Recenzja: Fostex HP-V1

    Fostekasa przedstawiać nie muszę. Po pierwsze – wszyscy znają. Po drugie – już to parę razy robiłem. Znany jest przede wszystkim ze słuchawek, chociaż zaczynał od głośników i te głośniki wciąż robi, a jednocześnie ostatnimi czasy poszerza ofertę o coraz liczniejsze słuchawkowe wzmacniacze. Pod koniec 2016 prezentowałem bardzo drogą konstrukcję flagową Fostex HP-V8, a teraz skoczymy na drugi skraj, do lampowej-przenośnej Fostex HP-V1.

Słowo „lampowy” przy słuchawkowym wzmacniaczu pachnie zwykle większą gotówką, co odnosi się także do tych przenośnych. Lampowy i przenośny Woo Audio WA8 Eclipse to wydatek dziesięciu, a lampowy i przenośny ALO Audio Continental Dual Mono to równoważnik sześciu i pół tysiąca. Z tym, że tamte to też przetworniki, a to będzie sam wzmacniacz. Za to o wiele tańszy, bo za tysiąc sześćset pięćdziesiąt.

Budowa

Aluminiowa czerń i chrom.

   To nam z miejsca podnosi nastrój, bo takie coś dla wszystkich, a do tego Fostex się chwali, że na rewelacyjnych podzespołach. Po pierwsze lampa w stopniu wzmocnienie 6N16B-Q, czyli miniaturowa podwójna trioda o współczynniku wzmacniającym 25 i mocy anodowej 0,9W; produkowana przez zakłady ORZJEP z Orła nad Oką i uchodząca za bardzo dobrą. Poza tym świetny, a nawet najlepszy ze wszystkich, wzmacniacz operacyjny Texas Instruments OPA627, opisywany przez producenta jako „new level” i ” the best bipolar-input operational amplifier.” Do tego przez samego Fosteksa opracowane wysokopojemnościowe kondensatory elektrolityczne i wyjątkowo wydajna bateria, a właściwie, z uwagi na pojemność, akumulator litowo-jonowy, o czasie podtrzymania aż do dziesięciu godzin. Wszystko to w obudowie z anodyzowanego na czerń aluminium ze sporym pokrętłem potencjometru ozdobionym chromową otoką. Całość w rozmiarze akurat takim, by umieścić w przeznaczonym do tego wgłębieniu wierzchniej pokrywy smartfona i całość opasać gumami, a także spiąć tego smartfona ze wzmacniaczem wysokiej jakości kablem HiFC (nazwa zastrzeżona dla miedzi 6N by Hitachi), dostarczanym przez Fosteksa w komplecie. Odpowiednie przyłącza line-in znajdują się z tyłu i z przodu, pozwalając dopasować się do telefonu lub przenośnego odtwarzacza dowolnej firmy, niezależnie od tego czy gniazdo połączeniowe ma u góry, czy u dołu. Z tyłu prócz tego jest jeszcze port ładowarki, a z przodu  gniazdo słuchawkowe 3,5 mm, wspomniany potencjometr i obok mały pstryczek „low/high” siły wzmocnienia, pozwalający się przystosować do słuchawek dokanałowych lub nausznych. A że moc w ustawieniu high wynosi 200 mW, to można będzie bez problemu napędzić nawet nowszego typu słuchawki planarne, jako że jest to moc porównywalna z przeciętnym wzmacniaczu stacjonarnym.

Włączenie fosteksowego przenośnego „normalsa” (pozbawionego przetwornika) następuje wraz z przekręceniem potencjometru i informuje o tym czerwona dioda przy słuchawkowym gnieździe, która po krótkim czasie na rozgrzanie się lampy zmienia kolor na zielony, a stan ładowania oznajmia też czerwona, ulokowana z tyłu. Urządzenie waży 380 g (sam ważyłem), ma rozmiar 88 mm (S) x 33 mm (W) x 139 mm (D) i obciąża baterię poborem równych 4 W. Obsługa obejmuje wszystkie słuchawki o impedancji wyższej lub równej 16 Ω i oferuje imponujące pasmo przenoszenia 10 Hz – 100 kHz.

Jest tylko jedno gniazdo słuchawkowe – niesymetryczny mały jack.

W tekturowym, piętrowym opakowaniu znajdziemy obok samego wzmacniacza ładowarkę prądu stałego 15 V, wspomniany kabel HiFC oraz wielojęzyczną instrukcję. I na zakończenie raz jeszcze najważniejsza wiadomość – to wszystko będzie nas kosztowało tylko 1649 PLN.

Odsłuch

Rynienka dla smartfona.

    Część praktyczną rozbiłem na dwa etapy – z telefonem i z odtwarzaczem przenośnym.

Z Sony Xperia XZ Premium

Wielu właścicieli smartfonów jest dumnych z ich możliwości i nie widzi potrzeby dopełniania ich jakimś dodatkowym wzmacniaczem. Przykładowo Sony Xperia XZ Premium cieszy posiadaczy jakością dźwięku, oczywiście z poprawką na fakt, że moc wyjściowa jest bardzo niska i może obsłużyć jedynie słuchawki dokanałowe. Natomiast w przypadku nawet czułych nausznych zjawia się dźwiękowa tektura, a więc mimo wysokiej szczegółowości i wyrazistych obrysów brak ciała i wraz z tym nieuchronny spadek muzykalności. W przypadku wzmiankowanego modelu nie był on aż rażący, a szczegółowość i wyraźność starały się sytuację ratować, niemniej już skromny słuchawkowy wzmacniacz Pro-Jecta ze słuchawkami nausznymi spisywał się znacznie lepiej. Tak więc słuchawki inne niż dokanałowe grające wprost ze smartfona to nie będzie audiofilska przyjemność, choć nie jest to brzmienie aż kalekie i da się tego słuchać. Ale to jest to właśnie miejsce, w które może wskoczyć Fostex HP-V1 ze swą lampą i pomnożoną mocą. Poprawa za jego sprawą okazała się wręcz drastyczna i można powiedzieć – kompletna. I to zarówno w wymiarze samego brzmienia, a więc tym najważniejszym, jak i odnośnie logistycznego zaplecza. Bo niby ten mały kabelek w oparciu o miedź Hitachi, to ledwie dziesięć centymetrów plus dwa malutkie wtyki, ale bez niego zaraz kłopot, bo takie kabelki są, co prawda, ogólnie dostępne, lecz z certyfikatem beznadziei tyczącym jakości. Więc na nic dobry smartfon i dobry wspierający go wzmacniacz, gdy innego niż zwykły kabla do ich złączenia nie masz. Trzeba wówczas szukać pomocy u firm takich jak FAW, ale przeciętny posiadacz smartfona nie ma o jej istnieniu pojęcia. Oczywiście to znakomicie, że taka firma jest, tym niemniej jeszcze świetniej, że sam Fostex daje od razu dobry kabel.

Po spięciu firmowym kablem dźwięk w słuchawkach samego Fosteksa, planarnych T60RP, zmieni się nie do poznania. Z chudego, zimnego rachityka, psutego dodatkowo nadmierną echowością, stał się ciepły i naturalny – zadowalający pod każdym względem. Wypełniony, z odpowiednią temperaturą i płynny, a także gładki na przejściach, wzmagał zadowolenie słuchacza w stopniu niemalże maksymalnym. O ile ktoś w ogóle czerpać przyjemność może z takiego bez wzmacniacza, bo ja na przykład nie. Tylko się dobrze zrozummy, bo nie chodzi mi o to, że Sony Xpera z Fostex HP-V1 to było audiofilskie złoto oraz najwyższy stopień podium.

I dla smartfona przyłącze.

Grało po prostu poprawnie w każdym muzycznym aspekcie, nie było się czego czepiać. Toteż nawet rozwydrzony recenzent, nawykły do ekstremów, mógł z tego czerpać radość, słuchać dla przyjemności. Żadnych drażniących akcentów, żadnego braku jakości. Miłe, ciepłe i pełne brzmienie roztaczające się  w medium czystym, pozwalającym zaistnieć dobrej szczegółowości. Całkiem dobra też dynamika i wyraźne obrazowanie, a całość w stylu spokojnym i eleganckim, bez żadnych ekscentrycznych wyskoków. Ani sopranów się forsujących, ani podkreślającego się basu, a moc wystarczająca, by przy gałce potencjometru ustawionej w maksimum robiło się za głośno. Więc w sumie jak na tysiąc sześćset do smartfona za trzy, to udany dodatek, otwarcie drzwi do muzyki. Ktoś bez pełnoformatowych audiofilskich wymagań spokojnie może na takim czymś poprzestać i słuchać także w domu. Muzyka z radia w samochodzie, albo telewizora bez kina domowego, z reguły brzmi znacznie gorzej, nieraz katastrofalnie. A tutaj wszystko „oki”, spokojnie dało się słuchać.

Z Astell & Kern AK380

Smartfon to jednak mimo wszystko zabawka. Dla muzyki w trybie mobilnym są lepsi operatorzy. A jednym z najlepszych w ogóle jest odtwarzacz przenośny Astell & Kern AK380, którego entuzjastyczną recenzję pisałem trzy lata temu. To jest już taka maszyna, że trzeba sprzętu stacjonarnego naprawdę dobrej klasy trzeba, aby móc jej dorównać, jednakże – choć w zdecydowanie mniejszym stopniu – mająca tę samą niedomogę, co smartfon. Słuchawki dokanałowe – prima. Wysoko czułe nauszne – też będzie bardzo dobrze. Ale już takie więcej prądu chcące, to mocy zaczyna brakować. Wciąż jej niby wystarcza, ale już mogłoby być lepiej; już dynamika zaczyna niedomagać, a wypełnienie chudnie. To są nieznaczne ubytki i w sposób znakomity nadrabiane ogólną maestrią, jako że AK380 podaje sygnał klasy dobrego odtwarzacza – takiego naprawdę dobrego, że czuć brzmieniową finezję – ale to mocy nic nie zastąpi, bo ona niezastąpiona.

Tylko audiofil może gderać, podczas gdy przeciętny użytkownik będzie w pełni zadowolony.

Sam Astell wie to doskonale i jako dodatek za trzy tysiące z kawałkiem oferuje dopasowany wzorniczo i ściśle przylegający (z mocowaniem śrubowym)  własny wzmacniacz Astell & Kern AMP, podwajający moc. Też się go nachwaliłem, bo z nim, to jak na realia przenośne, gra taka astellowska kanapka fantastycznie i każde normalne słuchawki będą zaspokojone. Fostex proponuje to samo, ale w połowę niższej cenie oraz z dodatkiem lampy. A także złącza dobrym kablem – i chociaż kanapka AK380/FostexHP-V1 będzie grubsza i mniej estetycznie scalona, to przecież o połowę tańsza. Nikt też nikomu nie każe zestawiać tego Fosteksa z tak drogim odtwarzaczem – on jest uniwersalny.

Zacznijmy od kwestii mocy. Wzmacniacz Fosteksa ma jej dosyć. Nawet planarne T60RP można było  wprawić w stan grzmotu z pierwszych rzędów rockowego spektaklu. Tak, że na dłuższą metę uszkodzenie słuchu gwarantowane i można się spokojnie przenosić w niższe rewiry cenowe. Ale głupi audiofil nie chce sobie ułatwiać życia, więc gałki na full nie odkręci i ciągle będzie się lubował w jak najdroższych zabawkach. Przy tej miary zapasie mocy dynamika i wypełnienie nie mogły się redukować, tak więc wszystko co dawał AK380 jako źródło, lądowało niezaburzone w uszach. A że daje on sygnał prima, o tym już napisać zdążyłem. Grało ciepło, przejrzyście i gęsto, a także bez spadku dynamiki. No i z tym jeszcze czymś, co jest tego Astella atutem – grało po prostu kunsztownie. Że w pełni ożywione spektrum, drobiazgowo szczegółowe i się mrowiące tekstury, a także ekstensja, promieniowanie – czy jakkolwiek to nazwać – co sprawia, że dźwięki nie pozostają zamknięte, tylko propagują na przestrzeń. A ja tylko tak lubię i kiedy dźwięk się zamyka, to od razu się wiercę.

Pytanie przy tym zachodzi o relacje między dedykowanym wzmacniaczem Astella, zbudowanym na samych op-ampach, a tym z lampą  Fosteksa. To porównanie jedynie z pamięci, ale chyba się nie pomylę: wzmacniacz dedykowany kładł większy nacisk na szybkość i wyraźność, a ten z lampą, połowę tańszy, na gładkość, melodyjność i charakterystyczną dla lamp atmosferę oświetlania świecami. Że takie czary-mary, zabawa światłocieniem, głębia sceniczna w mroku, kontury bardziej łagodne, a dociążenie mocniejsze. Struny mniej naprężone, głosy melodyjniejsze, a nastrój tą ciepłotą swojski, ale zarazem tajemniczy. Przy tym dobra trójwymiarowość, zarówno sceny jak dźwięków, a medium jednocześnie przejrzyste, ale też gęste, dotykowe.

Co dojrzalszym wiadome, że guma ułatwia łączenie.

Więc takie bardziej nurkowanie w ciepłym morzu, niż górska wędrówka przez krystaliczne pejzaże. To oczywiście czysto subiektywna impresja, które mnie naszła przy słuchaniu, ale muzyka to zbiór impresji, więc jak najbardziej na miejscu.

Odsłuch cd.

Niestraszne nam planary.

   Na koniec porównawczo o słuchawkach.

Zacząłem od wspomnianych Fostex T60RP i było pierwszorzędnie. Z nieznaczną chrypką tekstur, którą tak sobie cenię, zarazem bardzo wyraziście i jednocześnie z ciałem. Stylem dość bliskim temu od wzmacniacza samego Astella, ale z mniejszą ostrością konturów a większym wypełnieniem. Zarazem rytm, dobra prędkość, solidnie naprężone struny i bas taki trochę osobny – mocno z przekazu się wybijający i jednocześnie stanowiący tło. Koloryt lekko przyciemniony, tak żeby klimatyczniej było, a medium czyste, z odciśnięciem, ale takim nieznacznym.

AudioQuest NightHawk (z kablem Tonalium), którym ostatnimi czasy zdarzyło się parę razy wypaść od tych Fosteksów delikatnie mówiąc nie lepiej, tym razem były górą. Zagrały nie tylko gęściej i z większą dozą informacji, ale też ogólnie ciekawiej. A o to wcale nie było łatwo, bo także gładziej i z mniej wyraźnym konturem, a takie coś potrafi wpychać w nudę, o ile tylko jakości chociaż troszeczkę brakuje. Ale właśnie nie brakowało, bo szczegóły mimo gęstości się lepiej eksponowały, dźwięk był głębszy, ciemniejszy i bardziej trójwymiarowy. To z nimi się pojawiła impresja o ciepłym morzu, którego dotyk, bogactwo kolorytu i wzbogacane przejściem przez wodę światło na wyobraźnię bardziej działały. Fosteksy niewątpliwe robiły spektakl, ale AudioQuest większy. Bardziej lampowy, bardziej przestrzenny i bardziej się odciskający. Bas przy tym miały wpisany w resztę, ani trochę osobny, ale tym sposobem bardziej prawdziwy, nie taki sztuczny, kinowy.

Przejście na Beyerdynamic T1 V2 zaowocowało syntezą. Z jednej strony medium i sam dźwięk uległy rozgęszczeniu, z drugiej naprężenie i kontur pozostały bardziej niż z T60 miękkie. Na pewno nie grało to tak dobrze, jak ze szczególnie pasującym do tych T1 wzmacniaczem Feliks-Audio Euforia, niemniej dobrze i wciągająco. Szybko, rytmicznie, muzykalnie, spoiście, niemniej spośród słuchanych dotąd najmniej mi się podobało. Albowiem z najsłabszym rysem indywidualnym, takim bez własnej soli. Ale całkiem w porządku, żadnego się czepiania.

Trudne HD 800 nie okazały się za trudne. Przeciwnie – z nimi grało najlepiej.

Spośród słuchawek o wysokiej impedancji zdecydowanie lepiej wypadły Sennheiser HD 800. Powiedziałbym nawet, że kto wie, czy nie ze wszystkich najlepiej. Grały mniej gęsto od NightHawk, ale najbardziej trójwymiarowo i także najbardziej żywo, jak również z najbardziej bezpośrednim dotykiem. Przywołanie wykonawców było w nich oczywiste, a wokale najbardziej złożone. Ciut więcej wypełnienia pewnie by nie zaszkodziło, ale i tak grały najnaturalniej – najgłębszą esencją prawdy. Żadnego dystansu do muzyki, żadnego zubożenia. Wyjątkowo szybko i dynamicznie, a zarazem przejrzyście, misternie. Z dobrym wyodrębnianiem dźwięków z medium i przechodzeniem tego w holografię. Jedynie czynniki treściwości i ciśnienia NightHawk oferowały lepszy.

Nie gorzej jednak wypadły Fostex TH900 Mk2. W podobnie przejrzystym medium oferowały podobną bezpośredniość na bazie większej bliskości i bardzie wyodrębnionego basu. To było nieco efekciarskie, może i mniej prawdziwe, ale podobnie silnie działające. Mocny kontrast pomiędzy dość jasnym dźwiękiem a czernią za nim tła, mocniejsze akcentowanie skrajów pasma, a muzykalność bez zarzutu. Znów także można napisać, że gęstość u NightHawk była większa, ale jak ktoś lubi efekty oraz lekką echowość, to Fosteksy flagowe akurat.

Na koniec sięgnąłem znów po planary, spinając ich klamrą porównania – MrSpeakers Ether Flow z kablem Tonalium. Te pokazały to, co zwykle pokazują, to znaczy przede wszystkim gładką muzykalność, a za nią dynamikę. Dlatego dla osób lubiących większe ekscytacje powinny być ustawione głośno, tak by dynamika się przebijała. Natomiast dla lubiących gładkie, ciepłe, muzyczne brzmienia są po prostu najlepsze. Muzyka wchodzi za ich sprawą bezproblemowo, bez najmniejszego nawet zadziorka. Gładka, płynna i ciepła, pozbawiona, jakiejkolwiek szorstkości i pozbawiona echa. Przechodząca przez medium mniej gęste niż u NightHawk, ale bardziej zgęszczone niż u HD 800 i T1. Na niskich poziomach głośności mnie to trochę nudziło, ale na wysokich stawało się żywe i jakościowe. Wolę wprawdzie bardziej zróżnicowane i stawiające większy opór tekstury – trochę choć chropawości – ale są zwolennicy gładzi i dla nich te Ether Flow.

Pokusa się okazała silniejsza i mimo narastającego zmęczenia sięgnąłem po Crosszone CZ-1. O nich mogę napisać, że grały w stylu podobnym do MrSpeakers, ale mniej ciepło i jednak bardziej chropawo. Gładź oleista stlała się minimalnie szorstką, jakby jedwab zastąpić bawełną, temperatura spadła w pobliże neutralnej, a stereofonia, zgodnie z konstrukcyjnymi założeniami, weszła na wyższą orbitę.

Ale i z NightHawk rewelacyjnie, tak więc impedancja nie robi różnicy.

Lecz mimo większej ilości składowych obrazu, ślącego teraz w każde ucho informację z obu kanałów, obraz pozostał koherentny. W każdym punkcie przestrzeni zjawiało się więcej dźwięku, a scena się wzbogaciła o dodatkowe relacje i lepiej domknęła przed słuchaczem. Jednocześnie nie pojawiło się to coś, co w tych słuchawkach częste: gdy źródło lub wzmacniacz mniej pasują, obraz zaczyna się zlewać. Nic absolutnie z takich rzeczy, wszystko przejrzyste i czytelne, a gęstość medium niższa niż u MrSpeakers, mniej więcej na poziomie HD 800. I także podobny naturalizm, ale przy dźwięku mniej ciemnym, cokolwiek mniej tajemniczym i nieco bardziej gładkim. Ciekawa rzecz, mimo wszystko to obraz kreowany przez te ostatnie wydawał mi się ciekawszy. Bardziej złożony w odniesieniu do dźwięków i bardziej koronkowy. Większą tajemniczością, chropawością, mocniejszym wydobywaniem wszystkiego z tła (to wielki atut Sennheiserów) i wraz z tym lepszą figuratywnością bardziej fascynujący.  

Podsumowanie

   Wróćmy na koniec do wzmacniacza. Recenzowany Fostex HP-V1 wskakuje w sensie rynkowym na miejsce zwolnione przez wycofanego dość już niestety dawno amerykańskiego ALO Audio Continental V3. Podobne ma gabaryty i identyczne przeznaczenie, a także niezwykłość bycia urządzeniem przenośnym o technice lampowej. Niewątpliwym atutem jest tutaj niższa cena. Niedostępny już ALO i wciąż dostępny mały Fostex jednakowo pochodzą ze stref  gospodarczych nie skażonych korupcjogennym VAT-em, o dziwo jednak analogiczny produkt japoński od amerykańskiego okazuje się aż o tysiąc złotówek tańszy. To znakomita wiadomość, zważywszy że też powstał w oparciu o jakościowe podzespoły, oferując analogiczną jakość. Brzmienie ma jednak nieco inne, bo Continental dźwięk oferował głębszy oraz jeszcze ciemniejszy, a także bardziej „liquid”, podczas gdy ten od japońskiej konkurencji okazał się bardziej rozwichrzony, taki bardziej „extension”. Też ciemny, też muzykalny i także urokliwy, ale bardziej poszukujący fascynacji poprzez promienistą naturę a nie świetlistą głębię. Podobnie jednak w całokształcie brzmienia z wyraźnym rysem lampowym i w obu przypadkach z dużym zapasem mocy, pozwalającym wysterować nawet trudne słuchawki. I przy tym do każdych pasować brzmieniem. Godne jest też podkreślenia, że jeden i drugi „mały lampiarz” znakomicie zgrywał się z Sennheiserami HD 800, stawiając ich względem siebie jeszcze bliżej.

Więc cóż, pozostaje się cieszyć, że lampa mobilna nie ginie i że obok dużo większych, dużo droższych i dużo bardziej grzejących tandemów wzmacniacz-przetwornik mamy też możliwość nabycia samego lampowego wzmacniacza dla odtwarzaczy przenośnych i smartfonów. Użyteczność nie podlega dyskusji – każdy smartfon i każdy odtwarzacz z nim niewątpliwie zyskają. A cena za to nie będzie wysoka, analogiczna do ceny przyzwoitych słuchawek. Zestawik opasany gumami nie będzie wprawdzie tak elegancki, jak AK 380 z przytwierdzonym w klaster dedykowanym wzmacniaczem, ale za to będzie zdecydowanie tańszy i taki bardziej dla wszystkich; każdego urządzenia oraz każdej kieszeni. Przy tej cenie rekomenduję, mimo iż konkurencja iFi nie śpi. Ścisłego odpowiednika jednak nie oferuje; nie ma w ofercie angielskiego producenta lampowego słuchawkowego wzmacniacza dla sprzętu mobilnego.

W punktach:

Zalety

  • Lampowe brzmienie dla każdego i wszędzie.
  • Ciepłe.
  • Głębokie.
  • Trójwymiarowe.
  • Melodyjne.
  • Promieniujące.
  • Dynamiczne.
  • Szczegółowe.
  • Różnorodne.
  • O bogatych teksturach, żywej przestrzeni i dużym autentyzmie.
  • Pasujące do każdych słuchawek.
  • Także dzięki sile sygnału każde poza dawnymi planarami zdolne nasycić mocą.
  • Schludny wygląd.
  • Praktyczny rozmiar.
  • Lampa się zbytnio nie rozgrzewa.
  • Same markowe podzespoły.
  • Aż dziesięć godzin podtrzymania.
  • Można używać podczas ładowania.
  • Ogromne pasmo przenoszenia.
  • Żadnych zakłóceń własnych.
  • Dwa zakresy mocowe, pozwalające dostroić się do słuchawek dokanałowych.
  • Świetnej jakości kabel połączeniowy w komplecie. (A ALO na przykład nie miał.)
  • Gniazda wejściowe po obu stronach, pozwalające na dopasowanie do źródła.
  • Renomowany producent to mało powiedziane.
  • Bardzo przystępna cena.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Lampa to lampa – 15 minut na rozgrzewkę przed takim już dobrym graniem.
  • I jednak trochę grzeje, i wymaga przewiewu. (Choć kieszeń w tym wypadku nie będzie niemożliwa.)
  • Potencjometr wystaje i chodzi dosyć gładko, więc trzeba o nim pamiętać.
  • Moc dla starych planarów nie będzie wystarczająca.

Dane techniczne:

  • Wzmacniacz słuchawkowy z wyjściowym stopniem lampowym na lampie 6N16B-Q.
  • Max moc wyjściowa: 200mW (32 ohm)
  • Impedancja wyjściowa: >16 Ohm
  • Impedancja wejściowa: >10 kOhm
  • Złącze słuchawkowe: 3.5mm stereo mini jack
  • Złącza liniowe: 3.5mm stereo mini jack x 2 (Przód i tył)
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 100 kHz (+/- 2dB)
  • Zasilanie: wewnętrzny akumulator litowo- jonowy lub DC 15V
  • Pomóc mocy:  4 W (32 Ohm)
  • Czas pracy: Około 10 godzin
  • Wymiary: 88mm (S) x 33mm (W) x 139mm (D)
  • Waga:  380 g.
  • Zawartość opakowania: adapter AC; kabel stereo mini 100 mm; instrukcja.
  • Cena: 1649 PLN
Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: Fostex HP-V1

  1. Szkudi pisze:

    Ah w końcu ktoś go w Polsce opisał rzeczowo i dogłębnie. Posiadam obydwa wymienione przenośne lampowce. Owego Fostexa używałem jako wzmacniacza delegacyjnego i bardzo satysfakcjonujący to sprzęt, dopóki nie spróbuje się ALO V3, który mi osobiście udało się ustrzelić w stanie mint za kwotę mniejszą niż Fostex warty.
    W Pańskiej dawnej recenzji ALO jednak dało się wyczuć zdecydowanie większy entuzjazm i zadecydowanie go podzielam. To wzmacniacz dużo lepszy wg. mnie w każdym aspekcie, szczególnie właśnie jeśli chodzi o misterność dźwięków, szczegółowość i swoiste rozwibrowanie budujące emocje. To taki wzmacniacz, że w niektórych kwestiach tęsknię za nim słuchając stacjonarnie. Ale i rzeczony Fostex jest bardzo wartościowym urządzeniem, szczególnie jeśli ktoś zaczyna przygodę z portable to bardzo wartościowym …
    Niecierpliwie czekam na zapowoadaną recenzję ALO V5.

    Pozdrawiam i dziękuję za interesującą lekturę.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tak, ALO grał bardziej urzekająco, ale już go nie ma, no i był droższy.

    2. Piotr Ryka pisze:

      A tak w ogóle, to dziękuję za bezpośrednie porównanie, bo sam nie miałem okazji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy