Recenzja: SAEQ PDA-1b

      Wzmacniacz przyjechał z zapowiedzią czegoś nadzwyczajnego. Nic o nim nie wiedziałem, niczego zawczasu nie sprawdziłem, na co dzień co innego mnie zajmuje niż lista producentów audio i czytanie opinii o nich. Wypakowuję – i zdziwienie, a zarazem rozczarowanie. Przecież ja te wzmacniacze znam, to te sygnowane przez RAAL. Podczas sprawdzania okazało się, że SAEQ rozwija się do Serbian Audio EQipment (kiedyś z kropkami S.A.EQ.) i momentalnie jasnym stało, że to efekt kooperacji w ramach serbskiego sąsiedztwa. RAAL poprosiło SAEQ o stworzenie specjalnych wzmacniaczy dla ich innowacyjnych słuchawek wstęgowych, tak samo jak kiedyś JPS Labs® poprosiło Wells Audio w ramach kalifornijskiej współpracy o super mocny wzmacniacz dla ich nowego wzoru planarów ABYSS 1266. Ale czemu rozczarowanie? Ano z tej mianowicie racji, że te innowacyjne RAAL requisite SR-1b[1] wyraźnie lepiej grały z innymi wzmacniaczami niż własne. Dwa takie własne były oferowane i obydwa z nimi dostałem, lampowy (znacznie droższy) to jeszcze jako tako, tranzystorowy nawet nie zaistniał w recenzji, bo bym mu musiał zrobić zazi. A właśnie ten tu teraz bardzo podobny do tamtego, a równocześnie w telefonie peany i ho-ho, co też to będzie, pan będziesz zaskoczony. Przysyłający już słuchali tego i innych firmy, a ten, powiedzmy to od razu, przy cenie 3300 EUR należy do najtańszych w ofercie – szczytowe to tak będzie ze dwa do trzech razy tyle.    

      Na kanwie cen dywagacja krótka, że trzy trzysta byłoby jeszcze znośne, gdyby nie to, że Serbia nie należy do szczęsnych krain UE, dochodzi zatem VAT. Najniższy VAT w unijnym grajdołku ma tyciuteńki Luksemburg, tam ledwie 17%; biedaków z mikro księstwa na wyższe opłaty nie stać. – A my płacimy wielkopańskie całe sześć procent wyżej, w efekcie dostajemy w naszym wzmacniaczowym wypadku z górą cztery tysiące eur. Najpewniej dochodzą jeszcze jakieś cła i inne opłaty, pomimo obniżenia marży robi się tak mniej więcej 17 tys. złotych. A to już mało nie jest, aczkolwiek wciąż nie bardzo dużo; wzmacniaczy słuchawkowych kosztujących więcej i dużo więcej mamy szeroki wybór. Spośród nich większość lampowa, tranzystorowych dużo nie ma, tym niemniej są też takie – jest Mytek Manhattan i Enleum, jest Chord i T+A, są Niimbus, Matrix i Fidelice by Rupert Neve, a przede wszystkim na samym szczycie MSB, dCS i Wells Audio Headtrip. Tyle że większość zaopatrzono we wbudowane przetworniki, takie szacuje się inaczej.

      Suma summarum tytułowy nie jest tanim wzmacniaczem, ale też i nie bardzo drogim, za to wzmacniaczem tranzystorowym pozbawionym wbudowanego DAC. Co oznacza kręcenie nosem przez entuzjastów konstrukcji lampowych, jak również polujących na wbudowany przetwornik, lecz z drugiej strony dobre rzeczy: w lecie nie będzie prażył i prądu weźmie garstkę, a przetwornik można mu dobrać wedle własnego uznania. Z tym że, co warto wiedzieć, producent poleca w znośnej cenie $1200 własny DAC pod nazwą Pandora, można więc kompletować zestaw także w ramach rodziny.

     Spójrzmy w dossier firmowe. SAEQ pisze o sobie, że formowało się w Jugosławii, kraju odciętym od świata nie aż do tego stopnia jak reszta demoludów, ale jednak odciętym. Po upadku reżimu Tito Jugosławia zmieniła się w Serbię, otwartość jeszcze wzrosła, lecz wciąż nie była całkowita; bariery komunikacyjne i celne utrudniały działanie. A to przecież naonczas – od końca lat 60-tych po koniec 80-tych – mieliśmy do czynienia z rozkwitem i krzepnięciem dynamizującej się branży audio, jej wyjściem na szeroki świat. SAEQ działało już wtedy, specjalizując się w tranzystorach, ale zarazem specyficznie, bo nie z naciskiem na krzemowe. Preferowało wcześniejsze – lepsze dla dźwięku, acz nieporównanie trudniejsze dla produkcji masowej, stopowe tranzystory germanowe, opracowane i wdrożone przez GE i RCA pod datą 1951.   

     German był zatem wunderwaffe serbskiego producenta, zapewniając pod wieloma względami szlachetniejsze i powabniejsze brzmienie nie tylko od powstającego na bazie rozwiązań krzemowych, ale nawet od lamp.

    Wszystko to są wspomnienia Dragana Domanovica, spiritus movens przedsięwzięcia, który we współpracy z innymi doszedł do dziś cenionej marki SAEQ. Marka jakiś czas temu zaczęła pokazywać się w Monachium i w skutek spopularyzowała; słuchający wzmacniaczy SAEQ byli pod dużym wrażeniem. Efektem szereg zamówień i recenzji oraz wymian zdań na światowym forum Head-fi, pośrednio też ta pisanina.

      Zanim badawczym spojrzeniem obrzucę powierzchowność oraz badawczym uchem posprawdzam możliwości, zawczasu powezmę uwagę, aby się nie zniechęcać tymi przypiskami o RAAL, bowiem poniechać ten wzmacniacz to zrobić sobie krzywdę. Nie, żeby on był koniecznie taki, że innych już nie warto, ale kto wie, kto wie… Tak czy tak warto poznać. A ta porażka z RAAL wynikła ponoć z tego, że Dragana Domanovic nie stroił tamtego brzmienia, wyłącznie dał aparaturę.

 

[1] Wcześniejsze 1a nie miały dedykowanych wzmacniaczy, sam moduł dopasowujący do głośnikowych z przedziału 25 – 500 W.

Rzut oka

     Wzmacniacz ma średnie gabaryty tudzież kształt ma podłużny, analogicznie odnośnie bryły do energizerów Staksa. Cały w czerń obleczony połyskuje anodyzacją aluminiowego panelu, a blaszany korpus obejmujący pokryto mikro teksturą satynowej powłoki. Czerń narusza po lewej czerwono podświetlany, masywny włącznik kołyskowy, z prawej złote cyferki znaczników krokowego potencjometru, którego gałka też jest czarna, lecz czarną być nie musi. Pomiędzy, w złotej obwiedni, wypukłe i złocone litery godła SAEQ, pod godłem trzy skobelkowe przełączniki: XLR/RCA, -5/-10 dB i 0 dB/ATT, poniżej cztery gniazda słuchawkowe – dwa 4-piny, dwa duże jacki. Oprócz tego na wierzchu z lewej mały suwak skalowania napięcia 115/230 V, a pod maszyną trzy wypłaszczone niczym dawne talary sporej średnicy walce podstawy. Z tyłu po jednym wejściu RCA i XLR, trzypozycyjny, aktywowany z przodu przełącznik skobelkowy ATT: -10/0/-6 dB, mały suwaczek przełącznika pinów na gniazdach XLR i klasyczne wejście prądowe z szufladką bezpiecznika. Potencjometr chodzi z oporem, więc złącza ma solidne, a przede wszystkim, w odróżnieniu od niekrokowych, z czasem się nie osłabi. Włącznik świeci za mocno – dobrze będzie zasłonić, o sekcji zasilania piszą, że wyjątkowo stabilna i silna; mocy nie ma zabraknąć nawet dla najtrudniejszych słuchawek. (Przywołane z imienia Susvary.) Z kolei tranzystory germanowe obiecują bycie lepszymi nie tylko od mikrych w porównaniu krzemowych, ale nawet od lamp. Całość bardzo solidna w klasycznej poetyce sześcianu bez estetycznych wygibasów, ewentualnie czarne pokrętło może stać się czerwone, srebrne lub lśniąco albo ewentualnie matowo złote, gdyby komuś łasemu na nie brakowało kolorów.                                                                               

      Parametry techniczne mówią o mocy 2 x 2,5W/32Ω, mowa jest także o tym, że wszystkie wyjścia słuchawkowe mogą być jednocześnie obciążane bez straty mocy i jakości. Wzmacniacz waży niecałe pięć i pół kilograma przy dwudziestu dwóch centymetrach szerokości, a więc połówce racka. Przenosi gigantyczne pasmo akustyczne 15 Hz – 500 kHz i może obsługiwać słuchawki z przedziału oporności od 2 do 600 Ω. Zniekształcenia lokuje poniżej 0,3%, stosunek szumu do sygnału przekracza 95 dB. Podczas pracy konsumpcja prądu może dochodzić maksymalnie do 50 W, stan pasywny (muzyczna pauza) opiewa na 15 W, stanu oczekiwania nie ma, ponieważ tranzystory germanowe muszą stać cały czas pod prądem. Dyskretny obwód ma podwójne sprzężenie oraz (powtórzmy, bo naciskają) wyjątkowo stabilną i potężną agendę zasilania. Urządzenie się mało rozgrzewa, ale na wszelki wypadek z tyłu po lewej na pokrywie parę szczelin wentylacyjnych. Dopasowanie do napięć 115 i 230 V zapewnia czerwono oznaczony i zabezpieczająco zagłębiony wierzchni suwak, a pasowanie do napięcia 100 V wymaga użycia przełącznika umieszczonego wewnątrz.

Rzut ucha

      Wzmacniacz stanął najpierw przy komputerze, ale zamiennie obsługiwanym przez przetworniki Phasemation, czekający na swoją recenzyjną kolej Soundaware Reference z wyosobnioną sekcją zasilania oraz, czego życzyło sobie SAEQ, ich przetwornik Pandora. Poziomy jakościowe generalnie zbliżone ze wskazaniem na Soundaware i Phasemation, przy czym różne u nich konwersje, bo Phasemation via konwerter iFi po kablu koaksjalnym, a Soundaware via Denafrips po AES/EBU. Do wyboru u tego ostatniego cztery procedury konwersji, lecz tylko dwie (moim kategorycznym osądem) do użycia w wymiarze maksymalnej jakości; po krótkiej dywagacji z samym sobą zdecydowałem się na proponujący najgęstsze brzmienie tryb NOS, a nie konwersję do DSD. Finalnie sygnał 384kHz/32bit, a wzmacniacz skonfigurowany w pozycji ATT/0 dB, w tej bowiem nie tylko najmocniejszy, ale również najbardziej czujny, najwrażliwszy na sygnał. Różnice wprawdzie nieznaczne, lecz w tej najwyżej podnosi głowę i najuważniej się wsłuchuje, a mnie w to graj, tak lubię. Sprawdziłem też dzięki Soundaware różnice między przesyłem via XLR i RCA[2]; i okazało się iż są takowe, a mianowicie przez XLR robi się o dwa stepy głośniej i tonalność zauważalnie w górę, przy jednoczesnym spadku gęstości oraz z lekka powabu. Zostało zatem RCA, jako przyjemniejszy w odbiorze i prawdziwszy w odczuciu przesył; tak cóż, nie ma co czasu zwlekać, hajda poprzez słuchawki.

Sennheiser HD 600

      Na początek niedrogi klasyk (1350 PLN), który kiedy się zjawił (1997) uchodził za szczyt szczytów; ileż drogich wzmacniaczy, nie wyłączając mojego, powstało z myślą o nim. Dziś to zamierzchła przeszłość, cała się przetoczyła epoka, prawie wszystkie słuchawki mają teraz o rząd wielkości niższą impedancję, ale te Sennheisery wciąż pozostają w produkcji i świetnie się trzymają.

     Podczas zbierania materiału mignęła mi przed oczami ocena, że SAEQ PDA-1b w trakcie odsłuchu „znika”, że nie ma własnej sygnatury, że jakby go nie było. Zupełnie się nie zgadzam, wrażenia miałem wręcz przeciwne – na tle większości pamiętanych wzmacniaczy przy opisanym ustawieniu okazał się ciemniejszy, gęstszy i bardziej biologiczny. Okazał też lampowy i wzorem świetnych lamp wysoce zhumanizowany – łączący miękkość i elastyczność kociego ruchu ze ssaczą ciepłokrwistością i przyczajoną do skoku energią. Co w przypadku spokojnej muzyki przekładało się na intensywność – doprawdy znakomitą – a w przypadku energetycznie ostrej jazdy, w rodzaju uwertur Rossiniego, symfonii Beethovena czy szałów Iron Maiden, przelatywało szarżą wcale nie lekkiej kawalerii ze sławnej uwertury von Suppégo. Kawaleria najcięższego rodzaju, ale zarazem cwałująca i bez skracania wybrzmień – sztandary w pełnym rozwinięciu, a kropierze targane porywem. Spowita czernią aranżacja HD 600, wspierana mocą i jakością SAEQ, nawet tą lekką kawalerię von Suppégo potrafiła dociążać i uczynić przytłaczającą, z lokalizacją na wielkiej scenie i imponującą strzelistością trójwymiarowych sopranów.

    Żadnych nie miałem uwag prócz tej, że pracująca aparatura to jednak spory pieniądz – taniość słuchawek nie łagodziła, ale w porównaniu do tego, co miało nadejść niebawem, i tak było o wiele taniej. Przy czym wzięte tego dnia jako pierwsze Sennheisery, mimo iż poprzedniego słuchałem na finał drogich, nasuwały opinię, że lepsze słuchawki niepotrzebne, te w zupełności wystarczają. Może ciut się to brało z lepszych padów od ZMF, ale co najwyżej śladowo, poza tym takie pady to raptem czterysta złotych i samemu się instaluje. Imponujące połączenia intensywności, echowości i obszarowości muzyki, wspaniale mroczne aranżacje przy pełnym natlenieniu, przetykane błyskami, smugami i połyskami światła branego od sopranów; takiego natężenia energii (w tym basowego punchu) jeszcze w tych Sennheiserach nie słyszałem, co się popisowo łączyło z lampową elegancją i powabem. Czarny parowóz parł tłokami, sypał iskrami, buchał parą, a kiedy trzeba było (np. w „Arii” z Goldberg Variations pod palcami Glenn Goulda), zjawiało się połączenie zadumy i poetyckiego piękna w nieoczywistym zespoleniu poruszających dźwięków. Sam nie umiałem powiedzieć czy bardziej mi imponuje sama energetyczna postać brzmienia, czy doskonałość jej wkładania w trójwymiarową przestrzeń o doskonałej czystości i swobodzie transmisji. A we wszystkim tym spontaniczność, żadnego przymuszania ani żadnego tłumienia. Muzyka tryskająca i porywająca, grama pejoratywów.

   Ze świadomością, że za chwilę inne słuchawki pokażą, co w tym mimo wszystko nie tak, wysoce niezadowolony przechodziłem na inne. Bo może już nie będzie tak cwałująco i nastrojowo? Tak spontanicznie i głęboko, wszechstronnie i swobodnie? Może nie tak aż elegancko? – Diabli zawczasu wiedzieć mogą…[3]

AudioQuest NightHawk

     Utracona wspaniałość za nikczemne pieniądze (lata produkcji 2015 – 18, cena 2490 PLN) ukazała cieplejsze, słodsze, gładsze i bardziej optymistyczne brzmienie. Podobnie ciemne, jeszcze bardziej zmysłowe, jeszcze bardziej pociągające. Nie tak scenicznie rozpostarte (chociaż też bardzo w porządku), nie aż tak wibrujące w każdym punkcie przestrzeni; bardziej skupione na samych dźwiękach niż ich relacjach z przestrzenią i swobodzie transmisji. W zamian mocniejsze esencjalnie i potężniejsze basowo – mocniej agregujące do skondensowanej potęgi, bardziej oddziałujące ciosem i ciśnieniem niż pędem i porywem. A zatem inny rodzaj wspaniałości, bardziej skupiony na wykonawcy i sile pojedynczego dźwięku – bardziej skondensowany, aromatyczny, śpiewny i kolorowy. Więcej liryzmu niż ekspresji, mniej tlenu, więcej przydechu. Pełniejsze nuty, bardziej krągłe; smutek, w wypadku obecności, tonowany pogodą ducha.

     Rzecz całościowo ujmując – mniej swobodnej ekstensji, więcej radości życia. Wokale na mocniejszym basowym podkładzie i same bardziej doposażone indywidualnymi cechami, koloryt swoich głosów mocniej eksponujące. Na długi dystans brzmienie prędzej mogące zmęczyć, ale niewątpliwie fascynujące, kapiące czernią basu i melodycznym złotem. A przecież – przecież nieraz brzmienie tych słuchawek jawi się poszarzałe i zamglone. Zawsze będzie basowe i zawsze ciśnieniowe, ale nie zawsze transparentne i ozdobione mocną barwą. A tu samo najlepsze, znów żadnych pejoratywów.

Ultrasone Tribute 7

    W badaniu nieobecne słuchawki z przedziału 5 do 10 tys. złotych, jak również 10 do 20. Same jedne te Ultrasone z 2019 roku za 11 tys. – wspomnieniowe, limitowane[4] – tutaj wyposażone w kabel za dodatkowe cztery tysiące, czyniący już jednoznacznie drogimi.

    A skoro wspominamy, to sobie powspominam, że pod długich wahaniach zastępowałem kiedyś tymi Ultrasone swe ukochane Grado RS1, ale nie tymi rocznicowymi, których wówczas nie było, tylko oryginałem Edition9[5], a ten od rocznicowych Tribute7 był lepszy jakościowo, precyzyjniejszy w muzycznych opisach.

     Rzućmy za siebie historię – cóż, tamte były lepsze, ale wzmacniacz od SAEQ i z rocznicowych wycisnął to, co mało który umie, w efekcie przedkładając wysoce niepoślednie brzmienie. Bo powiedzmy od razu, to są trudne słuchawki, trudne po obu stronach. Bas mają tak potężny, że często skutkujący przerostem pogłosowym; soprany tak wyśrubowane, że często aż drażniące. Obydwa skraje trzeba objąć reżimem sferyczności, tylko należycie uprzestrzennione okażą się popisem. I tutaj się tak działo, a nie inaczej pomiędzy, gdzie często gubi się średnica w uścisku takich skrajów. Ale nie w tym przypadku, nie przy napędzaniu przez SAEQ. A nie dość, że nie wycofana, rzucała analogowy czar, jakby to były Focal Utopie czy Susvary, a nie te Ultrasone. Ciepło, powab i posmak długo ciągnionych wybrzmień, nawet słodycz i lepkość służyły za ozdobę – aż trudno było mi uwierzyć, że to te Ultrasone. Łatwiej uwierzyć natomiast przy energetycznych kawałkach, jako że poza Spirit Torino Valkyria nie ma żadnych słuchawek generujących takie energie i tak wysokie ciśnienia. SAEQ nie miał problemu ze zobrazowaniem tego, ze swej strony dodając elegancję brzmieniową i tym samym wpisując siebie na listę elitarnych wzmacniaczy, potrafiących te Ultrasone popisowo napędzać.

Dan Clark Audio STEALTH

     Oto kolejne słuchawki z grupy zamkniętych i trudnych. Flagowe planary Dana Clarka są trudne trochę inaczej: nie dysponują tak potężnym basem, ale tak samo forsują soprany, przez co skrajnie są wyraziste. To nawet nie dość powiedziane – są analitycznie drążące. Swego czasu Michaił Botwinnik[6] o innym arcymistrzu, Tigranie Petrosjanie[7], powiedział, rozpamiętując sławną przegraną partię[8], że ten analizuje o jeden poziom głębiej. STEALTH może nie aż o cały poziom, niemniej z pewnością przynależą do najbardziej drążących, co przy ich oryginalnym kablu, mało dociążającym brzmienie, skutkowało ubocznie zauważalnym niedoborem masy, psującą odbiór przewagą sopranowego wyżyłowania nad konstruktem basowym. W tej sytuacji były to pierwsze słuchawki (i zarazem ostatnie), o których nie mogę napisać, że pokazały się z najlepszej strony. Pokazały się z dobrej, ale relatywnie najsłabiej, czemu łatwo mógłby zaradzić używany z nimi na co dzień kabel Tonalium, ale akurat był serwisowany, wybyły po lepsze wtyki.

HiFiMAN Susvara Unveiled

     Etap zamykam nowymi Susvarami, bo przed nami całe rozdanie przy odtwarzaczu CD, a nie piszemy wszak epopei.
     To na chwilę obecną referencyjne słuchawki redakcji spomiędzy przylegających nausznicami do głowy; referencyjne nie tylko dlatego, że najwrażliwsze na sygnał, ale także dysponowania najlepiej wyważonym pasmem, bycia najbardziej niuansowymi i przede wszystkim najwierniejszymi. Najmniej dodające od siebie, najuczciwiej obrazujące, najbliższe prawdzie muzycznej, niewątpliwie będące popisem. Energetycznie trochę ustępujące Ultrasonom i Spirit Torino, a w obrazowaniu przestrzeni siłą rzeczy nie aż tak spektakularne jak binauralne AKG K1000, ale wypadkowa ich cech to coś nadzwyczajnego, pobliże ideału możliwości odtwórczych. Bezpośredniość aż oszałamia miarą prawdziwości spektaklu, a jeszcze bardziej gdy okablowanie należy do szczytowych, jak tu miało to miejsce. Ten dreszczyk prawdziwości – ależ on jest przyjemny! – ale najczęściej zdarza się przy wielkotriodowych wzmacniaczach lampowych, a tu żadnych lamp w torze i taki sam nastrój. No i ci wykonawcy, dojmująco realni; przy całym szacunku do realizacji poprzednich, dopiero tutaj zaistnieli w całkowitym wymiarze. Do tego brak naddatków pogłosowych, zwrotu ku którejś stronie pasma, nadmiaru tego czy owego względem innych cech budujących. Trafienie w punkt wzorcowej odtwórczości, szkoda że przy takich kosztach…

 

[2] XLR Tellurium Q Black Diamond (kabel z natury ciemny i gęsty) vs Next Level Tech ETHER RCA, którego prędzej bym podejrzewał o wyższą tonalność i jaśniejsze światło, gdy tymczasem na odwrót.

[3] Moje Sennheiser HD 600 „Made in Ireland” są z samego początku produkcji i tyle pracowały, że oryginalne pady niemal do cna zetlały. Mimo to takie brzmienie. 

[4] Jako jubileuszowa edycja rocznicowa Ultrasone Edition7 z 2004 roku.

[5] Wersja Edition7 z innym kablem i inną kolorystyką.

[6] Mistrz świata w szachach z lat 1948 – 1957, 1958 – 1960 i 1961 – 1963.

[7] Mistrz świata 1963 – 1969.

Przy odtwarzaczu

     Niezależnie od tego, że przy plikowym źródle zjawiły się popisy, stary odtwarzacz udowodnił, że ciągle dzierży prymat. Nie pokazały się znaczne różnice, tym niemniej do zauważenia, analogowość, głębia i czar większe były podczas odczytu z płyty.

Sennheiser HD 600

    Ponownie rozdajmy karty i zawistujmy od blotki, że tak podle określę te przesławne słuchawki. Iluż to słuchawkowych audiofili wychowało się na nich, jakie toczono wojny pomiędzy tymi HD 600 a ich następcą HD 650 i konkurentami ze stajni AKG i Beyerdynamic. Ale znów porzućmy historię, skupmy się na teraźniejszości.

      Wybitny naturalizm bez ocieplania i przymilania, za to analogowy, z dynamiką, ze szczegółami i spektakularnym pogłosem. Ale nie pogłosem wyosobnionym, echowo wyobcowującym, tylko wkomponowanym w całość brzmienia, by je uczynić ciekawszym jako bardziej przestrzennym. Do tego świetna separacja, scena wyraźnie przed słuchaczem, a medium transparentne i tak samo jak we wcześniejszej próbie żywe. Szczegółowość oraz wyraźność naprawdę wysokiego lotu, ponownie samo przychodzące pytanie: – Na cóż inne słuchawki? Zwłaszcza że pasmo wyrównane tak samo jak przy nowych Susvarach, nie taki aż wprawdzie realizm i taka bezpośredniość, jak również z własnej inicjatywy dodatek przyciemnienia, ale przyjemność słuchania tak w gruncie to zupełna, mogłem sobie przypomnieć, jak kiedyś byłem z nich dumny. Ale ważna uwaga: Z tymi Sennheiser HD 600 można się cieszyć pełnią życia jedynie przy naprawdę wybitnym wzmacniaczu. Są bezwzględne dla słabszych, więdną przy nich jak roślinka bez wody, nie mają cechy nausznych Grado: „Wszystko nam jedno z czego gramy”. Więc poprzez nie szczególnie SAEQ PDA-1b udowadniał, że jest rasowym wzmacniaczem, że nawet elitarnym.

AudioQuest NightHawk

   Ciekawe, tym razem to u NightHawk zjawiła się głębsza scena, do tego także szersze po obu stronach pasmo. A na wyjątkową ozdobę równoczesny autentyzm, ale i odczuwalna tajemniczość zaszyta w jego fałdach. Głębsze niż u Sennheiser kolory i czernie tła za nimi, więcej poezji i nastroju, lepsza analogowość. Ogólnie jeszcze piękniejsze granie i jeszcze większa wątpliwość, czy konieczne są inne, któreś droższe słuchawki? Zwłaszcza że także lepsze operowanie pogłosem, widoczne zarówno w samych dźwiękach, jak i architekturze wnętrz. Ponownie zatem dwa wnioski – wzmacniacz należy do elitarnych, skoro tak te NightHawk napędza, a same NightHawk niepowetowana strata; nie kupi się obecnie tak wybitnych słuchawek (zwłaszcza po spadku jakościowym Beyerdynamic T1) poniżej cen z okolicy dziesięciu tysięcy, ewentualnie Grado RS1 – może jedynie one.[9]

Ultrasone Tribute 7

    Ach, te diabelskie Ultrasone, krew wzmacniaczom psujące. Ale nie temu SAEQ. Pojawiło się brzmienie jaśniejsze od poprzednich i odnośnie sopranów również delikatniejsze. Więcej wysokich z ich jasną smukłością, popisowa jakość ogólna, kontrastujący bas. Szczegóły, którymi te słuchawki sypią niczym z rękawa, na dodatek je eksponując, całe wtopione w muzyczne historie, nic z nich na własny rachunek za obręb nie wystające. Efektem całkowita eliminacja ostrości (a te słuchawki potrafią), do tego super dźwięczność – zupełnie nie było do czego się przyczepić, a skutkiem stosowania innych wzmacniaczy nie zostałem przyzwyczajony. Atmosfera w ogólności lampowa z analogowością wysokiej próby, a do tego skłonić te Ultrasone naprawdę nie jest łatwo. W dodatku jeszcze holografia najokazalsza z dotychczasowych, rozplanowanie sceny i dynamika najlepsze. Wszystko w tym mocnym świetle po zakamarkach cieniowanym oraz najbardziej spektakularne łączenie naturalności z podnietą. A kiedy tak się dzieje w przypadku tych słuchawek, to dzieje się naprawdę, bo przy ich energii i basie nie da się zostać obojętnym.

Final D8000 Da Capo PRO

   Nieużyte przy komputerze flagowe Final z miejsca rzuciły słuchaczowi swe największe atuty – poczęstowały brzmieniem najżywszym i najbardziej pienistym. Dźwiękami o takiej szybkości i ekstensji, że najbardziej na siebie się nakładającymi, oferującymi spektakl o większej złożoności i silniejszym pędzie życiowym, realizowany przy temperaturze i oświetleniu podobnym do tych z Ultrasone. A więc jasny realizm z przymieszką światłocienia i ozdabiany w dalekich planach mrocznymi głębiami; sumarycznie jeszcze piękniejszy, znaczony większym artyzmem i doskonalszą analogowością z transmisją na prawdziwość. Panowanie nad melodyką, pełne wżywanie się i naturalność, a organizujące to brzmienia najbardziej otwarte i nośne. U Ultrasone większa precyzja i nacisk na rozdzielczość, ale u Final więcej muzyki i wplatanego w nią artyzmu. Poprzez to większa realność muzycznych realizacji, nawet wyższy poziom energetyczny Ultrasone nie był w stanie tego nadrobić. A sprawiający to wzmacniacz? Znowu pracował niczym lampowy. Zupełnie jakby te tranzystory germanowe były dużymi triodami w stylu tych takich późniejszych – 300B i 845’ – z uwagi na wydolność, zupełny brak dławienia mocy.

Spirit Torino Valkyria

     Kolejne wcześniej nieużyte, a to błąd, duży błąd. Te bowiem wypadły najlepiej, najbardziej pasowały. Jaka szkoda, że są aż takie drogie i unikatowe, jawiąc się jako zupełne przeciwieństwo klasycznych Sennheiserów. Ale przynajmniej poniesione koszty nie poszły w pusty gwizdek, można się sycić ich jakością, oddawać podziwowi klasy technicznej wizji[10]. Jedna uwaga odnośnie procedury – dłuższą chwilę zabrało nim wzmacniacz z tymi Torino realizacyjnie się porozumiały, w pierwszych minutach nabieranie rozpędu – brak pełnej skali energetycznej oraz pełnej szybkości. Ale po kilkunastu minutach rozbuchana energia jęła przytłaczać melodyjność, wyszła na pierwszy plan. No, może nie zupełnie pierwszy, ale dorównywała – melodyka i energetyczność szły ramię w ramię i zwyciężały. Kolejny decydujący czynnik to wyjątkowa głębia sceny, następnym stopień zaintrygowania tak budowanym spektaklem. Zasłuchałem się, ogarnęła mnie fascynacja, zapadłem się w muzykę. Już całkiem nie na żarty jawiła się jako żywa. Obecność żywych ludzi dosłowna, biologizm realizowany na najwyższym poziomie, a styl ten sam co u Final – „przede wszystkim muzyczność”. – Ale ta tu obfitsza treściowo i doskonalsza wizyjnie. Cudza obecność wdzierająca się w zmysły, stuprocentowo namacalna, porażający autentyzm. Pomimo świadomości, że to tylko słuchanie jednej czy drugiej płyty, w zderzeniu z docierającą treścią zapaść funkcji „obserwatora spoza”; słuchający i to słuchane niezapośredniczoną jednością. Strumienie świadomościowe słuchającego i uwiecznionych stające się jednym życiem, więc doskonalej być nie może (ewentualnie poprzez ozdobniki, lecz tu nie brakowało).

      Tego rodzaju refleksje błądzące po skrajach świadomości, a centrum jaźni inspirowane sztucznymi treściami nagrań wypełnione wizją realną w sensie utożsamienia. No, no – nieczęsta sprawa, sytuacja najbardziej chciana.

HiFiMAN Susvara Unveiled

    Niełatwe wobec tego zadanie stające przed nowymi Susvarami, czy temu dorównają? Delikatniej, srebrzyściej, szumniej, więcej powietrza, mniej energii. Mniej też pogłosu, natomiast aktywniejsza przestrzeń i aktywniejsze szumowe tło. Z kablem Tonalium o złoto-palladowych wtykach przy muszlach (od Oyaide) brzmienie ciemniejsze, bardziej pełne, głębsze oraz cieplejsze niż przy rodowanych Aeco, ukierunkowujących bardziej na szybkość i ekspozycję szczegółów. I to od Oyaide piękniejsze, ale to drugie też ciekawe, lecz nawet złoto-palladowe nie dorównało Spirit Torino pod względem stopnia autentyzmu; wżywanie się w muzyczny realizm z włoskimi słuchawkami jawiło się jako mocniejsze. To one okazały się według mnie ideałem dla serbskiego wzmacniacza, natomiast sam producent wskazuje na pierwotne Susvary.

HiFiMAN Susvara

     Czyniąc zadość jego sugestiom pierwotnych też użyłem, ale w mojej opinii nie dorównały ani nowym Unveiled, ani Spirit Torino. Dźwięk pokazał się masywniejszy i krąglejszy od dawanego przez Unveiled, zauważalnie też ciemniejszy. Taki mocniej wycieniowany i w mierze ekspresji złagodzony, ale poprzez to trochę sztuczny. Bardziej „zrobiony”, nie aż tak dojmujący, tak częstujący autentyzmem, niewątpliwie skręcony bardziej w stronę relaksu niż realizmu dosłownego. Z całą pewnością świetny dla kogoś ukierunkowanego na łagodniejsze formy; sam starłem się ze znajomym, który się długo upierał przy tych pierwotnych Susvarach, ale na koniec przyznał, że to Unveiled prawdziwsze. Co ukazało mu się dopiero przy nagraniach live!, podczas gdy dla mnie było słyszalne w przypadku wszystkich nagrań – większą niezapośredniczoność kontaktu przy Spirit Torino i Unveiled miałem za oczywistą.

 

[8] Piąta partia ich meczu o mistrzostwo świata, Moskwa 1963.

[9] QAD ERA-1 i Moondrop Venus także się prędko zwinęły, Kennerton Vali też wątpliwe z uwagi na rosyjskie pochodzenie.

[10] Po dwa przetworniki w każdej muszli, ustawione jeden za drugim.

Zbierając do podsumowania

    Trochę szkoda, że SAEQ PDA-1b nie jest oferowany w cenie dziesięciu, dwunastu tysięcy, ale na całe szczęście nie czterdziestu. A mógłby – zadbany dobrym źródłem via dobre okablowanie i z pasującymi słuchawkami (a wszystkie, okazało się, pasują) podaje dźwięk rasowy, a nawet mało powiedziane – daje radę słuchacza wchłonąć i całego zachwycić. Skonfrontowany z jak on tranzystorowym Phasemation (podobnie mocnym, ale gabarytowo wielokroć mniejszym) okazał się oferować ciemniejsze, masywniejsze, bardziej na bas ukierunkowane brzmienie, w efekcie podobniejsze do lampowego w sensie intrygującej lampowości. Akcent basowy niewątpliwie tym, co ułatwia współpracę, strzegąc przed pojawianiem się drażniących sopranów, co w tym wypadku nie oznacza sopranowego deficytu – soprany w pełnym rozwinięciu, a tylko brzmienie trójwymiarowe i ciemniejsze, jak również, by tak rzec, syte basem. Syte basem i w związku z tym przy pozwalających na to słuchawkach (szczególnie takich jak NightHawk, Ultrasone, Susvary, Valkyrie) dające ponadprzeciętne przeżycia basowe w oprawie wszechobecności trzeciego wymiaru.

      Soprany popisują się analogową elegancją w ozdobie światłocienia, bas darzy niesamowitą mocą i kubaturą instrumentów, najlepsze jednak co pomiędzy. Tam zjawiają się żywi ludzie, z którymi bezpośredni kontakt. By móc smakować tego także przy komputerze zripowałem niedawno wydaną płytę SACD „Demarczyk śpiewa Koniecznego” i wędrując poprzez nagrania przypominałem sobie jej koncerty z najlepszych czasów, na których miałem szczęście bywać. Tak, można się wżywać w rzeczywistość nagraniową, całemu jej oddawać. Jaka szkoda, że z tej samej sceny krakowskiego Starego Teatru nie ma nagrania „Biesów” Dostojewskiego z Nowickim i Pszoniakiem, nie ma też „Emigrantów” Mrożka ze Stuhrem i Bińczyckim. (Wg mnie „Dziady” Mickiewicza w realizacji Swinarskiego to spektakl przereklamowany, tyle że ważny politycznie.)

      Lampy bez lamp – ciepło ich i fizjologiczność bez grzania pomieszczenia – analogowość i czar via niezwykłe tranzystory germanowe. Zostaje zarekomendować i czekać na konstrukcje droższe; naprawdę jestem ciekaw, co mogą jeszcze dodać.

 

W punktach

Zalety

  • Tranzystory pracujące jak lampy.
  • Tak bez ograniczeń mocowych, czyli jak 300B.
  • Ciemna i gęsta szata brzmienia.
  • Zarazem transparentna i rozdzielcza.
  • Lecz niekoniecznie musi być taka aż do samego końca, wzmacniacz w pewnym zakresie pozostaje podatny na wpływy otoczenia.
  • Dojmujący realizm.
  • Pełny zakres szczegółowości.
  • Tonalność lekko schylona ku dołowi poprawia samopoczucie, ułatwia odbiór i dociąża brzmienie.
  • Kto lubi potężny bas – dostanie, kto wyśrubowane soprany – też znajdzie, ale największe łowy pomiędzy – tam żywi, całkiem żywi ludzie.
  • Kompletne brzmienie w cenie nie zdejmującej spodni przez głowę.
  • Relatywna taniość użytkowania. (A przy okazji nie grzeje.)
  • Napędzi każde słuchawki i do wszelkich pasuje. (Stopniowanie mocy.)
  • Rasowy potencjometr krokowy.
  • Te tranzystory germanowe to coś naprawdę nadprzeciętnego.
  • Aż cztery wyjścia słuchawkowe, w tym dwa symetryczne.
  • Wszystkie można obciążać naraz.
  • Złącza XLR i RCA, a więc kompatybilność nie stanowi problemu.
  • Może to nie jest szczególnie ważne, ale pasuje do trzech napięć.
  • Wąska, głęboka obudowa ułatwia znalezienie miejsca.
  • Brzmieniowy styl ułatwia współpracę z plikowymi źródłami, pozwalając też tolerować te niekoniecznie najlepsze.
  • Znany i ceniony producent o bardzo długim stażu.
  • Z Serbii, audiofilskiego zagłębia.
  • Sprawdzona polska dystrybucja.
  • Wyróżnienie „RYKA Approved”.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Nie dla lubiących jasne, smukłe brzmienie kładące nacisk na delikatność.
  • Czerwono podświetlony włącznik umieszczony na przednim panelu niektórych może drażnić. (Na przykład mnie.)
  • Najlepiej aby cały czas, albo na długo przed, pozostawał włączony, bo dosyć długo dochodzi do całkowitej formy.
  • Zważywszy na najniższą pozycję w ofercie, tanio tym bardziej nie jest.

 

Dane techniczne

  • Typ urządzenia: tranzystorowy wzmacniacz słuchawkowy na tranzystorach germanowych (bez przetwornika)
  • Stopień wyjściowy: dyskretny z podwójnym sprzężeniem
  • Potencjometr: 24-krokowy
  • Obsługiwana impedancja słuchawek: 2 – 600 Ω
  • Moc wyjściowa: 2 x 10W/8Ω; 2 x 5W/16Ω; 2 x 2,5W/32Ω, 2 x 1,25W/64Ω; 2 x 0,6W/120Ω; 2 x 0,3W/300Ω; 2 x 0,15W/600 Ω
  • Pasmo przenoszenia: 15 Hz –  500 kHz 
  • Zniekształcenia: < 0,3% przy 1kHz
  • S/N: > 95 dB
  • Impedancja wejściowa: 40 kΩ
  • Wejścia: 1 x RCA; 1 x XLR
  • Wyjścia: 2 x 4-pin; 2 x 6.3 mm stereo jack; 1 x stereo jack 4 mm głośnikowy
  • Maksymalny pobór energii: 50 W aktywnie, 15 W w spoczynku (nie ma trybu oczekiwania)
  • Obsługiwane napięcia: 115 i 230 V, opcjonalnie 100 V
  • Wymiary: 218 szer. x 320 gł. x 90 mm wys.
  • Waga: 5,3 kg

Cena: 17 000 PLN

 

System

  • Źródła: PC z przetwornikiem Phasemation HD-7A, Cairn Soft Fog V2
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Divaldi AMP 05, Feliks Audio Envy Performance, Phasemation EPA-007, SAEQ PDA-1b.
  • Słuchawki: Abyss Diana DZ (kabel JPS Labs Superconductor HP), AudioQuest NightHawk (kabel FAW Hybrid), Dan Clark Audio STEALTH (kabel Tonalium-Metrum Lab), Final D8000 PRO Da Capo, HiFiMAN Susvara Unveiled (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 600, Spirit Torino Valkyria. Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Interkonekty: Kondo Theme Ls-41 RR, Next Level-tech ETHER, Sulek RED, Tellurium Q Black Diamond
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power
  • Listwa: Sulek Edia
  • Filtr prądowy: Echo Sound Power Guardian
  • Kondycjoner masy: QAR-S15
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Solid Tech „Disc of Silence”

 

Pokaż artykuł z podziałem na strony

15 komentarzy w “Recenzja: SAEQ PDA-1b

  1. Sławek pisze:

    3300 € a 17 000 PLN to coś tu nie tenteges, 1 € musiałoby być po ponad 5 zł a tymczasem średni kurs to 4,2563 PLN za €…

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Ale jak napisałem: dochodzi VAT, cło i inne opłaty, bo Serbia nie jest w UE. Sprzedawca coś nadmieniał, że może trochę spuścić, ale to tak nieoficjalnie.

  2. Mariusz pisze:

    Jaki sklep w Pl sprzedaje ten wzmacniacz?

    1. Audeos pisze:

      Wkrótce PDA-1b (i inne modele SAEQ-a) powinny pojawić się w naszym sklepie online.

  3. Maciej Kowalczyk pisze:

    Nighthawk pod koniec dostępności był oferowany za 1250 PLN. To dowód na to, że w dzisiejszym świecie świetny produkt, choć staromodny w oczach masowego nabywcy jest niewiele warty. Dal mnie dobrze, dla świata źle. Mimo upływu lat, świetne słuchawki.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      To był produkt wyjątkowy, podobnie jak siostrzane NightOwl. Chętnie bym się dowiedział z miarodajnego źródła, dlaczego zaprzestano produkcji.

  4. Krzysztof pisze:

    Panie Piotrze, jak porównałby Pan dźwięk PDA-1b w odniesieniu do Niimbus US4?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Ciemniejszy, gęstszy, bardziej basowy, nie tak odnośnie pasma wyważony. Starszy Niimbus bardziej mi się od nowszego podobał, miał więcej tego czegoś, co określamy muzyczną magią. Z tym że ten Niimbus od SAEQ nie był tak całościowo gorszy, w pewnych aspektach pewnie lepszy, ale za dawno go słuchałem, żeby móc starannie porównać.

      1. Piotr+Ryka pisze:

        Tytułem uszczegółowienia. Bardzo podobał mi się zrecenzowany tu kiedyś Niimbus US4+, mniej jego następca US5, którego nie zrecenzowałem. Na moje odnośnie niego uwagi krytyczne zostałem poinformowany, że ostateczna wersja US5 będzie doskonalsza, coś tam ma jeszcze być zmienione, sprawa nie miała dalszego ciągu, o który sam też nie zabiegałem. Natomiast Niimbus US4+ podobał mi się ogromnie, z przykrością go odsyłałem i długo czułem nieobecność. Nie grał w stylu lampowym, był zatem inny niż SAEQ (co oczywiście jest umowne, ale do wyłapania); stylistycznie był takim jednym z najlepszych tranzystorów (aczkolwiek słabszym całościowo od Headtripa), a ten tranzystorowy styl też potrafi do mnie przemawiać. Szybkość, dynamika, wyważenie, maksymalna uwaga odnośnie wyłapania szczegółów, czystość medium i poprzez nie bliski kontakt z doskonale widocznymi wykonawcami, natomiast mniej czarowania ciepłem, światłocieniem, biologicznością.

        1. Krzysztof pisze:

          Dziękuje bardzo.

  5. Piotr+Ryka pisze:

    Przyjechał Astell&Kern SP4000, ktoś zdaje się o niego pytał. No to będzie recenzja.

  6. Piotr pisze:

    Panie Piotrze,jak wypada SAEQ PDA-1b w porównaniu do nieobecnego już w sprzedaży Trilogy 933?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Ma bardziej analogowe, gęste i ciemniejsze brzmienie. Ale klasa jakościowa chyba ta sama. (Za dawno tego Trilogy słuchałem.) Przesiadka niekonieczna, o ile ten Trilogy dobrze posadowiony w torze. Na pewno nie bez odsłuchu.

      1. Piotr pisze:

        Dziękuję bardzo za odpowiedź.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy