Recenzja: Pylon Audio Pearl Monitor

Odsłuch

Tweeter w dużej oprawie.

   Zacznijmy od porównania do głośników telewizora. Że co? Że to uchybia audiofilskiej godności? Mam w nosie audiofilskie uprzedzenia; istotne są jedynie konotacje praktyczne. Posiadasz telewizor, używasz jego głośników – zadaj sobie pytanie, co może mi dać dokupienie Pylon Audio Pearl Monitor. Tak, trzeba też dokupić wzmacniacz, ale używane wzmacniacze nienajgorszej jakości kosztują parę stówek, to nie jest żaden problem. Podobnie kabel głośnikowy za parę stówek mamy, wszak może tu pracować taki ze szpuli na metry – w salonie ze sprzętem audio takie niedrogo mają i obsługa na poczekaniu uzbraja je w odpowiednie końcówki.

W przypadku naszego testu wzmacniaczem na tym etapie był Heed Elixir (2 x 50 W/8Ω za 4 tys. PLN), podpięty kablami nie z metra, ale niedrogimi – Oyaide ACROSS 3000 (1990 PLN za 2 x 2,0 m). Sygnał pochodził z dekodera satelitarnego C+ 4K, puszczającego sygnał na Panasonic TX-P42GT60 poprzez odtwarzacz wieloformatowy OPPO 103D i alternatywnie prosto z płyt SACD oraz Blu-ray.  Do tego odtwarzacza wyjść dla głośników przednich L-P podpięty był groszowymi interkonektami (Profi-Gold za sto złotych) wzmacniacz i porównywać było bardzo łatwo, bo i jego, i telewizor, wyposażono w funkcję „mute”.

Powiecie, że głośniki w telewizorze to szczyt nędzy? Trudno nie przyznać racji, ale przecież to je dostajemy w wymuszonym obrocie jako wbudowane, i ich się często używa – a to z lenistwa, a to z braku środków. Tym samym porównanie nie bez sensu.

To porównanie przybrało postać robienia z czegoś miazgi. Dźwięk głośników telewizora, obsługiwany mnogimi regulacjami, jak regulacja barwy, przestrzenności czy czasu opóźnienia (z tej przestrzenności zrezygnowałem, bo tylko dodatkowo psuła) zdawał się na tle tego z Pylonów, jakby wylatywał z kredensu przez mały kwadracik wycięty w drzwiczkach. Kotłował się, tłamsił, zwijał – był rozpaczliwie zły. Doskonale też słychać było (ale dopiero w porównaniu) że propaguje do tyłu, odbija się od ściany circa metr za telewizorem (ustawionym w rogu pokoju) i gdzieś tam błąka między tą ścianą a rewersem ekranu, przekazując jedynie szary szczątek zawartości sygnału. Oprócz paru płyt i kilku transmisji z muzycznego kanału Mezzo posłuchałem też trzech obszernych fragmentów ścieżek filmowych branych via satelita (rzecz jasna takich bez lektora), w tym tej z nowego serialu Juliusza Machulskiego „Mały zgon”. Który to zgon może i wielki nie jest (aczkolwiek bym polemizował, bo trup się jednak gęsto ściele), ale za to bałagan w scenariuszu okazuje się gigantyczny i w głowie reżysera też.

Wyróżnia się brzmieniowo.

Zostawmy scenariusze i podupadłych reżyserów, skupmy się na przedmiocie. Ogólnie biorąc nie ma się nad czym rozwodzić, bo różnica przepastna. Jak chodzi o kaliber, to z grubsza biorąc taka, jak między kimś nie mającym głosu a operowym śpiewakiem. (Na przykład tym z Personelu Kieślowskiego, który mi się z Machulskim skojarzył.) Matowy, stłamszony bełkot głośniczków telewizora zastępowały Pylony otwartym, pełnoformatowym, dobrze nawilgoconym i barwnym brzmieniem o bez zarzutu  czystości, efektownym połysku i pełnym rozwarciu pasma. Nasycona średnica, nad nią klarowna promienna góra, poniżej potężny, potrafiący w grzmot burzy przechodzić bas. Odnośnie tego basu, to nic a nic nie przesadzam. Ci od Pylona naprawdę się przyłożyli i dół pasma tak schodził, że subwoofer wydawał mi się zbyteczny. Oczywista można go użyć, ale tylko dla odtworzenia efektów ściśle już kinowych, a nie muzycznych czy artykulacyjnych – a ja takich kinowych nie lubię, a w każdym razie nie przepadam. Rozedrgana podłoga udająca trzęsienie Ziemi? Ktoś, kto miał do czynienia z prawdziwym, wie, że jego nie da się naśladować żadnym subem.

Rozsmakowałem się w tych Pylonach. Przyjechały nowiutkie, prosto z fabrycznej taśmy, dwa tygodnie przy telewizorze pograły i „pełny show”, czy też „pełny wypas”, jak to mawiają młodzi-zorientowani, do których dzień dzisiejszy należy.

Pozostawało jeszcze sprawdzić, jak ta pełnia zadowolenia przy obsłudze telewizora spisywać się  będzie w obrębie nieporównanie wyższych wymagań high-endowego toru audio. Mógłbym oczywiście i tutaj podpiąć do odtwarzacza niedrogi wzmacniacz Heeda, i mógłbym użyć któregoś z dwóch tańszych od Ayona CD-10 II Signature, ale to by były zbędne ograniczenia, choć oczywiście monitory Pylon Pearl nie są skierowane do najdroższej elektroniki. Niemniej tylko taka może nam opowiedzieć, w czym naprawdę są mocne, a co jest ich słabszą stroną – toteż ją o to poprosiłem.

Właściwie ustawione i napędzane potrafią grać dostojnie.

Co na pewno należy do stron mocnych, to umiejętność budowania nastroju. Taniutkie monitorki wprzęgnięte w drogi system natychmiast go zbudowały – zjawiła się brzmieniowa odświętność i, nie ma co ukrywać – magia. Oczywista nie takie, jakie otrzymujemy od najlepszych kolumn, niemniej fakt pojawienia tych zjawisk już był dla „okazji z Jarocina” wielką nobilitacją. Nie wiem jak inni, ale sam momentalnie wyczuwam taką muzykę z wyższych sfer, mającą odświętny charakter – taką o dobrych manierach i zbudowaną z samych dobrych składników. Potrafiącą na przykład łączyć kruchość z potęgą – i to kruchość naprawdę kruchą z potęgą nie byle jaką. Pewnie mi nie zechcecie wierzyć; pomyślicie, że mnie ponosi, albo zmyślam; ale nie – puszczone w ruch nagraniem wielkie bębny, w które bębni się na stojąco, sprawiły, że aż podskoczyłem, chociaż pozostawałem w pozycji półleżącej. Zupełnie nie oczekiwałem bębnów o takiej sile i tej miary kubaturze – już prędzej jakiegoś perkusyjnego lufcika, przez który duży bęben ledwie widać. Tymczasem moc, atak i objętość, a także niskie zejście. Nie takie najniższe z niskich, samego basowego kilu sięgające, ale niskie; a chociaż bez basowej czerni, to dające dużo radości i na pewno nad spodziewanie efektowne. Powiem nawet, że obraz bębnów taiko najbardziej mnie ze wszystkiego zdumiał, mimo iż monitory Pylona wcale nie mają tonalności przechylonej na stronę basu. Przeciwnie, to soprany z ich dużego tweetera zazwyczaj chcą powiedzieć więcej, bardziej za rękaw szarpią. To by było niedobre, ale nie jest. Nie jest, gdyż są wystarczająco przestrzenne, wystarczająco nie rozjaśnione i na bardzo miły dodatek potrafią kilka rzeczy trudnych. Primo, dodają meszku dźwiękom i chropawości teksturom, co bardzo zawsze cenię i co ma zasadnicze znaczenie dla podkreślania tej wspomnianej na początku kruchości; a także obcowania brzmieniem klimatycznym – dającym atmosferę i poczucie nadprzeciętności. Secundo, nie podkreślają echa. To ważne i zaskakujące.

W czym pomaga duży bass-refleks.

Zwykle duża aktywność sopranów w tańszych słuchawkach i głośnikach skutkuje tubalnością i poczuciem obcości. Różne to przybiera rozmiary i w różnym stopniu się lokuje na osi przyjemne-nieprzyjemne, jako że nieraz dodatek echa ma także efektowną stronę – podnosi trójwymiarowość samego dźwięku i estrady. Jednak lekkie chociaż wyobcowanie zwykle temu też towarzyszy, co się niektórym nawet podoba, ale mnie nie za bardzo. Podstawkowe Pylony napędzane plejadą lamp w odtwarzaczu, przedwzmacniaczu i końcówce mocy wykazywały dużą aktywność sopranową, ale ani trochę tendencji do tubalnej dziwności. Zaskakująco dobre, naturalnością skutkujące panowanie nad pogłosami– tak to należy zebrać. Prędzej nawet tego pogłosu brakowało, niż go było za wiele – jeżeli już jakiejś dziury w całym szukać. I tertio, nic ta sopranowa aktywność nie szkodziła słabym czy archiwalnym nagraniom. Przeciwnie – puściłem niejedno takie, które w przypadku kolumn sopranowo neutralnych albo wręcz sopranowo spasowanych (w sensie bridża) nieraz stawały się ciężkostrawne, podczas gdy w wydaniu małych Pylonów przedstawiały się świetnie – ponownie byłem zdumiony.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Pylon Audio Pearl Monitor

  1. Marcin pisze:

    Jak Pana zdaniem monitorki te sprawdziły by się w kinie domowym (jako głośniki boczne i tylne)?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jeżeli są bardzo dobre jako główne, to tym bardziej jako pomocnicze.

  2. Michal Pastuszak pisze:

    Ladne wizualnie te glosniki, duzym zaskoczeniem jest przystepna cena (wsrod sluchawek sredni wybor w tych kwotach bylby), milo zatem, ze mozna zrobic jeszcze tak ‚normalnie’ grajacy glosnik za te pieniadze, swietna recenzja.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Kupuję je sobie. Telewizorowego pierdzenia po ich usłyszeniu strawić się nie da.

  3. Sławek pisze:

    Przydałyby się takie siateczki metalowe jak mają Ruby Monitor, wtedy kolumny byłyby kotoodpornre…

  4. Piotr Ryka pisze:

    Nie myślcie sobie, że bąki w dobie zarazy zbijam. Napisałem recenzję czegoś taniego i ciekawego, co miało być na półkach w marcu, a co dzięki epidemii płynie z Japonii statkiem zamiast lecieć samolotem i będzie dopiero w maju. Zatem recenzja do zamrażarki, a zacząłem opis Aurisa Heddonii. Do niej zaś trzeba ściągać lepsze lampy (co chyba się uda), więc też nie lotem strzały.

  5. Piotr Ryka pisze:

    Tak z nowin, to przyjechały po recenzję HEDDphone.

  6. Pawel pisze:

    A moze jakis inteligentny i filozoficzny artykul nt pandemii panie Piotrze? O ile kabel x jest lepszy od kabla y nabiera teraz zupelnie innego wymiaru…

    Jak pokolenie baby boomers w swej masie odbiera te straszliwe doniesienia? Czy audiofilia ma sie dobrze w dobie kwarantanny?
    Czy ceny sprzetu wzrosna czy spadna?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Może napiszę. Ale przewidywanie przyszłości bardzo mało komu i tylko na niektórych kierunkach się udawało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy