Recenzja: EAR Yoshino HP4

Odsłuch: Przy komputerze ze słuchawkami o niskiej impedancji

Przez cztery słuchawkowe gniazda.

   Takich o niskiej jest teraz dużo więcej, honoru wysokoomowych w najwyższej lidze jakościowej bronią jedynie Sennheisery z rodziny HD 800, flagowe Beyerdynamic T1 i u Audio-Technica kilka modeli szczytowych, spośród których flagowy ATH-L5000 był dostępny w ilości limitowanej i limit już się wyczerpał. Z kolei Beyerdynamic w najnowszej rewizji V3 swoich flagowych T1 przeszedł na niskoimpedancyjną stronę mocy, a Sennheiser obniżył impedancję u nowych reprezentantów popularnej rodziny HD 600, co jeszcze wzmogło i tak dużą przewagę niskoimpedancyjnych.

Z tymi o niskiej impedancji wzmacniacz zagrał bez żadnej przesady wzorcowo, pomimo iż pochodzi z czasów, gdy takich było mało. Od dynamicznych Ultrasone T7 i Focal Utopia, poprzez planarne Final D8000 Pro i Meze Empyrean, po mające najrzadziej spotykaną konstrukcję AMT i nadnormatywną potrzebę mocy HEDDphone, było to brzmienie popisowe. Nigdy za jasne ani za ciemne; w odniesieniu do oświetlenia każdorazowo proponujące ilość lumenów pozwalającą najdelikatniej nawet odcinające się od tła elementy sugestywnie wyeksponować. Pod tym względem ideał: atmosfera o wzmagającym zainteresowanie klimacie tajemniczości i jednocześnie obrazowaniu czytelnym, gdzie wszystko jest wyraźne, odnośnie kształtu dopieszczone, odnośnie brzmienia zaś magiczne i przede wszystkim piękne.

Z tylko u lamp spotykaną głębią brzmienia i głębią kolorytu, ale bez śladu przesadzania z mrocznością i cieniowaniem. Podkreślona w efekcie sama plastyka i nastrojowość, świetnie uzupełniane żywością i arcymistrzowską melodyką. Tak nawiasem, tej miary predyspozycje melodyczne spotyka się niemal wyłącznie u dużych triod, a i to pod warunkiem, że same lampy w najwyższym gatunku. Tymczasem tutaj Timowi starczyły średnie triody.

I tylko dwa pokrętła.

Mimo takiego nacisku na podkręcanie atmosfery, EAR HE4 nie posiłkuje się spotęgowanym pogłosem, tak samo jak odnośnie światła uzależniając jego dawkę od słuchawek. W Ultrasonach i Meze zjawiało się echowego efektu sporo, w Focalach  i Final niemal nic, a u HEDDphone najwięcej. Co im (takie to już niezwykłe słuchawki) ani trochę nie przeszkadzało w osiąganiu całkowitej bezpośredniości i najwyższej miary wiarygodności wokali, którą to wiarygodność (jeszcze większą) na swój użytek Ultrasone akcelerowały najbliższym pierwszym planem. One i Final grały przy tym najjaśniej, jeśli nie liczyć Susvar – ale wcale nie jasno, już prędzej z lekka w stronę cienia.  A najciemniej HEDDphone.

Podobny brak narzucania własnego stylu można było zaobserwować w odniesieniu do natlenienia, gdzie z Ultrasonami tlenu mniej, o wiele więcej u Focali.

Nie chcę brnąć za daleko w porównania słuchawek, to nie historia o nich. Trzeba w miarę możności ich brzmienia syntetyzować, wyciskając te cechy, które dawał sam wzmacniacz. Już padły słowa o plastyce, klimatycznym lecz pełnym oświetleniu i najwyższej miary melodyjności, lecz wraz z tym wcale nie tak było, że cechy owe – klasyczne u konstrukcji lampowych – wychodziły przed szereg, a reszta była zwykła. Już zasygnalizowałem żywość, ale to trzeba ująć szerzej:

Wszystkie aspekty bardziej oczekiwane u konstrukcji tranzystorowych, jak szczegółowość, dynamika, szybkość czy dźwiękowa energia – też były w HE4 na najwyższym poziomie. Wzbogacane zupełną otwartością, bogactwem tekstur, chropawą a nie tylko gładką i melodyjną fakturą głosów, a w wymiarze duchowym przede wszystkim głębokim zaangażowaniem.

Ale przyłączy komplet.

Żadnego uciekania w indyferentyzm, jałowy obiektywizm ani czczą neutralność. Muzyka jako żywe wcielenie piękna z walorem silnych emocji, co piszę z tym większym przekonaniem, że podczas trzymiesięcznego używania zrosłem się z tym wzmacniaczem. A mimo tego nie zlał się z otoczeniem, nie przestał fascynować. Przeciwnie, fascynacja narosła. Szczytowej klasy walor melodyczny i wzbogacana świetnym wypełnieniem plastyka idą u niego w parze z żywością, dynamiką i elektryzującą energią. Zwieńczeniem splotu jakościowego angaż emocjonalny; jeśli gdzieś występuje muzyka neutralna, nie budząca emocji, słuchającemu obojętna, to ta jej przeciwieństwem.

Trójwymiarowy obraz – epatujący pięknem formy, bogactwem treści i siłą akustyczną – tak to wygląda, tak gra. A nie myślałem, że tak będzie, bo mi się wydawało, że te lustrzane chromy skrywają w średnich gabarytach miłe lecz bardziej zwykłe granie, a opowieści o tym, że mamy do czynienia z najlepszym słuchawkowym wzmacniaczu świata nie robiły jakoś wrażenia. Tymczasem to jest naprawdę jeden ze wzmacniaczy szczytowych, każdy składnik jakości brzmienia wyciągający na najwyższy poziomom. Nie ma w nim żadnego „coś za coś” ani przemilczanych przez recenzenta uchybień. Nie ma też deficytu brzmieniowego maksymalizmu, mimo iż nie są to ani duże triody, ani wielgachne tranzystory. Lampy są średnie, satysfakcja wielka. A już na pewno bardzo duża. Żadnej przesady w tym, że wzmacniacz okrzyknięto klasykiem. Tak – oto jest klasyk – i nie piszę tego z kurtuazji ani z szacunku dla nieżyjącego Tima. To klasyk z tych, o których się pamięta jako wzorcu, kiedy coś nie gra w zadawalający sposób.

A w środku – no jakże, lampy!

I jeszcze jedna ważna cecha pozostaje do podkreślenia – przy całym autentyzmie i bogactwie brzmienia, nie jest ono męczące. Nie występuje sekwencja, że owszem – zrazu fantastycznie, ale po godzinie, półtorej czujesz się już znużony. Słuchać można całe wieczory, zmęczenie nie przychodzi. To rzadka i cenna cecha, właściwa tylko torom z najszlachetniejszą melodyką.

Klasyczność konstrukcyjną i satysfakcję audialną wzmaga techniczno-użytkowy walor ponadprzeciętnie dużej mocy, pozwalającej obsługiwać z pełnym komfortem nawet słuchawki wymagające ponadnormatywnej. Z tego obszaru AMT HEDDphone obsługiwane były koncertowo, a skrajnie już wymagające Susvary – bardziej pod względem mocy przypominające głośniki – przy głośniej nagranych utworach też mogły grać na cały regulator, czasami aż za głośno, z potęgową rezerwą.

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

8 komentarzy w “Recenzja: EAR Yoshino HP4

  1. Bogdan pisze:

    Super, że mamy wnkońcu i polską recenzję. To taki trochę wzmacniacz legenda, co wszyscy o nim wiedzą, ale niewielu widziało. A jak by on się z grubsza brzmieniowo miał do Ayona HA3 i Woo wa5? Pytam ogólnie, ale i z perspektywy Meze Empyrean.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Od Ayona wydaje się lepszy i względem Woo z jego sprzedażowymi lampami też. Ale jak wyglądałaby konfrontacja z Woo mającym lampy mocy i prostowniki od Emission Labs kontra EAR z, powiedzmy, kompletem czterech Sophia Electric, tego nie podejmuję się zgadywać. Jedno i drugie brzmienie na pewno byłoby świetne, ale które lepsze i jak się różniące – nie wiem. Niewątpliwą zaletę EAR jest całkowity brak brumu. To rzadka cecha lampowców.

  2. Bogdan pisze:

    Dziekuje. Moj egzemplarz Ayona na szczescie kompletnie cichy. A czemu lepszy w dwoch zdaniach? Ayon z lampami mullarda gra swietnie, nie bardzo wiem co mogloby byc lepsze, ale jak sie nie poslucha to sie nie wie, stad pytanie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jak ma lampy Mullarda, to inna sprawa. Myślałem o takim prosto z półki. Mającego lampy Mullarda nie słyszałem. A lepsze może być wszystko: kształt sceny, zanurzenie w muzyce, jej realizm, otwartość i poetyckość, dynamika, poryw, ciśnienie, angaż emocjonalny – masa rzeczy.

  3. Bogdan pisze:

    Dziękuję bardzo. Muszę powiedzieć, że niezależnie od (świetnej) treści dużą wartością Pana recenzji są właśnie porównania. Nie sposób wszystkiego posłuchać, ale jest szansa odniesienia do czegoś znanego. Jak zawsze w audio jest też kwestia zależności elementów.

    Ja w połączeniu Meze Empyrean z Ayonem HA-3 (o którego tak dopytuję) trafiłem chyba dobrze. Jest i czar lampy i wirtuozeria. Meze wcale nie mają przywar, które im się zarzuca (brak dynamiki). Nic (odpukać!) u mnie nie brumi i piękne lampy widać jak na dłoni – coś czego EAR nie ma, bo u niego są schowane.

    Ta jeszcze do kompletu brakuje recenzji Auris Nirvana. I może Lucarto Songolo. Ciekawe byłyby też DNA Stratus i ampsandsound, ale to już egzotyka chwalona za oceanem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Na razie będą słuchawki T+A z dedykowanym wzmacniaczem i wzmacniacz słuchawkowy Rogue Audio.

  4. Bogdan pisze:

    Też pięknie, choć bezlampowo jak rozumiem.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Rogue ma lampy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy