Recenzja: Shunyata Sigma NR

   Dawno nie było o zasilaniu, wciąż przetworniki i słuchawki. A jak nie one, to podstawki. Tymczasem zasilanie od zimy nietknięte leży – i co to za zima była w tym roku… gdzie się podziały niegdysiejsze śniegi?

O klimacie może przy innej okazji, natomiast wspomnę o François Villonie, autorze „Ballady o Paniach Minionego Czasu”

Ty, Echo, co głos wracasz skory,
Gdy pomknie nad strumienia biegi,
Mów, gdzie są Piękne dawnej pory?…
Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!

Co do Villona, to najsławniejszym był francuskiego średniowiecza poetą, zarazem hulaką, rabusiem i mordercą. Wymigał się jednak od stryczka, chociaż posiedział nie raz i nie dwa w więzieniu, a na pytanie: – Jak to możliwe: poezja i morderstwo spojone w jednej duszy? – pada odpowiedź jego pióra w największym dziele, „Wielkim testamencie”:

Nic nie rozumiem.
— Owszem: muchy w mleku,
Ot, białe, czarne, tak jest i w człowieku.

Zostawmy średniowiecze i czarno-białą duszę François Villona, zostawmy jego dawne Piękne[1], śniegi, mleko i muchy – wracajmy na nasze pole. Z tym, że opisywany kabel będzie również czarny… Lecz nie jak tamte muchy mały, ale jako ten wąż długi…

Shunyata Research to marka zaistniała nie jakoś bardzo dawno, bo w 1997 roku. Za to mająca za wizytówkę wyjątkowo spektakularny debiut za sprawą kondycjonerów Hydra, które momentalnie zawojowały rynek, zdobywając światową sławę. Okrytą na dodatek nimbem tajemniczości, jako że był w tych Hydrach tajemny proszek kosmiczno-militarny, niczym pyłek ze skrzydeł wróżki w przygodach Piotrusia Pana umożliwiający czarodziejskie wzloty, tyle że wzloty dźwięku. I trzeba jeszcze dodać, że człowiek-orkiestra założyciel całego przedsięwzięcia – naukowiec i wynalazca Caelin Gabriel – pracował przed założeniem własnej firmy dla agencji kosmicznej i agencji bezpieczeństwa narodowego USA, jako specjalista od odszumiania danych i technologii szybkiego transferu. Wypada zatem stwierdzić: – Właściwy człowiek na właściwym miejscu! I tym to jeszcze wzmocnić, że urządzenia Shunyaty są używane nie tylko przez audiofili i w studiach nagraniowych, ale także w placówkach medycznych, gdzie dbają o ludzkie życie. Trudno o lepszą rekomendację.

[1] Chodzi o dawne kobiece piękności; o to, że przeminęły – i jakże to tak, że piękno przed zatratą nie chroni? Dlaczego taki świat?

Dlaczego Shunyata Sigma NR, a nie jakiś inny taki kabel?

Czy na pewno w tę stronę?

   Szczególnie, że za ten przyjdzie zapłacić 15 750 PLN (przy standardowej długości 1,75 m) plus ewentualnie 840 złotych za każde dodatkowe ćwierć metra. Odwołując się do porównań Villona można by zatem orzec, iż ceny są tu czarne (jako też i sam kabel), natomiast zasługi winny być wobec tego jako śnieg albo mleko białe, bo inaczej to nie ma sensu. Do zasług zaraz dojdziemy, tymczasem o tej czerni.

Dlaczego to właśnie ona, taka droga, stać ma się naszym wyborem, o tym naturalnie producent ma coś do powiedzenia. Poczynając od tego, że kabel nie tylko prąd lepiej od innych ma przewodzić i przed zakłóceniami chronić, ale też lżejszy jest i giętszy od kabli konkurencji. Nie jest natomiast cieńszy – i to już niejako tradycja; przewody zasilające Shunyaty zawsze były grubaśne. Ale tak sympatycznie, gdyż właśnie lekkie są i giętkie, czyli po wzięciu do ręki przyjemne zaskoczenie. Mięśnie się same napinają, aby dźwignąć grubasa, tymczasem to wydmuszka. I faktycznie – wydmuszka. Cała ta lekkość, giętkość bierze się bowiem z tego, że przewodząca wiązka to nie sztywnawe, ciężkie, lite druty, tylko rurki. I bardzo słusznie rurki (aczkolwiek to technicznie trudne) jako że prąd w każdym przewodzie śmiga jedynie po powierzchni. Czytający recenzje kabli zasilających wiedzą to doskonale, to abecadło przewodzenia. Ale od wiedzieć do wykonania przewodników z cienkich rurek wiedzie daleka droga. Shunyata jednak ją przebyła, w końcu to firma z technologicznego topu. A same rurki – nie inaczej – są z najlepszego przewodnika. Firma używa do ich sporządzania miedzi o symbolu OFE Alloy 101 (czystość minimum 99,99%, przewodności 101% IACS), jak również miedzi PCOCC (Pure Cooper by Ohno Continuous Casting), czyli najwyższej klasy długokrystalicznej w technologii opracowanej przez Hideo Ohno. Same stworzone przez nią rurki noszą oznakowanie VTX™, co nawiązuje nie tylko do nich samych, ale też i sposobu ułożenia – sześć tworzy specyficzny warkocz wokół pustego środka. Poza lekkością i giętkością ich pustość czyni przewód wolnym od pasożytniczych prądów wirowych, czyli z tej pustki same plusy, bo też oszczędność materiału. Prócz rurek w całym przedsięwzięciu uczestniczą filtry klasy medycznej CCI™, redukujące cudze i własne szumy prądowe, jak również produkcji samej Shunyaty konektory (gniazda) CopperCONN®, które są także z czystej miedzi, co cały proces przewodzenia uwalnia od zaburzających przejść między różnymi metalami. (W innych przewodach bardzo często to nawet są trzy przejścia, w dodatku po trzy z każdej strony.) Zwieńczeniem dzieła proces KPIP™ (Kinetic Phase Inversion Process) opracowany osobiście przez Caelina Gabriela, dzięki któremu inną, efektywniejszą drogą uzyskuje się te same korzyści, co płynące z długotrwałego wygrzewania i kriogenicznej obróbki przewodów.

I jak zasila trąbienie?

Finalnie dostajemy Shunyata Research Sigma NR – najwyższy po dwóch referencyjnych Omegach w ofercie sławnej marki zasilający kabel. Są tacy, którzy twierdzą, że równie dobry dla wzmacniaczy, inni, że przeznaczony jedynie dla źródeł; sam producent jasno wykłada, że przeznaczony tylko do tych ostatnich, co oznajmiają litery NR w nazwie, bo dla wzmacniaczy są XC.

Przewód jest jak mówiłem drogi i rzeczywiście cały czarny, za wyjątkiem srebrzystych opasek na wtykach. Szerokie na grubość palca leciutko w korpusy wtyczek się wtapiają, niosąc po jednej stronie logo firmy, po drugiej napis ΣSigma NR. Reszta to jednolita czerń, przy czym na giętkiej długości między wtykami pokrycie stanowi gęsta siatka z tworzywa o nieznanym składzie. Kabel aż tak bardzo jest giętki, że bez wysiłku przy długości niewiele ponad półtora metra można go zwinąć w podwójny, a nawet potrójny precel, nie jest natomiast prawdą, że bolce wtyków są z samej miedzi – są powleczone srebrno połyskującym metalem – niklem, a może rodem? (Raczej niklem.) Co chroni przed tej miedzi utlenianiem, ale powoduje owo degradujące przejście, o którym przed chwilą była mowa.

Ulegając powszechnej teraz modzie Shunyata przeszła z opakowaniami na tekturowe pudełka, których szczytnym tytułem do chluby jest bezbolesny dla środowiska naturalnego recykling, z ochroną morskiej fauny na czele. (Tak swoją drogą, to dość przewrotne, że poszczególne kraje u siebie i gremia międzynarodowe na rzecz stanowiących wspólne dobro oceanów nie powołały odpowiednich służb do oczyszczania planety z plastiku. Tyle słyszy się pisku, krzyku o wysokim bezrobociu i zanieczyszczeniu ekosfery, a połączenie tych dwóch rzeczy jakoś się dysponentom nie nastręcza. – Bo oczywiście szkoda pieniędzy, a bezrobotni w zamożnych krajach też się do takiej pracy nie garną.)

O czerni cen i okryw w takim razie już było, pora poszukać bieli zasług.

Odsłuch

No jak?

   Darowałem sobie tym razem wycieczki od toru do toru, nie darowałem natomiast porównań do pozostałych kabli zasilających z górnych półek, którymi dysponuję. Z tym, że w relacji potraktowane zostaną zbiorczo, jako ogólne tło dla flagowej do niedawna Shunyaty, co dobrze uzasadnia się faktem, że od wszystkich okazała się różna; operująca unikalnymi, sobie tylko właściwymi cechami.

Bezzwłocznie przejdźmy do tych cech, z których oczywiście tylko niektóre były unikalne, większość wspólna. Z uwagi jednak na dużą siłę oddziaływania, to unikalne dyktowały warunki – ich wpływ okazał się decydujący. W efekcie Shunyata Sigma NR wyraźnie odbiegała (nie mylić z odstawała, albowiem nic z tych rzeczy), kreując własną postać brzmienia. Nie pozostaje zatem nic innego, jak o tym opowiedzieć.

Nie będzie to opowieść nowa, ponieważ uczestnicząca w odbytym kiedyś porównaniu drogich przewodów zasilających Shunyata Anaconda ZITRON (bardzo podobnie kosztująca) zaprezentowała zbliżony zestaw cech, z czego jasno wynika, że ma Shunyata własny styl w odniesieniu do takich kabli.

Zacznijmy od cechy najważniejszej w sensie najbardziej odróżniającej – od spokojnego tła. Tło niewątpliwie było wyróżnikiem, żaden z pozostałych kabli (przy cenowym zakresie 6 – 25 tys. PLN) takiego nie miał. Nazywanie go martwym byłoby błędem, ale nazywanie spokojnym zbytu upraszczało. Przejawiało obecność w inny sposób: rzeczywiście uspokojone, w sensie emocjonalnym nawiązujące nawet do kosmicznej pustki – z niej jakby wyłaniające dźwięki, takie powstawało wrażenie. Lecz nie z towarzyszeniem zimna czy martwoty – temperaturę utrafiono idealnie, dzięki czemu nie myślało się o niej. I było w tym kosmosie także życie, lecz w dużej części odfiletowane z szumu.

Zwolennicy słuchania muzyki z towarzyszeniem takiego szumu w dużych dawkach – smakosze dźwiękowego planktonu i miriad pyłków ożywiających przestrzeń (nie wnikając w słuszność takiej obfitości oraz genezy – nagranie czy aparatura) nie powinni kabli zasilających Shunyaty wybierać, ponieważ w ich towarzystwie tego nie znajdą. Za sprawą jej przewodów (przynajmniej tych zasilających) ekspozycyjny prym wiodą nie szumy tła, wiodą go brzmienia główne z wszystkich muzycznych planów. Brzmieniowy kurz usuwa niewidzialny odkurzacz, coś z niego pozostaje, ale taki margines, że traci formę uczestnictwa, nieomal cechę istnienia. Co jednak nie oznacza, że wraz z tym redukuje się przestrzeń jako aktor spektaklu. Przeciwnie – właśnie nabiera znaczenia poprzez cechy kolejne. Zaraz pierwszą przybliżenie pierwszego planu, następną pogłębienie scenerii.

Hmm…

Z kablem Shunyaty dźwięk staje się głośniejszy, bo pierwszy plan się przybliża. (Kolejność nie ma tu znaczenia, toteż nie będziemy jej deszyfrować – słuchającemu wszystko jedno czy jest głośniej, ponieważ pierwszy plan się przybliżył, czy skutkiem wzrostu głośności ten pierwszy wydaje się bliższy – jest głośniej, bliżej – basta.) To oczyszczenie z brzmieniowego pyłu powoduje też większą czystość medium; wraz z nią rzeczy dalsze stają się lepiej widoczne, a cała sceneria pogłębia. Przy czym mimo że jest oczyszczone, nawet bardziej niż kiedykolwiek, to medium uczestniczy, tak jak uczestniczy w podziwianiu górskiego pejzażu pustka przepaści nad którą stoisz. Niemalże niema tutaj pustka wciąga w siebie słuchacza, to z niej dźwięki się wyłaniają – czuje się ją cały czas jako pojemną sferę rozgrywki. To jest poczucie inne niż kiedy zasilać źródło drugim kablem – bardziej niezwykłe, osobliwe nawet; tworzące własną plastykę brzmienia i własną muzyczną narrację. Tym bardziej, że same brzmienia też zjawiają się inne… Przyjrzyjmy się tej wielorakiej inności.

Już powiedziałem, że większa czystość medium te dźwięki lepiej nam odsłania, oraz że bliskie nam przybliża, dalekie eksponuje wyraźniej. To ma ważkie następstwo, z wszystkich bodajże najważniejsze: wzmaga się stopień uczestnictwa, narasta bezpośredniość. Z jednej strony ją trochę osłabia to oczyszczenie z nagraniowego kurzu, ale same brzmienia to nadganiają, nadganiają z nawiązką. Już sama głośność i przybliżenie, a także transparentność medium, powodująca lepsze widzenie rzeczy dalszych, wzmagają uczestnictwo. I równocześnie owo oczyszczenie wzmaga poczucie niezwykłości, bardziej wraz z tym przykuwa uwagę. Ale nie to przede wszystkim chciałem powiedzieć, chciałem o formie samych dźwięków. Wpierw tylko jeszcze zauważę, że oczyszczenie tła nie przeradza się tutaj w martwą czerń. Czerni jako takiej w ogóle nie ma, bo nie ma tam żadnego koloru jako budującego tło. Ani czerni, jako kończącej ściany, ani szarości zgęszczających się przymgleń. Aż po horyzont wszystko widać, muzyki z tyłu nic nie domyka. Atmosfera wydaje się „czarna”, ale tylko wydaje. Gdy zaczynamy się przyglądać w badawczym nastawieniu, okazuje się że to tylko światło, a dokładniej światłocień. Tylko cienie za postaciami formują ciemną atmosferę, natomiast spektakl nie jest domknięty z tyłu czarną kotarą. Wszystko widać na przestrzał aż po najdalsze dale i to znowu jest inne niż ma miejsce zazwyczaj. Początkowo tego racjonalnie nie rozpoznajesz, tylko instynktownie wyczuwasz. Ale kiedy na tym skupisz uwagę, od razu się wyjaśnia. To nie jest tak unikalne jak stopień oczyszczenia medium, niemniej to nie jest stan przeważający; tak się nie dzieje, bądź nie do tego stopnia, w większości audiofilskich torów.  Tak więc kolejna cecha wyróżniająca, aczkolwiek nie tak mocna jak ta, do której mamy wrócić.

Przekonajmy się.

To plastyka samych dźwięków okazuje się wyjątkowo mocna w wyrazie. Już sama ich główna forma, to znaczy muzykalność, jest tutaj wyróżnikiem. Płynność i falowanie linii melodycznych nic nie zostawia do życzenia – to muzykalność szczytowa. Szczytowa jest też przezierność, w sensie tym razem nie pogłębiania sceny, a przenikania w same brzmienia. Dźwięki nie mają powłok, przez które nie da się przenikać. Wnikamy w ich cielesność rentgenem własnego słuchu; odsłaniają się głębsze warstwy, docieramy do samej istoty. To daje satysfakcję – cieszy cię sytuacja, w której brzmienia nie są uboższe niż w muzyce słyszanej na żywo. Bo jesteś audiofilem, bo kochasz muzykę jak prawdziwą. To na nią wydałeś pieniądze – i oto masz, przyszła. Może nie idealna, ale ideałowi bliska. Między innymi poprzez to, że soprany są tutaj z resztą brzmienia wyjątkowo dobrze spojone. Zarazem w pełni rozwinięte i pozbawione odrębności. Dwa tego dobitne przykłady: głos Piotra Skrzyneckiego czytającego „Wyprzedaż teatru” (do którego, jako próbki testowej, w każdym odsłuchu wracam) okazał się wyjątkowo naturalny, można powiedzieć: stuprocentowo. Wrażenie, że czyta ktoś siedząc obok, było w swym autentyzmie niezachwiane. Żadnego podbarwienia basem czy sopranem, najmniejszej kanciastości, utwardzenia, ocieplenia czy chłodu, obcości, przymilności – et cetera. Człowiek – nie mniej, nie więcej. W pełni uformowany, dotykalny, obdarzony bogactwem uczuć, które zmieniają się wraz z tekstem. Kolejny przykład – stepowanie (które też każdorazowo badam). Pełna równowaga na linii obcas-deska, a sceneria spektaklu nie odmalowana pogłosową przesadą i jednocześnie bez uproszczeń obecna. To echo (boska nimfa), do której w innej sprawie zwracał się François Villon, nie było ani przesadne, ani tubalne, ani też wyobcowujące. Było znów autentyczne. W każdym razie jako autentyk odbierane, jakbyśmy tam na miejscu byli. – I o to przecież chodzi w tym całym audiofilizmie.

A zatem trzy atuty: oprawa pogłosowa – jako forma najbardziej zewnętrzna; oprawa melodyczna – jako forma linii obrysu; oraz wielowarstwowość – jako forma tworzywa. To wszystko Shunyata Sigma NR gwarantował na poziomie szczytowym jako kabel zasilający źródło.

Same zaś tak formowane dźwięki wyprowadzane z głuchej ciszy, w kontraście do niej bardzo obecne – zarówno prowadzące, jak i towarzyszące (chórki, akompaniament, poszczególni śpiewacy w chórach i instrumenty w orkiestrach). Znakomita postać samego dźwięku i każdy dźwięk podkreślany kontrastem z ciszą tła. Do czego jeszcze dochodziło lepsze niż zazwyczaj ogniskowanie, ponieważ szumy tła i mocne pogłosowe aury kontury trochę zamazują. Zwykle się tego nie dostrzega, ale słuchając z udziałem Shunyaty było to oczywiste. Też inna jeszcze rzecz – dokładniej wymierzana odległość. Jasne, że takie lepiej zogniskowane źródła dźwięku dawały się lokalizować lepiej, a wraz z tym jeszcze to, że w tej sytuacji lepsza holografia. Gdzie jeden, a gdzie drugi, i jak daleko jeden za drugim – to było dokładniej pokazane, z tego satysfakcja kolejna. Ser bez serwatki i pokrojony w kostki jakby ostrzejszym nożem – tak można by opisowo ująć to filtrowanie szumu i wraz z nim lepsze ogniskowanie.

Skomplikowane?

Z innych, bardziej typowych rzeczy: świetna kontrola basu i brak jego rozlewania, ogarniania całej przestrzeni. Ciekawa umiejętność częściowego przynajmniej wyprowadzania w słuchawkowym odbiorze dźwięków z głowy. (Stereofonia bardziej dookólna.) Dzięki czyszczeniu tła lepiej też widoczne szczegóły, aż po szczegółowość na maksa. (Bardzo uważnie ją zbadałem i okazała się ekstremalna.) Doskonała, można powiedzieć „czysta” trójwymiarowość – jako opowiadanie każdego dźwięku bryłą. Jak również naturalizm w odniesieniu do wszystkiego, poza tą może filtracją. Wspomniana już neutralna temperatura, brak osładzania i przymilania ponad potrzebę, także nienaturalnej gładkości. We wszystkim równowaga, wszystko trójwymiarowe i wyraźne, pogłosy realizowane oszczędnie, ale spełniające swą rolę.

Gdyby natomiast szukać wad (jako że kto ich nie ma), to może paść pytanie: czy aby nie za sterylnie? Do czego się odniosę w zaczynanym podsumowaniu.

Reasumując

  Każdy ma swój sposób życia – upodobania, idiosynkrazje, popleczników i wrogów. Sherlock Holmes był na przykład w wizji Artura Conan Doyle’a geniuszem spostrzegawczości i indukcyjnej syntezy (niesłusznie nazywanej dedukcją), lubiącym wokół siebie bałagan. Z kolei Kubuś Puchatek lubił zjeść i pomruczeć, a nie lubił, gdy mu marzną paluszki. W odniesieniu do kabla zasilającego Shunyata Sigma NR padają pytania kluczowe: – Czy wolisz dźwięki w otoczeniu idealnego porządku scenerii, lepszego niż ma to miejsce zazwyczaj? – Też wyeksponowane wyraźniej i w odniesieniu do trójwymiarowości szczególnie dopieszczone? Jak również wykreowane pod postacią pięknej melodyjności i dające się dogłębnie poznawać w odniesieniu do swej istoty, bo odsłaniające głębsze warstwy? To oczywiste, że takie wolisz. – Ale czy też za tę cenę wyłaniania z kosmicznej niemal pustki, bo z nieobecnym prawie szumem tła? Też przy okazji mniejszym zmieszaniem, jako że ten porządek? A może wolisz jednak szczyptę bałaganu i pewnych odstępstw od ideału – dodatku ciepła albo chłodu, cienistości lub mocniejszego światła? Z towarzyszeniem szumu tła, który zaburza wprawdzie widzenie, ale ożywia każdy skrawek? – Wszystkiego chcę! – powie łakomy. Ale wszystko kosztuje drożej. Shunyata ma dwa dużo droższe kable zasilające Omega i ma drogie kondycjonery. Zapewne za ich sprawą możemy dostać więcej. Natomiast Shunyata Sigma NR wpięta do listwy Power Base podała to, co opisałem. To bardzo, bardzo dużo. To audiofilski festyn, ale to jeszcze nie „wszystko”. Trzeba zatem wybierać: czy więcej szumu – czy ekspozycji dźwięków; zawirowania – czy porządku; czystości medium – czy jego gęstej obecności; przezierności – czy jednolitej czerni tła; sopranowego wzmożenia – czy idealnego wyważenia sopranów? To ostatnie, to już w przedziale upodobań własnych odbiegających od normy, ponieważ nie może być sopranów lepszych aniżeli prawdziwe, ale w świecie muzycznych nagrań ktoś może woleć inne. Co do mnie, to relację zdałem. Shunyaty Sigmy mi nie dali, a kończąc zauważę, iż jasnym jest, że bardziej będzie pasowała do źródeł w pełni high-endowych o bogatym życiu wewnętrznym, w którego czasem nieład (jak ten Sherlocka Holmesa) wprowadzi czynnik porządku. Dla tych zaś, dla których jak najlepsza ekspozycja samych dzięków, idealny porządek sceny i szczegółowość maksymalna są czynnikami przewagi, dla nich jest właśnie ta Shunyata.

 

W punktach

Zalety

  • Szczególna, sobie właściwa umiejętność eksponowania poszczególnych dźwięków.
  • Co dotyczy wszystkich brzmieniowych planów.
  • Dźwięków trójwymiarowych.
  • Bardzo dobrze zogniskowanych.
  • Bardzo czytelnych.
  • O perfekcyjnie muzycznych obrysach. (Zero utwardzeń, kantów.)
  • Nasyconych.
  • Dociążonych.
  • Ogólnie w manierze neutralnej – stylu złotego środka.
  • Popisowo transparentne medium. (Dla niektórych aż za.)
  • Żadnych ograniczeń dla widoczności.
  • Wraz z tym żadnej bariery za dźwiękami.
  • I lepsza holografia.
  • Wyjątkowo dobrze spojone z pasmem i prawidłowo oddane soprany.
  • Nie tylko trójwymiarowe, ale także przyczyniające się do naturalizmu pogłosów.
  • Głośniejsze całe brzmienie i bliższy pierwszy plan.
  • Po drugiej stronie większa głębia sceny.
  • Stereofonia bardziej dookólna.
  • Całościowa równowaga składników. (Wyjąwszy oczyszczenie z planktonu.)
  • Głębokie przenikanie w materię brzmienia.
  • Doskonale kontrolowany bas.
  • Pełne odczucie uczestnictwa w spektaklu.
  • Popisowy realizm ludzkich głosów.
  • Wraz z tym tych głosów spotęgowana obecność.
  • Szczególnie transparentne medium wraz z wzorcową ekspozycją dźwięków zapewniają szczegółowość najwyższego poziomu.
  • Żadnego ocieplania, oziębiania, utwardzenia, spłaszczania, ściemniania, rozjaśniania, upraszczania itp.
  • Wyjątkowo giętki.
  • Wyjątkowo lekki.
  • Uwalniające od zniekształceń rurkowe przewody.
  • Ograniczenie przejść metal-metal dzięki wtykom CopperCONN®.
  • Filtry klasy medycznej CCI™.
  • Miedź PCOCC.
  • Procedura KPIP™, zastępująca wygrzewanie i kriogenizację.
  • Przypisany do konkretnego rodzaju urządzeń (źródeł).
  • Do niedawna topowy.
  • Sławny producent.
  • Polska dystrybucja.
  • Dedykowane kondycjonery.

 

Wady i zastrzeżenia.

  • Trzeba być rozgarniętym przy zakupie, bo właśnie tylko dla źródeł.
  • Odfiltrowanego planktonu może niektórym brakować.
  • Kosmiczna cisza tła za dźwiękiem nie pozostawia obojętnym; to będzie się podobało albo nie, chociaż nie popadajmy w przesadę – to nie jest coś bardzo się narzucającego. Tym niemniej słychać, że nie słychać (szumu).
  • Jak to teraz z topowymi kablami – tanio nie jest.

 

Dane techniczne Shunyata Sigma NR:

  • Kabel zasilający przeznaczony do źródeł dźwięku – Shunyata Sigma NR.
  • Standardowa długość: 1,75 m.
  • Przewodnik: miedź PCOCC i miedź OFE Alloy 101.
  • Wtyki miedziane CopperCONN®.
  • Filtracja klasy medycznej CCI™.
  • Producent: Shunyata Research.
  • Obróbka końcowa: proces KPIP™.
  • Cena: 15 750 PLN (przy standardowej długości, plus kolejne 840 złotych za każde dodatkowe ćwierć metra

 

System:

  • Źródło: Ayon CD-T II Signature.
  • Przedwzmacniacz/wzmacniacz słuchawkowy: ASL Twin-Head Mark III.
  • Słuchawki: HEDDphone (kabel Sulek), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab) .
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali Client Evo 3.15.
  • Interkonekty analogowe: Sulek Edia & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Shunyata Sigma NR, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”, Synergistic Research MiG SX.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

5 komentarzy w “Recenzja: Shunyata Sigma NR

  1. Piotr Ryka pisze:

    Przepraszam za przerwę w publikacjach (kolejna recenzja od paru dni gotowa), ale administrator techniczny urlopuje do końca tego tygodnia.

  2. Miltoniusz pisze:

    Bardzo ciekawy test. Od paru lat mam jedną Shunyatę do źródeł. Gruba, leciuteńka, giętka. Bardzo ją lubię ale jest niezwykle chimeryczna. Nie dość że musi leżeć na podstawkach, niczego innego nie dotykać to jeszcze to leżenie musi idealnie zgrywać płaszczyznę kabla i podstawki (drewniany Cardas). No i jeszcze musi się „uleżeć”. Wtedy jest cudownie otwarta, naturalna i przestrzenna. W przeciwnym razie to muł którego nie chce się słuchać. Przesadzam? Ani trochę. Może więc da się jeszcze trochę wycisnąć z tej testowej. Pozdrawiam.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Testowana już wyjechała, więc niestety nie sprawdzę jak leżakuje. Ale dziękuję za ciekawą uwagę.

  3. Michał pisze:

    Witam.Panie Piotrze, bardzo proszę o recenzje bezprzewodowych słuchawek Sony wh-1000xm4. Wielu recenzentów rozplywało się z zachwytu nad xm3 a 4 podobno są jeszcze lepsze.Chwalil pan bardzo momentum M3,ciekaw jestem jak te Sony wypadają na ich tle. Potrzebuje „czegoś na wynos” I bardzo interesuje mnie, jak i wielu innych, pana obiektywne zdanie na ich temat. Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Z Sony się kiepsko współpracuje, ale mogę spróbować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy