Dźwięk
Tak naprawdę żałuję wszystkich, chciałbym przywrócić sobie każde z posiadanych kiedyś słuchawek. Ale w chwilach pozbycia górę bierze opinia „przecież ich nie używam”, albo „te będą przecież lepsze”. W efekcie ciągnie się za mną długi sznur nieposiadanych, pośród których pamiętne, bo niezwykłe, Pandora Hope VI. Sprzedanie ich było błędem – nie oddaje się rzeczy wyjątkowych, jeżeli mus nie gnębi. Znajomy nie może odżałować, że z kompletu Sennheiser Orpheus pozbył się sekcji wzmacniacza, a sam z kolei myślę, iż głupotą było oddanie niezwykłych, jedynych takich Pandora Hope. Ale cóż, stało się, stało się dawno temu – i faktem, że realizm tworzony przez AKG K1000 posiada wyższą rangę, ale też pozostaje faktem, że soprany u tamtych i ich „widzenie” przestrzeni były zupełnie niecodzienne, warte trwałego posiadania. Czy można przywoływać tamte wrażenia za sprawą tytułowych? Ano nie, z pewnością nie można, to są inne słuchawki. Bardzo zbliżone na oko, identyczne pod względem kształtu, ale na ucho już nie tak – one są bardziej „normalne”, tyle że nienormalnie dobre.
Przy komputerze
Zacząłem tradycyjnie przy komputerze i od własnego sprzętu, to znaczy pary przetwornik-wzmacniacz sygnowanych przez Phasemation, z projekcją zastąpienia wzmacniacza EPA-007 przez pozostający wciąż w dyspozycji SAEC Astraeus. Ale wpierw Phasemation. Jako pierwszą rzecz ustaliłem, że mimo niskiej impedancji, DX4000 są na ładunek mocy bardzo łase; nie aż tak wprawdzie, jak DX6000, ale użycie dwóch przejściówek (z Pentacon na 4-pin i dalej parę dużych jacków, by dual-mono z Phasemation) – ta kombinacja pozwalała słuchawkom bardziej błyszczeć, bo bardziej się rozpędzać i zyskać masywniejszy profil. To było clou i najwyraźniej wizytówka całej serii DX – brzmienie szybkie i prężne w typie estradowego. Nie stawiające na kontrasty brane z dużych rozrzutów osi delikatne-potężne – tu bowiem wszystkie brzmienia krzepkie, nasycone budulcem, żadnych w typie mimozy. W przypadku poezji śpiewanej bądź spokojniejszej muzyki rozrywkowej odejmowało to czynnik sopranowej delikatności i czynnik młodzieńczości, czyniąc muzyczny przepływ bardziej ujednoliconym w wyrazie na podłożu zawsze sporego wypełnienia; pod tym względem więc bez mistrzostwa (zobaczymy co przy innym wzmacniaczu), a w zamian coś innego – jakże cenione dynamika, postawność, wypełnienie, szybkość, żywość i sumaryczne poczucie „dzieje się, no naprawdę dzieje”. Skrótowo mówiąc: „jazda”.
Ale nie tylko ona, bo mimo okradania z najdelikatniejszych składników, muzyka była różnorodna i w pierwszym odbiorze prawdziwa. Prawdziwa właśnie dynamiką oraz ładunkiem substancjalnym, że żadne puste dźwięki czy obrzydliwa tektura. Jak organy się odzywały niższymi rejestrami, to czuć było brzmieniowy ciężar i zmiatające ciśnienia, a kiedy ciężki rock, to rzeczywiście ciężki. Nie gorsza towarzysząca żywość i wyraźność; a jeszcze ta wyraźność bez wyostrzania krawędzi, elegancko analogowa. Mocne barwy i duże sceny, stawianie dźwięku przed oczami, żadnego grania w głowie. Nie aż taka siła brzmieniowa, jak u DX6000, ale niewiele ustępująca, wysoce nadprzeciętna. Bardzo dobre słuchanie, bo z jednej strony brak czynników powodujących niechęć i zmęczenie – sztucznego wyostrzania i irytującej cienkości. Z drugiej czynniki satysfakcji, z potęgą, analogowością i złożonością brzmieniową za elementy wiodące. Więc jeśli coś wytykać, to sam ten brak precyzji przy odtwarzaniu partii delikatnych; pod tym względem nie dostajemy umiejętności którychś Susvar, Final D8000 albo Focal Utopia – całej tej rodzinki najlepszych. Przynajmniej na tym etapie.
Przy odtwarzaczu
Przejdźmy do następnego. Postanowiłem odkurzyć lampy Twin-Head i wziąć do porównania stosunkowo bliskie cenowo FiiO FT7. Lampom pozwoliłem się rozgrzać, słuchawkom rozbiegowo pograć. Dźwięk FiiO okazał się twardszy i bardziej kontrastowy; jak należało oczekiwać, także bliższy słuchacza, tuż przed nim się zjawiający. W porównaniu Final mniej agresywne, z bardziej romantycznym oraz dłuższymi wybrzmieniami, bardziej analogowe, spokojniejsze, bardziej jednorodne tonalnie, z nie tak mocno syconymi barwami i tak gęstymi czerniami w tłach. Mniej się popisujące kontrastem, za to dużo śpiewniejsze i rozleglejsze scenicznie. Sceny z większej odległości widziane, głębsze oraz dokładniej rozstawione – lokalizacja źródeł bardziej czytelna i one bardziej w perspektywie.
Długo jednym i drugim się przysłuchiwałem, dochodząc do sprzecznych wniosków. Bo z jednej strony wyższość Final nie ulegała wątpliwości – jeśli muzyka ma być sobą, to znaczy oczekujemy od niej elegancji płynięcia, melodyki i naturalności brzmieniowej, a najogólniej eufonii, to wybór Final poza dyskusją; to są słuchawki w muzycznym sensie na pewno więcej potrafiące; słuchawki potrafiące piękniej śpiewać – dysponujące lepszym głosem i większym talentem muzycznym. Na ratunek przychodził FiiO ich talent dramatyczny: z głębokich barw koloryt, wyjątkowa ostrość widzenia, niecodzienne skale kontrastów, bliskość i bezpośredniość. To wystarczało, żeby po chwili adaptacji mieć ich realizm też za świetny; nie aż takiej jakości w kryteriach czysto artystycznych, lecz mimo to przekonujący swoją siłą wyrazu i stopniem bezpośredniości. Więc z jednej strony wyższość Final poza tak zwaną dyskusją, ale z drugiej, w kontrze do tego, FiiO nie pozwalające się grążyć – przeciwnie, twardo się broniące. Jednych i drugich mogłem słuchać z wysoką satysfakcją, a choć dla siebie wybrałbym Final, i to tak bez wahania, mimo to szacunek dla FiiO się utrzymywał, tym bardziej, że przecież są tańsze.
Chętnie bym do tych dodał porównania do Fosi, Aune i MIRPH, ale ich już nie miałem – jedne całkiem wybyły, inne zostały u fotografa. Więc dalej porównywałem z FiiO i dołożyłem uwagę, że FiiO na muzycznych przebiegach były bardziej srebrzysto-czarne, a Final w większym stopniu jednolicie srebrzyste i mocniej splatające muzykę w harmonijny nurt narracyjny. Ich bardziej analogowe brzmienia i analogowe tych brzmień ciągi pozwalały nie widzieć tego, co w odniesieniu do obrazu nazywa się posteryzacją. Nie było schodkowania, poszarpanych melodii i melodycznych ułomności (jak choćby niedociągania brzmień do końca) – czyli po prostu było to, co nazywamy melodyjnością. Brzmienia, a poprzez nie w wyobraźni wizje instrumentów muzycznych, były u Final lepsze; wzięte do uważnego porównania bębny i wiolonczele zabrzmiały poprzez nie prawdziwiej. Przy okazji dopowiem, że bas obydwu jednako okazał się imponujący, natomiast niejednakie u obu było widzenie przez nie sceny. – Dłuższe wybrzmienia, większa ekstensja i wyższa kultura wypowiedzi, szczególnie w odniesieniu do sopranów, generowały poprzez Final sceny bardziej majestatyczne, bardziej inspirujące wyobraźnię.
Obiecane przejście na Astraeusa i porównanie do referencji
Na koniec kilka słów o przymiarce do referencyjnych na bazie SAEQ Astraeusa. Podpięte do niego jednoczenie DX4000 i Susvara Unveiled zagrały w różnych klasach brzmieniowych, lecz mimo to słabszych jakościowo Final (dziesięciokrotnie przecież tańszych!) wciąż słuchało się zaangażowaniem. Grały, jak napisałem na początku, energetycznie, dynamicznie i postawnie, a jednocześnie śpiewnie. Mniej finezyjnie od Susvar – bez tak wysokich umiejętności w oddawaniu delikatności, skaningu tekstur, wyłapywaniu szmerów i wszelkich pozostałych subtelności dowolnego rodzaju, poprzez co mniej różnorodnie, nie w takim stopniu barwnie i w nie tak uduchowiony sposób. – Niezależnie od okoliczności podążając defiladowym krokiem i z estradowym porywem, nie miały tak precyzyjnego dopasowania sposobu artykulacji do sytuacji muzycznej. Lecz jednocześnie pod tym względem były bardziej precyzyjne od FiiO – jak od nich bardziej melodyjnie i subtelne, tak skromniejsze od referencji. Ale cóż, do stawania przeciwko Susvarom Final ma innych zawodników – całą rodzinę D8000 i nadchodzące DX10000. (Dawniej były to także Sonorous VIII i X, a jeszcze wcześniej Muramasa VIII.)













Ten wzmacniacz Fiio widzę już któryś raz na łamach. Jak to to gra i kiedy recenzja? 🙂
To chyba ten https://hifiphilosophy.com/recenzja-fiio-k17/ Chwilowo został do porównania, bo teraz piszę recenzję alter ego jego sekcji przetwornikowej, lampowego modułu FiiO WARMER.
Przetwornik: dynamiczny 40 mm z papierowo-węglową membraną kompozytową DU
Pozwoliłem sobie wkleić ze strony produktu.
Rzeczywiście słuchawki grają jak otwarte, bez uczucia ciśnienia w głowie słuchawek zamkniętych.
W skrócie: miękki, dynamiczny i sprężysty dźwięk. Nigdy ostry. Pełen relaks.
Kupiłem, je z myślą, że będą łatwe w napędzeniu, Shanling m8t napędza je całkiem ok i brzmi to dobrze zarówno w trybie tranzystorowym jak i lampowym, ale dopiero z Aune s17 pro evo słychać że lubią moc.
DX3000CL, mają podbity wyższy bas, przez co odczuwałem zmęczenie po godzinie (można pobawić się EQ). DX4000CL również wydają się bardziej otwarte na średnicy i górze. Ale ogólnie charakter brzmienia tych dwóch modeli jest podobny.
50 mm membrany przekleiłem stąd https://snext-final.com/en/products/dxseries/, a teraz DX4000 w tej zakładce nie ma. Ale jak muszle takie same, to i chyba średnice membran. Dawne Grado też miały czterdziestomilimetrowe, a grały jak marzenie.
Membrany to nie armaty, gdzie działo 130 mm ma półtora raza większą siłę rażenia niż 120 mm 🙂
Dobre 😉
Final dx10000 z tego, co widziałem są słuchawkami zamkniętymi, preferowałbym jednak otwartą konstrukcję.
Dobrze, że są zamknięte, bardziej takowych potrzebuję. Ale pewnie nie całkiem. A może?
Czy dzwięk z Final DX 4000 to poziom Final Sonorous iii?
Porównanie ze słuchawkami słyszanymi ostatni raz wiele lat temu jest zbyt karkołomne. Pomiędzy napisałem kilkaset recenzji, za dużo dźwięków dzieli, nie potrafię się odnieść. Więc może tak, a może nie. Ale przez mgłę czasu wspominając, DX4000 wydają się jakościowo wyższe.
Bede czekal na recenzje DX 10000 CL ! To bedzie rakieta (sluchawki jak i ich recenzja z Pana strony), a przynajmniej tak mi sie wydaje.
Obawiam się, że to dużo czekania, skoro zapowiedzieli je sprzedażowo dopiero na październik. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość. Mnie samemu to uzbrajanie kiepsko idzie, ale nie mam wyboru. Może na AVS się wykaraskają.
Czekałem na tę recenzję! Jako osoba pracująca w IT szczególnie cenię zamkniętą konstrukcję – open space, serwery w tle, call za callem, a tu można się odciąć i naprawdę skupić.