Recenzja: Rogue Audio HA-5

Odsłuch cd.

 HEDDphone

Z tyłu wszystko co trzeba.

Przejdźmy do słuchawek innego typu. Dysponujące technologią AMT, najrzadszą słuchawkową, same z siebie przy każdej okazji produkujące brzmieniowy obraz wybitnie trójwymiarowy, mogły spodziewać się HEDDphone przy Rogue Audio sukcesu. I sukces niewątpliwie się zjawił, tym niemniej podejrzenie, że wzmacniacz doskonale pasuje do słuchawek o wyższej impedancji, też nie odeszło w zapomnienie. HEDDphone, swym zwyczajem, plan pierwszy ustawiły dalej od Sennheiserów, obraz sceniczny przesuwając o parę metrów w tył, co dało inną perspektywę. Mniejsze źródła i dźwięki bardziej wpisane w perspektywiczny stożek, ale wrażenie ogromu, zarówno co do głębi jak wysokości, równie imponujące. Scena zatem ta sama i takie samo oświetlenie o cechach klimatycznego ściemnienia, podobnie silny kontrast między błyskami światła a cieniami przy wyższych poziomach głośności. Mimo to całościowy obraz inny i moim zdaniem mniej udany, za sprawą głównie dwóch cech, obu makroskopowych i ważnych. A mianowicie medium inne: u HEDDphone, jak to się mawia, krystalicznie czyste – całkowicie przezierne, pozbawione ciśnienia. Zjawiskowej czystości tonią otaczające gładkie i też nutą chropawości przyozdobione dźwięki, ale tym samym wyczuwalne tylko jako negacja – jako brak dźwięku, akustyczna próżnia. Na końcu owej pustki też oczywiście ściany, w których zawarta muzyka, albo jakiś horyzont w wariancie plenerowym, ale samo medium milczące, obecne czystą pustką. Tymczasem u Sennheiser to medium z uczestnictwem – ciśnienia, brzmieniowe strzępki, zgęstnienia nie tylko wewnątrz dźwięków, także w ich otoczeniu. Wrażenie posrebrzenia i nasycenia światłem całego muzycznego roztworu, a nie przede wszystkim czystej, milczącej pięknie, ale pustki. To podejście Sennheiser bardziej mi odpowiadało, podobnie jak bliższy pierwszy plan. Wrażenie zanurzenia, otoczenia i muzycznego życia w ich wydaniu silniejsze. O dziwo, też wrażenie scenicznego porządku; jakby te bliżej ustawione źródła lepiej się pozwalały odczytać. I druga rzecz zasadniczej wagi – lepiej dopieszczona średnica. W oparciu o większe źródła – w ogóle bardziej obecna – a przy tym podkreślana właściwym flagowym Sennheiserom szczególnie dobrym indywidualizowaniem brzmień. HEDDphone napędzane wzmacniaczem od Rogue Audio bardziej ciągnęły dźwięki do góry, śrubując sopranowe pienia bez eksponowania średnicy. Dźwięk Sennheiserów był bardziej nasycony i bardziej różnorodny, co przy podobnych walorach scenicznych dawało im przewagę. Oczywiście z perspektywy mojego gustu, bo ktoś ceniący czystość medium wybrałby pewnie HEDDphone.

 Meze Empyrean

Z przodu też.

Korzystając z przeciągającej się bytności tych popularnych planarów, zacznijmy od nich spotkanie Rogue Audio ze słuchawkami tego typu. Najpierw posłuchałem Sennheiser, które zaczęły już przybierać pozę najlepszych dla wzmacniacza, o ile nie brać pod uwagę wybyłych T+A. Meze Empyrean nie położyły owej pozie kresu, ale ją osłabiły. Można powiedzieć, że brzmieniu Sennheiserów dorównały, inaczej rozkładając akcenty. Nie całkiem inaczej, przede wszystkim z tego względu, że plan pierwszy ustawiły podobnie blisko i temperaturę względem HEDDphone podniosły, przechodząc z neutralnej na ciepłą stronę brzmienia. Obie te rzeczy podobne jak u Sennheiserów i podobna także zwiększona chropawość, wyraźnie się zaznaczająca. I na to, wysokie w sumie, podobieństwo składająca się także postać medium, o wyraźnie ciśnieniowym i ożywionym charakterze. Z tym że ciśnieniowość od sennheiserowskiej jeszcze większa, ale większa przy tym przejrzystość. Brak wrażenia zanurzenia w wypełniającej wszystko brzmieniowej zupie, zarazem daleko od milczącej i całkowitej przejrzystości HEDDphone. I jeszcze jedna różnica, mocno się zaznaczająca – względem sennheiserowskiego swój akcent tonalny Meze przesuwały w górę, za sprawą pięknie trójwymiarowych, mocniej narzucających się i procentowo obfitszych sopranów. W czym były podobne do HEDDphone, lecz lepiej od nich indywidualizowały swe bliższe i cieplejsze brzmienia. Summa summarum doszedłem z tym do wniosku, że wzmacniaczowi najbardziej w osiąganiu najwyższej jakości sprzyjał poziom zapotrzebowania na moc Sennheiserów – wręcz idealny dla niego. Dużo pazerniejsze na moc HEDDphone nie cierpiały w najmniejszym stopniu odnośnie głośności czy dynamiki, ale tam, głębiej, w warstwach jakość tworzących, nie działo się już tak dobrze. I mniej, ale też trochę, było tego u Meze. Z czego by wynikało, że trudno o wzmacniacz całkiem uniwersalny, nawet gdy moc regulowana. Te regulacje psują i od dołu, i z góry; grać może przy przeregulowaniu świetnie, ale nie na jakościowe sto procent. To sto procent dostawały HD 800 i z nimi rewelacja. Ale Meze też były blisko i częstowały pięknym basem. Źródła miały podobnie duże i wielki cały spektakl.

Final D8000 Pro

Brzmienie nie tylko jest pierwszorzędne, ale należy też do „łatwych”.

Na deser inne planary, z dalekowschodnich krain. Ogromny dystans geograficzny, a przetworniki w diametralnie różnych technologiach. Odmienny całkiem wygląd, inne okablowanie, ten sam jedynie tor. – Tak można bez słuchania scharakteryzować różnice między Final D8000 Pro a Sennheiser HD 800. Ktoś mógłby dorzucić różnicę cenową, ale przy kablu dla Sennheiserów szacowanym na pięć tysięcy nie była ona duża. A już na pewno nie większa niż różnica głośności – planary potrzebowały ze dwadzieścia procent większej. Brzmienie? – niemalże identyczne. Bardzo trzeba było się wsłuchać przy tym samym poziomie głośności, by móc powyłapywać zachodzące, bardzo nieznaczne różnice. Naprawdę dawno nie miałem do czynienia z brzmieniami tak podobnymi. Różnice? – owszem, pewne, ale do tego stopnia małe, że bez natychmiastowego porównania ślepy test nie do przejścia. Sennheisery nieco bardziej uwypuklały średnicę i kolorystyczne wykończenia dźwięków pokazywały bardziej pastelowe, z mniejszą dozą połysku. Odrobineczkę spokojniejsze także soprany, ciut dalszy pierwszy plan i mocniej zaznaczoną perspektywę. Z tą perspektywą bardziej rozciąganą na linii oczu, u Final bardziej w ujęciu z lekka żabim. Do tego u Sennheiser ciupinkę mniej pogłosu i odrobinę cieplej. Tyle. Co ciekawe, analogiczna u obu otwartość, a w takim razie całkowita, jako że Final z serii D8000 mistrzami otwartości. Ale wzmacniacz wszystkim słuchawkom dawał brzmienie otwarte, tym bardziej mi się podobając. I jeszcze jedno odnośnie niego – Sennheiser HD800 grały z 4-pin, Final równolegle przez duży jack; wpinanie ich jednocześnie nawet odrobinę nie osłabiało jakości – i to prawdziwy ewenement.

Z odtwarzaczem

Jak to w życiu – zachodzą zmiany. Tym razem takie, że podpinany do rasowego odtwarzacza przez RCA i XLR (żadnych istotnych różnic) Rogue Audio HA-5 wyrównał szanse wszystkim słuchawkom. Jedynie najbardziej czułe Ultrasone wykazywały w sferze sopranowej nieznaczny nalot nosowości, oprócz tego same popisy – i u nich, i u pozostałych. Sennheiser HD 800 przestały być samotnym liderem pasowania, reszta doszlusowała. Z tym, że wciąż zaznaczały się spore różnice; i tak na przykład HEDDphone oferowały najbardziej spektakularną holografię, Meze żywość i blask. U wszystkich w ramach zmian zgęstniało medium, u żadnych nie zjawiła się już środowiskowa pustka.

A moc wyjątkowo duża.

W tym miejscu mała uwaga odnośnie poziomów wzmocnienia: minimalnie, lecz jednak, najlepszą jakość brzmienia zyskuje Rogue Audio na średnim, który okazał się wystarczający nawet dla HEDDphone. Te zmieniły najwięcej: zyskały powiększenie źródeł, zgęstnienie medium, centralną a nie nisko braną perspektywę, ogólny przyrost żywości, naturalności, bezpośredniości, kultury. Żadne inne nie grały teraz lepiej, choć poza Ultrasone żadne gorzej. U wszystkich tak samo przyrósł wigor i powiększyły źródła tym, którzy mieli mniejsze od innych. W brzmienie każdych wstąpił wysoki naturalizm i większa dawka życia. Mnie jednak ciągle najbardziej podobały się Sennheisery, z ich pastelowym traktowaniem barw, najbardziej ożywionym medium i naturalnością bez zakusów przybierania pomnikowego stylu. Mimo to sceną wielką, spektakularną, z pięknie ujętą perspektywą, choć nie tak teraz holograficzną, jak u najlepszych HEDDphone.

Zostawmy porównania słuchawek, skupmy się na recenzowanym wzmacniaczu. Przejawiał niewątpliwie własny styl, aczkolwiek bez rozwiniętej specyfiki. Dobrze znać w nim było bycie hybrydą, pomimo brzmienia łagodniejszego niż od mojego Crofta. Dynamika łączyła się z melodyką i kulturą; obecność lamp się zaznaczała, ale nie tak mocno jak u Twin-Head czy w recenzowanym niedawno EAR Yoshino. Bez lampowego pogłębiania – brzmienie średnio głębokie. Czarowanie zatrzymujące się przed momentem, w którym czar przyćmiewa realizm. Ciemne są ciemne tła, ale nie aż smoliście, światłocień się zaznacza, ale nie staje dominantą, energia z gładkością formy idą równo w zaprzęgu, a nie, jak u tranzystorów, energia przodem, u lamp z tyłu. To wyrównanie pod każdym względem i czerpanie z każdego stylu przy stopniowalnej i na zawołanie ponadprzeciętnej mocy, pozwala wzmacniaczowi słuchawkowemu Rogue Audio być tak uniwersalnym, jak tylko uniwersalnym być da się. Jedynie słuchawki bardzo czułe, na przykładzie tych Ultrasone, zdają się pasować słabiej od średnio i mało skutecznych, choć jeden przykład to za mało, by opiniować ogólnie. Pozostałych przykładów dosyć, by sądzić, że każde słuchawki mniej czułe od bardzo czułych pasować będą świetnie.

Małym przyciskiem ustawiamy jeden z trzech do wyboru poziomów wzmocnienia.

Prócz tego wzmacniacz Rogue Audio jest odporny na słabość źródeł. Pewnie, że lepiej wypada z rasowymi, ale słabe go nie zabiją. Laptop, komputer, średniej klasy przetwornik – takim źródłom pomoże; zarówno poprzez uniwersalizm, jak i wysoką kulturę. Nie daje magii takiej, jak EAR czy ASL Twin-Head, ale skutecznie zmierza drogą złotego środka stylu. Poza tym dane mu lampy JJ są niezłe, lecz odległe od jakościowego szczytu. Wymiana ich na Mullardy, Telefunkeny czy Siemensy na pewno wniosłaby pozytywne zmiany i wówczas dopiero można by pytać, kto tu bardziej czaruje. Lecz i bez tego HA-5 jest dobry pod każdym względem. I nawet jego wygląd po pewnym czasie zaczął do mnie przemawiać. Wolałbym wprawdzie czarną sztukę, zawsze czerń preferując, ale srebroń przy dobrym oświetleniu stojący na czarnym blacie także dobrze się prezentował. I jeszcze jedno: może nie jest to wzmacniacz specyficzny, z wybitnie własnym stylem, ale jedno daje szczególne i daje wszystkim słuchawkom – daje otwartość brzmienia. Dobrze to było poznać po tym, że wyjątkowe pod tym względem Final D8000 tym razem się nie wyróżniały. 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

16 komentarzy w “Recenzja: Rogue Audio HA-5

  1. Fon pisze:

    Widać z opisu, że hd800 trafiły na godny siebie napęd, ciekawe jakby wypadły hd800s.
    Szkoda, że ciągle nie robią hd 800, tylko eski. Powinni dać wybór.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Powinni, bo mnie na przykład bardziej podobają się HD800. Są wybredniejsze dla otoczenia, stawiają twardsze warunki (głównie poprzez bardziej otwarte soprany), ale w zamian dają prawdziwsze, nieumilone sztucznie brzmienie. Z Rogue Audio dogadywały się rewelacyjnie, podobnie jak wcześniej między innymi z Bakoonem i Aurorasound. Czyli da się.

      1. Fon pisze:

        No i 800 bez s były tańsze bo pozbawione kabla symetrycznego a nie tak jak teraz wszystko w jednym a nie każdy tego potrzebuje…

        1. Piotr Ryka pisze:

          Ceny są teraz powiązane z prestiżem. Słuchawki za mniej niż dziesięć tysięcy? – to jakościowo już podejrzane.

          1. Patryk pisze:

            To było dobre Panie Piotrze:-)
            Nighhawk kosztują chwilowo 200€ używane. Za taka cenę dostane 1/3 kabla do D8000Pro. Te Nighthawk i ta ich cena to musi być jakaś zabawka z plastku!…..

            … a żart teraz na bok: 200€ i razem z X oraz D8P to najlepsze słuchawki jakich słuchałem i których nie oddam nigdy w zyciu.

          2. Piotr Ryka pisze:

            I z tego zapewne powodu tych NH już nie produkują. Były za dobre. One były za dobre, a świat cały czas jest dziwny.

          3. Fon pisze:

            NH jakościowo i cenowo to było naprawdę coś, mają u mnie dożywocie

  2. pytanie pisze:

    WITAM, a jak się ma ten wzmac do chwalonego przez Pana najwyższego FELIKSA sł cross-f? O połowę tańszy i „nasz”.
    POZDR

    1. Piotr Ryka pisze:

      Brzmienia jakościowo bardzo zbliżone, ale Rogue ma więcej mocy, co dla większości słuchawek planarnych i wszystkich AMT ma znaczenie. Sam smak brzmieniowy natomiast analogicznego poziomu.

  3. Miltoniusz pisze:

    Który wzmacniacz uważa Pan za ciekawszy – Rogue czy EAR Yoshino HP4? Tak zwłaszcza w kontekście HD800, MrSpeakers Ether Flow 1.1 i AKG K1000. Czy one są dużo lepsze od Phasta?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dużo lepsze na pewno nie są, Phast jest na to za dobry. Do HD800 wybrałbym Rogue Audio, do pozostałych EAR Yoshino. Dla w pełni rozwiniętego brzmienia K1000 wszystkie są za słabe (w sensie mocy); one potrzebują końcówki przynajmniej kilkunastowatowej lub integry.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Tak dla ścisłości: w ogóle nie jest pewne, że Phast z lampami Mullarda byłby jakościowo słabszy. Inny tak, ale niekoniecznie wypadkowo słabszy.

  4. Miltoniusz pisze:

    Panie Piotrze, bardzo Panu dziękuję. Mój Phast jest na Mullardach – Blackdurn ECC88 Yellow marked. Czy te moje Mullardy to są takie jakie miał Pan na myśli czy to jakaś prostsza wersja?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Przepraszam, nie dodzwoniłem się do dystrybutora. Jutro jeszcze raz spróbuję dowiedzieć się czegoś bliższego o tych Mullardach dostarczanych ze wzmacniaczem.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Cytuję odpowiedź dystrybutora: „To świetne lampy, najlepsze ECC88 Mullarda. Ale oczywiście są lepsze w wersji E88CC, tyle że dwa, trzy razy droższe.”

  5. Miltoniusz pisze:

    Bardzo Panu dziękuję za informację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy