Recenzja: RAAL Immanis 1995 w nowej odsłonie

z kablem STAR-12 Silver i interfejsem SILVER MULTI-STANDARD

      Zacznijmy od krótkiego przypomnienia. Słuchawki RAAL Immanis zostały zaprezentowane na High End 2024 w Monachium i błyskawicznie zrobiły karierę. Jeśli nawet (a było to częste) nie okrzykiwano ich najlepszymi na świecie, to i tak uważano za jedne z takich, chwaląc zarówno perfekcję dźwięku, jak i rozmiar otaczającej sceny. To pokazanie poprzedziła historia serbskiego wkładu technologicznego i amerykańskiego kapitałowego, co razem dało firmę, której powstanie datuje się na rok 1995, kiedy to Danny „Sage” McKinney uruchomił ofertę oprzyrządowania dla profesjonalnego audio – monitorów studyjnych, przedwzmacniaczy, konsol masteringowych, mikrofonów i okablowania, z czasem również słuchawek. Tyle po stronie zachodniej Atlantyku, po wschodniej zaś ulokowana w Serbii ekipa wynalazczo-realizacyjna, którą kiedyś można było oglądać na usuniętej z niepodanego powodu fotce prezentacyjnej, uwidaczniającej jedenastu facetów ze słuchawkami, wyglądających na bardzo z siebie zadowolonych. Prowodyrem owych facetów był inżynier i wynalazca Aleksandar Radisavljevic, pracujący od 1993 roku nad przetwornikami wstęgowymi w pamiętającym rzymskie czasy (w tych stronach przyszło na świat trzech cesarzy) czterdziestotysięcznym Zaječarze przy samej granicy bułgarskiej.

     Amerykańska żądza profesjonalnych słuchawek poparta kapitałem i serbskie zaplecze technologiczne poparte wiedzą o przetwornikach wstęgowych dało owoc w postaci wstęgowych słuchawek, a wcześniej były wstęgowe tweetery w głośnikach studyjnych. Pierwsze takie wstęgowe słuchawki – RAAL SR1a True Ribbon – miałem okazję testować w 2019-tym i byłem nimi zafascynowany, z tym, że tej fascynacji towarzyszyły dwa „ale”. Pierwsze takie, że potrzebowały aż 100-watowych wzmacniaczy, dopiero w towarzystwie takich poprzez dołączany adapter rezystorowy dawały pokaz świetności. (Co nie dochodziło niestety do skutku w takim wymiarze jakościowym poprzez dwa wzmacniacze dedykowane – tranzystorowy i lampowy.) Drugie „ale” – przy skrajnie niskich częstotliwościach w sytuacjach wysokiej głośności biły wstęgami o obudowy – nie dawało się słuchać ekstremalnie głośno i jednocześnie basowo bez obaw o uszkodzenie wstęg i bez zniekształceń dźwięku. Lecz mimo to, tak generalnie, był to popis doskonałości brzmieniowej odnośnie zarówno precyzji naśladowczej, jak i piękna artystycznego wyrazu, a prócz tego w nie mniejszym stopniu możliwości scenicznych. Modyfikacja SR1b z 2022, posiłkowana przez nowo opracowany adapter transformatorowy, przystosowany już nie do głośnikowych, a słuchawkowych wzmacniaczy, odrobinę mniej mi się podobała, nie oferując aż takiej intensywności dźwięku, niemniej wciąż była to fascynacja.

    Jedne i drugie tamte, różniące się kształtem oczek grilla po obu stronach wstęg oraz zmienionym adapterem, miały w stylistyce przetworników AMT po jednej dużej, minimalnie jedynie, a nie miechowo, ale jednak marszczonej i 0,06 g ważącej aluminiowej wstędze na stronę oraz układ konstrukcji wzięty od sławnych AKG K1000, tj. swobodne zawisanie przetworników przed uchem bez jakiejkolwiek łączącej je z głową obudowy, a w zamian możliwością nie tylko operowania w całkowicie otwartej przestrzeni, ale też i szerokiej regulacji kąta rozwarcia względem uszu. Ceny łącznie z adapterami nieznacznie przekraczały 20 tys. złotych.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

6 komentarzy w “Recenzja: RAAL Immanis 1995 w nowej odsłonie

  1. Darek pisze:

    Czy właściciele „starych” Immanisów mogą czuć się zrobieni w bambuko? Ja tak się czułem, mając Gillette Mach 3 jak pokazało się Gillette Fusion 5 😉

    1. Piotr Ryka pisze:

      Używam Wilkinsona, gdzie też było przejście z 4 na 5, ale różnica bardzo nieznaczna. O tyle nie są ci od dawniej sprzedawanych Immanisów zrobieni w coś tam, że nowy kabel jak najbardziej pasuje, a same słuchawki wciąż te same. Interfejs też niekoniecznie muszą zmieniać, ale kabel, to już dla maksymalizacji doznań koniecznie.

  2. mich pisze:

    Mam wrażemie, że pojawiła się konkurencja dla wstęgowych produktów Raal 1995 a jest nią: FlowzTone F-R1. Piszę to na podstawie impresji youtuberów z londyńskiego CanJamu. Poczekamy,

    1. mich pisze:

      zobaczymy…

      1. Michal Pastuszak pisze:

        Inne prezentacje, Raale bardziej podkreslaja tekstury, graja wyczynowo w porownaniu, jesli idzie o podkreslanie szczegolow.

        Flowztone sa duzo bardziej miekkie w prezentacji w tym i basu, bardzo przypominaly mi charakterem HE-1 kiedy ten gral z wewnetrznego DACa i jakiegos taniego podajnika plikow. Dzwiek po ciemnej stronie z poteznym basem ( u Sennheiser wrecz przewalonym), ale Flowztone lepiej go kontrolowaly, ten nie nachodzil na srednice, byly tez spojniejsze w calym pasmie w tym i przestrzennie, choc podobnie rozdzielcze. Pytanie jak wypadaja oba z lepszym zrodlem. W sumie to bardzo tez podobna prezentacja tonalnie do starych, relatywnie taniutkich Raal CA1 (z padami bez szczelin), ale Flowztone sporo lepsze przestrzennie. Na pewno pomaga im lepiej dopracowany i zestrojony firmowy wzmacniacz od Flowztone. Te notoryczne poprawki kabli i adepterow ze strony Raala kompletnie mnie zniechecily do ich wyrobow, zwlaszcza ze winduja tez ceny za te akcesoria do granic absurdu.

        Flowztone jeszcze dlugo nie bedzie konkurencja dla nich, no chyba ze poprawia moce produkcyjne i zmienia tuning.

  3. Stefan pisze:

    Fakt te zmiany i wersje to po mału szaleństwo, nie wspominając o cenach.
    Ciekawy jestem tych Flowztone tym bardziej, że można je dopasować pod swój gust zmieniając ich charakterystykę brzmienia.
    Immanis z tym nowym interface gra też trochę bliższą sceną, zwłaszcza pierwszym planem, ale czy te zmiany są warte, aż tyle? Bo te różnice są, ale nie jakieś drastyczne, tak jak z kablem. Można też dociążyć brzmienie innym kablem do wzmacniacza np. z czystej grubej miedzi, sprawdzałem WW mini eclipse 7, trochę sztywny ale nie jakoś bardziej niż star-12.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy