Rzut ucha
Wzmacniacz stanął najpierw przy komputerze, ale zamiennie obsługiwanym przez przetworniki Phasemation, czekający na swoją recenzyjną kolej Soundaware Reference z wyosobnioną sekcją zasilania oraz, czego życzyło sobie SAEQ, ich przetwornik Pandora. Poziomy jakościowe generalnie zbliżone ze wskazaniem na Soundaware i Phasemation, przy czym różne u nich konwersje, bo Phasemation via konwerter iFi po kablu koaksjalnym, a Soundaware via Denafrips po AES/EBU. Do wyboru u tego ostatniego cztery procedury konwersji, lecz tylko dwie (moim kategorycznym osądem) do użycia w wymiarze maksymalnej jakości; po krótkiej dywagacji z samym sobą zdecydowałem się na proponujący najgęstsze brzmienie tryb NOS, a nie konwersję do DSD. Finalnie sygnał 384kHz/32bit, a wzmacniacz skonfigurowany w pozycji ATT/0 dB, w tej bowiem nie tylko najmocniejszy, ale również najbardziej czujny, najwrażliwszy na sygnał. Różnice wprawdzie nieznaczne, lecz w tej najwyżej podnosi głowę i najuważniej się wsłuchuje, a mnie w to graj, tak lubię. Sprawdziłem też dzięki Soundaware różnice między przesyłem via XLR i RCA[2]; i okazało się iż są takowe, a mianowicie przez XLR robi się o dwa stepy głośniej i tonalność zauważalnie w górę, przy jednoczesnym spadku gęstości oraz z lekka powabu. Zostało zatem RCA, jako przyjemniejszy w odbiorze i prawdziwszy w odczuciu przesył; tak cóż, nie ma co czasu zwlekać, hajda poprzez słuchawki.
Sennheiser HD 600
Na początek niedrogi klasyk (1350 PLN), który kiedy się zjawił (1997) uchodził za szczyt szczytów; ileż drogich wzmacniaczy, nie wyłączając mojego, powstało z myślą o nim. Dziś to zamierzchła przeszłość, cała się przetoczyła epoka, prawie wszystkie słuchawki mają teraz o rząd wielkości niższą impedancję, ale te Sennheisery wciąż pozostają w produkcji i świetnie się trzymają.
Podczas zbierania materiału mignęła mi przed oczami ocena, że SAEQ PDA-1b w trakcie odsłuchu „znika”, że nie ma własnej sygnatury, że jakby go nie było. Zupełnie się nie zgadzam, wrażenia miałem wręcz przeciwne – na tle większości pamiętanych wzmacniaczy przy opisanym ustawieniu okazał się ciemniejszy, gęstszy i bardziej biologiczny. Okazał też lampowy i wzorem świetnych lamp wysoce zhumanizowany – łączący miękkość i elastyczność kociego ruchu ze ssaczą ciepłokrwistością i przyczajoną do skoku energią. Co w przypadku spokojnej muzyki przekładało się na intensywność – doprawdy znakomitą – a w przypadku energetycznie ostrej jazdy, w rodzaju uwertur Rossiniego, symfonii Beethovena czy szałów Iron Maiden, przelatywało szarżą wcale nie lekkiej kawalerii ze sławnej uwertury von Suppégo. Kawaleria najcięższego rodzaju, ale zarazem cwałująca i bez skracania wybrzmień – sztandary w pełnym rozwinięciu, a kropierze targane porywem. Spowita czernią aranżacja HD 600, wspierana mocą i jakością SAEQ, nawet tą lekką kawalerię von Suppégo potrafiła dociążać i uczynić przytłaczającą, z lokalizacją na wielkiej scenie i imponującą strzelistością trójwymiarowych sopranów.
Żadnych nie miałem uwag prócz tej, że pracująca aparatura to jednak spory pieniądz – taniość słuchawek nie łagodziła, ale w porównaniu do tego, co miało nadejść niebawem, i tak było o wiele taniej. Przy czym wzięte tego dnia jako pierwsze Sennheisery, mimo iż poprzedniego słuchałem na finał drogich, nasuwały opinię, że lepsze słuchawki niepotrzebne, te w zupełności wystarczają. Może ciut się to brało z lepszych padów od ZMF, ale co najwyżej śladowo, poza tym takie pady to raptem czterysta złotych i samemu się instaluje. Imponujące połączenia intensywności, echowości i obszarowości muzyki, wspaniale mroczne aranżacje przy pełnym natlenieniu, przetykane błyskami, smugami i połyskami światła branego od sopranów; takiego natężenia energii (w tym basowego punchu) jeszcze w tych Sennheiserach nie słyszałem, co się popisowo łączyło z lampową elegancją i powabem. Czarny parowóz parł tłokami, sypał iskrami, buchał parą, a kiedy trzeba było (np. w „Arii” z Goldberg Variations pod palcami Glenn Goulda), zjawiało się połączenie zadumy i poetyckiego piękna w nieoczywistym zespoleniu poruszających dźwięków. Sam nie umiałem powiedzieć czy bardziej mi imponuje sama energetyczna postać brzmienia, czy doskonałość jej wkładania w trójwymiarową przestrzeń o doskonałej czystości i swobodzie transmisji. A we wszystkim tym spontaniczność, żadnego przymuszania ani żadnego tłumienia. Muzyka tryskająca i porywająca, grama pejoratywów.
Ze świadomością, że za chwilę inne słuchawki pokażą, co w tym mimo wszystko nie tak, wysoce niezadowolony przechodziłem na inne. Bo może już nie będzie tak cwałująco i nastrojowo? Tak spontanicznie i głęboko, wszechstronnie i swobodnie? Może nie tak aż elegancko? – Diabli zawczasu wiedzieć mogą…[3]
AudioQuest NightHawk
Utracona wspaniałość za nikczemne pieniądze (lata produkcji 2015 – 18, cena 2490 PLN) ukazała cieplejsze, słodsze, gładsze i bardziej optymistyczne brzmienie. Podobnie ciemne, jeszcze bardziej zmysłowe, jeszcze bardziej pociągające. Nie tak scenicznie rozpostarte (chociaż też bardzo w porządku), nie aż tak wibrujące w każdym punkcie przestrzeni; bardziej skupione na samych dźwiękach niż ich relacjach z przestrzenią i swobodzie transmisji. W zamian mocniejsze esencjalnie i potężniejsze basowo – mocniej agregujące do skondensowanej potęgi, bardziej oddziałujące ciosem i ciśnieniem niż pędem i porywem. A zatem inny rodzaj wspaniałości, bardziej skupiony na wykonawcy i sile pojedynczego dźwięku – bardziej skondensowany, aromatyczny, śpiewny i kolorowy. Więcej liryzmu niż ekspresji, mniej tlenu, więcej przydechu. Pełniejsze nuty, bardziej krągłe; smutek, w wypadku obecności, tonowany pogodą ducha.
Rzecz całościowo ujmując – mniej swobodnej ekstensji, więcej radości życia. Wokale na mocniejszym basowym podkładzie i same bardziej doposażone indywidualnymi cechami, koloryt swoich głosów mocniej eksponujące. Na długi dystans brzmienie prędzej mogące zmęczyć, ale niewątpliwie fascynujące, kapiące czernią basu i melodycznym złotem. A przecież – przecież nieraz brzmienie tych słuchawek jawi się poszarzałe i zamglone. Zawsze będzie basowe i zawsze ciśnieniowe, ale nie zawsze transparentne i ozdobione mocną barwą. A tu samo najlepsze, znów żadnych pejoratywów.
Ultrasone Tribute 7
W badaniu nieobecne słuchawki z przedziału 5 do 10 tys. złotych, jak również 10 do 20. Same jedne te Ultrasone z 2019 roku za 11 tys. – wspomnieniowe, limitowane[4] – tutaj wyposażone w kabel za dodatkowe cztery tysiące, czyniący już jednoznacznie drogimi.
A skoro wspominamy, to sobie powspominam, że pod długich wahaniach zastępowałem kiedyś tymi Ultrasone swe ukochane Grado RS1, ale nie tymi rocznicowymi, których wówczas nie było, tylko oryginałem Edition9[5], a ten od rocznicowych Tribute7 był lepszy jakościowo, precyzyjniejszy w muzycznych opisach.
Rzućmy za siebie historię – cóż, tamte były lepsze, ale wzmacniacz od SAEQ i z rocznicowych wycisnął to, co mało który umie, w efekcie przedkładając wysoce niepoślednie brzmienie. Bo powiedzmy od razu, to są trudne słuchawki, trudne po obu stronach. Bas mają tak potężny, że często skutkujący przerostem pogłosowym; soprany tak wyśrubowane, że często aż drażniące. Obydwa skraje trzeba objąć reżimem sferyczności, tylko należycie uprzestrzennione okażą się popisem. I tutaj się tak działo, a nie inaczej pomiędzy, gdzie często gubi się średnica w uścisku takich skrajów. Ale nie w tym przypadku, nie przy napędzaniu przez SAEQ. A nie dość, że nie wycofana, rzucała analogowy czar, jakby to były Focal Utopie czy Susvary, a nie te Ultrasone. Ciepło, powab i posmak długo ciągnionych wybrzmień, nawet słodycz i lepkość służyły za ozdobę – aż trudno było mi uwierzyć, że to te Ultrasone. Łatwiej uwierzyć natomiast przy energetycznych kawałkach, jako że poza Spirit Torino Valkyria nie ma żadnych słuchawek generujących takie energie i tak wysokie ciśnienia. SAEQ nie miał problemu ze zobrazowaniem tego, ze swej strony dodając elegancję brzmieniową i tym samym wpisując siebie na listę elitarnych wzmacniaczy, potrafiących te Ultrasone popisowo napędzać.
Dan Clark Audio STEALTH
Oto kolejne słuchawki z grupy zamkniętych i trudnych. Flagowe planary Dana Clarka są trudne trochę inaczej: nie dysponują tak potężnym basem, ale tak samo forsują soprany, przez co skrajnie są wyraziste. To nawet nie dość powiedziane – są analitycznie drążące. Swego czasu Michaił Botwinnik[6] o innym arcymistrzu, Tigranie Petrosjanie[7], powiedział, rozpamiętując sławną przegraną partię[8], że ten analizuje o jeden poziom głębiej. STEALTH może nie aż o cały poziom, niemniej z pewnością przynależą do najbardziej drążących, co przy ich oryginalnym kablu, mało dociążającym brzmienie, skutkowało ubocznie zauważalnym niedoborem masy, psującą odbiór przewagą sopranowego wyżyłowania nad konstruktem basowym. W tej sytuacji były to pierwsze słuchawki (i zarazem ostatnie), o których nie mogę napisać, że pokazały się z najlepszej strony. Pokazały się z dobrej, ale relatywnie najsłabiej, czemu łatwo mógłby zaradzić używany z nimi na co dzień kabel Tonalium, ale akurat był serwisowany, wybyły po lepsze wtyki.
HiFiMAN Susvara Unveiled
Etap zamykam nowymi Susvarami, bo przed nami całe rozdanie przy odtwarzaczu CD, a nie piszemy wszak epopei.
To na chwilę obecną referencyjne słuchawki redakcji spomiędzy przylegających nausznicami do głowy; referencyjne nie tylko dlatego, że najwrażliwsze na sygnał, ale także dysponowania najlepiej wyważonym pasmem, bycia najbardziej niuansowymi i przede wszystkim najwierniejszymi. Najmniej dodające od siebie, najuczciwiej obrazujące, najbliższe prawdzie muzycznej, niewątpliwie będące popisem. Energetycznie trochę ustępujące Ultrasonom i Spirit Torino, a w obrazowaniu przestrzeni siłą rzeczy nie aż tak spektakularne jak binauralne AKG K1000, ale wypadkowa ich cech to coś nadzwyczajnego, pobliże ideału możliwości odtwórczych. Bezpośredniość aż oszałamia miarą prawdziwości spektaklu, a jeszcze bardziej gdy okablowanie należy do szczytowych, jak tu miało to miejsce. Ten dreszczyk prawdziwości – ależ on jest przyjemny! – ale najczęściej zdarza się przy wielkotriodowych wzmacniaczach lampowych, a tu żadnych lamp w torze i taki sam nastrój. No i ci wykonawcy, dojmująco realni; przy całym szacunku do realizacji poprzednich, dopiero tutaj zaistnieli w całkowitym wymiarze. Do tego brak naddatków pogłosowych, zwrotu ku którejś stronie pasma, nadmiaru tego czy owego względem innych cech budujących. Trafienie w punkt wzorcowej odtwórczości, szkoda że przy takich kosztach…
[2] XLR Tellurium Q Black Diamond (kabel z natury ciemny i gęsty) vs Next Level Tech ETHER RCA, którego prędzej bym podejrzewał o wyższą tonalność i jaśniejsze światło, gdy tymczasem na odwrót.
[3] Moje Sennheiser HD 600 „Made in Ireland” są z samego początku produkcji i tyle pracowały, że oryginalne pady niemal do cna zetlały. Mimo to takie brzmienie.
[4] Jako jubileuszowa edycja rocznicowa Ultrasone Edition7 z 2004 roku.
[5] Wersja Edition7 z innym kablem i inną kolorystyką.
[6] Mistrz świata w szachach z lat 1948 – 1957, 1958 – 1960 i 1961 – 1963.
[7] Mistrz świata 1963 – 1969.













3300 € a 17 000 PLN to coś tu nie tenteges, 1 € musiałoby być po ponad 5 zł a tymczasem średni kurs to 4,2563 PLN za €…
Ale jak napisałem: dochodzi VAT, cło i inne opłaty, bo Serbia nie jest w UE. Sprzedawca coś nadmieniał, że może trochę spuścić, ale to tak nieoficjalnie.
Jaki sklep w Pl sprzedaje ten wzmacniacz?
Audeos: https://audeos.pl/pl/c/Wzmacniacze-sluchawkowe/94/1/default/4
Wkrótce PDA-1b (i inne modele SAEQ-a) powinny pojawić się w naszym sklepie online.
Nighthawk pod koniec dostępności był oferowany za 1250 PLN. To dowód na to, że w dzisiejszym świecie świetny produkt, choć staromodny w oczach masowego nabywcy jest niewiele warty. Dal mnie dobrze, dla świata źle. Mimo upływu lat, świetne słuchawki.
To był produkt wyjątkowy, podobnie jak siostrzane NightOwl. Chętnie bym się dowiedział z miarodajnego źródła, dlaczego zaprzestano produkcji.
Panie Piotrze, jak porównałby Pan dźwięk PDA-1b w odniesieniu do Niimbus US4?
Ciemniejszy, gęstszy, bardziej basowy, nie tak odnośnie pasma wyważony. Starszy Niimbus bardziej mi się od nowszego podobał, miał więcej tego czegoś, co określamy muzyczną magią. Z tym że ten Niimbus od SAEQ nie był tak całościowo gorszy, w pewnych aspektach pewnie lepszy, ale za dawno go słuchałem, żeby móc starannie porównać.
Tytułem uszczegółowienia. Bardzo podobał mi się zrecenzowany tu kiedyś Niimbus US4+, mniej jego następca US5, którego nie zrecenzowałem. Na moje odnośnie niego uwagi krytyczne zostałem poinformowany, że ostateczna wersja US5 będzie doskonalsza, coś tam ma jeszcze być zmienione, sprawa nie miała dalszego ciągu, o który sam też nie zabiegałem. Natomiast Niimbus US4+ podobał mi się ogromnie, z przykrością go odsyłałem i długo czułem nieobecność. Nie grał w stylu lampowym, był zatem inny niż SAEQ (co oczywiście jest umowne, ale do wyłapania); stylistycznie był takim jednym z najlepszych tranzystorów (aczkolwiek słabszym całościowo od Headtripa), a ten tranzystorowy styl też potrafi do mnie przemawiać. Szybkość, dynamika, wyważenie, maksymalna uwaga odnośnie wyłapania szczegółów, czystość medium i poprzez nie bliski kontakt z doskonale widocznymi wykonawcami, natomiast mniej czarowania ciepłem, światłocieniem, biologicznością.
Dziękuje bardzo.
Przyjechał Astell&Kern SP4000, ktoś zdaje się o niego pytał. No to będzie recenzja.
Panie Piotrze,jak wypada SAEQ PDA-1b w porównaniu do nieobecnego już w sprzedaży Trilogy 933?
Ma bardziej analogowe, gęste i ciemniejsze brzmienie. Ale klasa jakościowa chyba ta sama. (Za dawno tego Trilogy słuchałem.) Przesiadka niekonieczna, o ile ten Trilogy dobrze posadowiony w torze. Na pewno nie bez odsłuchu.
Dziękuję bardzo za odpowiedź.