Recenzja: Shunyata Sigma NR

Odsłuch

No jak?

   Darowałem sobie tym razem wycieczki od toru do toru, nie darowałem natomiast porównań do pozostałych kabli zasilających z górnych półek, którymi dysponuję. Z tym, że w relacji potraktowane zostaną zbiorczo, jako ogólne tło dla flagowej do niedawna Shunyaty, co dobrze uzasadnia się faktem, że od wszystkich okazała się różna; operująca unikalnymi, sobie tylko właściwymi cechami.

Bezzwłocznie przejdźmy do tych cech, z których oczywiście tylko niektóre były unikalne, większość wspólna. Z uwagi jednak na dużą siłę oddziaływania, to unikalne dyktowały warunki – ich wpływ okazał się decydujący. W efekcie Shunyata Sigma NR wyraźnie odbiegała (nie mylić z odstawała, albowiem nic z tych rzeczy), kreując własną postać brzmienia. Nie pozostaje zatem nic innego, jak o tym opowiedzieć.

Nie będzie to opowieść nowa, ponieważ uczestnicząca w odbytym kiedyś porównaniu drogich przewodów zasilających Shunyata Anaconda ZITRON (bardzo podobnie kosztująca) zaprezentowała zbliżony zestaw cech, z czego jasno wynika, że ma Shunyata własny styl w odniesieniu do takich kabli.

Zacznijmy od cechy najważniejszej w sensie najbardziej odróżniającej – od spokojnego tła. Tło niewątpliwie było wyróżnikiem, żaden z pozostałych kabli (przy cenowym zakresie 6 – 25 tys. PLN) takiego nie miał. Nazywanie go martwym byłoby błędem, ale nazywanie spokojnym zbytu upraszczało. Przejawiało obecność w inny sposób: rzeczywiście uspokojone, w sensie emocjonalnym nawiązujące nawet do kosmicznej pustki – z niej jakby wyłaniające dźwięki, takie powstawało wrażenie. Lecz nie z towarzyszeniem zimna czy martwoty – temperaturę utrafiono idealnie, dzięki czemu nie myślało się o niej. I było w tym kosmosie także życie, lecz w dużej części odfiletowane z szumu.

Zwolennicy słuchania muzyki z towarzyszeniem takiego szumu w dużych dawkach – smakosze dźwiękowego planktonu i miriad pyłków ożywiających przestrzeń (nie wnikając w słuszność takiej obfitości oraz genezy – nagranie czy aparatura) nie powinni kabli zasilających Shunyaty wybierać, ponieważ w ich towarzystwie tego nie znajdą. Za sprawą jej przewodów (przynajmniej tych zasilających) ekspozycyjny prym wiodą nie szumy tła, wiodą go brzmienia główne z wszystkich muzycznych planów. Brzmieniowy kurz usuwa niewidzialny odkurzacz, coś z niego pozostaje, ale taki margines, że traci formę uczestnictwa, nieomal cechę istnienia. Co jednak nie oznacza, że wraz z tym redukuje się przestrzeń jako aktor spektaklu. Przeciwnie – właśnie nabiera znaczenia poprzez cechy kolejne. Zaraz pierwszą przybliżenie pierwszego planu, następną pogłębienie scenerii.

Hmm…

Z kablem Shunyaty dźwięk staje się głośniejszy, bo pierwszy plan się przybliża. (Kolejność nie ma tu znaczenia, toteż nie będziemy jej deszyfrować – słuchającemu wszystko jedno czy jest głośniej, ponieważ pierwszy plan się przybliżył, czy skutkiem wzrostu głośności ten pierwszy wydaje się bliższy – jest głośniej, bliżej – basta.) To oczyszczenie z brzmieniowego pyłu powoduje też większą czystość medium; wraz z nią rzeczy dalsze stają się lepiej widoczne, a cała sceneria pogłębia. Przy czym mimo że jest oczyszczone, nawet bardziej niż kiedykolwiek, to medium uczestniczy, tak jak uczestniczy w podziwianiu górskiego pejzażu pustka przepaści nad którą stoisz. Niemalże niema tutaj pustka wciąga w siebie słuchacza, to z niej dźwięki się wyłaniają – czuje się ją cały czas jako pojemną sferę rozgrywki. To jest poczucie inne niż kiedy zasilać źródło drugim kablem – bardziej niezwykłe, osobliwe nawet; tworzące własną plastykę brzmienia i własną muzyczną narrację. Tym bardziej, że same brzmienia też zjawiają się inne… Przyjrzyjmy się tej wielorakiej inności.

Już powiedziałem, że większa czystość medium te dźwięki lepiej nam odsłania, oraz że bliskie nam przybliża, dalekie eksponuje wyraźniej. To ma ważkie następstwo, z wszystkich bodajże najważniejsze: wzmaga się stopień uczestnictwa, narasta bezpośredniość. Z jednej strony ją trochę osłabia to oczyszczenie z nagraniowego kurzu, ale same brzmienia to nadganiają, nadganiają z nawiązką. Już sama głośność i przybliżenie, a także transparentność medium, powodująca lepsze widzenie rzeczy dalszych, wzmagają uczestnictwo. I równocześnie owo oczyszczenie wzmaga poczucie niezwykłości, bardziej wraz z tym przykuwa uwagę. Ale nie to przede wszystkim chciałem powiedzieć, chciałem o formie samych dźwięków. Wpierw tylko jeszcze zauważę, że oczyszczenie tła nie przeradza się tutaj w martwą czerń. Czerni jako takiej w ogóle nie ma, bo nie ma tam żadnego koloru jako budującego tło. Ani czerni, jako kończącej ściany, ani szarości zgęszczających się przymgleń. Aż po horyzont wszystko widać, muzyki z tyłu nic nie domyka. Atmosfera wydaje się „czarna”, ale tylko wydaje. Gdy zaczynamy się przyglądać w badawczym nastawieniu, okazuje się że to tylko światło, a dokładniej światłocień. Tylko cienie za postaciami formują ciemną atmosferę, natomiast spektakl nie jest domknięty z tyłu czarną kotarą. Wszystko widać na przestrzał aż po najdalsze dale i to znowu jest inne niż ma miejsce zazwyczaj. Początkowo tego racjonalnie nie rozpoznajesz, tylko instynktownie wyczuwasz. Ale kiedy na tym skupisz uwagę, od razu się wyjaśnia. To nie jest tak unikalne jak stopień oczyszczenia medium, niemniej to nie jest stan przeważający; tak się nie dzieje, bądź nie do tego stopnia, w większości audiofilskich torów.  Tak więc kolejna cecha wyróżniająca, aczkolwiek nie tak mocna jak ta, do której mamy wrócić.

Przekonajmy się.

To plastyka samych dźwięków okazuje się wyjątkowo mocna w wyrazie. Już sama ich główna forma, to znaczy muzykalność, jest tutaj wyróżnikiem. Płynność i falowanie linii melodycznych nic nie zostawia do życzenia – to muzykalność szczytowa. Szczytowa jest też przezierność, w sensie tym razem nie pogłębiania sceny, a przenikania w same brzmienia. Dźwięki nie mają powłok, przez które nie da się przenikać. Wnikamy w ich cielesność rentgenem własnego słuchu; odsłaniają się głębsze warstwy, docieramy do samej istoty. To daje satysfakcję – cieszy cię sytuacja, w której brzmienia nie są uboższe niż w muzyce słyszanej na żywo. Bo jesteś audiofilem, bo kochasz muzykę jak prawdziwą. To na nią wydałeś pieniądze – i oto masz, przyszła. Może nie idealna, ale ideałowi bliska. Między innymi poprzez to, że soprany są tutaj z resztą brzmienia wyjątkowo dobrze spojone. Zarazem w pełni rozwinięte i pozbawione odrębności. Dwa tego dobitne przykłady: głos Piotra Skrzyneckiego czytającego „Wyprzedaż teatru” (do którego, jako próbki testowej, w każdym odsłuchu wracam) okazał się wyjątkowo naturalny, można powiedzieć: stuprocentowo. Wrażenie, że czyta ktoś siedząc obok, było w swym autentyzmie niezachwiane. Żadnego podbarwienia basem czy sopranem, najmniejszej kanciastości, utwardzenia, ocieplenia czy chłodu, obcości, przymilności – et cetera. Człowiek – nie mniej, nie więcej. W pełni uformowany, dotykalny, obdarzony bogactwem uczuć, które zmieniają się wraz z tekstem. Kolejny przykład – stepowanie (które też każdorazowo badam). Pełna równowaga na linii obcas-deska, a sceneria spektaklu nie odmalowana pogłosową przesadą i jednocześnie bez uproszczeń obecna. To echo (boska nimfa), do której w innej sprawie zwracał się François Villon, nie było ani przesadne, ani tubalne, ani też wyobcowujące. Było znów autentyczne. W każdym razie jako autentyk odbierane, jakbyśmy tam na miejscu byli. – I o to przecież chodzi w tym całym audiofilizmie.

A zatem trzy atuty: oprawa pogłosowa – jako forma najbardziej zewnętrzna; oprawa melodyczna – jako forma linii obrysu; oraz wielowarstwowość – jako forma tworzywa. To wszystko Shunyata Sigma NR gwarantował na poziomie szczytowym jako kabel zasilający źródło.

Same zaś tak formowane dźwięki wyprowadzane z głuchej ciszy, w kontraście do niej bardzo obecne – zarówno prowadzące, jak i towarzyszące (chórki, akompaniament, poszczególni śpiewacy w chórach i instrumenty w orkiestrach). Znakomita postać samego dźwięku i każdy dźwięk podkreślany kontrastem z ciszą tła. Do czego jeszcze dochodziło lepsze niż zazwyczaj ogniskowanie, ponieważ szumy tła i mocne pogłosowe aury kontury trochę zamazują. Zwykle się tego nie dostrzega, ale słuchając z udziałem Shunyaty było to oczywiste. Też inna jeszcze rzecz – dokładniej wymierzana odległość. Jasne, że takie lepiej zogniskowane źródła dźwięku dawały się lokalizować lepiej, a wraz z tym jeszcze to, że w tej sytuacji lepsza holografia. Gdzie jeden, a gdzie drugi, i jak daleko jeden za drugim – to było dokładniej pokazane, z tego satysfakcja kolejna. Ser bez serwatki i pokrojony w kostki jakby ostrzejszym nożem – tak można by opisowo ująć to filtrowanie szumu i wraz z nim lepsze ogniskowanie.

Skomplikowane?

Z innych, bardziej typowych rzeczy: świetna kontrola basu i brak jego rozlewania, ogarniania całej przestrzeni. Ciekawa umiejętność częściowego przynajmniej wyprowadzania w słuchawkowym odbiorze dźwięków z głowy. (Stereofonia bardziej dookólna.) Dzięki czyszczeniu tła lepiej też widoczne szczegóły, aż po szczegółowość na maksa. (Bardzo uważnie ją zbadałem i okazała się ekstremalna.) Doskonała, można powiedzieć „czysta” trójwymiarowość – jako opowiadanie każdego dźwięku bryłą. Jak również naturalizm w odniesieniu do wszystkiego, poza tą może filtracją. Wspomniana już neutralna temperatura, brak osładzania i przymilania ponad potrzebę, także nienaturalnej gładkości. We wszystkim równowaga, wszystko trójwymiarowe i wyraźne, pogłosy realizowane oszczędnie, ale spełniające swą rolę.

Gdyby natomiast szukać wad (jako że kto ich nie ma), to może paść pytanie: czy aby nie za sterylnie? Do czego się odniosę w zaczynanym podsumowaniu.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: Shunyata Sigma NR

  1. Piotr Ryka pisze:

    Przepraszam za przerwę w publikacjach (kolejna recenzja od paru dni gotowa), ale administrator techniczny urlopuje do końca tego tygodnia.

  2. Miltoniusz pisze:

    Bardzo ciekawy test. Od paru lat mam jedną Shunyatę do źródeł. Gruba, leciuteńka, giętka. Bardzo ją lubię ale jest niezwykle chimeryczna. Nie dość że musi leżeć na podstawkach, niczego innego nie dotykać to jeszcze to leżenie musi idealnie zgrywać płaszczyznę kabla i podstawki (drewniany Cardas). No i jeszcze musi się „uleżeć”. Wtedy jest cudownie otwarta, naturalna i przestrzenna. W przeciwnym razie to muł którego nie chce się słuchać. Przesadzam? Ani trochę. Może więc da się jeszcze trochę wycisnąć z tej testowej. Pozdrawiam.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Testowana już wyjechała, więc niestety nie sprawdzę jak leżakuje. Ale dziękuję za ciekawą uwagę.

  3. Michał pisze:

    Witam.Panie Piotrze, bardzo proszę o recenzje bezprzewodowych słuchawek Sony wh-1000xm4. Wielu recenzentów rozplywało się z zachwytu nad xm3 a 4 podobno są jeszcze lepsze.Chwalil pan bardzo momentum M3,ciekaw jestem jak te Sony wypadają na ich tle. Potrzebuje „czegoś na wynos” I bardzo interesuje mnie, jak i wielu innych, pana obiektywne zdanie na ich temat. Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Z Sony się kiepsko współpracuje, ale mogę spróbować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy