Odsłuch
Część praktyczną rozbiłem na dwa etapy – z telefonem i z odtwarzaczem przenośnym.
Z Sony Xperia XZ Premium
Wielu właścicieli smartfonów jest dumnych z ich możliwości i nie widzi potrzeby dopełniania ich jakimś dodatkowym wzmacniaczem. Przykładowo Sony Xperia XZ Premium cieszy posiadaczy jakością dźwięku, oczywiście z poprawką na fakt, że moc wyjściowa jest bardzo niska i może obsłużyć jedynie słuchawki dokanałowe. Natomiast w przypadku nawet czułych nausznych zjawia się dźwiękowa tektura, a więc mimo wysokiej szczegółowości i wyrazistych obrysów brak ciała i wraz z tym nieuchronny spadek muzykalności. W przypadku wzmiankowanego modelu nie był on aż rażący, a szczegółowość i wyraźność starały się sytuację ratować, niemniej już skromny słuchawkowy wzmacniacz Pro-Jecta ze słuchawkami nausznymi spisywał się znacznie lepiej. Tak więc słuchawki inne niż dokanałowe grające wprost ze smartfona to nie będzie audiofilska przyjemność, choć nie jest to brzmienie aż kalekie i da się tego słuchać. Ale to jest to właśnie miejsce, w które może wskoczyć Fostex HP-V1 ze swą lampą i pomnożoną mocą. Poprawa za jego sprawą okazała się wręcz drastyczna i można powiedzieć – kompletna. I to zarówno w wymiarze samego brzmienia, a więc tym najważniejszym, jak i odnośnie logistycznego zaplecza. Bo niby ten mały kabelek w oparciu o miedź Hitachi, to ledwie dziesięć centymetrów plus dwa malutkie wtyki, ale bez niego zaraz kłopot, bo takie kabelki są, co prawda, ogólnie dostępne, lecz z certyfikatem beznadziei tyczącym jakości. Więc na nic dobry smartfon i dobry wspierający go wzmacniacz, gdy innego niż zwykły kabla do ich złączenia nie masz. Trzeba wówczas szukać pomocy u firm takich jak FAW, ale przeciętny posiadacz smartfona nie ma o jej istnieniu pojęcia. Oczywiście to znakomicie, że taka firma jest, tym niemniej jeszcze świetniej, że sam Fostex daje od razu dobry kabel.
Po spięciu firmowym kablem dźwięk w słuchawkach samego Fosteksa, planarnych T60RP, zmieni się nie do poznania. Z chudego, zimnego rachityka, psutego dodatkowo nadmierną echowością, stał się ciepły i naturalny – zadowalający pod każdym względem. Wypełniony, z odpowiednią temperaturą i płynny, a także gładki na przejściach, wzmagał zadowolenie słuchacza w stopniu niemalże maksymalnym. O ile ktoś w ogóle czerpać przyjemność może z takiego bez wzmacniacza, bo ja na przykład nie. Tylko się dobrze zrozummy, bo nie chodzi mi o to, że Sony Xpera z Fostex HP-V1 to było audiofilskie złoto oraz najwyższy stopień podium.
Grało po prostu poprawnie w każdym muzycznym aspekcie, nie było się czego czepiać. Toteż nawet rozwydrzony recenzent, nawykły do ekstremów, mógł z tego czerpać radość, słuchać dla przyjemności. Żadnych drażniących akcentów, żadnego braku jakości. Miłe, ciepłe i pełne brzmienie roztaczające się w medium czystym, pozwalającym zaistnieć dobrej szczegółowości. Całkiem dobra też dynamika i wyraźne obrazowanie, a całość w stylu spokojnym i eleganckim, bez żadnych ekscentrycznych wyskoków. Ani sopranów się forsujących, ani podkreślającego się basu, a moc wystarczająca, by przy gałce potencjometru ustawionej w maksimum robiło się za głośno. Więc w sumie jak na tysiąc sześćset do smartfona za trzy, to udany dodatek, otwarcie drzwi do muzyki. Ktoś bez pełnoformatowych audiofilskich wymagań spokojnie może na takim czymś poprzestać i słuchać także w domu. Muzyka z radia w samochodzie, albo telewizora bez kina domowego, z reguły brzmi znacznie gorzej, nieraz katastrofalnie. A tutaj wszystko „oki”, spokojnie dało się słuchać.
Z Astell & Kern AK380
Smartfon to jednak mimo wszystko zabawka. Dla muzyki w trybie mobilnym są lepsi operatorzy. A jednym z najlepszych w ogóle jest odtwarzacz przenośny Astell & Kern AK380, którego entuzjastyczną recenzję pisałem trzy lata temu. To jest już taka maszyna, że trzeba sprzętu stacjonarnego naprawdę dobrej klasy trzeba, aby móc jej dorównać, jednakże – choć w zdecydowanie mniejszym stopniu – mająca tę samą niedomogę, co smartfon. Słuchawki dokanałowe – prima. Wysoko czułe nauszne – też będzie bardzo dobrze. Ale już takie więcej prądu chcące, to mocy zaczyna brakować. Wciąż jej niby wystarcza, ale już mogłoby być lepiej; już dynamika zaczyna niedomagać, a wypełnienie chudnie. To są nieznaczne ubytki i w sposób znakomity nadrabiane ogólną maestrią, jako że AK380 podaje sygnał klasy dobrego odtwarzacza – takiego naprawdę dobrego, że czuć brzmieniową finezję – ale to mocy nic nie zastąpi, bo ona niezastąpiona.
Sam Astell wie to doskonale i jako dodatek za trzy tysiące z kawałkiem oferuje dopasowany wzorniczo i ściśle przylegający (z mocowaniem śrubowym) własny wzmacniacz Astell & Kern AMP, podwajający moc. Też się go nachwaliłem, bo z nim, to jak na realia przenośne, gra taka astellowska kanapka fantastycznie i każde normalne słuchawki będą zaspokojone. Fostex proponuje to samo, ale w połowę niższej cenie oraz z dodatkiem lampy. A także złącza dobrym kablem – i chociaż kanapka AK380/FostexHP-V1 będzie grubsza i mniej estetycznie scalona, to przecież o połowę tańsza. Nikt też nikomu nie każe zestawiać tego Fosteksa z tak drogim odtwarzaczem – on jest uniwersalny.
Zacznijmy od kwestii mocy. Wzmacniacz Fosteksa ma jej dosyć. Nawet planarne T60RP można było wprawić w stan grzmotu z pierwszych rzędów rockowego spektaklu. Tak, że na dłuższą metę uszkodzenie słuchu gwarantowane i można się spokojnie przenosić w niższe rewiry cenowe. Ale głupi audiofil nie chce sobie ułatwiać życia, więc gałki na full nie odkręci i ciągle będzie się lubował w jak najdroższych zabawkach. Przy tej miary zapasie mocy dynamika i wypełnienie nie mogły się redukować, tak więc wszystko co dawał AK380 jako źródło, lądowało niezaburzone w uszach. A że daje on sygnał prima, o tym już napisać zdążyłem. Grało ciepło, przejrzyście i gęsto, a także bez spadku dynamiki. No i z tym jeszcze czymś, co jest tego Astella atutem – grało po prostu kunsztownie. Że w pełni ożywione spektrum, drobiazgowo szczegółowe i się mrowiące tekstury, a także ekstensja, promieniowanie – czy jakkolwiek to nazwać – co sprawia, że dźwięki nie pozostają zamknięte, tylko propagują na przestrzeń. A ja tylko tak lubię i kiedy dźwięk się zamyka, to od razu się wiercę.
Pytanie przy tym zachodzi o relacje między dedykowanym wzmacniaczem Astella, zbudowanym na samych op-ampach, a tym z lampą Fosteksa. To porównanie jedynie z pamięci, ale chyba się nie pomylę: wzmacniacz dedykowany kładł większy nacisk na szybkość i wyraźność, a ten z lampą, połowę tańszy, na gładkość, melodyjność i charakterystyczną dla lamp atmosferę oświetlania świecami. Że takie czary-mary, zabawa światłocieniem, głębia sceniczna w mroku, kontury bardziej łagodne, a dociążenie mocniejsze. Struny mniej naprężone, głosy melodyjniejsze, a nastrój tą ciepłotą swojski, ale zarazem tajemniczy. Przy tym dobra trójwymiarowość, zarówno sceny jak dźwięków, a medium jednocześnie przejrzyste, ale też gęste, dotykowe.
Więc takie bardziej nurkowanie w ciepłym morzu, niż górska wędrówka przez krystaliczne pejzaże. To oczywiście czysto subiektywna impresja, które mnie naszła przy słuchaniu, ale muzyka to zbiór impresji, więc jak najbardziej na miejscu.

















Ah w końcu ktoś go w Polsce opisał rzeczowo i dogłębnie. Posiadam obydwa wymienione przenośne lampowce. Owego Fostexa używałem jako wzmacniacza delegacyjnego i bardzo satysfakcjonujący to sprzęt, dopóki nie spróbuje się ALO V3, który mi osobiście udało się ustrzelić w stanie mint za kwotę mniejszą niż Fostex warty.
W Pańskiej dawnej recenzji ALO jednak dało się wyczuć zdecydowanie większy entuzjazm i zadecydowanie go podzielam. To wzmacniacz dużo lepszy wg. mnie w każdym aspekcie, szczególnie właśnie jeśli chodzi o misterność dźwięków, szczegółowość i swoiste rozwibrowanie budujące emocje. To taki wzmacniacz, że w niektórych kwestiach tęsknię za nim słuchając stacjonarnie. Ale i rzeczony Fostex jest bardzo wartościowym urządzeniem, szczególnie jeśli ktoś zaczyna przygodę z portable to bardzo wartościowym …
Niecierpliwie czekam na zapowoadaną recenzję ALO V5.
Pozdrawiam i dziękuję za interesującą lekturę.
Tak, ALO grał bardziej urzekająco, ale już go nie ma, no i był droższy.
A tak w ogóle, to dziękuję za bezpośrednie porównanie, bo sam nie miałem okazji.