowy nieraz się bardzo przydaje. Bo wielka buła nieraz klopsem.

Także tekstury głębsze i wyraźniejsze, a wokaliści bardziej prawdziwi. Ich głosy nie tylko bardziej autentyczne brzmieniowo, ale też lepiej zawisające w przestrzeni; a także lepiej w tej przestrzeni osadzone oraz wyraźniej zarysowane dłonie klaszczącej publiczności. Na całym paśmie żadnych przebarwień – basowych ani sopranowych – a pogłos pracujący wyłącznie na rzecz całościowego piękna, ani trochę jedynie dla siebie. Wraz z tym artykulacja mowy potocznej prawdziwsza, a sybilacja poskromiona. Zatem wszystko w ogóle lepsze i całość brzmienia nareszcie dająca poczuć obecność w torze najlepszych lamp. Spokój, maestria i elegancja przy groszowych kablach u źródła, a zatem popis zdolności poprawiania – i za to wielkie uznanie.

Odsłuchy cd.

Bo nie zawsze jest tyle miejsca.

   I tak oto doszliśmy celu. A w celu test tytułowego przewodu Sulek 9×9 Power miał dokładnie taki sam przebieg w sensie metodologii, ale całkiem inne wyniki. Które można opisać krótko: przy analogicznej jak u zwykłego Sulka Power zdolności do poprawy, to znaczy gdy wcześniej w torze sygnału występowało zasilane przeciętnymi lub wręcz słabymi przewodami, poprawa ta miała inny charakter – mniej łagodzący, bardziej ofensywny i bardziej popisowy. Przy czym jej zasadniczy motyw pozostawał bez zmian: względem obu porównywanych kabli zasilających innych marek najbardziej zyskiwała trójwymiarowość brzmienia – trójwymiarowość głosów i trójwymiarowość scen. A szczególnie tych drugich, jako że w odniesieniu do pierwszych działy się też inne ważne rzeczy. To drugie zaś – trzeci wymiar sceniczny – zyskiwał  istotny, nieobecny poprzednio, czynnik percypowania także pomieszczeń. Analogicznie jak w przypadku słuchawek Sennheiser HD 800, stawały się te pomieszczenia obecne i równie ważne jak wypełniające je dźwięki. A ściślej rzecz ujmując, dźwięki te nie tylko zajmowały się sobą, ale także opisywały mieszczące je wnętrza. Muzyka przestawała być tylko sobą, stawała się muzyką w czymś i gdzieś. Ten inny sposób ujmowania zawsze odmienia sytuację, nawet gdy tego, skupieni na samych brzmieniach, nie zauważamy. Więcej informacji dociera i rzeczywistość muzyczna bardziej przemienia się w konkret, lecz równocześnie tracimy to coś, co w odniesieniu do literatury nazywa się zaczytaniem. Gdy tak głęboko wchodzimy w narrację i tak się z nią utożsamiamy, że przestajemy widzieć świat wokół. W przypadku audiofilskich doznań ta sytuacja ma warstw więcej – ściślej trzy a nie dwie. Odpowiednikiem narracji literackiej jest tutaj świat dźwiękowy w sensie brzmień samych instrumentów i ewentualnie ludzkich głosów. Tak właśnie w większym stopniu było przy Sulku zwykłym, brzmienia dominowały. Dla tekstu, w którym się zaczytaliśmy, na tym możliwości się kończą. Wżywamy się w przygody bohaterów lub treść komunikatu. (Na przykład w naukowym artykule.) A gdy się oderwiemy, gdy podniesiemy wzrok znad tekstu, wraca świadomość własnego bycia i przebywania tu. W odróżnieniu od tego narracja muzyczna, w którą się słuchając wżywamy, sama może być przedstawiana ze świadomością miejsca albo bez. Co zwykle nie jest całkiem zerojedynkowe, chociaż czasami prawie. Dźwięki – nawet na stricte high-endowym poziomie – mogą się zjawiać we wnętrzach albo bez nich. Zawsze będą przejawiały relacje między sobą, ale nie zawsze opisywały pomieszczenia na tyle dobitnie, by do słuchacza musiało to dotrzeć. I – co w tym wszystkim równie istotne – takie „we wnętrzu albo bez” ma kotwicę zarówno w samych nagraniach, jak i w aparaturze odtwarzającej. Nie chcę tej dygresji przeciągać, bo sami to dobrze wiecie, choć może bardziej podświadomie. Ale już sobie przypomnieliście i teraz możecie wyobrazić, jak przewód Sulek 9×9 Power dodaje do brzmień wnętrza. (Oczywiście o ile muzyka w nich a nie w plenerze, ale plenery to w nagraniach rzadkość, o ile nie liczyć tych sztucznych, elektronicznych.)

Osiemnaście przewodów, z uwagi na efekt naskórkowy, daje zdecydowanie większy przekrój przewodzący.

Odnośnie natomiast postaci samych brzmień, to już zdążyłem napisać, że także były inne. Inne w sposób wyraźny, a nawet diametralny. Bo przede wszystkim nie łagodne. W stosunku do zwykłego Sulka wyraźniejsze, dobitniejsze, o mocniej zaznaczonych konturach. Także głębsze, bardziej z połyskiem i jednocześnie dźwięczniejsze. A mimo tego wciąż całościowo towarzyszyła temu miękka muzykalność, tyle że bardziej wytężona, dobitna, popisowa. Bardziej narzucająca się, niosąca więcej informacji i oczywiście wraz z tą obecnością pomieszczeń bardziej też pogłosowa. Ale z pogłosem właśnie na rzecz muzyki, a nie z niej wyobcowanym. Mocniejsza esencja, więcej czaru, czarniejsze czernie tła i na nich mocniejsze rozbłyski. Wszystko wyraźniejsze i dokładniej umiejscowione w przestrzeni – sumarycznie więcej brzmieniowych treści, topologii i muzycznych kontrastów.

Obeznani ze strukturalną postacią brzmienia od razu w tym wywęszą większą obecność sopranów, stojącą regularnie zarówno za wyraźniejszymi konturami, jak i mocniejszym pogłosem. Słusznie więc będą podejrzewać także wzrost sybilacji i większą ogólną nerwowość. Lecz nie tym razem, tak się nie dzieje. Sybilacja okazuje się wręcz odwrotnie – zredukowana do nieusuwalnego z nasyconych nią nagrań minimum, a nerwowości nie ma – nie ma jej ani trochę. Owszem, jest ekscytacja, wyraźność, podnieta, żywość, i jest blask. Ale bez nerwowości, przerysowań, jakiejkolwiek sztuczności. I wraz z tym dokonuje się synteza popisowego stylu Harmoniksa z wyrafinowanym uspokojeniem zwykłego Sulka. Heglowskim stylem dialektycznym przeciwieństwa się łączą i wznoszą na wyższy poziom. Przy czym trzeba jedno zwłaszcza brać pod uwagę: jeżeli tor w całości, jako suma urządzeń i kabli, ma pewne jakościowe niedomogi, a jednocześnie jest obdarzony podnietą czy przejawia nerwowość, to może się okazać, że wymiana któregoś z kabli zasilających na spokojniejszego zwykłego Sulka okaże się lepszym pociągnięciem niż zaangażowanie kabla szczytowego 9×9, który bardziej się przyda w sytuacji gdy wypadkowa niedociągnięć będzie emocjonalnie neutralna bądź ospała. Natomiast – tu już nie ma niestety zmiłuj – w przypadku toru bez niedociągnięć, takiego najwyższej klasy, flagowe Sulki 9×9 Power pokażą od Sulków zwykłych więcej, a także więcej od przymierzanych do nich Harmoniksów czy Garganuł. Głębia brzmienia, nasycenie muzyczną esencją, dotykowy powab powierzchni zewnętrznych, wyraźność rysunku, kontrola skrajów pasma, szczegółowość, obrazowanie scen, dynamika i całościowy autentyzm – będą dzięki nim lepsze. Lepsze w sposób wyraźny, a nie o jakiś margines. Bo Sulek 9×9 Power to drugi, po szaleńczo już drogim Siltech Triple Crown Power, najlepszy kabel zasilający z jakim miałem przyjemność.

Sam kabel także, w pewnym sensie, lampowy.

Nie robiłem, co prawda, pomiędzy tymi najlepszymi porównania, niemniej wydaje mi się z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że Triple Crown umożliwia jeszcze dokładniejsze odczytywanie tekstur i jego obraz jest spokojniejszy. Niemniej Sulek 9×9 też bardzo się wyróżnia, bezdyskusyjnie dystansując bardzo udane, klasyczne, można powiedzieć, kable od bardzo znanych producentów. Przewyższa je zarówno bogactwem, jak i, co nie mniej ważne, zdolnością do brzmieniowego układania się ze słabszym sprzętowo i kablowo towarzystwem. Od tej strony ma największego przeciwnika we własnym kablu standardowym, a także w tym szalonym (ale jakże skutecznym) Triple Crown, który jest dwa i pół raza droższy.

 

 

 

Podsumowanie

   Ceny najdroższych kabli zasilających urągają zdrowemu rozsądkowi. I firma Sulek Audio nie myśli robić z tego tajemnicy ani uciekać w sofizmaty wydumanych tłumaczeń, dobitnie zaznaczając, że jej flagowa seria 9×9 nie jest efektem własnych upodobań do drożyzny, a jedynie ripostą na cudze zachowania i jednocześnie dowodem, że może być równie dobrze przy skromniejszym budżecie. Nie skromnym – i świadomie. Właśnie specjalnie nieskromnym, ale też i specjalnie skalkulowanym skromniej niż u najdroższych z drogich. Tak aby się pojawiło iunctim – wyraźne nawiązanie, a nie cenowa przepaść – ale zarazem wyraźna redukcja kosztów przy analogicznej jakości. W odniesieniu do Siltech Triple Crown dostajemy niewiele mniej za mniej dużo, a w odniesieniu do Double Crown na przykład wyjściowy postulat realizuje się już z nawiązką. Nie tradycyjne „gorzej za ubożej”, bo w tym wypadku ubożej oznacza wyłącznie mniej do wydania, a ani trochę do konsumpcji.

W sumie najważniejsze jest jednak to, co wcześniej już napisałem: Sulek 9×9 Power to najlepszy kabel zasilający po trzykoroniastym Siltechu. Nie musi to być całkiem ścisłe – nie wszystkie najlepsza znam. Ale prawdy z pewnością bliskie; mamy do czynienia z najwyższą ligą. Tą wyższą od wysokiej, nawet bardzo wysokiej. To jednak dotyczy tych niewielu, których na takie ligi stać, więc kto wie, czy nie jeszcze ważniejsze będzie to, że najtańszy Sulek tego rodzaju okazuje się tak przydatny. Wiem, że słowo „najtańszy” może w tym wypadku wywoływać awersję, podobnie jak może ją wywołać wygląd i opakowania wyrobów Sulka; zwłaszcza na tle popisującej się konkurencji. Biżuteryjne wtyki i oploty, plus te śliczności opakowania, potrafią robić wrażenie, Ale jak sobie przypomnę kosztujący coś koło sześciu tysięcy kabel z takimi wtykami od Furutecha na tle Harmoniksa i Gargantui – o ile okazał się od nich słabszy – to mi się wtyki i cały sulkowy wygląd przestają nie podobać. Mało nawet – bardzo już mi się podobają! Albowiem w Sulkach muzyka – a tylko ona się liczy. Co mi po ślicznym wtyku, gdy przezeń muzyka skrzeczy?

W punktach:

Zalety

  • Jeden z kilku najlepszych na świecie.
  • A tańszy wględem najdroższych; wyraźnie tańszy.
  • Szczytowy poziom wyrafinowania.
  • W tym zawsze popisowa głębia brzmienia.
  • Wyrastająca nad znane i cenione przewody dokładność obrazowania.
  • Efektowne, wszystko wydobywające, a jednocześnie nie męczące światło.
  • Dobitna trójwymiarowość i sceny, i przede wszystkim samych dźwięków.
  • Zdecydowanie wyższa niż u porównywanych umiejętność obrazowania wnętrz.
  • Predyspozycja do muzykalności nawet w trudnych warunkach.
  • Wyważona, odpowiadająca realiom  temperatura.
  • Gładkość muzycznego przepływu przy popisowej różnorodności faktur.
  • Indywidualizm brzmień i głosów szczytowego poziomu.
  • Dynamika.
  • Ekscytacja.
  • Nieobojętność uczuciowa.
  • Ale bez narzucania własnych cech poza jakością i efektownością.
  • Pełna otwartość brzmieniowa i ciśnieniowe, ożywione medium.
  • Jako suma popisowy realizm.
  • Efektowny wygląd warkocza.
  • Mięciutko się układa.
  • Niewielki wtyk sprzętowy bardzo czasami przydatny.
  • Na bazie miedzi najwyższej klasy.
  • I bez przejść metal-metal dla różnych metali.
  • W ofercie z żyłą gorącą po lewej i po prawej.
  • Znany już i uznany producent.
  • Made in Poland.
  • Ryka approved.

Wady i zastrzeżenia

  • Bardzo wysoka cena.
  • Nadaje się do poprawy muzykalności, ale nie łagodzenia przekazu.
  • Nie dla wielbicieli biżuteryjnych wtyków.
  • I zagranicznych producentów.
  • I efektownych opakowań.

System:

  • Źródło: Ayon CD-T II/Ayon Stratos.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali Client 3.15 EVO
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium).
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Synergistic Research Level 3 High Current, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stopki antywibracyjne: Avatar Audio Nr1.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010, Solid Texh „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

19 komentarzy w “Recenzja: SULEK 9×9 Power

  1. Właściciel Gargantua II pisze:

    Szanowny Panie Redaktorze!

    Jeśli dobrze odczytałem, AZ Gargantua II został podłączony do przedwzmacniacza i zagrał najsłabiej („Przy jego zasilaniu przedwzmacniacz mający łącznie pięć par najwyższej klasy lamp grał niczym przeciętny tranzystorowy”). Bo tego kabla, o czym Pan z pewnością wie, nie podłącza się do źródeł ani przedwzmacniaczy. To kabel idealny do bardzo mocnych wzmacniaczy zintegrowanych i końcówek mocy. Jeszcze wyraźniej to wychodzi przy modelu Absolute, który sprawdza się przy potężnych mocowo amplifikacjach. Zdaje się, że najnowszy AZ Twister służy do źródeł, ale nikt go jeszcze nie testował. Może Robert Lee wypuści na rynek coś klasy modelu Absolute, ale dla źródeł. Kto wie.

    Z poważaniem

    Tomasz

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panie Tomaszu – wiem. Ale w moim przedwzmacniaczu/wzmacniaczu słuchawkowym Gargantua spisuje się znakomicie. Tyle że – no, niestety – okazał się nie tolerować słabych zasilających przy źródle. I to z pewnością nie tylko jego wina, ponieważ dzielone źródło Ayona jest wyjątkowo kapryśne i ze słabymi kablami zasilania gra źle, bardzo źle. Przy Accuphase byłoby pewnie inaczej, choć może lepiej nie zgadywać, bo zgadywanki w audio to bardzo śliska sprawa. Natomiast nie tylko dzięki temu tu porównaniu, ale także wcześniejszym udało mi się ustalić, że Gargantua II to przewód wyostrzający i podkręcający przekaz, a nie łagodząco-uspokajający. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze służy wielkim i przez to trudnym do ruszenia końcówkom mocy. Bardzo też dobrze działa przed listwą.

  2. Paweł pisze:

    Ja używam AZ Gargantua II do wzmacniacza dual mono 2 x 400 VA. Jednak z moim źródłem jakim jest Ayon 35 P+S spisał się znakomicie. Okazał się w mojej ocenie / moim systemie lepszy od Harmonix x-dc350 improved m2r. Ayon „ciągnie” więcej prądu niż niektóre małe wzmacniacze :-). Jestem przekonany, że ocena wynika z konkretnie skomponowanego systemu i w innej kompletacji mogłaby być inna.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Panowie – przecież wyraźnie napisałem, że przy innych dobrych kablach zasilających Gargantua w pełni podtrzymał moją świetną o nim dotychczasową opinię. Mniej się nadaje do współpracy ze słabszymi urządzeniami i innymi słabszymi kablami zasilającymi, ale sam z siebie jest rewelacyjny i zawsze go polecałem.

  3. jafi pisze:

    Zagadka z wymianą sieciówek z poprzedniego testu Zingali Client 3.15 Evo wyjaśniona:)
    Czasem piszesz Piotrze dosyć enigmatycznie…

    A i jeszcze co do kwestii która sieciówka gdzie – uważam, że to bez znaczenia w przypadku topowych kabli zasilających, a o takich tutaj mowa.
    Czy źródło, wzmacniacz, czy końcówka mocy.
    W innym razie producent powinien się określić: co do czego.
    Nie zauważyłem, by ktoś tak czynił.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Wcale nie – to Nie Gargantua był tam zastępowany, nie on nawalał. Nigdy zresztą nie używam go przy odtwarzaczu.

  4. Moriarty pisze:

    „Ceny najdroższych kabli zasilających urągają zdrowemu rozsądkowi.”

    Cóż, pełna zgoda. A w środowisku moich internetowych znajomych pasjonatów dobrego dźwięku, zdolnych wydać niekiedy naprawdę duże pieniądze na sprzęt, panuje ugruntowane praktyką przekonanie, że i tak najlepszym wyborem jest Yarbo SP-1100PW – około trzystu złotych za metr – z dobrymi wtykami.

    I szczerze mówiąc, gdy słyszę, że ktoś za sieciówkę (nierzadko przebrandowany i schowany pod oplotem Yarbo ;)) żąda bajońskich sum, to mną z lekka trzęsie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dobrze by było z tym Yarbo. Mogę go porównać, nie mam tu żadnych zahamowań.

      1. Moriarty pisze:

        Gdyby miał Pan ochotę, mogę pożyczyć. Czy dobrze kojarzę, że jest Pan z Warszawy? W razie czego proszę o maila.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie, jestem z Krakowa. Ale to producentowi albo dystrybutorowi powinno zależeć.

          1. Moriarty pisze:

            Rzecz w tym, że ten kabel jest sprzedawany z rolki na metry. To przypadek trochę jak z kablami Duelunda czy Beldena. Trzeba samemu wybrać wtyczki, oplot – „goły” Yarbo też może być, rzecz jasna, ale wtedy ma wybitnie niski współczynnik WAF 🙂 – i to wszystko razem zmontować.

            Oczywiście są osoby, które dorabiają sobie sprzedażą samodzielnie zrobionych „gotowców”, ale o ile mi wiadomo, w oficjalnej ofercie i dystrybucji takich sieciówek nie ma (nie licząc firm, które sprzedają Yarbo pod inną nazwą jako kable autorskie – z bizantyjskim narzutem).

            PS. Osobom, które chciałyby sprawdzić możliwości Yarbo SP-1100PW – jako użytkownik dwóch takich sieciówek serdecznie polecam – doradzam kupowanie kabli wyraźnie dłuższych niż metr, łatwiej je wtedy ułożyć. Są, niestety, grube, a co się z tym wiąże, dość sztywne. Moje mają po 133 cm, a i tak nie jest łatwo.

          2. Marcin pisze:

            Panie Piotrze, zachęcam do podjęcia wyzwania i rzucenie swojego ucha w kierunku wspomnianego kabla Yarbo. Kto wie, może gra warta świeczki? S am zabieram się za kupno swoich pierwszych kabli zasilających i wiadomo, szukam czegoś dobrego, ale nie za miesięczną wypłatę 🙂

          3. Piotr Ryka pisze:

            Kabel zasilający powinien mieć minimum 1,5, ale lepiej 1,8 m długości. Lub więcej.

    2. jafi pisze:

      Pozwolę sobie na dygresję w tym miejscu.
      Sugeruje Pan reprezentując swoje środowisko, że wystarczy określony typ przewodnika, dobranie wtyczek i po sprawie, czyli tak powstanie wybitna sieciówka, która zastąpi te drogie, przedrożone, poprzebierane z rynku.
      Gdybyż było tak łatwo…
      Żyjemy w czasach drukarek 3D, obrabiarek CNC i można sobie wyobrazić, że wytworzenie np. skrzypiec, to prosta sprawa. Przecież można zaoszczędzić pieniądze i nie kupić uważane za markowe, dobrze zestrojone instrumenty, a zrobić je samemu. Poczytać w internecie jakich rodzajów drewna się używa, jakie lakiery, struny…i gotoweJ Nie są mi znane takie próby. Choć może i takie bywają?
      Ciekawa w tym miejscu może być historia instrumentów ludowych. Wytwarzane przez lokalnych rzemieślników na potrzeby lokalnych grajków lub przez nich samych. Toż to czysty DIY był.
      I tu pojawia się pytanie: które z tych instrumentów, z których okolic przetrwały w zbiorowej świadomości jako wybitne?
      W opozycji znam przykład z całkiem nieodległej przeszłości związanej z saksofonem. Ich twórca stał się ikoną w świecie muzyki.
      W tym miejscu pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem a priori (bez bezpośredniego porównania proponowanego przez pana przewodnika z innym jako punkt odniesienia).
      Twierdzę, że mając do dyspozycji świetny przewodnik, nieograniczony wybór wtyczek trudno będzie stworzyć świetnie brzmiący kabel – sygnałowy, czy zasilający.
      Chodzi mi o udział składającego lub twórcy, jak kto woli. Bo niewielu z tych podejmujących wyzwanie ma wystarczające doświadczenie z dźwiękiem, potrafi określić cele i je zrealizować.
      Wynik będzie tylko „jakiś”.
      Jeszcze mniej z tych niewielu dysponuje słuchem wybitnym i potrafi wyznaczać i realizować wyrafinowane cele.
      Do napisania tej odpowiedzi skłonił mnie fakt złożenia propozycji przetestowania pańskiej sieciówki DIY pod recenzją wybitnej sieciówki Sulek Audio 9×9. A mógł Pan przecież złożyć taką pod testem dowolnej innej.
      Z poważaniem.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zacytuję samego siebie sprzed lat trzynastu. (Trochę obok tematu, a trochę w temacie.) To dwa fragmenty założonego przeze mnie wątku, a rzecz tyczy skrzypiec Stradivariusa, czyli z pewnością rękodzieła:

        Na kanale PLANETE bardzo ciekawa audycja o tym w powszechnym mniemaniu szczycie lutniczej perfekcji i poszukiwaniach tejże perfekcji źródła. Materiał obrazoburczy, bo okazuje się, że ślepych testów arcydzieło mistrza z Cremony nie przeszło. Dwaj skrzypkowie, dwaj krytycy muzyczni i lutnik – a więc grono jak najbardziej kompetentne – wybrali instrument współczesnego lutnika spośród czterech testowanych, pośród których oczywiście był stradivarius. Także badania materiałowe i konstrukcyjne nie wykazały żadnej nadzwyczajności tych skrzypiec. Czyżby więc kolejna audiofilsko-muzykologiczna legenda bez pokrycia? Koniec wielkiego mitu? Ktoś oglądał?

        I jeszcze ciekawostka. Okazuje się, że po 10 latach żmudnych badań naukowcy dowiedli, iż na podstawie samego dźwięku nie można ustalić kształtu bębna, który go wydał. Kształt jest zatem, a w każdym razie bywa, przynajmniej w pewnych granicach, niesłyszalny.

        Ponieważ zdaje się nikt poza mną programu nie widział, zmuszony jestem zdać nieco szerszą relację. Materiał ma formę śledztwa. Wychodzi się od powszechnie przyjmowanego za kanon założenia, że skrzypce Stradivariego są najlepsze na świecie i przewyższają konkurencję o klasę, no może z wyjątkiem instrumentów Amatiego. Usiłuje się zatem dociec źródeł owej wyższości na drodze naukowych dociekań. Na pierwszy ogień idzie surowiec – drewno. Krążą legendy, że skrzypce kremończyka grają tak cudownie, bo nabył on zapas drzewa od swego mistrza i w związku z tym dysponował surowcem o wyjątkowej długości leżakowania, może nawet 70-letnim. Badania dendrochronologiczne – okazuje się, że jest taka nauka – obalają ten mit. Ponad wszelką wątpliwość drzewo użyte do budowy legendarnych skrzypiec leżakowało jedynie 20 lat. Skoro nie drzewo, to może wyjątkowa precyzja wykonania? Naśladowcy wielkiego mistrza prześcigali się w staranności obróbki, by uzyskać idealnie równomierną grubość i wzorcowy kształt. Tymczasem pomiary wykazują, że wzorzec wcale nie jest obrobiony równomiernie. Może zatem w tym właśnie tkwi tajemnica? W nierównomierności. Ale naukowcy są bezwzględni – wahania grubości, a także pewne ograniczone, ba, nawet i znaczne, odmienności kształtu nie mają wpływu na dźwięk, a stradivariusy niczym się pod tym względem specjalnie nie wyróżniają. Może w takim razie politura, albo kleje? Lecz i tu spotyka nas rozczarowanie. Analizy niczego nadzwyczajnego nie wykazują.

        W tej sytuacji badacze przystępują do experimentum crucis, a jest nim wzorzec audiofilskich ustaleń – ślepy test odsłuchowy. Dwóch skrzypków, dwóch krytyków muzycznych i lutnik słuchają grającego z zawiązanymi oczami, by nie poznał skrzypiec, wirtuoza. Sami też mamy okazję tę grę usłyszeć, choć niestety przez bardzo krótko. W teście uczestniczą cztery instrumenty, pośród których jest oczywiście autentyczny stradivari. Brzmienie jednych z nich jest odmienne, nieco niższe, jakby głębsze. Pozostałe brzmią bardzo podobnie. Wszyscy (także ja) to wychwytują i mają poczucie ulgi. Faktycznie, jedne grały inaczej. Więc jednak!

        – I jakież rozczarowanie. Te odmienne okazują się dziełem współczesnego lutnika.

        Konsternacja. Wszyscy z niedowierzaniem kręcą głowami. Jakże tak? A legenda? Stulecia muzykologicznej pewności. Stradivarius to przecież aksjomat. Okazuje się – nie do końca. Zawsze byli tacy, którzy wątpili w wyjątkowość tych skrzypiec, ale nikt nie chciał ich słuchać.

        Następnie rozmowa z Ann Sophie Mutter – wybitną skrzypaczką. Mówi, że każde skrzypce mają duszę i zadaniem wirtuoza jest odnalezienie instrumentu, którego dusza pasuje do jego własnej.

        Na koniec źródła legendy. Okazuje się, że jakiś handlarz, jakiś kolekcjoner, ktoś komuś wyjątkowe skrzypce obiecywał, potem umarł, skrzypce odnaleziono w jego rzeczach, ktoś to następnie ubarwił, rzecz zaczęła rosnąć, aż urosła w legendę. A potem wszyscy byli już pewni.

        Osobiście nie mam wyrobionej opinii. Nie jestem znawcą i nie miałem okazji do porównań. Na płytach najlepiej brzmią moim zdaniem skrzypce Davida Fiodorowicza Oistrakha.

  5. Marcin pisze:

    Chciałbym zapytać szanowne grono, czy trzymając wszystkie swoje urządzenia audio stale włączone, wpięte w jedną listwę, a przepływ prądu (czyli On/Off) przełączając sobie tylko na tej listwie, robię dobrze? Czy może to wpłynąć negatywnie na żywotność urządzeń, lamp itd?

    Przepraszam za mały offtop, w małym stopniu tylko związany z tematem kabla zasilającego.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Problem polega raczej na tym, czy włącznik on/off na listwie jest dobrej jakości, bo obawiam się, że nie. Sam mam wprawdzie niezłej jakości taką listwę z dawnych czasów od ACAR Studio dla przeznaczeń profesjonalnych, wyposażoną w duży przełącznik, ale używam jej teraz tylko do komputera i monitora, chociaż dla dźwięku robiła niezłą robotę. Generalnie jednak audiofilskie listwy włączników nie mają.

      1. Marcin pisze:

        Czyli siłą rzeczy każde urządzenie trzeba włączać z osobna? A czy można po prostu taką audiofilską listwę wyciągnąć z gniazda, zostawiając wszystkie urządzenia do niej wpięte w pozycji ON?

        1. Piotr Ryka pisze:

          Myślę, że lepiej używać wyłączników w urządzeniach. To na pewno bezpieczniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy